Tag Archive | Najwiekszy blog emigracji marca’68

DWIE CZY TRZY MATKI?

DWIE CZY TRZY MATKI?

Zuzanna Benesz-Goldfinger


O szkicach do ilustracji opowiadań Abrahama Rajzena opublikowanych w 1957 roku przez wydawnictwo „Idysz Buch” pisze Zuzanna Benesz-Goldfinger.

Izaak Celnikier, ilustracja do opowiadania Abrahama Rajzena „Dwie matki” (dotychczasowy tytuł: „Kobieta z dzieckiem”), papier, tusz, piórko, 1957 r. / Nr inw. A-1576/19, zbiory ŻIH

Szanowni Państwo,

Zapraszamy do lektury pierwszego tekstu z cyklu „Czytanie obrazów” poświęconego interpretacjom wybranych dzieł sztuki z kolekcji Żydowskiego Instytutu Historycznego. Prace tworzących, kształcących się lub urodzonych na ziemiach polskich przed 1939 rokiem artystów żydowskich, których twórczość zachowała się niejednokrotnie w nikłym stopniu, zdają się dzisiaj często wyrwane z kontekstu, pozbawione głosu i zapomniane. Powstawały w dialogu ze światem przedwojennym, a także z pokoleniami pozostających od wieków w kręgu języka jidysz i tradycyjnego judaizmu polskich Żydów, których intensywne, wielowarstwowe życie zostało unicestwione w czasie Zagłady. Dzisiaj, niezależnie od tego, czy mamy żydowskie korzenie, czy nie, czujemy potrzebę kontynuowania tego dialogu w ramach polskiej kultury, którą nasz Instytut aktywnie współtworzy. Poprzez pozostawione nam w spuściźnie obrazy chcemy przybliżać współczesnym świat dawnych gestów, symboli i znaczeń. Pragniemy dzielić się naszymi fascynacjami, naszą wiedzą, pomysłami i odkryciami, a niekiedy także wyjść poza utarty i czasem nużący schemat nakazujący historykowi sztuki pisać wyłącznie w sposób zdystansowany, zobiektywizowany, uwzględniający wszystkie istniejące źródła czy odniesienia. Chcemy, żeby obrazy przemówiły do nas i do czytelników. Pozwalamy więc sobie na odrobinę swobody, na ciekawość i intymność, na domysły i niedopowiedzenia.

Życzymy dobrej lektury!

Dział Sztuki ŻIH


ZUZANNA BENESZ-GOLDFINGER

DWIE CZY TRZY MATKI? 

Z cyklu: ilustracje Izaaka Celnikiera do opowiadań Abrahama Rajzena

W kolekcji muzeum ŻIH znajduje się zbiór kilkudziesięciu rysunków autorstwa Izaaka Celnikiera z drugiej połowy lat pięćdziesiątych XX wieku. Zostały zatytułowane opisowo przez kustoszy działu sztuki, ponieważ w chwili przekazania prac przez spadkobierców nieznana była ich proweniencja czy tytuły. Dzięki informacjom zawartym w spuściźnie pierwszych kuratorów muzeum ŻIH, Józefa i Ernestyny Sandlów, udało się ostatnio odkryć proweniencję niektórych rysunków Celnikiera. Są to szkice do ilustracji opowiadań Abrahama Rajzena opublikowanych przez wydawnictwo „Idysz Buch” w 1957 r. Jednym z nich jest poniższy szkic.

Tyle pytań rodzi się, patrząc na intymną scenę bliskości kobiety i dziecka naszkicowaną przez Izaaka Celnikiera w ostatnim roku pobytu w Polsce, zanim wyemigrował na stałe do Paryża. Kim jest ta kobieta i jaka jest jej relacja z dzieckiem opierającym się o jej kolana? Czemu zostało ono nakreślone intensywną, jednostajną kreską w odróżnieniu od pospiesznego, zamaszystego rysunku kobiety? Czemu dziecko, pomimo fizycznej bliskości z matką, sprawia wrażenie zupełnie odrębnego bytu? I w końcu: czy ono w ogóle jest żywe?

Kobieta wskazuje dłonią na serce chłopca. Od jej palca wskazującego we wszystkie strony rozchodzą się promienie. Czy tchnęła w niego nowe życie, czy też może oddała mu swoje? Artysta ujął moment ruchu jej głowy, jak gdyby w chwili przekazywania chłopcu życiodajnej energii, przebudziła się właśnie z głębokiego snu. Jak długo pozostawała w letargu?

Szukanie odpowiedzi wymaga uważnego wpatrywania się w rysunek, ale jak się okazuje, również w tekst. Jest to bowiem szkic do ilustracji pewnej okrutnej historii spisanej w 1916 r. przez Abrahama Rajzena, którą autor umieścił w zbiorze krótkich opowiadań jidyszowych.

Opowieść została spisana z punktu widzenia mężczyzny, którego żona Chana znalazła się w szpitalu psychiatrycznym. Wraz z rozwojem fabuły okazuje się, że kobieta straciła pierwsze dziecko, a w obecnym stanie wydaje jej się, że Lejbełe – jej synek – wciąż żyje. Dalszy ciąg zdarzeń może przybliżyć nas do metod stosowanych w psychiatrii na początku XX wieku.

Za poradą lekarza mąż przyprowadza do szpitala dziecko sąsiadów, a matka jednoznacznie utożsamia je ze swym nieżyjącym synem. Co więcej, po chwili Chana wpada na ten sam okrutny pomysł, na który wpadł wcześniej jej lekarz. Na oddziale znajduje się bowiem jeszcze jedna kobieta pogrążona w rozpaczy po utracie syna. Chana przyprowadza jej dziecko, które sama usynowiła, przekonując kobietę, że jest jego matką. Powtarza przy tym, kierując swoje słowa do męża: „To wariatka, biedactwo”.

Czy przeniknęła zamysł lekarza, który nie chciał pozbawiać jej złudzeń? W opowiadaniu obecny jest ledwie zasugerowany topos przenikliwego szaleńca, który na swój sposób uświadamia pozostałym aktorom dramatu, że nie da się oszukać. Jednocześnie dopiero odkrycie faktu, że „jej syn” może przynieść ulgę innym cierpiącym, przywraca kobiecie spokój ducha. O uczuciach samego chłopca skonfrontowanego z nagłym faktem posiadania trzech matek nikt najwyraźniej w owym czasie nie myślał, ale dla aktorów dramatu nie miało to żadnego znaczenia (sic!). Dlatego też Celnikier ujął dziecko w tak abstrakcyjny sposób jako postać ledwie obecną, patrzącą w dal i przypominającą obiekt-lalkę, w którą tchnięto życie.

Abraham Rajzen

Dwie matki

Tę historię opowiedział mi mój przyjaciel, którego ukochana żona znajduje się już od kilku lat w szpitalu dla umysłowo chorych.

Dla umysłowo chorych! Tak nazywamy tych wszystkich, którzy się za bardzo różnią od nas swoimi słowami, czynami i opiniami. Z początku choroba ukochanej żony mojego przyjaciela polegała na zbyt wielkiej dobroci. Przez cały czas mówiła o miłosierdziu. Odczuwanie współczucia wobec innych w niewielkiej dawce jest normalne. Wraz z wielkim ciężarem egoizmu i małostkowością, które nas cechują, jesteśmy w stanie żyć normalnie w zdrowiu i sile, jak Bóg przykazał.

Lecz ukochana żona mojego przyjaciela czuła w sobie nadmiar współczucia dla wszystkich cierpiących i nieszczęśliwych. Już nie potrafiła się odnaleźć między normalnymi. Przyjaciel opowiadał mi:

„Stała się bardzo melancholijna, chodziła po pokoju, załamywała ręce, jęczała i szlochała.

– Co ci jest Chano? – pytał.

– Tak im współczuję… – odpowiadała.

– Komu współczujesz?

– Im wszystkim.

Gdy współczucie wzmagało się w niej, odprowadzono ją do szpitala dla umysłowo chorych.

Tam zwykłem ją odwiedzać raz w tygodniu, by zobaczyć co u niej słychać. Jednak nie została tam wyleczona. Jej serce stawało się co raz miększe i bardziej wrażliwe. Ujrzawszy mnie, jej pierwsze pytanie brzmiało:

– Co u nich słychać?

– O kogo pytasz Chano?

– O nieszczęśliwych… Czy mają co jeść? Czy są zdrowi? Czy nie wymierają?

Potem zazwyczaj drapała się i szukała czegoś w swoich ubraniach. Zaraz potem wpadała w szloch.

– Nic nie mam, nic, jestem taka biedna.

I płacząc jeszcze mocniej zwracała się do mnie:

– Drogi, pożycz mi trochę pieniędzy…

– Do czego są Ci potrzebne?

– Żeby rozdać im wszystkim. Widzisz ilu tu jest chorych – wskazywała na otaczające nas postacie poruszające się po dużej izbie przyjęć.

Oczywiście nie odmówiłem jej.

– Dziękuję Ci! Dziękuję! – mamrotała – dobry z ciebie człowiek!

Z upływem czasu choroba się nasiliła. Do innych symptomów dołączyły silne matczyne uczucia. Początkowo wystarczało, gdy przyprowadzałem ze sobą nasze trzyletnie dziecko, które urodziła, gdy była jeszcze zdrowa i które sam wychowywałem. Później jednak zaczęła mnie prosić ze łzami w oczach, żebym przyprowadził jej chłopczyka.

– O jakim chłopczyku mówisz? – pytałem.

– O Lejbełe – odpowiadała, a jej wielkie, przestraszone oczy patrzyły na mnie błagalnie.

Lejbełe to było nasze pierwsze dziecko, które zmarło lata temu, gdy jeszcze była zdrowa, ale ja się bałem przypominać o jego śmierci i wprowadzałem ją w błąd. Odkładałem przyprowadzenie go z tygodnia na tydzień!

– Przyprowadź go! – prosiła – tak chcę go zobaczyć!

W końcu za radą doktora przyprowadziłem syna sąsiadów. Ach, jak się nim cieszyła! Nawet wydawało jej się, że rozpoznała w nim własnego syna. To właśnie jej Lejbełe!… Tuliła go do siebie i zalewała mu główkę łzami. W tej minucie była przeszczęśliwa. Jej wielkie oczy lśniły ogienkami dobroci i szczęścia. Ale rychło ten ogień zgasł.

– Nie mam prawa się nim cieszyć. – stwierdziła.

– Dlaczego? – spytałem.

– Widzisz tę kobietę? – wskazała na postać, która stała jak cień pod ścianą i patrzyła nieruchomo w przestrzeń. – Spójrz na nią. To wariatka, biedactwo.

Izaak Celnikier, ilustracja do opowiadania A. Rajzena „Dwie matki” (dotychczasowy tytuł „Portret młodej kobiety”), karton, piórko, tusz, 1957 / nr inw. A-1576/15, zbiory ŻIH

Ledwo powstrzymałem się od uśmiechu.

– Tak – szepnęła moja żona. – Jest, biedna, szalona. Zmarł jej synek. Przez to, biedactwo, odeszła od zmysłów. Widzisz, jak stoi zasmucona. Pocieszmy ją. Chodź!

Moja żona wzięła mnie za rękę i zaprowadziła mnie do niej wraz z chłopczykiem. Naraz twarz mojej żony nabrała szczęśliwego wyrazu.

– Mój drogi – szepnęła mi do ucha – powiemy, że to jej dziecko! Jej synek! Oj, jak ona się ucieszy! Z pewnością uwierzy…

I zanim miałem czas odwieźć ją od tego pomysłu, moja żona obudziła drugą, nieszczęśliwą kobietę i mówiła do niej z egzaltacją:

– Twój synek!

Na co kobieta odpowiedziała:

– Moje dziecko! – i zaczęła przyciskać chłopca do siebie.

Moja żona promieniała ze szczęścia i uśmiechała się do mnie.

– Widzisz jaka jest szczęśliwa. Naprawdę uważa, że nasz Lejbełe to jej dziecko… To wariatka, biedactwo.

Od tej pory musiałem przyprowadzać to obce dziecko raz w tygodniu do mojej żony, która głęboko wierzyła, że jest to jej Lejbełe. Potem na krótki czas przekazywała go tej drugiej matce i była zdumiona, gdy tamta szeptała:

– Moje dziecko, moje dziecko.

– Jest biedna, szalona – wzdychała moja żona cicho, by tamta nie słyszała. I odczuwała wobec niej silne współczucie. – Biedactwo, taka nieszczęśliwa –kręciła głową.

Później przestałem ciągnąć tę straszną grę, ale jakiś czas później, znalazłszy się pomiędzy zdrowymi, normalnymi ludźmi, obserwując ich łzy i radość, ich szczęście i nieszczęście, stawały mi przed oczami dwie nieszczęśliwe kobiety w szpitalu…

1916.


Tłumaczenie z jidysz na potrzeby niniejszej publikacji: Magdalena Wójcik
Redakcja: – Zuzanna Benesz-Golfinger
Bibliografia:Abraham RajzenDwie matki, w: Ojsgewejłte werk [Dzieła wybrane], t. II, pod red. Sz. Ferdmana, wyd. Idysz Buch, Warszawa 1957, s. 115–119. 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Strach polski, strach żydowski

Strach polski, strach żydowski

Adam Szostkiewicz


Mamy kolejną odsłoną sporu z Izraelem o wspólną historię. Przypominamy rozmowę z prof. Janem Tomaszem Grossem.

Prof. Jan Tomasz Gross

Rozmowa z Janem Tomaszem Grossem, profesorem historii Uniwersytetu Princeton, ukazała się w tygodniku POLITYKA w lipcu 2006 r. po tym, jak w Polsce wydano jego książkę „Strach. Antysemityzm po Auschwitz”

Adam Szostkiewicz: Tytuł książki brzmi „Fear”, strach, podtytuł „Antysemityzm po Auschwitz”. Kłopot w tym, że pan dopiero pracuje nad polskim przekładem, którego możemy się spodziewać w przyszłym roku, nakładem Znaku. Większość czytelników tej rozmowy nie zna książki, za to mogła się już zetknąć z pierwszymi recenzjami i interpretacjami, także takimi, których autorzy nawet nie czytali pańskiej pracy, a mimo to już mają o niej wyrobione zdanie. Czy zgodzi się pan, jeśli powiem, że tematem książki są w istocie dwa strachy – żydowski i polski?

Tomasz Gross: Oba strachy są obecne w doświadczeniu tej epoki i oba strachy są obecne w tej książce. One są ze sobą splecione.

Wszyscy pamiętamy pańskich „Sąsiadów” i dyskusję, jaką ta książka wywołała – może największą po wojnie na temat stosunków polsko-żydowskich i antysemityzmu w Polsce. Wydawałoby się, że temat został wyczerpany. Dlaczego pan do niego wraca w „Strachu”?
„Sąsiedzi” to epizod w historii stosunków polsko-żydowskich, który dowiódł, że istnieje zapotrzebowanie społeczne na takie książki. Napisałem teraz książkę o antysemityzmie, który się objawił w polskim społeczeństwie i doświadczeniu ludzi tu mieszkających, także Żydów, po wojnie. Praca o sąsiadach nie wyczerpuje kwestii.

Pisze pan w „Strachu”, że to książka historyczna, a nie przypowieść moralna. Ale „Strach” ma silne przesłanie etyczne; może paść zarzut, że to publicystyka.

Oczywiście to jest książka historyczna. Tylko że w Polsce jest inna tradycja pisarstwa historycznego niż w Ameryce, we Francji czy w Niemczech. To, że się pisze książkę historyczną w sposób żywy i w jakimś sensie adresuje się ją do szerokiej publiczności, jest rzeczą zupełnie naturalną i zrozumiałą. Książka historyczna to jest książka, która problematyzuje zagadnienie, a nie po prostu je opisuje.

Nie jestem historykiem, ale chcę zapytać o coś, o co mogą pytać zawodowi historycy. O wiarygodność źródeł. „Strach” jest udokumentowany, a czytanie tego materiału dokumentacyjnego jest przeżyciem wstrząsającym. Należy do nurtu historiografii, który nazywają „oral history” – historią pisaną na podstawie osobistych relacji aktorów i świadków wydarzeń. Czy pan profesor wziął jednak pod uwagę, że cytowane relacje świadków są świadectwami ofiar i ludzi przerażonych swoim losem i wobec tego mogących zniekształcać rzeczywistość w sposób nieprzychylny Polsce?

Zamiast deliberować nad problemem, czemu dać pierwszeństwo: dokumentacji, która na kawałku papieru z urzędowym nagłówkiem opisuje jakieś wydarzenie, czy relacjom zebranym i spisanym na gorąco, sięgam po prostu po źródła obu rodzajów. Ważny element tytułu książki, wprawdzie napisany mniejszymi literkami, brzmi: „an essay in historical interpretation”, esej z dziedziny interpretacji historii. „Strach” nie jest dokładnym odtworzeniem wszystkich zdarzeń, tylko spojrzeniem na epokę w świetle przedstawionych w książce wydarzeń. Usiłuję wydobyć ich znaczenie i jakoś je zrozumieć. Nie twierdzę, że moja książka zawiera pełną dokumentację historyczną okresu, o jakim opowiada. Dokumentacja ta jest za to bardzo różnorodna. Pochodzi często od tych, którzy widzieli popełniane zbrodnie i inne zdarzenia, a obracali się w przestrzeni nie obramowanej instytucjami.

No tak, ale jak się czyta na przykład relacje o zabijaniu Żydów podróżujących koleją i wyłapywanych spośród pasażerów między innymi przez harcerzy…

To nie są opowieści tylko Żydów. Główny tekst to jest relacja człowieka, który był akurat na dworcu kolejowym i który wcale nie jest Żydem. Drugi bardzo ważny tekst to relacja takiego pana, który był wtedy dzieckiem, siedział akurat w tym samym przedziale co prześladowani, a pochodził z rodziny antysemickiej.

Może gdyby się odezwali inni zwykli Polacy – tacy, którzy przeżywali to, co się działo z polskimi Żydami czy z Żydami w Polsce po wojnie, obraz wypadłby trochę inaczej. Ale ci ludzie zwykle milczeli, bo trudno wyrywać się przed tłum i ogłaszać światu: Jesteśmy przyzwoici. Tak powstaje pewna istotna luka w zebranych relacjach świadków. Czy pan o tym pomyślał?

Oczywiście. Tylko że to jest w jakimś sensie potwierdzenie smutnego obrazu, o jakim piszę. Jasne, że była masa przyzwoitych ludzi. Przecież moja książka w ogóle z tego wzięła początek. Problem w tym, jak to jest możliwe, że ludzie, którzy byli bohaterami i krystalicznie przyzwoitymi obywatelami tego kraju, że ci ratujący Żydów Polacy bali się po wojnie ujawnić swoją rolę w czasie wojny wobec własnych sąsiadów. To się w głowie nie mieści. W środowisku polskiej inteligencji mnóstwo naszych znajomych ratowało innych swoich znajomych Żydów, moja matka uratowała mojego ojca i to było zupełnie oczywiste i naturalne, i nie podlegało dyskusji. Istnienie tych ludzi jest dla mnie niepodważalnym aksjomatem, natomiast fakt, że oni nie występują głośno, jest dla mnie doświadczeniem katastrofalnego stanu społecznego, w którym norma i powszechnie akceptowane zasady postępowania wykluczają te bohaterskie postawy. Nie ja jeden jestem tym zdumiony. Dokładnie tak samo zdumiona była cała elita polskiej inteligencji.

Pisze pan o tym, cytując ówczesne tygodniki, „Odrodzenie”, „Kuźnicę” i ich znakomitych autorów – Ossowskiego, Wykę, Andrzejewskiego, Jastruna.

To są reakcje intelektualistów, autentycznie wstrząśniętych i zaskoczonych, że coś takiego miało miejsce. To byli ludzie, którzy kształtowali świadomość społeczną. Ich twórczość wrastała głęboko w wyobraźnię, duszę, rzeczywistość społeczeństwa, o którym piszą. I oto na dołach tego społeczeństwa zaszło coś strasznego, coś, co całkowicie umknęło ich uwadze.

I oni wyrazili swoje moralne oburzenie, rozpacz. To zostało opowiedziane i przedyskutowane, i to zaraz po pogromie kieleckim. Dlaczego pan do tego wraca?

Przekonamy się, jak głęboko to zostało przedyskutowane po reakcjach na mój artykuł o pogromie kieleckim w „Tygodniku Powszechnym”. Zobaczymy, czy również w „Polityce” nie będzie listów od czytelników po wydrukowaniu naszej rozmowy, jakie to będą wypowiedzi i czy sprawę można uznać za zamkniętą.

Zwłaszcza że nie zostawia pan nikomu żadnych złudzeń. Jeśli lewica myślała, że ciężar uderzenia w pańskiej książce pójdzie w stronę Kościoła i sił nacjonalistycznych, prawicowych, to się zdziwi. Cały rozdział poświęca pan prześwietleniu pojęcia żydokomuny i bada skrupulatnie, jak naprawdę w latach powojennych wyglądały relacje między Żydami a komunizmem. Według pana, stereotypu nadreprezentacji Żydów we władzach państwa komunistycznego, w polityce komunistycznej, nie da się obronić w żaden sposób. Kiedy walą się wygodne stereotypy, pojawiają się pytania zastępcze. Może Gross pisze takie książki, bo temat polskiego antysemityzmu dobrze się sprzedaje za granicą, zwłaszcza w Ameryce? Nie mówię o pieniądzach, tylko o poklasku i prestiżu.

Ja już się wdrapałem na szczyt tej piramidy akademickiej i nie muszę zabiegać o więcej. Szczerze mówiąc, nie myślałem o tym – nie żebym nie był człowiekiem próżnym, tylko że zawsze wybierałem tematy, które mnie po prostu interesowały, a zwykle stały w sprzeczności z pewnymi obowiązującymi standardami dyscyplinarnymi. Między innymi stąd się bierze moje przechodzenie z jednej dziedziny akademickiej do innej, z jednego wydziału na drugi. Zacząłem od socjologii, potem byłem na wydziale nauk politycznych, wreszcie zatrzymałem się w miejscu, w którym powinienem być od początku, czyli na historii. Nie zabiegałem o sukces. Człowiek pisze dobre książki i wykonuje dobrą robotę, zajmując się tym, co go rzeczywiście interesuje. Problematyka dotycząca Holocaustu i antysemityzmu to jest zagadnienie, do którego doszedłem dość późno w swoim pisarstwie. Miałem już na koncie kilka książek na inne tematy.

Między innymi o sowieckich wywózkach obywateli polskich na Syberię. Nie wybiera pan wyłącznie tematu, jak okropne rzeczy Polacy robili Żydom.

W pierwszym okresie działalności pisałem o tym, jak Niemcy i Sowieci robili okropne rzeczy Polakom. I jak dzielnie Polacy sobie z tym radzili. Jedna z pierwszych moich prac dotyczyła podziemia antyhitlerowskiego w Polsce, społecznego oporu i tego, jak można było zachować – mimo nacisku totalitaryzmu – więź i normy; potem analizowałem totalitaryzm sowiecki przez pryzmat okupacji wschodnich terenów Polski. Te zagadnienia interesowały mnie od początku, częściowo ma to związek z moimi doświadczeniami z działalności studenckiej w Marcu i okolicach Marca ’68, kiedy chodziło o przeciwstawianie się reżimowi komunistycznemu, afirmację prawa do wolności, wolnego słowa, stworzenie jakiejś alternatywy.

Na czym polegał ten związek ideałów Marca ’68 z pańskimi studiami nad totalitaryzmem?

Studiując w Ameryce okres okupacji i reakcji na niesamowicie brutalne porządki, które okupant niemiecki, a potem okupant sowiecki wprowadzał w Polsce, miałem odczucie, że to kontynuacja tego samego marcowego wątku. W jaki sposób przechowuje się wolność i potrzebę wolności? W jaki sposób się ją afirmuje, a jakie są mechanizmy, które wolność niszczą? Jak niszczą wolność organizatorzy porządku publicznego, którzy nie mają żadnych zahamowań? Mogą użyć każdej formy przemocy i inżynierii społecznej, bo przed nikim nie muszą się z niczego tłumaczyć. To były te moje studia o totalitaryzmie.

No i w końcu dotarłem do doświadczenia żydowskiego. Uświadomiłem sobie, jak głęboka była moja niewiedza o stosunkach polsko-żydowskich podczas okupacji i jak bardzo ta niewiedza jest powszechna wśród Polaków, jak integralnym jest elementem doświadczenia polskiego. Wstyd mi było, bo napisałem wcześniej dwie książki, w których całkowicie pomijałem tę problematykę. Bardzo mnie to wciągnęło, bo historiografia i pamięć zbiorowa były w tej dziedzinie kompletnie zakłamane. Zacząłem o tym pisać w „Upiornej dekadzie”. Uznałem za bardzo ważną kwestię stosunku polskiego społeczeństwa do Żydów – to, jak w miasteczku X zachowali się jego mieszkańcy, kiedy przyszli hitlerowcy (myślę o całym okresie okupacji) i spośród obywateli tego miasteczka wyciągnęli połowę czy jedną dziesiątą, czy 70 proc., i zabrali na śmierć. Jak reagowano na ten proces wyjmowania spośród nas ludzi na śmierć? To jest szalenie ważne doświadczenie okupacji, jeśli chodzi o Polskę, jeśli chodzi o mentalność zbiorową, a jego konsekwencje są odczuwalne do dziś. Nie jest przypadkiem, że w polityce tego kraju, w którym nie ma Żydów…

…ludzie tacy jak Konstanty Gebert by zaprotestowali, bo przecież oni tu są i rozwijają życie żydowskie.

Jest ich parę tysięcy. W Polsce bez przerwy wątek żydowski odbija się czkawką, jak tylko się pojawiają jakiekolwiek polityczne problemy. W jednym z niedawnych (2004) badań opinii publicznej 40 proc. respondentów stwierdziło, że Polską rządzą Żydzi. Można to nazwać chorobą umysłową, ale w te absurdy wierzy bardzo dużo ludzi, także inteligentnych. Te absurdy mają swój korzeń, który trzeba znaleźć i opisać.

Wyliczając powody, dla których Polacy zabijali po wojnie Żydów, pisze pan, że chodziło o formę społecznej kontroli. Wskutek polityki hitlerowskiej, wskutek Holocaustu, znikli polscy Żydzi, a natura nie znosi próżni i w to miejsce weszła nowa grupa społeczna złożona z Polaków. Pojawienie się Żydów po wojnie uderzało w ich podstawowe interesy materialne i życiowe.

To jest diagnoza ostatniego delegata rządu londyńskiego na kraj Jerzego Brauna. Nie ma nic specjalnie oryginalnego w tej obserwacji. Problem robi się dramatyczny, jeżeli w celu obrony raz zajętej pozycji ludzie zaczynali mordować innych ludzi.

Bardziej będzie pan atakowany za interpretację powiedzmy psychoanalityczną: że Polakami po wojnie rządził tak silny kompleks wstydu i pogardy wobec Żydów, że trzeba było Żydów usunąć w taki czy inny sposób, zmusić ich do emigracji na stałe albo fizycznie zlikwidować, żeby tym samym zlikwidować źródło swojego własnego kompleksu, swojego własnego strachu. Polacy bali się ocalałych Żydów jako chodzącego wyrzutu sumienia. To brzmi niezwykle mocno, ale czy za tym odczytaniem stoją twarde fakty?

Twarde fakty i twarde interesy. Żyd, który wraca po wojnie, stanowi zagrożenie dla posiadacza przedmiotów, które do tego Żyda należały przedtem, a więc zagrożenie interesu gospodarczego. Żyd, który wraca, to jest też zagrożenie dla ludzi, którzy w jakiś sposób brali udział w prześladowaniu Żydów w czasie okupacji. To jest potencjalny świadek albo ktoś, kto może jakąś sprawę wytoczyć. Sądy bardzo niechętnie podejmowały takie sprawy, bardzo niechętnie uznawały dowody, o czym piszę i co pokazuje także ipeenowskie studium „Wokół Jedwabnego”. Tak więc nie jest to wyłącznie kwestia psychologiczna, aczkolwiek psychologia jest szczególnie ważna. Robiąc ostateczną redakcję tekstu „Strachu”, znalazłem fragment u Tacyta – już za czasów Tacyta to była prawda oczywista! – o tym, że człowiek ma taką naturę, iż nienawidzi ludzi, których skrzywdził. Ktoś już napisał, że ja psychologizuję na temat polskiego społeczeństwa, a właściwie sam powinienem się poddać psychoanalizie. Oczywiście jedno drugiego nie wyklucza…

Kto przeczyta „Strach” bez uprzedzenia, nie znajdzie w nim dowodów nienawiści autora do Polaków. Czy napisał pan to studium antysemityzmu po Zagładzie, by zrozumieć, dlaczego Polacy odrzucili ocalałych Żydów?

Interesuje mnie antysemityzm po wojnie i w Polsce. To jest zjawisko na największą, w porównaniu z innymi krajami, skalę z bardzo prostego względu. W Polsce było znacznie więcej Żydów niż gdziekolwiek indziej. Ale mnie to interesuje także dlatego, że jestem Polakiem. To moje społeczeństwo, ja się tu wychowałem. To, co się działo między Polakami a Żydami tuż po wojnie, było dla mnie wielką zagadką, ale sądzę, że to nie jest problem, który musi nam ciążyć na zawsze. W każdym miasteczku, z którego wyciągnięto polskich Żydów, był jeden konkretny dzień, w którym się taka akcja zaczynała, niechże tam będzie jakiś słupek z potrzeby serca, żeby ludzie zapłakali i koniec, do widzenia. Żadnych przeprosin, żadnych odszkodowań. O nic innego tu nie chodzi, tylko żeby grzech nazwać po imieniu. Wreszcie my, Polacy, przestaniemy się oglądać do tyłu, czy tu nam ktoś nie wykręca jakiegoś numeru.

I co mnie frapuje, to to, że ja właściwie nie wyniosłem tej całej wiedzy o problematyce, którą tu opisuję, z domu. Nie wiedziałem o tym, choć miałem niezwykle otwarte stosunki z rodzicami, którzy absolutnie o wszystkim, o czym rozmawiali ze sobą, rozmawiali też ze mną. A moja mama była łączniczką w Biurze Informacji i Propagandy AK, jej pierwszy mąż był Żydem z zasymilowanej rodziny, nie wyglądał na Żyda, on i jego brat zginęli jako Żydzi zadenuncjowani. Najpierw zadenuncjowano rodziców, potem zdaje się rodzice powiedzieli, gdzie synowie mieszkają… Mama wszystko wiedziała i ja się zastanawiałem, jak to jest, że ja, wyjeżdżając z Polski i potem zajmując się tą problematyką, nie dowiedziałem się o tym wszystkim prawie niczego od matki, kiedy jeszcze żyła. Ona tej wiedzy nie ukrywała przede mną, tylko tej wiedzy nie miała zarejestrowanej. Mój ojciec, którego poznała w czasie okupacji i wyprowadziła z powstania – wyszli z tym całym tłumem, który szedł do Pruszkowa – został przez moją matkę wyciągnięty z obozu w Pruszkowie i poszli oboje do majątku jej ciotki. Ciągle jeszcze pod okupacją niemiecką. To było najbezpieczniejsze miejsce dla ojca, bo nikomu nie przyszłoby do głowy, że panienka z Żydem się zadaje. To było doświadczenie, które się odciska piętnem na życiu całego społeczeństwa. A jednocześnie się o tym nie mówi. W pojęciu inteligencji to, co się dzieje między chłopami a Żydami, nie należy do głównego wątku historii. Nie chodzi o to, że to jest niewłaściwy temat, tylko że historię Polski robi elita. Takie podejście to była naiwność. To nie wypływało ze złej woli, ja nie ironizuję, patrzę na to jako socjolog.

Dlaczego pan wybrał pogrom kielecki jako egzemplifikację tego problemu?

To jest najbardziej dramatyczny epizod, który się wydarza w ramach powojennego antysemityzmu – i dla Polaków, i dla Żydów. Po tym mordzie Żydzi – a chodzi tu także o Żydów, którzy wrócili z Rosji, czyli Żydów sybiraków, to nie nasłani komuniści, tylko ludzie, którzy przeszli tę gehennę, która w naszej tradycji jest gehenną powstańców – ujrzeli, że nowe życie jest dla nich niemożliwe nie dlatego, że Niemcy wymordowali Żydów podczas okupacji, tylko dlatego, że Żyd po wojnie w Polsce nie mógł przeżyć w małych miasteczkach, do których wracał. Francuski pisarz katolicki Emmanuel Mounier, którego cytuję, pisze, jakim to było dla niego zaskoczeniem, kiedy po wojnie odwiedził Polskę i rozmawiał z hierarchami Kościoła, między innymi kardynałem Sapiehą. I tu jest sprawa, która pozostaje jeszcze do opisania, najbardziej drażliwa.

Chrześcijaństwo wobec zbrodni na Żydach?

Czytałem teksty Camusa, które publikował w podziemnym „Combat”. Powiada tam, że okres okupacji to okres, w którym pojawia się nowy rodzaj zbrodni: zbrodnia polegająca na tym, że czegoś się nie zrobiło, chociaż można to było zrobić. Camus pisze o tym w kontekście kolaboracji we Francji. Dla mnie to problem zachowania Kościoła w Polsce. Mam na myśli każdego proboszcza z osobna. Były takie przypadki, że ci proboszczowie mówili swoim owieczkom: Róbcie sobie, co chcecie, Żydów nie musimy lubić, ale mordować nie wolno. I tam był spokój. Ale to nie było przesłanie, które Polacy słyszeli od duszpasterzy powszechnie. I tu tkwi dla mnie jakiś kamień węgielny odpowiedzialności Kościoła za tę zbrodnię.

Pan wie, że Kościół występował przeciwko zabijaniu Żydów. Adam Michnik pisał ostatnio o dwóch twarzach Kościoła w obliczu pogromu kieleckiego: postawie biskupa Kubina i biskupa Kaczmarka.

Michnik w sposób dramatyczny przeciwstawił te dwie postawy, pokazując, jak koszmarna i nie do przyjęcia jest postawa Kaczmarka. Nie przyszło panu pewnie do głowy, żeby wziąć do ręki „Nasz Dziennik” z 4 lipca. Gdyby pan to zrobił, toby pan zobaczył, że na temat pogromu kieleckiego zamieścił ogromny tekst i króciutki zapis na samym początku: Żydzi strzelali pierwsi. To tak zwany raport biskupa Kaczmarka.

Stefan Bratkowski w swej historii stosunków polsko-żydowskich „Pod wspólnym niebem” też skłania się do wersji prowokacji, a przecież nie jest wielbicielem „Naszego Dziennika”. Pan tę wersję prześwietla szczegółowo i odrzuca. Zakończmy pytaniem o morał, jaki płynie ze „Strachu” dla czasów obecnych. Czy taki, że walka z antysemityzmem jest demokracji niezbędnie potrzebna?

Morał jest głębszy. Bardzo ważną tradycją w polskiej kulturze i społecznej praktyce jest tradycja, która wyrasta z romantyzmu. To tradycja, że opór przeciwko złu jest rzeczą godną i szlachetną, tak samo jak występowanie przeciwko zbrodniczym naciskom, którym poddawana jest jakaś mniejszość. I że ofiarna walka o wolność jest rzeczą wspólną i trzeba ją podejmować wbrew najgorszym układom sił. I że ten mniejszy, ten który jest ofiarą, ma zawsze rację, póki się nie udowodni, że jej nie ma. Otóż złe zachowanie w stosunku do Żydów oznacza zanegowanie tej tradycji. Uważam, że Polski na to nie stać, bo właśnie ta tradycja uratowała nas w najciemniejszych czasach. Antysemityzm, endecja – te schematy myślenia stanowią tradycję absolutnie destrukcyjną dla państwa i dla polskiej duszy zbiorowej, romantycznej, wolnościowej.

Czy to znaczy, że pisze pan o antysemityzmie i o strachu polskim i żydowskim także, by bronić wolności?

No pewnie.

Rozmawiał Adam Szostkiewicz


O czym jest „Strach”

Dlaczego Polacy, którzy ukrywali Żydów podczas niemieckiej okupacji, nie chcieli, by po wojnie dowiedzieli się o tym ich rodacy, sąsiedzi? Skąd wziął się antysemityzm po Auschwitz?” – tak Jan Tomasz Gross formułuje zasadnicze pytanie, na które stara się odpowiedzieć w swojej nowej książce. Analizę antysemityzmu w Polsce podczas wojny i zaraz po wojnie osadza Gross w kontekście Holocaustu i systemu komunistycznego. Bada i odrzuca tezę, że winę za antysemityzm po Zagładzie ponoszą sami Żydzi, bo rzekomo gremialnie poparli komunizm („żydokomuna”), czyli ustrój narzucony Polsce wbrew woli większości narodu i powojennym ustaleniom międzynarodowym. Liczbę osób pochodzenia żydowskiego szacowano w 1946 r., roku pogromu kieleckiego, na ok. 200 tys. Byli to głównie Żydzi wracający z ZSRR, nieraz z sowieckich zsyłek (kolejna ich fala napłynie po odwilży 1956 r.). Na krótko, zwłaszcza w miastach Ziem Zachodnich, odrodziło się zorganizowane życie żydowskie, w tym żydowskie partie polityczne, ale do komunistów (PPR) należało zaledwie kilka tysięcy. Liczbę powojennych żydowskich ofiar Polaków szacuje się na 500–1500. Gross bogato dokumentuje szokującą powojenną falę przemocy, agresji i dyskryminacji Żydów w Polsce – od pogromu kieleckiego po przykłady z gospodarki, sądownictwa i oświaty. Wykazuje, że władze komunistyczne traktowały obywateli żydowskich niemal tak samo jak niechętni im nacjonaliści i Kościół. Zdaniem Grossa, antysemityzm po Auschwitz wynikał ze społecznej niechęci do konfrontacji z prawdą o tym, że część Polaków skorzystała materialnie i socjalnie na nazistowskiej zbrodni na Żydach, a niektórzy sami zabijali Żydów. W efekcie – sugeruje Gross – nowa władza komunistyczna zawarła ze społeczeństwem niepisaną umowę, że temat polskich win i grzechów wobec Żydów ma raz na zawsze zejść z wokandy publicznej. Społeczeństwo zyskiwało w ten sposób spokój sumienia, a nowa władza – ważne źródło legitymizacji.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


The Inconvenient Truth About Jews From Arab Lands

The Inconvenient Truth About Jews From Arab Lands: They Were Expelled

Adi Schwartz


(Haaretz) — Nathan Weinstock hadn’t planned to write a book about the Jews of Arab lands. But when he looked for information about the modern history of Moroccan or Iraqi Jewry, he was surprised to discover that there was no book in French that told the story of the elimination of the Jewish communities in the Middle East and North Africa in the mid-20th century.

“In the end,” he says, “I decided to write it myself.”

One of the surprising discoveries he made was about the powerful bond with their roots felt by many of the roughly 1 million Jews in North Africa and the Middle East who left their homes in the decade after the creation of Israel.

“The story I knew,” Weinstock relates in a Skype interview from his home in Nice, in the south of France, “was that the Jews were happy to leave the Arab countries the moment they were given the opportunity to do so. We were not told anything about the Jews’ deep connection with Arab culture, for example. It was only later that I learned that Jewish writers were the foundation of Iraqi literature. And that in mid-19th-century Egypt, the man who invented the nationalist slogan ‘Egypt for the Egyptians,’ and was known as ‘the Egyptian Molière,’ was a Jew named Jacob Sanua.

“In the course of my research,” he continues, “I found out that the story we had been told – that the Jews left the Arab countries because they were Zionists – was for the most part wrong. True, they had an affinity for the Land of Israel – that is certainly correct – but the organized Zionist movement was very weak in the Arab countries. The great mass of Jews left under duress. They were expelled. They were subjected to such enormous pressure that they had no choice but to leave.”

Weinstock, a self-taught historian, now in his 70s, who previously published studies about the Bund movement in Eastern Europe and Yiddish literature, decided to assume the task of chronicling the expulsion of the Jews from the Arab countries. The result is a book that was published in France in 2008 as “Une si longue présence: Comment le monde arabe a perdu ses Juifs, 1947-1967” (“A Very Long Presence: How the Arab World Lost Its Jews, 1947-1967)” and has now appeared in Hebrew (Babel Books; translated by Hagit Bat-Ada).

This is a very thorough, detailed, interesting and persuasive book, with more than 900 footnotes, and it is one of the first to deal in this context with the Jewish minority in Ottoman Palestine. Weinstock has mostly relied on secondary sources, but has also used some primary sources in French from the archives of the Alliance Israelite Universelle in Paris, for example.

What makes Weinstock’s decision to write about the Jews’ expulsion from the Arab world especially surprising is his own political biography: He was one of the leading figures in the anti-Zionist left in France during the 1960s and ‘70s. From viewing Israel and Zionism as a colonial project aimed at dispossessing the Palestinians, Weinstock underwent a dramatic conceptual upheaval that led him to address a painful and rarely discussed aspect of the Arab-Israeli conflict.

“This book is the story of a tragedy,” he writes in a special introduction to the Hebrew edition, “of the uprooting of hundreds of thousands of Mizrahi Jews, who were torn cruelly from their homes and homelands. Whole communities of Jews, who had always resided in the heart of the Arab-Muslim world, underwent expulsion, persecution and malicious liquidations… Nevertheless, this drama remains unknown and it has been denied for a lengthy period.”

Weinstock, who was born in Antwerp in 1939, espoused anti-Zionist, pro-Palestinian views even before the 1967 Six-Day War. As such, he was invited, three weeks before the war’s outbreak, to speak to the Palestinian students’ union in Paris. The Paris correspondent of the Israeli newspaper Maariv, Uri Dan, reported about the event at the time: “Most depressing of all was the appearance of Nathan Weinstock, a Jew, who had a place of honor on the stage and delivered the keynote address… Weinstock was even more extreme than the Arabs in the abuse he hurled against Israel.”

In retrospect, Weinstock explains, that event showed him the degree to which he played the part of the “useful idiot” at the time. “I was thrilled when I got up to speak to the Palestinian students,” he told me. “Very naively, I was convinced that the Palestinian students would be happy to hear my pacifist message. So I was astonished when not one of them showed the least interest in what I said. Instead, they listened ecstatically to Radio Cairo, delighting in every word and swallowing the boastful announcements that the Arab armies would soon throw all the Jews into the sea.”

In 1969, Weinstock published “Zionism: False Messiah,” an anti-Zionist pamphlet (in French; an English translation came out a decade later) that quickly became the bible of anti-Israeli propaganda in France. Gradually, however, he says, he became aware of “the anti-Semitic nature of the blind assault on Israel. First, ‘the Zionists’ are condemned, then the ‘Zionist takeover’ of the media, and finally ‘Zionist world domination.’ When I was quoted, my criticism of the Palestinians, however minor, was always omitted. In the end, I understood that I had been used. My listeners took no interest whatsoever in me. For them, I was a Jewish alibi for their anti-Jewish posture.”

The straw that broke the camel’s back for Weinstock was the failure of the Camp David summit in 2000. “Once again the Palestinian leadership avoided taking responsibility,” he says. “The Palestinian leadership was cowardly, declining to tell their nation that one has to know when to conclude the struggle, because the central goal has been achieved.”

How do you account for your polar reversal of position – from anti-Zionist guru of the radical left as a young man, to supporter of Israel today?

“In the 1960s I was under strong Trotskyite influence, and I took a doctrinaire approach to issues – not based on a genuine attempt to analyze them, but in order to adjust them to simplistic, pre-set positions. The radical left has not reconsidered that period, and in many senses sounds exactly the same today. When one looks at who supports the Palestinians in Europe – and it is clear that the Palestinians do indeed have rights that need to be addressed – one sees that they don’t care about anything else: not the Armenians, not the Cypriot-Greek issue, not what’s happening in Western Sahara. Only one thing interests them, and I cannot accept that.

“We also need to remember,” he continues “that Israel took a self-righteous stance in that period, and it was very difficult to voice criticism about its behavior. In the meantime, a generation of ‘new historians’ sprang up in Israel, such as Benny Morris, who took a realistic view of history. As in every country, there are dark areas in Israel which need to be examined. But has there been any country in history without dark corners that were kept hidden? This process is underway in Israel today – but where are the Palestinian ‘new historians’? To emerge from the tangle, the Palestinians must show courage and choose the path of coexistence with the Israelis. This is a task that only they can perform for themselves.”

In 1945, Weinstock notes, almost one million Jews lived in the Arab world, whereas today there are about 4,500, the great majority of them in Morocco. According to Weinstock, there is no precedent for such a dramatic termination of Jewish communities anywhere in the world, including during the Holocaust. What, then, brought about the massive departure of Jews from the Arab countries? It was not Zionism that disconnected the Jews from their surroundings, he says. On the contrary: In most cases, the Zionist movement had a hard time mustering supporters. Jews also tried to become part of the Arab national-liberation movements. For example, the chief rabbi of Egypt during the mid-20th century, Chaim Nahum, often spoke out against Zionism; in Iraq, Jewish communists founded the Anti-Zionist League. Activist Jewish communists in North Africa expressed solidarity with the Maghreb peoples and were in the forefront of the demand for national liberation.

Weinstock cites a large number of attacks and pogroms against Jewish communities that are rarely mentioned in history curricula in Israel. In 1912, 12 Jews were killed in Shiraz, Iran, and 51 were killed that year in Fez, Morocco. In 1934, 25 Jews were killed in the Algerian city of Constantine.

In Iraq, 150 Jews were murdered in the Farhud of 1941, a three-day pogrom. Seven years later, upon Israel’s establishment, Iraq declared martial law and launched a wave of anti-Jewish persecutions. Many Jews were arrested, tried and convicted, some were sentenced to death, others were given jail terms or slapped with large fines. At this stage, the Jews were forbidden to leave the country, but in March 1950 Iraq allowed the Jews to emigrate, provided they gave up their citizenship and their property.

“The ongoing deterioration in the Jews’ situation and the atmosphere of hate surrounding them led to a mass flight from the country,” Weinstock writes.

The majority of the Jewish population (90 percent of the community of 150,000) left that year, amid a massive plundering of their property by the authorities.

In Egypt, anti-Jewish disturbances broke out in November 1945, on the anniversary of the Balfour Declaration, but the declaration of the State of Israel three years later triggered serious persecution. Hundreds of Jews were arrested, accused of involvement in Zionist or communist plots and had their property confiscated. Continuous attacks on Jews began that June. Bombs were planted in the Jewish quarter of Cairo, and it and the Jewish section of Alexandria were set ablaze. Half the country’s Jewish community left at that time, with the remainder being expelled during the Sinai War of 1956. The Jews who were driven out were not allowed to take with or sell their property.

“The police arrived and pulled grocers, carpenters, woodworkers and glaziers – but also well-known lawyers – from their beds,” Weinstock writes.

Is there anything in common among the different communities?

“Yes, in terms of the legal and social status that the Jews shared under Islamic rule. They possessed dhimmi status, meaning ‘protected person.’ It afforded the Jews the authorities’ protection, but at the same time placed them in an inferior position, humiliated and scorned. Jews were not allowed to bear arms in these countries, in which carrying a weapon was considered a salient sign of manhood. In some cases, as in early-19th-century Morocco, Jews were made to go about barefoot, or to wear humiliating clothes.”

In return for protection by the government, the Jews had to pay a special tax. “Nothing better describes the contempt entailed in the status of dhimmitude,” Weinstock writes, “than the ritual of humiliation that accompanied the annual payment of the subjugation tax in Morocco, as recently as the end of the 19th century. Every year, on a fixed date, the head of each Jewish community had to turn over the money to the sultan’s representative, who for his part had to slap [the Jew] or hit him with a stick in order to hammer home the inequality between giver and recipient, by nature of their birth.”

In Yemen, the “Latrines Ordinance,” introduced in the same spirit, obliged the Jewish community periodically to clean out cesspools and clear away animal carcasses that blocked public roads. (The law remained in force until 1950.)

Weinstock describes a very different state of affairs from the oft-voiced myth about the harmonious relations between Jews and Arabs under Islamic rule. Less than 100 years after the Ottoman sultan invited the exiles from Spain to settle throughout his empire, for example, one of his descendants, Murat III, ordered “the liquidation of all the Jews.” The sultan’s Jewish physician persuaded his mother to intercede, and the order was rescinded.

Over the years, numerous laws were enacted that discriminated against the Jews – from a prohibition against horseback riding to the necessity of wearing particular clothing, and from a ban on giving testimony in court to a prohibition against building homes over a certain height.

At the same time, Weinstock notes, the laws were not enforced identically in every place and in every period. For example, a study of the Cairo Geniza documents, which date back to the ninth century, shows that the clothing regulations were not observed at all.

“There were periods in which the Jews succeeded very well in the Muslim world,” Weinstock says. “At times they were part of the elite. The dhimmi regulations and the scale of humiliation also differed from place to place and from one period to another. But the central axis that dictated the attitude toward the Jews was their dhimmi status, which meant subjugation to the ruling Muslim group.”

Weinstock quotes a Moroccan sultan saying in the mid-19th century: “Our glorious religion grants them only marks of opprobrium and inferiority.”

Weinstock also examines the situation in the Holy Land through the dhimmi prism. The Jewish minority that lived under Ottoman rule experienced humiliation and subordination, he says. Anti-Jewish riots were fomented time and again in the 18th and 19th centuries. He quotes the British consul in Palestine as writing in 1831 that the extortion and acts of suppression against the Jews were so numerous that it was said “that the Jews have to pay even for the air they breathe.”

In the twilight of Ottoman rule, a century ago, the first “Hebrew city” was founded (present-day Tel Aviv), a revival of the Hebrew language began to be felt, and Jewish cooperative farming settlements were established. The local Arab population, Weinstock says, felt that the ground was being pulled from under it, as the dhimmi Jews, who were supposed to possess inferior status, were now striving for more – even for independence.

According to Weinstock, underlying the growing hostility toward the Jewish population in Palestine was the realization that the dhimmi Jews were shaking off their traditional legal status of humiliation and submission. In retrospect, the writer maintains, dhimmi status, on the one hand, and the declared attempt by the Zionist movement to be free of it, on the other, led ultimately to the Arabs’ rejection of the United Nations partition plan in 1947 and to the War of Independence the following year.

Local Palestinians and the Arab world refused to grant the Jews of the country a status different from dhimmi, and they were even less likely to recognize the Jews’ national rights. Zionism, for its part, could not accept Arab sovereignty over all of Palestine, a situation in which the Jewish minority would again find itself under dhimmi status. “Historically, then,” Weinstock says, “dhimmi status is the root of the conflict.”

What impact does this relationship have today?

“It continues to affect Israeli-Arab relations even today, because in Arab eyes the Jew who now lives in Israel is the same Jew whom they customarily saw as humiliated – and who is now taking his revenge. The Arabs experience Israel’s establishment and existence to this day as very painful revenge and as the reversal of dhimmitude. This is a very meaningful and deep aspect of the current political problem, which we cannot allow ourselves to ignore. Without understanding this, it is impossible to understand the conflict.”

Then why is it not dealt with more by academics and the press?

“For the Jewish world, the reason is that Ashkenazi Jews, in Israel and elsewhere, continue to be indifferent to and even disdainful of the Mizrahi Jews. For the Arab world, this should come as no surprise, as self-criticism is not popular among Arab journalists, intellectuals and public-opinion leaders. With the exception of a very short incidental note by [the late Prof.] Edward Said in one of his books, it is hard to find serious references to the massive emigration of Jews from the Arab countries and its causes.

“The left tends to avoid the subject, because they don’t consider it ‘kosher.’ The left has become extraordinarily dogmatic and lacks the ability of self-criticism today. People define themselves as identifying with ‘the Palestinian cause,’ and that’s all: There is no thought behind it. This subject might upset their one-sided worldview, so they simply avoid it.


__Jewish history is one long story of seeking refuge. From Hitler’s Berlin to Soviet Moscow, from fundamentalist Teheran to chaos-ridden Addis-Ababa — read more of Jewish refugees’ stories here._

This story originally appeared on June 1, 2014.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


KINDERTRANSPORT SURVIVORS TO RECEIVE COMPENSATION FOR 80TH ANNIVERSARY

KINDERTRANSPORT SURVIVORS TO RECEIVE COMPENSATION FOR 80TH ANNIVERSARY

SARA RUBENSTEIN


The Kindertransport Fund will be opened by the Claims Conference on January 1, 2019. As of this date, requests for compensation can be submitted for free, even in Israel, without the need for assistance from any party.

Children evacuated from Germany on the Kindertransport in 1938/1939 are given candies in Southampton, England. (photo credit: MAARIV)

Julius Berman, President of the Conference on Jewish Material Claims Against Germany (Claims Conference), announced on Monday morning that an agreement has been negotiated between the Claims Conference and the German government for child survivors to receive compensation payments for the 80th anniversary of the Kinderstransport.

“Our team has never given up hope that the moment would come when we could make this historic announcement,” Berman said.

The Kindertransport (German for “children’s transport”) is the name of a rescue operation that transported Jewish children under the age of 17 from Nazi Germany and the territories annexed by Austria and Czechoslovakia to Great Britain between December 1938 and the outbreak of World War II on September 1, 1939.

Following Kristallnacht (November 1938), the situation of Jews in Germany and throughout the Third Reich worsened. An appeal was made to the Prime Minister of the United Kingdom, Neville Chamberlain, to allow unaccompanied Jewish children, without their parents, into the safety of the United Kingdom.

Ultimately, more than 10,000 children from Germany, Austria, and Czechoslovakia, Poland, and the Free City of Danzig were saved from a certain death by being transported into Great Britain. Almost all of the children, who were placed throughout Great Britain in homes, schools, and farms, were the only members of their families to survive the Holocaust.

Ambassador Stuart Eizenstat, Claims Conference Special Negotiator, said “This payment comes at a time when we are commemorating 80 years since these children took their fateful journey from Germany, Austria and Czechoslovakia to Great Britain. After having to endure a life forever severed from their parents and families, no one can ever profess to make them whole; they are receiving a small measure of justice.”

Greg Schneider, Claims Conference Executive Vice President said, “We must all take a moment to commemorate this recognition and sacrifice. No one can imagine the pain on train platforms as the Kindertransports began and the extraordinary steps these parents took to give the opportunity for life to their children – a life those children led without mothers, without fathers, and in many cases, without family of any kind.”

The Kindertransport Fund will be opened by the Claims Conference on January 1, 2019. As of this date, requests for compensation can be submitted for free, even in Israel, without the need for assistance from any party.

In the past, some Holocaust survivors received payment during the 1950s, but previous payments will not prevent those eligible to receive this new compensation. The criteria for receiving the compensation were determined by the German government.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com