Archive | November 2022

Kobiety szpiedzy z Mosadu


Kobiety szpiedzy z Mosadu

Maria Procner


Dziś w izraelskim wywiadzie obowiązuje zasada równości płci. Ale nie zawsze tak było. Pierwsze agentki Mosadu płaciły za swoją pracę ogromną cenę.

.

„Poszukiwane silne kobiety. Nie interesuje nas, co robiłyście – obchodzi nas to, kim jesteście!” – brzmiało jedno z ogłoszeń o pracę opublikowanych przez Mosad. Choć na początku kobiety w tajnych służbach Izraela mogły być najwyżej sekretarkami lub tzw. bat-le-waja, partnerkami funkcjonariuszy, grającymi podczas misji rolę żony lub dziewczyny, dziś są pełnoprawnymi wojowniczkami – lohemet.

„Gdy widzisz samotną kobietę, chcesz jej pomóc”

Początkowo „Cezarea” – wydział operacyjny Mosadu – zatrudniała wyłącznie mężczyzn. Jednak w pewnym momencie kierownictwo zorientowało się, że kobiety we wrogich państwach wzbudzają mniej podejrzeń. Łatwiej też przejść im odprawy celno-paszportowe i wykonywać zadania szpiegowskie. Michael Bar-Zohar i Nissim Mishal w książce „Amazonki Mosadu” przywołują słowa jednej z funkcjonariuszek: „Na widok samotnego mężczyzny stojącego w nocy na rogu ulicy budzą się podejrzenia. Kiedy widzisz samotną kobietę, chcesz jej pomóc”.

Początkowo „Cezarea” – wydział operacyjny Mosadu – zatrudniała wyłącznie mężczyzn.fot.Ednaz /CC BY-SA 4.0

Początkowo „Cezarea” – wydział operacyjny Mosadu – zatrudniała wyłącznie mężczyzn.

Z tego powodu Mosad zaczął wpuszczać w swe szeregi również kobiety. Nie robił tego bynajmniej z otwartymi ramionami. Pierwsze agentki mogły liczyć na szczególne traktowanie – ale w złym sensie tego słowa. Boar-Zohar i Mishal opisują:

Większość pierwszych amazonek cierpiała jednak z powodu koszmarnej samotności. (…) szkolono je w pokojach hotelowych lub mieszkaniach, w których przebywały same, w odosobnieniu, a instruktorzy przyjeżdżali, aby je tam uczyć indywidualnie. Później zaczęły brać udział w kursach podstawowych razem z mężczyznami; często w takim kursie uczestniczyło piętnastu do dwudziestu mężczyzn – i jedna kobieta. Minęło dużo czasu, zanim twardzi, pewni siebie mężczyźni zdali sobie sprawę, że kobiety u ich boku są nie tylko sekretarkami, telefonistkami i podającymi kawę pomocnicami – ale również ich partnerkami w skomplikowanych i niebezpiecznych misjach.

„Kusicielka” na tajnej misji

Lohemet szybko dowiodły swojej skuteczności. Miały zdolności techniczne, odwagę, talenty aktorskie, wiedzę oraz zdolność do improwizacji. Znacznie lepiej radziły sobie z dostrzeganiem drobnych szczegółów. Podczas kursów dla agentów uczyły się analizować zdjęcia lotnicze, czytać mapy topograficzne, zauważać i gubić ogony, identyfikować broń, zbierać informacje wywiadowcze i rekrutować źródła. Ich metody różniły się od tych, stosowanych przez mężczyzn. Jednak choć popkultura podsuwa obrazy tajnych agentek, które uwodzą swoje cele, by wydobyć z nich informacje, nie są one prawdziwe.

W Mosadzie obowiązuje żelazna zasada: „kobietom nigdy nie nakazywano wykorzystywania swych ciał do celów operacyjnych”. Regułę tę złamano jeden raz. Konsekwencje były dramatyczne. Rozkaz nawiązania intymnej relacji z „celem” otrzymała w 1986 roku Cheryl Hanin-Bentow, amazonka „Cezarei” działająca pod pseudonimem Cindy. Jej „ofiarą” był Mordechaj Wanunu, którego Mosad chciał schwytać za wszelką cenę. Operacja „Kaniuk”, mająca na celu porwanie mężczyzny, zakończyła się wprawdzie sukcesem, jednak zakończyła dobrze zapowiadającą się karierę agentki.

Tekst powstał w oparciu o książkę Michaela Bar-Zohara i Nissima Mishala „Amazonki Mosadu” (Rebis 2022).

Tekst powstał w oparciu o książkę Michaela Bar-Zohara i Nissima Mishala „Amazonki Mosadu” (Rebis 2022).

Ponieważ Mosad nie miał czasu na zbudowanie Cheryl legendy, kobieta skorzystała z nazwiska i paszportu swojej siostry. Gdy o akcji „Kaniuk” zrobiło się głośno, dziennikarze szybko ustalili prawdziwą tożsamość „Cindy”. W „Amazonkach Mosadu” czytamy:

Gazety na całym świecie drukowały teraz jej zdjęcie, które zostało zrobione bez jej zgody. Przedstawiano ją jako „uwodzicielkę”, szpiega, którego zadaniem było skusić Wanunu obietnicami seksu. Również w Izraelu pojawiło się kilka artykułów o dziewczynie wysłanej do Londynu po to, by uwiodła Wanunu swoją urodą, obietnicami i zachowaniem. Niektórzy autorzy opisywali ją nawet w ostrych, poniżających słowach.

Prostytutki na usługach izraelskiego wywiadu

Cheryl długo nie potrafiła otrząsnąć się z traumy nakazu fizycznej bliskości z Wanunu. Zresztą również jej przełożeni zdawali sobie sprawę, że posunęli się za daleko. Cindy otrzymała nawet od Mosadu sowite odszkodowanie. Kierownictwo wywiadu nigdy więcej nie zdecydowało się na rozkazanie agentce romansowania z celem.  Co nie oznacza, że nie wykorzystywano seksu jako „techniki wywiadowczej”. Boar-Zohar i Mishal piszą:

Jeśli kontakt seksualny uznano za konieczny, co zdarzało się bardzo rzadko, funkcjonariusze Mosadu wynajmowali do takich zadań prostytutki. (…) Josef (Joszke) Jariw, były dowódca „Cezarei”, tak opisał rekrutację agentki w Europie, „szanowanej czterdziestoletniej kobiety znanej z bardzo swobodnego podejścia do seksu… Chcieliśmy, żeby zbliżyła się do kilku ważnych «celów» w obcych krajach. Pracowała dla nas dwa lata i rezultaty były znakomite. Dowiedziała się, kim naprawdę są te «cele», jakie mają funkcje i przykrycia (…). To było dla nas ważne, ale nie zwerbowałbym jej jako funkcjonariuszki…”.

Celibat agentek Mosadu

Wymagania wobec kandydatek na lohemet były bardzo wysokie. Przed szkoleniem początkowym potencjalne funkcjonariuszki musiały przejść serię testów, badania psychologiczne, a nawet przesłuchanie, podczas którego sprawdzano, czy nie stwarzają „zagrożenia dla bezpieczeństwa kraju”. Dopiero później kierowano je na kilkumiesięczny „kurs szpiegowski”. Boar-Zohar i Mishal w „Amazonkach Mosadu” relacjonują, jak wyglądało to w przypadku Jolanty Reitman:

Jola została wysłana na przyspieszony kurs. Zgodnie z obowiązującymi w Mosadzie zasadami uczestników podzielono na małe zespoły; w zespole Joli oprócz niej było czterech mężczyzn. Kurs obejmował ćwiczenia i sprawdziany, poza długimi sesjami z psychologiem i psychiatrą.

Na początku kobiety w tajnych służbach Izraela mogły być najwyżej sekretarkami lub tzw. bat-le-waja, partnerkami funkcjonariuszy, grającymi podczas misji rolę żony lub dziewczynyfot.Ednaz/CC BY-SA 4.0

Na początku kobiety w tajnych służbach Izraela mogły być najwyżej sekretarkami lub tzw. bat-le-waja, partnerkami funkcjonariuszy, grającymi podczas misji rolę żony lub dziewczyny

Psycholog nie oszczędzał Joli i dawał się jej we znaki. Przyznawał, że widzi w niej ogromny potencjał, ale przeszkadzała mu jej płeć. Spierała się z nim zawzięcie. „Dlaczego wy, mężczyźni, zawsze wiecie, co jest dobre dla kobiet? Jaki jest problem z moją płcią? Że moim marzeniem nie jest pranie dziecięcych pieluszek?” W końcu psycholog się poddał i dał jej zielone światło. Z pięciu uczestników kursu do mety dotarło tylko dwoje – Jola i jeden z mężczyzn. Teraz proces rekrutacji do Mosadu dobiegł końca i Jola mogła poznać tajniki swojej misji.

Amazonki z Mosadu długo zmagały się z uprzedzeniami i dyskryminacją płciową. Jeszcze w latach 50. od przyszłych agentek żądano, by zerwały wszystkie związki z ludźmi, którymi znały (przyjaciółmi, chłopakiem, znajomymi ze szkoły). Często domagano się, żeby porzuciły studia. Przede wszystkim jednak warunkiem przyjęcia do Mosadu było złożenie oficjalnej deklaracji, że kobieta nie wyjdzie za mąż i nie będzie rodzić dzieci w ciągu najbliższych pięciu lat. Te drakońskie zasady obowiązywały do końca lat 60. Później ograniczenia w życiu rodzinnym zniesiono.

Aniołki Mike’a Harariego

Rola kobiet w wywiadzie Izraela stopniowo rosła. Duży wkład miał w to słynny oficer Mosadu Mike Harari. Jak czytamy w „Amazonkach Mosadu”:

Jednym z głównych osiągnięć Mike’a było umiejętne wyznaczanie kobiet do wykonywania ryzykownych zadań na linii frontu w krajach wroga. Zdawał on sobie sprawę, lepiej niż którykolwiek z jego poprzedników, z ich ogromnego potencjału i zdolności. Werbował młode kobiety do swojego wydziału, spędzał z nimi długie godziny na szczerych rozmowach, wpajał im przekonanie, że ktoś się o nie troszczy i je ochrania; zwykł im mówić, że odwoła każdą operację, choćby najważniejszą, jeśli tylko będzie podejrzewał, że może to zagrozić ich życiu lub wolności. Mike stał się swego rodzaju postacią ojcowską dla całego pokolenia amazonek.

Obecnie proporcje agentów i agentek Mosadu są w zasadzie wyrównane.fot.Nidal sabi/CC BY-SA 4.0 / fot.Nidal sabi/CC BY-SA 4.0 Obecnie proporcje agentów i agentek Mosadu są w zasadzie wyrównane.

Obecnie proporcje agentów i agentek Mosadu są w zasadzie wyrównane. W 2019 roku kobiety stanowiły 47 procent nowych rekrutów oraz jedną trzecią dowódców jednostek. W ostatnich latach na równi z mężczyznami brały udział we wszystkich operacjach – włącznie z zabójstwami przywódców organizacji terrorystycznych. Szacuje się, że stanowiły od 40 do 50 procent członków jednostek operacyjnych.

Ba, zorganizowany 3 lata temu szczególnie wymagający kurs ukończyło dwóch mężczyzn i pięć kobiet, a w tym roku – po raz pierwszy w historii Izraela – stanowiska szefa wydziału wywiadowczego oraz szefa biura odpowiedzialnego za kwestie związane z Iranem objęły kobiety (w komunikacie przedstawiono je hebrajskimi literami „Alef” i „Kuf”). Lohemet zdecydowanie nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa.


Źródło:
Tekst powstał w oparciu o książkę Michaela Bar-Zohara i Nissima Mishala „Amazonki Mosadu” (Rebis 2022).


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Pisarka Agata Tuszyńska musi przeprosić wdowę po Władysławie Szpilmanie

Agata Tuszyńska, pisarka przegrała proces z rodziną Władysława Szpilmana (IWONA BURDZANOWSKA)


Pisarka Agata Tuszyńska musi przeprosić wdowę po Władysławie Szpilmanie

Piotr Machajski, Mariusz Jałoszewski
[ 29.07.2016 ]



Książka “Oskarżona: Wiera Gran” to biografia żydowskiej pieśniarki z warszawskiego getta, którą los zetknął z pianistą Władysławem Szpilmanem. W czasie wojny występowali razem w kawiarni Sztuka w warszawskim getcie. Ona była gwiazdą, on – jej akompaniatorem. Ona po wydostaniu się z getta ukrywała się w Babicach pod Warszawą. Jego wyciągnął z Umschlagplatzu żydowski policjant.

Po wojnie Szpilman opisał swoje losy w książce. Został w Polsce i robił karierę w Polskim Radiu. O jego życiu powstał film nagrodzony trzema Oscarami.

Agata Tuszyńska: Proces o ochronę dóbr osobistych

Gran osiadła w Paryżu, ale jej życie zamieniło się w koszmar. Za sprawą plotek oskarżana była o współpracę z gestapo. Bojkotowano jej koncerty. Sądziła, że plotki kolportuje Szpilman. W 1980 r. wydała książkę, w której pisała o pianiście (nazwisko nie pada), który miał pomagać Niemcom doprowadzać ludzi na Umschlagplatz. Oskarżenia powtórzyła w rozmowach z Agatą Tuszyńską, która jej słowa wplotła do książki. To tych wypowiedzi dotyczył proces o ochronę dóbr osobistych, który autorce i wydawcy książki wytoczyli syn słynnego pianisty i wdowa po nim.

Żądali usunięcia spornych fragmentów (w sumie ok. 30 stron) i przeprosin. Rodzina podkreślała, że nie ma dowodów na rzekomą kolaborację Szpilmana. Prawnicy rodziny sugerowali, że Gran była schorowana, miała manie prześladowcze i że mogła pozazdrościć sławy Szpilmanowi po filmie Polańskiego.

Proces w tej sprawie toczył się od kilku lat. Sądy (najpierw okręgowy, potem apelacyjny) wydawały orzeczenia po myśli Agaty Tuszyńskiej i Wydawnictwa Literackiego. Aż do czasu wyroku Sądu Najwyższego, który uwzględnił kasację i odesłał sprawę ponownie do Sądu Apelacyjnego w Warszawie, który dziś rano ogłosił ponowne rozstrzygnięcie w tej sprawie, tym razem odmienne – na korzyść Haliny Grzecznarowskiej-Szpilman, wdowy po znanym pianiście, i jego syna Andrzeja.

Agata Tuszyńska: Wdowa po Władysławie Szpilmanie usatysfakcjonowana

Sąd częściowo uwzględnił pozew rodziny. Uznał, że Agata Tuszyńska i Wydawnictwo Literackie muszą przeprosić wdowę oraz syna za naruszenie ich prawa do kultywowania pamięci o zmarłym jako o dobrym człowieku. Wydawnictwo musi opublikować przeprosiny na swojej stronie internetowej, zaś autorka książki – na łamach “Rzeczpospolitej”.

Halina Grzecznarowska-Szpilman przyznała, że sąd nie uwzględnił wszystkich jej żądań, ale stwierdziła po wyroku: – Jestem szczęśliwa.

Bo to, co było dla niej najważniejsze, sąd jednak wziął pod uwagę. Uznał bowiem, że fragmenty książki w istocie są oskarżeniem Władysława Szpilmana o kolaborację z Niemcami. – Odbiór społeczny był taki, że jest to postawienie zarzutów Szpilmanowi – mówiła w uzasadnieniu wyroku sędzia Jolanta Pyźlak. – W toku procesu nie wykazano, żeby był to zarzut prawdziwy.

Jednocześnie sędzia zwróciła uwagę, że choć autorka jedynie cytowała wypowiedzi Wiery Gran, to zbyt mało się od nich zdystansowała. Przypomniała też, że nawet autorka nie kwestionuje choroby opisywanej przez siebie bohaterki, która miała m.in. manię prześladowczą.

Dlatego sąd oprócz przeprosin nakazał też, by wydawca w kolejnych dodrukach książki usunął kilka stron, na których padają oskarżenia pod adresem Władysława Szpilmana.

– Wierze Gran znowu zamknięto usta. Bardzo jest mi przykro z tego powodu – skomentowała orzeczenie sądu Agata Tuszyńska.

Wyrok jest prawomocny.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


London Jews Facing Spree of Antisemitic Attacks

London Jews Facing Spree of Antisemitic Attacks

Dion J. Pierre


Man arriving at a synagogue near to steal salmon. Photo: Screenshot.

An antisemitic “hate crimes pandemic” has been breaking out in the Stamford Hill and Hackney sections of London since October 29, according to information released by the area’s Jewish community watch group, Shomrim.

“The racism pandemic continues,” the group tweeted on Tuesday, reporting on an incident — one of eight that have occurred in just several days — in which a known local assaulted a Jewish resident of Stamford Hill while yelling, “You Jews, you think you run the world.”

In another, a man broke into a synagogue’s school, stealing $340 worth of salmon and, Shomrim said, “leaving the children without a proper lunch.”

A previous wave of antisemitic assaults over the summer put the London Jewish community on high alert.

In July, a woman wielding a wooden stick approached a Jewish woman near the Seven Sisters area and declared,”I am doing it because you are Jew,” while striking her over the head and pouring liquid on her. The next day, the same woman, described by an eyewitness as a “serial racist, chased a mother and her baby with a wooden stick after spraying liquid on the baby.

In other, separate episodes reported by Shomrim, a woman threatened Jewish congregants leaving Shabbat services on Friday night, shouting, “f*** you Jews, I will kill you,” while another account described “hundreds of Jewish men and boys” being similarly harassed as they returned from synagogue.

In August, the United Kingdom’s Crown Prosecution Service (CPS) began a criminal trial against Abdullah Qureshi, who trekked 200 miles from West Yorkshire to Stamford Hill to assault members of the Jewish community.

The incidents  all took place that month. In the first, Qureshi struck a 30-year-old man on the head with a bottle. A second victim was a 14-year-old boy whom he physically assaulted. The third was a 64-year-old man whom he brutally punched in the face, causing him to fall and break a bone in his foot.

Not all assailants face criminal charges, however. In February, Dave Rich, Head of Policy at Community Security Trust (CST), argued that “too few cases reach court” despite that nearly a quarter of religiously motivated hate crimes in London target the Jewish community.

‘The wheels of justice of justice seem to be stuck,” he wrote.

This year, Metropolitan Police has so far recorded 466 antisemitic hate crimes in London. CPS does not provide data showing how many suspects it has charged and tried.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Wiera Gran, gwiazda warszawskiego getta. Nazywano ją “tą”, “taką”, “zdolną do wszystkiego”. Próbowała wyjaśniać

Wiera Gran, gwiazda warszawskiego getta. Nazywano ją “tą”, “taką”, “zdolną do wszystkiego”. Próbowała wyjaśniać

Agata Tuszyńska


Wiera Gran (Fot. z kolekcji Agaty Tuszyńskiej / East News)

.

Rzekomo “była na usługach gestapo”. Wiera Gran zaprzeczała, próbowała wyjaśnień. To rozpętało piekło. Aresztowano ją, przesłuchiwano, sądzono

.

W listopadzie mija 15 lat od śmierci Wiery Gran

Po raz pierwszy usłyszałam o Wierze Gran w salonie Ireny Krzywickiej w podparyskim Bures-sur-Yvette u schyłku lat 80. Mówiono o gwieździe warszawskiego getta – rzekomej kolaborantce, latami walczącej o swoje dobre imię wobec „sztafety oszczerców”. Co takiego zrobiła młoda pieśniarka, by zasłużyć na podobną klątwę? Czym zawiniła lub czy zawiniła? Chęcią przeżycia? Dlaczego tak łatwo było w nią rzucić kamieniem? Czy kobieta lepiej pasuje do roli kozła ofiarnego? Zawsze czy tylko w sytuacji wojny i zagrożenia? A może w każdym miejscu i czasie? Całe swoje powojenne życie oddała walce o odzyskanie dobrego imienia. Odeszła pokonana.

Wiera Gran muzykę miała we krwi

Weronika, córka Luby i Eljasza Grynbergów, urodziła się w drodze. Z Rosji do Polski. Nikt nie wie dokładnie, gdzie i w którym roku. Miała wszystko, czego potrzeba wschodzącej gwieździe – egzotyczną urodę, piękny niski kontralt i muzykę we krwi. Była tak nieśmiała, że pierwsze piosenki śpiewała zza sceny, obawiając się zetknięcia z publicznością. Podobno debiutowała, mając 15 lat, ale nikt nie jest pewien rachunku. W połowie lat 30. jako Wiera Gran stała się ulubienicą warszawskich lokali Paradise na Nowym Świecie i Café Vogue przy Złotej. Do końca lata 1939 nagrała kilkadziesiąt piosenek o wszelkich barwach miłości. Śpiewała przeboje z repertuaru Hanki Ordonówny i Poli Negri. Na 1 września zaplanowała wyjazd na kontrakt do Paryża.

Po wkroczeniu Niemców do Warszawy wyruszyła na wschód pod opieką lekarza, Kazimierza Jezierskiego, którego wkrótce poślubiła. Kilka miesięcy spędziła we Lwowie, gdzie występowała w wypełnionym po brzegi uciekinierami Teatrze Stylowym. Namawiana przez matkę zdecydowała – mimo sprzeciwu męża – dzielić los rodziny w warszawskim getcie.

Wiera Gran przekroczyła bramę dzielnicy zamkniętej wiosną 1941. Jej pierwszy recital za murami miał miejsce 20 kwietnia, w dniu jej urodzin. Została w getcie kilkanaście miesięcy, do wielkiej akcji deportacyjnej w lipcu 1942. Całe jej dalsze życie było konsekwencją tej decyzji.

Nazywano ją tam Wierą Magnes – przyciągała tłumy do kawiarni Sztuka na Lesznie. Zmysłowym głosem śpiewała szlagiery, które jej wielbiciele znali sprzed wojny. Przychodzili, by przy szklance ciepłej wody posłuchać piosenek o miłości, tańcu, drzewach. Słuchali „Listu”, „Orchidei”, „Tango notturno” lub „Żebyś ty mnie zrozumiał”… Jej występy nazywano „mszami zapomnienia”. Przywracały godność i nadzieję.

Tryb w maszynie

Musiała pracować, a umiała tylko śpiewać, przed wojną i później chciała być gwiazdą. Pracowała na chleb i zupę, na ciasto i szampana, na sukienkę, na mleko dla sierot. Ratowała siebie i rodzinę, matkę i dwie siostry. Udawało się przez jakiś czas. Używała swoich wpływów, by zbierać fundusze dla potrzebujących, dla dzieci i głodujących artystów. „Panujące w gettowym środowisku artystycznym stosunki wykluczały staranną selekcję towarzyską” – pisał Antoni Marianowicz, satyryk i „entuzjastyczny widz”, we wspomnieniach z tamtego okresu „Życie surowo wzbronione”. Bycie słynną diwą w getcie uniemożliwiało izolację od władz. Czy to ją zgubiło?

Nie była bierną mieszkanką dzielnicy zamkniętej, stała się szczególnym trybem w gettowej maszynie. Czym różniła się od nauczycielek i krawcowych, od pracowników szopów? Tamtym również praca dawała szansę przeżycia. Czy wykonywanie poleceń okupanta można było nazwać współpracą? Za co ponoszą odpowiedzialność szefowie rad żydowskich w gettach? Rozpaczliwy gest Adama Czerniakowa świadczył o rozpaczy i bezradności.

Kiedy zaczęły odjeżdżać pierwsze transporty z Umschlagplatz do Treblinki, Wiera przy pomocy męża opuściła getto. O śmierci rodziny dowiedziała się już po aryjskiej stronie. W Babicach pod Warszawą urodziła i pochowała synka. Obserwowała z daleka łunę płonącego getta. Przeżyła.

Ucieczki Wiery Gran

Zimą 1945 ruszyła za Wisłę do radia szukać pracy. To wtedy po raz pierwszy nazwano ją kolaborantką. Nie zatrudniono jej, gdyż rzekomo „była na usługach gestapo”. Zaprzeczała, próbowała wyjaśnień. To rozpętało piekło. Aresztowano ją, przesłuchiwano, sądzono.

Zarzucano jej, jakoby „w czasie okupacji niemieckiej utrzymywała stosunki towarzyskie z osobami, które były jawnymi agentami gestapo, przez co dopuściła się czynu przestępczego przewidzianego w artykule 1 Regulaminu Sądu Obywatelskiego. Czyn ten w myśl tego Regulaminu podlega rozpoznaniu przez Sąd Obywatelski przy Centralnym Komitecie Żydów Polskich”.

Prokuratura Sądu Specjalnego umorzyła dochodzenie 26 listopada 1945 roku „wobec braku cech przestępstwa”. Sąd koleżeński ZASP-u i Związku Zawodowego Muzyków, przed którym stanęła, stwierdził w kwietniu 1946, że Wiera Gran „nie uchybiła w niczym honorowi Polki”, co dawało jej pełne prawo wykonywania zawodu.

Śledztwo i proces CKŻP trwały kilka lat. Nazwała je koszmarem gorszym niż ten wojenny. Niczego nie udowodniono. W efekcie postanowiono ją „z postawionych zarzutów uniewinnić”. Był 1949 rok. Niedługo potem opuściła Polskę.

Pomówienie o współpracę dosięgało ją wszędzie. W Izraelu widzowie grozili przebraniem się w obozowe pasiaki, jeśli ośmieli się wystąpić na scenie.

Nie było dla niej miejsca wśród ocalałych z Zagłady, oklaskiwali ją przecież niemieccy oficerowie i żydowscy kolaboranci. Jak śmiała pokazywać się wśród niedobitków Zagłady? W lipcu 1952 wyjechała do Paryża, gdzie po niedługim czasie osaczyło ją echo wcześniejszych oskarżeń. Uciekła do Wenezueli. Wszystko powtórzyło się we wzmożonym natężeniu. Uciekała znowu – przed sobą, przed własną przeszłością, przed przeklętym czasem poniżenia.

„Ta”, „taka”, „zdolna do wszystkiego”. Wiera Gran

Gwiazda, kobieta – w sytuacji niejasnej, w pejzażu zagrożenia łatwo przekształca się w postać dwuznaczną. Łatwiej niż mężczyzna. Jakby to stanowiło część jej repertuaru. Artystka estradowa od stuleci postrzegana była jako utrzymanka, a wcześniej – kobieta upadła. Gwiazda w getcie staje się według tego schematu w jednej chwili „gestapowską kurwą”. Każdy czuł się uprawniony do traktowania jej w ten sposób. Nazywa się ją „tą”, „taką”, „zdolną do wszystkiego”.

A może jej winą było jedynie to, że przeżyła? Także to, że była kobietą. Wobec kobiet stosuje się inny kodeks. Piękna, utalentowana, młoda… W taką najłatwiej można było rzucić kamieniem. Złamać jej życie. Atakowali ją głównie „swoi”, ocaleni, ci, którzy znali cenę przeżycia. Tacy, którzy sami mieli coś na sumieniu i oskarżeniami próbowali przenieść na nią ciężar swojej winy.

Wielokrotnie i na kilku kontynentach wzywano do bojkotu tej „gestapowskiej kurwy”. A jednak trwała. Występowała w paryskim hotelu Lutetia i w kabarecie Dinarzade, w Salle Pleyel i Carnegie Hall, śpiewała gościnnie w Sztokholmie i Londynie, wyjechała na tournée po Ameryce Północnej. Stale towarzyszyła jej obawa, że znowu się zacznie, że odżyje widmo przeszłości. I stale dochodziło do mniejszych lub większych awantur. Jej występy były bojkotowane przez żydowskie organizacje kobiet, powstańców, kombatantów. Najgoręcej i najbardziej wytrwale w Izraelu. Yad Vashem odmówiło jej nagrania okupacyjnego świadectwa.

Po latach czytała akta czterech swoich procesów sądowych, kafkowską opowieść o własnym życiu. Za każdym razem zrehabilitowana, czuła się nadal pobita.

Ćwierć wieku później jej rzekoma wina była nadal przedmiotem dyskusji. Sypiała czy nie sypiała z Niemcami, pozwalała się jedynie oklaskiwać, a może również przekazywała informacje. Widywano ją w miejscach, gdzie nie bywały przyzwoite kobiety, nosiła futro, kiedy inni już je oddali. Prawdy, półprawdy, insynuacje. Współpracowała z osławioną „trzynastką”, miała pistolet typu Walter, była na usługach gestapo? Walczyła z cieniami. Szymon Wiesenthal napisał do niej w liście z 28 lutego 1972 roku: „W dokumentach współpracowników gestapo nie ma Pani nazwiska”.

„Odebrali mi głos do śpiewu – powtarzała – nie odbiorą do krzyku”. Jej powojenny los stał się próbą oczyszczenia z oskarżeń, które zniszczyły jej życie.

Dzisiaj jeszcze łatwiej roznieść po świecie plotkę. Internet funduje natychmiastowy przekaz. Ma jeszcze większą moc i siłę rażenia. Opluwanie Wiery Gran byłoby teraz łatwiejsze i bardziej skuteczne. Nadal się zdarza, choć zdystansowały ją współczesne skandale. Mechanizm jest podobny. Słowa używane jak kamienie. Podobne sploty insynuacji, zarzutów, krzywdzących oskarżeń. Złośliwie, paskudnie, zza węgła. Często anonimowo uderza się w innych, słabszych, tych spoza układu. Trwa to chwilę. Odzyskanie twarzy i ponownego zaufania niekiedy już się nie udaje.

Umierała w samotności. Rozmawiała po rosyjsku z mamą, a czasem ze świętym Antonim, bo przecież przed laty „serce zgubiła pod miedzą”. Zapadała się w sobie bez kokieterii, ze znużeniem i ulgą jednocześnie. W siebie. W ostatnią kryjówkę. W bunkier, gdzie po raz pierwszy od pół wieku lęk nie będzie wypalał znamion.

Czuła się pogrzebana za życia. Zmarła w Paryżu 19 listopada 2007 roku.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Israel’s political iron man inherits a hatful of tsuris

Israel’s political iron man inherits a hatful of tsuris

LIEL LEIBOVITZ AND TONY BADRAN


Former Israeli Prime Minister and Likud party leader Benjamin Netanyahu smiles as he enters an election night event for the Likud party in Jerusalem on Nov. 1, 2022AMIR LEVY/GETTY IMAGES

What to make of Bibi Netanyahu’s decisive electoral victory?

We’ll leave the squawking about the end of democracy and the brink of war to the same bien-pensants who sang the exact same tune last time around, only to grow considerably quieter when Bibi, backed by President Donald Trump, managed to usher in a large-scale Israeli-Arab peace initiative that had, for decades, eluded our self-appointed intellectual and moral betters.

For now, it seems to us, two questions need addressing, one domestic and relatively trivial and the other regional and deeply significant.

The silly one first: What kind of coalition will Bibi build?

The votes are still being counted as we write, so it remains to be seen precisely how many building blocks Bibi has at his disposal. He may yet reveal himself to be an even more skilled operator than even his bitterest foes believe, seducing poor Benny Gantz into a center-right coalition and sidelining the Betzalel Smotrich-Itamar Ben-Gvir coalition he’d midwifed. This will put him with upwards of 70 seats in the Knesset, which he can make even stronger—numerically and symbolically—by welcoming in the conservative Muslim Ra’am party. Or he can opt for a narrower hard right coalition with Smotrich, et al.

It hardly matters, mainly because his political opponents have proven themselves to be catastrophically inept, making basic tactical errors that everyone could see coming and no one found fit to avoid. Yair Lapid, hailed by many in Israel and stateside as a graceful politician, campaigned hard for his own party, which left him with 24 seats—his strongest showing ever—and absolutely no one left to play with, his own successful efforts having singlehandedly decimated his entire delicate political coalition. To his left, Meretz and Labor, awash with big egos and petty grievances, shunned a joint run earlier this year; now, one is likely out of the Knesset for the first time ever and the other will be fortunate to retain five seats. Avigdor Lieberman, too, whose personal grievances launched this electoral tsunami five cycles and nearly four years ago, is on the verge of political extinction, proving that saying much and doing nothing makes for a very limited political shelf life.

Any way you spin it, the outcome is clear: Bibi remains the only adult in the room, and whatever political decision he makes right now is still likely to give him the breathing room he needs to form a relatively stable coalition. Mazal tov. Now, on to the important stuff.

Outside of the airless world of punditry, elections are not about the mere manifestation of political power; they’re about real-world consequences, and, for Israel, no consequences could be more meaningful than the regional and geopolitical ones that determine its security and well-being. Upon his return to office, then, Bibi’s first task would be to look soberly at all that had happened since he left it last June.

He’s not likely to like what he sees.

Sharing his former boss’s commitment to regional realignment that rewards the Iranians, President Joseph Biden has aggressively championed policies furthering that disastrous end. Under the Biden administration, the realignment agenda has been dubbed “regional integration”—namely, forcing U.S. allies to prop up Iranian so-called “equities” on their borders.

“A more secure and integrated Middle East,” he wrote in an op-ed in The Washington Post ahead of his trip to Saudi Arabia this summer, “benefits Americans in many ways … A region that’s coming together through diplomacy and cooperation—rather than coming apart through conflict—is less likely to give rise to violent extremism that threatens our homeland or new wars that could place new burdens on U.S. military forces and their families.”

What kind of diplomacy did the president have in mind? The answer, as Bibi knows full well, is twofold: First, robustly revive the Joint Comprehensive Plan of Action, better known as the Iran deal, which remains the administration’s foreign policy crown jewel even as Iranian mullahs are murdering Iranian women for refusing to wear the hijab and as Iranian drones, deployed by Putin’s soldiers, are murdering civilians in Ukraine. Second, a laser focus on Lebanon—significant only because it is an Iranian holding—which has forced Israel to sign the disastrous maritime border deal with Lebanon, a deal that benefits no one but Hezbollah, Tehran’s terrorist proxy.

That last point is likely to be particularly hard for Bibi to swallow. Not even Naftali Bennett, his onetime aide turned successor, agreed to sign the deal. It took Lapid, a stunningly inept statesman, to be cajoled by the White House into giving away a lot for nothing. Nasrallah, Hezbollah’s leader, knows that, too, which is why he took the bold step of sending his drones to attack an Israeli gas rig on July 1 this year. It was, not coincidentally, also the very day Lapid began his tenure as prime minister.

How might Bibi disentangle himself from this mess? The answer could be relatively simple: Sidle up to the Saudis.

Riyadh, too, understands very well that Biden’s policies, like Obama’s, are explicitly pro-Iranian, which is why its relationship with Washington had cooled to an unprecedented degree. This is why the Saudis supported, however implicitly, the Abraham Accords, which they understood, correctly, to be an anti-Iranian effort to align the interests of regional countries opposed to the murderous mullahs and their regime. It was no coincidence that the White House advertised its “regional integration” agenda on the eve of Biden’s trip to Saudi Arabia. The message couldn’t have been clearer: The administration’s objective is not to further advance Israeli-Saudi alignment in the context of the anti-Iran framework of the Abraham Accords. Rather, it was to force Jerusalem and Riyadh to “integrate” Iranian holdings.

It makes perfect sense, then, for the Saudis and the Israelis to deepen their cooperation now that the Biden administration is cracking down on the former and about to do the same on the latter. And if they needed any further incentive to distance themselves from Biden and his explicitly harmful policies, the Saudis and the Israelis are likely counting on a Republican surge in next week’s midterms, as well as on Biden’s shockingly low poll numbers. It’s a great time for both to make this the beginning of a beautiful friendship.

That, however, would require some dancing, both from within and without. At home, Bibi will need to make sure that his coalition understands his priorities full well. This may prove challenging if Gantz chooses to become a partner; despite arguing the opposite for most of his career, he eventually lent his support to the disastrous deal with Lebanon, another in a line of long political miscalculations. If he now becomes Bibi’s minister of defense, he’ll have some ‘splaining to do, and a tough time disentangling himself from the assurances he’d given Washington.

More meaningfully, the Saudis themselves will need to adjust their attitude to their Arab Peace Initiative. The Saudi attachment to the API is understandable. It has been a signature initiative, which underscores the Saudi position of leadership in the Arab world. However, the world has changed dramatically since 2001. The API, for example, requires that Israel returns to the so-called 1967 borders, which, among other things, would mean giving up the Golan Heights. This is not only out of the question for Israel, but also not at all in the Saudi interest, as the Iranian satrapy of Syria isn’t exactly a staunch ally of the House of Saud. Also, the API’s key promise—it’s raison d’etre, really—was promising to normalize the Israeli-Arab relationship across the board and the region; the Abraham Accords already achieved that in large part, and did so only because of Saudi tacit approval. So while the API and the Abraham Accords aren’t exactly aligned policy frameworks, Israel and Saudi Arabia have enough threats, challenges, and opportunities in common to compel them to forge an alliance in defiance of Washington’s embrace of the Islamic Republic.

It’s an alliance that may not seem so promising to folks stateside. Americans like to talk about “peace in the Middle East” as both a salvic rite and an achievable goal that gives people warm feelings that they variously connect to the Old and/or New Testament and/or to secular ideas of human progress. Residents of the Middle East, historically at the mercy of greater powers and of the sharp swords of their neighbors, think in terms of allies and enemies. For Americans, what matters about the Abraham Accords is the promise of the title: The uniting of the children of Abraham. What matters most in the Middle East is the promise of a hard security architecture to protect against Iranian militias, drones, and missiles. That’s why the Abraham Accords and the Lebanese maritime deal, as a manifestation of the “regional integration” framework, while both ostensibly promising some kind of “peace,” are in fact radically opposing concepts that are at war with each other. The Abraham Accords means Israel, the Gulf, and Saudi Arabia uniting against Iran and its proxies under a U.S. security umbrella; the purpose of the Lebanon maritime deal, according to its American authors, is to “integrate” Iran and its allies into the region under the same U.S. security umbrella.

See the difference? In the Abraham Accords, Israel’s alliance with the Gulf States to counter Iran is backed by America. In Lebanon, the U.S. is aligned with Iran through its Lebanese proxy, Hezbollah, to which Israel is required to gift a potentially valuable gas field that it formerly controlled. In the first case, Israel and the Gulf wins, backed by America. In the second case, Iran and Hezbollah win, with American backing, under the fig leaf of a fictional entity called Lebanon.

It’s this exact security-minded worldview that may yet give the API a new lease on life under Bibi’s new government. Like the Abraham Accords, the API has to be reinvented as having less to do with a vision of a regionwide peace in which mankind will beat its swords into plowshares than with regional alliances and hard security structures. In that context, the API remains critically important, as an Israeli—and American—acknowledgement of Saudi primacy within the Arab world. The API will therefore remain the starting point for Saudi-Israeli relations even if all the things it supposedly requires are shunted off to the sidelines. The details are all negotiable; the acknowledgement of Saudi primacy is not. In that sense, the transformation of the API into a bilateral Saudi-Israeli agreement is less of a reach than the words on paper make it seem—the main opponent of such an agreement being not Israelis or Saudis but the Biden administration, which sees Iran as primary.

It’s not likely that an Israeli-Saudi alliance, inspired as it may be, would be able to curb all of the Biden administration’s worst instincts. But it could certainly send a very strong and united message to the White House that its attempt to force Riyadh and Jerusalem into its pro-Iran “integration” scheme will fail, and that security interests, not media affirmations, will guide both Jerusalem and Riyadh moving forward. That is a complicated task requiring real vision and capabilities. Thankfully, the best man for the job is now back at the helm.


Liel Leibovitz is editor at large for Tablet Magazine and a host of its weekly culture podcast Unorthodox and daily Talmud podcast Take One.

Tony Badran is Tablet magazine’s Levant analyst and a research fellow at the Foundation for Defense of Democracies. He tweets @AcrossTheBay.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com