Archives

Świat na wojnie ducha. Pozostał po niej wstyd, bo inteligentni ludzie wygadywali głupstwa z poczucia patriotyzmu

Pocztówka przedstawiająca niemieckiego i austriackiego żołnierza, którzy triumfują nad Serbią, Czarnogórą, Belgią, Francją, Rosją, Anglią i Japonią. Napis na dole głosi: ‘2 przeciwko 7, Hurra! Damy radę’ (Fot. AP)


Świat na wojnie ducha. Pozostał po niej wstyd, bo inteligentni ludzie wygadywali głupstwa z poczucia patriotyzmu

Maciej Górny


Gdy tuż po wybuchu I wojny światowej brytyjscy akademicy zarzucili Niemcom “charakterystyczne dla ich kultury okrucieństwo”, niemieccy profesorowie odpowiedzieli im oskarżeniem, że “judzą Mongołów i Murzynów przeciwko białej rasie”.

.

Znów mamy w Europe wojnę, w której po obu stronach frontu znalazły się nie tylko tysiące żołnierzy i miliony cywilów, ale i najważniejsze ośrodki naukowe i kulturalne kontynentu. Instytucje i towarzystwa naukowe wydają oświadczenia i wykluczają ze swojego grona tych członków, którzy wspierają wrogie państwo. Z afisza schodzą sztuki i opery autorów niewłaściwej narodowości, zwłaszcza te o patriotycznym wydźwięku. Pojawiają się także wiernopoddańcze adresy kierowane ze świata nauki do władzy.

Wszystko to przerabialiśmy na wielką skalę nieco ponad sto lat temu. Warto pamiętać o tamtych oburzonych intelektualistach choćby dlatego, że wielu z nich po latach ze wstydem wspominało swoje zaangażowanie w „wojnę ducha”, jak nazywano owo wzmożenie.

I wojna światowa. Hunowie u bram

Uderzenia w tej wojnie następowały jedno po drugim, w tym samym rytmie, co ofensywy i kontrofensywy na frontach. 8 sierpnia 1914 r., kiedy w Belgii toczyły się walki o Liege, francuski filozof Henri Bergson wygłosił mowę ujmującą wojnę jako starcie cywilizacji (reprezentowanej przez Francję i Anglię) z niemieckim barbarzyństwem. 2 września Niemcy mieli już na koncie kilka zwycięskich bitew z Belgami, Francuzami i Brytyjczykami i zbliżali się do Paryża. Za kilka dni miała rozpocząć się bitwa nad Marną.

Henri Bergson (1859-1941) - francuski filozofHenri Bergson (1859-1941) – francuski filozof Wikimedia Commons

W tej ciężkiej chwili w „Timesie” ukazał się patriotyczny wiersz Rudyarda Kiplinga „For all we have and are” („Za wszystko, co mamy i czym jesteśmy”). Zwłaszcza jeden wers tego utworu odcisnął piętno na języku, którym przez kolejne cztery lata będzie się pisać i mówić o Niemcach: „The Hun is at the gate!” („Hunowie u bram”).

We wrześniu na rynku księgarskim Francji i Wielkiej Brytanii sypnęło broszurkami, których autorzy tłumaczyli czytelnikom zawiłości geopolityki, a nade wszystko psychiki wroga.

Dołączały kolejne tuzy: Herbert George Wells, czyli ówczesny Francis Fukuyama, zapowiadał, że wojna przyniesie ostateczny triumf liberalizmu nad wszelkimi formami autorytaryzmu.

Jak zawsze z opóźnieniem fala oburzenia dotarła do Piotrogrodu i Moskwy. Na początku października, kiedy wykrwawione armie na zachodzie utknęły w okopach, rosyjski filozof i prawosławny teolog Władimir Ern wygłosił w Moskwie odczyt, niezwłocznie opublikowany przez wpływowe czasopismo kulturalne „Russkaja Mysl”. W głowie zdolnego, choć ekscentrycznego myśliciela swobodnie łączyły się postacie i idee, których przeciętny zjadacz chleba, nawet wykształcony, nigdy by ze sobą nie zestawił. Fenomenalizm to militaryzm, pouczał słuchaczy i czytelników, natomiast działa z fabryki Kruppa stanowią praktyczną realizację filozofii Kanta. A wszystko razem wynika z fatalnych wpływów teologii protestanckiej, oświecenia i – zwłaszcza – niemieckich uniwersytetów, tych bastionów cywilizacji śmierci.

Język niemiecki to dobro niezmierzone

Herbert George Wells (1866-1946) - brytyjski pisarzHerbert George Wells (1866-1946) – brytyjski pisarz National Portrait Gallery London – www.npg.org.uk / Wikimedia Commons

Potęga niemieckich uniwersytetów rzeczywiście dała o sobie znać od pierwszych dni wojny. Niemal każdy niemiecki profesor czuł się w obowiązku, by podzielić się ze społecznością uniwersytecką swoimi przemyśleniami na temat wpływu wojny na uprawianą przezeń naukę bądź też ogólnymi dotyczącymi charakteru konfliktu. Niektórzy czynili to wielokrotnie, wchodząc w polemiki z zagranicznymi autorami. Z reguły wykłady takie były następnie publikowane, niekiedy wielokrotnie, w postaci broszur albo w prasie.

Mało kto z liczących się niemieckich intelektualistów uniknął pokusy dołączenia do chóru oburzonych patriotów. Heinrich Mann zaliczał się do takich wyjątków, jego sławniejszy brat Thomas – nie. Przeciw Anglii wypowiadali się laureat Nagrody Nobla Rudolf Eucken, Friedrich Meinecke, Hermann Oncken, Ernst Troeltsch, Wilhelm Wundt czy Werner Sombart. Swoje trzy grosze dorzucił Gerhart Hauptmann. Patriotyczna publika, spragniona uznania w oczach cudzoziemców, zaczytywała się ponadto wojennymi artykułami Houstona Stewarta Chamberlaina, zięcia Richarda Wagnera. Brytyjski rasista i antysemita był Niemcem z wyboru i kadził swoim nowym rodakom bez opamiętania. „Obce narody będą się uczyć niemieckiego z zawiści, z zainteresowania, z obowiązku albo z ambicji. Zresztą ich motywacja jest mi obojętna. Język niemiecki to dobro tak niezmierzone, że nie ma sensu roztrząsać kwestii emocjonalnych”, pisał w wydanej w 1914 r. broszurze. Tego właśnie potrzebowali odbiorcy patriotycznej publicystyki z ambicjami: poniżenia przeciwnika i wywyższenia samych siebie, ale na odpowiednim poziomie.

Bój na odezwy

Heinrich Mann (1871-1950) - niemiecki pisarz, zdjęcie z 1906 r.Heinrich Mann (1871-1950) – niemiecki pisarz, zdjęcie z 1906 r. domena publiczna

W czasie, gdy Władimir Ern wygłaszał swoje mądrości, „wojna ducha” weszła już w kolejną fazę. W drugim miesiącu walk do pojedynczych harcowników dołączyły zwarte oddziały. 18 września „Times” opublikował pierwszą krytykującą Niemcy odezwę brytyjskich akademików i pisarzy. Pisali o okrucieństwie i agresji charakterystycznych jakoby dla kultury niemieckiej oraz o niemieckiej tendencji do samouwielbienia.

Na niemiecką odpowiedź na ten zmasowany atak nie trzeba było długo czekać. We wrześniu 1914 r. 93 profesorów podpisało „Odezwę do świata kulturalnego”. Nawet dziś, ponad sto lat po jej publikacji, jest to lektura żenująca i właśnie dlatego warta zapamiętania. W kolejnych paragrafach zaczynających się od frazy „Nie jest prawdą, jakoby…” niemieccy uczeni z oburzeniem odrzucali zarzuty wobec ich armii. Większość tych zarzutów była jednak prawdziwa. Pogwałcenie neutralności Belgii było faktem, podobnie jak zbrodnie wojenne popełnione na belgijskiej ludności cywilnej oraz spalenie Louvain. Na dokładkę autorzy odezwy dorzucili jeszcze szczyptę rasizmu, stwierdzając, że: „Najmniejsze prawo, by stroić się w szaty obrońcy europejskiej cywilizacji mają ci, którzy sprzymierzają się z Rosjanami i Serbami i serwują światu żenujący spektakl, judząc Mongołów i Murzynów przeciwko białej rasie”.

Kilka tygodni po „Odezwie do świata kulturalnego” 3 tys. niemieckich akademików podpisało jeszcze radykalniejsze „Stanowisko nauczycieli akademickich Rzeszy Niemieckiej”. Właściwie mówili to samo, co atakujący ich Rosjanie, Francuzi i Brytyjczycy. Różniła się tylko ocena faktów. Niemieccy profesorowie również uznawali, że „pruski militaryzm” to kwintesencja niemieckiej kultury, tyle że byli z tego dumni. W ich oczach Krupp nie kompromitował Kanta, lecz go nobilitował.

Niemiecka odezwa naturalnie wywołała kolejne reakcje. W listopadzie francuska Académie des Sciences ogłosiła dokument stwierdzający, że wszystkie wielkie odkrycia w matematyce i naukach przyrodniczych ostatnich trzech stuleci zostały dokonane przez francuskich i anglosaskich uczonych, Niemcom bowiem brak zdolności twórczych. W ślad za słowami poszły czyny. Francuzi zaczęli usuwać z grona Akademii tych niemieckich uczonych, którzy zabrali głos w czasie wojny. Académie des Inscriptions et Belles-Lettres postąpiła analogicznie, skreślając choćby popularnego wówczas kompozytora Engelberta Humperdincka. To z kolei uruchomiło reakcję łańcuchową w łonie kilku niemieckich akademii, także wycinających ze swych szeregów Francuzów, chociaż w mniejszej liczbie, bo też mimo francuskich uchwał zwłaszcza w naukach ścisłych i technicznych wyraźnie zaznaczała się niemiecka przewaga.

Bohaterowie i groszoroby

Czystki w towarzystwach naukowych nie były europejską regułą. Pojawiały się wyspowo i trudno wskazać w nich jakieś ogólne prawidłowości. Nie zawsze też stanowiły odbicie emocji uczonych. O usunięciu Niemców z Moskiewskiego Towarzystwa Psychologicznego zadecydował jednoosobowo minister oświaty, oszczędzając rosyjskim naukowcom rozterek.

Wymiana ognia między instytucjami nauki i kultury nie przerwała kanonady oskarżeń i impertynencji ze strony pojedynczych intelektualistów. Byli wśród nich liderzy opinii, ustanawiający ramy dyskursu oraz setki naśladowców. W grudniu 1914 roku Henri Bergson wygłosił kolejną mowę, nadającą ton późniejszym antyniemieckim wypowiedziom. Kiedyś – przyznawał – Niemcy kojarzyły się z poezją i metafizyką. Są to jednak dawne dzieje. Obecnie pruska dominacja narzuca kulturze narodowej szkodliwy charakter. Wprowadza zmechanicyzowaną, nieludzką organizację, całkiem podobną do tej, która panowała w niemieckiej armii. Pod wpływem tego drylu lub też – jak dodawał filozof – na skutek cech wrodzonych Prusakom „idea Prus zawsze ewokowała wizję brutalności, surowości, automatyzmu, tak jakby wszystko funkcjonowało tam jak w zegarku, poczynając od gestów władców, a kończąc na kroku marszowym żołnierzy”. Zbiorowe proklamacje niemieckich naukowców Bergson uznał za przejaw „naukowego barbarzyństwa”.

Zgodnie z logiką konfliktu w odpowiedzi na jego mowę posypały się ze strony pomniejszych niemieckich autorów najcięższe oskarżenia pod adresem Francji, Anglii, a w szczególności samego „bezmyślnego” Bergsona. Jakiż z niego zresztą filozof, skoro – jak dowodził jeden z oburzonych Niemców – Bergson to nikt więcej, tylko plagiator genialnego Schopenhauera.

Poważniejsza odpowiedź wyszła spod poważniejszego pióra. Werner Sombart, jeden z najwybitniejszych socjologów europejskich, opublikował na początku 1915 r. głośne dziełko „Händler und Helden” [Handlarze i bohaterowie]. Sombart podchwycił jeden z zarzutów Bergsona i uczynił z niego fundament własnej pozytywnej oceny niemieckiego charakteru narodowego. Militaryzm kojarzył się Bergsonowi z tępym okrucieństwem, pruskim drylem i niepotrzebną stratą najlepszych istnień. Sombart wszystkie te skojarzenia uznał za przejawy niskiego materializmu i merkantylizmu francuskich i brytyjskich kupczyków. Tylko w ramach prawdziwego (a więc niemieckiego) idealizmu można zrozumieć, że czasami warto walczyć i ginąć dla wyższego dobra, dla narodu, państwa i niemieckiego ducha. Niemcy to rozumieją, ich przeciwnicy nie. Dlatego ci pierwsi to urodzeni bohaterowie, nowoczesny naród wybrany, podczas gdy ci drudzy są tylko ograniczonymi i tchórzliwymi groszorobami.

Prostactwo pod warstwą erudycji

Energia i ochota do walki większości zachodnioeuropejskich intelektualistów wyczerpała się w ciągu pierwszych dwóch lat wojny, czyli mniej więcej wtedy, kiedy kobiety, wystające w kolejkach po chleb w Rosji, Austrii i Niemczech, przestały pokornie czekać na zmiłowanie i zaczęły siłą domagać się lepszego zaopatrzenia.

Wojna toczyła się jednak dalej i póki trwała, nie było mowy o odwołaniu wzajemnych obelg czy też o przywróceniu odebranych honorów.

Przyszedł na to czas w latach 20., w zupełnie nowym świecie, któremu zresztą świetlana przyszłość nie była pisana. „Wojna ducha” to w kontekście obu tych prawdziwych wojen zaledwie drobny epizod bez większego znaczenia.

Coś jednak po niej zostało. Po pierwsze, wstyd. Jeszcze w czasie wojny niektórzy z intelektualistów zaangażowanych zaczęli się dystansować od swoich wypowiedzi z lata i jesieni 1914 r. Kiedy oburzenie opadło, w całej okazałości ukazały się składniki tych narracji: bezsensowne używanie wielkich kwantyfikatorów, psychologiczne brednie o „duszy rosyjskiej”, „angielskim materializmie” albo „niemieckim militaryzmie” jak o cechach genetycznych całych zbiorowości, a także prostactwo ukryte pod warstwą erudycji.

Silnym bodźcem do rewizji wcześniejszego stanowiska okazała się także zmiana nastrojów społecznych w ostatnich latach wojny. W 1918 r. zwłaszcza w Rosji i w państwach centralnych ludzie już tak bardzo pragnęli pokoju, że podżeganie do walki z wrogiem straciło swój cały powab. Przestało przynosić uznanie i popularność, a z czasem nawet profit. Do głosu doszli za to pacyfiści, niektórzy obdarzeni wyjątkowo ostrym językiem. Karl Kraus wydał w 1918 r. „Ostatnie dni ludzkości”, niezwykłą, śmieszną i straszną sztukę złożoną w znaczniej mierze z autentycznych idiotyzmów czasu wojny. W takim lustrze mało kto z austriackich czy niemieckich intelektualistów pragnął się przeglądać.

Jak Rosja dogoniła przeszłość

Po 1918 r. uczonym i artystom z obu stron przyszło milczkiem wycofywać się z przedwczesnych decyzji o wykreśleniu z list członków akademii nauk i sztuk.

Pierwsze powojenne kongresy naukowe odbywały się jeszcze w warunkach praktycznego bojkotu Niemiec i ich dawnych sojuszników, ale wkrótce i z tego zrezygnowano.

Wyjątkowo długo utrzymywał się bojkot niemieckich geografów, przełamany dopiero przez polskich gospodarzy światowego kongresu w 1934 r. Zapewne niejednemu koryfeuszowi nauki przeszło przez myśl pytanie: po co było jeść tę żabę?

Wstyd z powodu motywowanych patriotyzmem głupstw, które w czasie wojny wygadywali skądinąd wybitnie inteligentni ludzie, odciska się wyraźnie na sposobie, w jaki temat ten traktowali późniejsi historycy i literaturoznawcy we Francji, Niemczech i Wielkiej Brytanii. W ich oczach ta historia to przede wszystkim przestroga, wymowny przykład, że talent i wykształcenie nie są niezawodną ochroną przed zaczadzeniem nienawiścią i samouwielbieniem.

Gdzieniegdzie jednak zachowały się nisze, w których „wojna ducha” toczy się w najlepsze dalej. Kilka lat temu rosyjski literaturoznawca Ilia Kukulin przypomniał wojenny esej Władimira Erna o Kruppie i Kancie, zauważając, że idea prowadzenia wojny aż do zniszczenia zwyrodniałej niemieckiej kultury po niewielkim tuningu ma się znakomicie w publicystyce prokremlowskich ideologów. Amoralny, skażony homoseksualizmem i genderem Zachód zajął miejsce kajzerowskiej Rzeszy, ale tradycyjna i konserwatywna Rosja z wyobrażeń Erna doskonale współbrzmi z wizjami dzisiejszych rosyjskich nacjonalistów, uzasadniając ksenofobię i agresję. „Dziedzictwo tego dyskursu, choć niewidoczne, pozostaje żywe w rosyjskiej kulturze” – przestrzegał Kukulin w 2014 r. Cóż, chyba właśnie przestało być niewidoczne.

Prawdziwa historia nie powinna mieć morału, ta go jednak posiada. Doświadczenie „wojny ducha” uczy, że linia oddzielająca moralne wzburzenie od nienawiści jest cienka i w oparach oburzenia łatwo można ją przeoczyć. To szczęście, kiedy nie trzeba przyłączać się do chóru oburzonych. Cieszmy się, że nikt nas nie próbuje do tego zmusić. Nasza przyzwoitość nic nie kosztuje. Czasami jednak sprzeciw bywa kosztowny. Ilia Kukulin, autor artykułu o Ernie, na „operację specjalną” na Ukrainie zareagował opublikowaniem wraz z żoną, historyczką Marią Majofis, listu protestacyjnego. W odwecie zostali wyrzuceni z pracy w do niedawna elitarnej Wyższej Szkole Ekonomii w Moskwie. Na początku marca wraz z córką uciekli do Armenii, potem na Łotwę, szukając nowego miejsca do życia. Takich jak oni jest znacznie więcej. I oni także są Rosjanami.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Pytania, które zadają Izraelczycy, kiedy jest kolejny zamach terrorystyczny

Pytania, które zadają Izraelczycy, kiedy jest kolejny zamach terrorystyczny

Forest Rain
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Wycieranie krwi z chodnika w miejscu terrorystycznego ataku

Za każdym razem, kiedy jest zamach terrorystyczny, mój umysł (i serce) pędzą tą samą drogą. To straszna droga, bo jest tak znajoma. I dlatego, że się nigdy nie kończy.

Dla żyjących gdzie indziej wiadomość o koszmarze jest teoretyczna. W Izraelu wiadomość jest psychicznym uderzeniem w brzuch, który wywołuje natychmiastową reakcję – emocje i zależnie od tego, jak blisko domu uderza koszmar – działanie.  

Ilu ludzi za granicą, nawet tych, których to obchodzi, rozumie, że kiedy uderza terror, wszyscy pędzimy drogą terroru. To są pytania, które wszyscy zadajemy. Emocjonalna huśtawka zmienia się, zależnie od odpowiedzi.  

Co stało się? Gdzie? Ilu?

Nie trzeba zadawać pełnego pytania: ilu zabitych? Ilu rannych? Prezenter wiadomości zadaje za nas pełne pytania. Prowadzą nas do szpitala i słyszymy informacje od personelu medycznego o zabitych i o rannych – ludziach, o których jeszcze nie wiemy, czy ich znamy, czy nie. Ludziach, którzy, nawet jeśli nie są bliską rodziną lub przyjaciółmi, nadal są członkami naszego plemienia; rodziną, z którą jeszcze nie spotkaliśmy się.

Jedna osoba to za dużo, zbyt straszliwe. Dlaczego więc mamy obsesję z liczbami? Może widzimy liczby jako wskaźnik tego, na ile koszmaru musimy przygotować się, ile żałoby i smutku będziemy musieli zaabsorbować? Mamy 6 milionów powodów, żeby mieć obsesję na punkcie liczb i nie kończą się one na tym – tysiące więcej powodów przyszło później, wszyscy, którzy zginęli w obronie tej ziemi, by dać nam życie. Żołnierze i cywile, ci, którzy zostali zabici w bitwie, i którzy zostali zamordowani po prostu za to, że są Żydami i żyli w ojczyźnie naszych przodków.

Po zebraniu podstawowych faktów, co się zdarzyło i ilu zginęło, mój umysł pędzi znaną drogą, robiąc osobistą inwentaryzację. Dopóki rodziny zmarłych nie zostaną poinformowane, wiemy ilu, ale nie wiemy KTO. Kogo znamy, kto mógł być w miejscu ataku? Gdzie są członkowie MOJEJ rodziny, moi przyjaciele?

Kiedy z zakamarków umysłu wyciągam kogoś, kto mógł tam być – serce wali, podnosisz telefon i dzwonisz. Gdzie jesteś? Czy jesteś w porządku?

W przeszłości, kiedy były zamachy samobójcze i autobusy eksplodowały na ulicach, kiedy ludzkie bomby wysadzały się w powietrze w restauracjach, mordując całe rodziny, było tak wielu ludzi, którzy dzwonili, próbowali znaleźć swoich bliskich, że linie telefoniczne były przeciążone i trudno było połączyć się z tymi, których tak rozpaczliwie szukałaś. Nie jestem pewna, czy infrastruktura komunikacji jest teraz lepsza (mam nadzieję, że jest). Kiedy mniejsza liczba ludzi próbuje użyć telefonów równocześnie, jest to mniejszy problem.

Najgorszą możliwością na tym odcinku drogi terroru jest, kiedy wiesz, że twój bliski miał być w miejscu, gdzie zdarzył się zamach, dzwonisz, a on nie odpowiada. Szczególnie jeśli jest to osoba, która zawsze odpowiada na telefon.

Nie byłam w sytuacji, kiedy zaczynasz dzwonić do szpitali w próbie znalezienia bliskich ludzi, modląc się, by znaleźć ich tylko rannych. Mając nadzieję, że kiedy telefon dzwoni, to jest to twoje dziecko, mąż, siostra i mówią ci, że są w porządku – a nie ktoś inny, z inną wiadomością. 

Nie byłam w tej sytuacji – moi przyjaciele byli.
Nie miałam przerażającego stukania do drzwi – moi przyjaciele mieli.

Za każdym razem, kiedy jest zamach terrorystyczny, nie tylko zabici, zranieni i ich rodziny zostają uszkodzeni. Nie tylko dzieci, które muszą dorastać bez rodziców, rodzice, którzy muszą żyć nadal, kiedy ich dzieci zostały im gwałtownie odebrane. Każdy, kto przeżył coś podobnego, zostaje gwałtownie rzucony z powrotem w przepaść własnego doświadczenia.

Pamiętają, kiedy usłyszeli to przerażające stukanie do drzwi.
Kiedy pędzili od jednego szpitala do drugiego w poszukiwaniu swojego dziecka.
Kiedy powiedziano im, że kula przestrzeliła głowę ich syna i że JEŚLI przeżyje, nigdy nie będzie już taki sam.

Kiedy zostali ugodzeni nożem. Kiedy widzieli kogoś innego ugodzonego nożem przed ich oczyma.  
Kiedy zobaczyli strzępy ciał ludzkich rozrzucone na chodniku, strzępy ludzi, którzy chwilę wcześniej stali obok nich.

Kiedy widzieli na ekranie, jak mordowano ich brata – ZANIM zostali powiadomieni o jego śmierci.  

Oni pamiętają.

I dla niektórych jest to ponowne przeżycie zamachu na nich – emocje, dźwięki i zapachy wracają i zatapiają ich od nowa.

A potem idziemy do pracy. Przygotowujemy kolację i otulamy dzieci na dobranoc.

Do następnego razu.

Izrael nieustannie plasuje się w rankingach wśród najszczęśliwszych narodów na ziemi. Niewielu zauważa brzemię, jakie dźwigamy – ból i żałobę, która żyje wśród nas obok radości i osiągnięć. Nie bawimy się w ofiary, chociaż gdybyśmy to robili, moglibyśmy wygrać. Ale kto chce grać w grę, w którą grają tylko nieudacznicy? Nie jesteśmy ofiarami. Jesteśmy  twardymi ocalałymi. I jesteśmy uparci. Nie poddamy się. Odniesiemy sukces wbrew wszystkiemu – i będziemy szczęśliwi i DOBRZY, mimo że świat jest okrutny i bez serca.

TO jest nasze zwycięstwo.


Forest Rain – izaelska blogerka.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Ostatnia rozmowa z Irit. Wspomnienie

Ilustracja: Karolina Lubaszko


Aktualnik
Ostatnia rozmowa z Irit. Wspomnienie

HENRYK GRYNBERG


„Wszystkie dziewczynki żydowskie w zasymilowanych domach stawały wtenczas na krzesełku z kokardą we włosach i deklamowały wierszyki. Tak się rodzice chwalili przez znajomymi: zobaczcie, jakie polskie są nasze żydowskie dzieci!” – opowiada Irit Amiel w ostatniej rozmowie, której udzieliła Agnieszce Piśkiewicz-Bornstein (Ostatnie fastrygi, Biblioteka „Narracji o Zagładzie”, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 2021). Oboje pochodzimy od rodziców, którzy „do swoich rodziców będą mówić jeszcze po żydowsku, ale do dzieci już po polsku”.

Mój dom był koszerny, a więc nie całkiem zasymilowany, lecz i mnie mama uczyła polskich wierszyków i popisywała się mną przed panią dziedziczką. Dlatego mogliśmy udawać normalne polskie dzieci, a także – co najważniejsze – „nie przyciągać kapusiów i szmalcowników, od których roiło się dosłownie wszędzie…”.

Oboje zawdzięczaliśmy też życie paru prawdziwym ludziom – ona polskiej pani, która „bardzo prosiła potem, żeby [o tym] nie mówić, broń Boże, ani słowa”, a ja i moja matka pani Taborowej z Grochowa, której śladu (przypuszczalnie z tego samego powodu) nie udaje mi się odnaleźć. Przede wszystkim jednak uratował nas polski język. Tu jeszcze jedna istotna uwaga: „najtrudniej było ukrywać żydowskie dziecko przed sąsiadami, bo oni się bardzo interesowali, żeby zarobić”. Może więc decydującym czynnikiem był nie tyle strach, o którym tak wiele się czyta, co raczej pieniądze. I drugi wniosek: szmalcownicy czyhali nie tylko na ulicy, lecz „dosłownie wszędzie”. „Jestem bardzo podejrzliwa” – mówi. Ja też. Ten instynkt również pomagał. Ona musiała rozstać się z rodzicami, ja tylko z ojcem. W niej „żył żal o to rozstanie”. Mnie kompensowała to rozstanie matka, ale i we mnie „żyje” nieracjonalny żal do nich obojga o rozstanie z moim półtorarocznym braciszkiem (patrz Miejsce urodzenia), który miał do nas całkowite zaufanie i to jego ostatnie ufne spojrzenie mam do dziś przed oczami.

Uratował nas język polski

Oboje znaleźliśmy się w Warszawie wiosną 1943 roku. Widzieliśmy i słyszeliśmy „chłopców z placu Trzech Krzyży”, którzy sprzedawali gazety i papierosy („papierosy swojaki, papieroooos!”) i wcale nie wydawali się „podejrzani” o to, że uciekli z getta. Ona spotkała ich parę lat później na drodze „do Nowego Kraju”, a ja w opowieści Józefa Ziemiana Papierosiarze z placu Trzech Krzyży. „Jak można być religijnym po Zagładzie? W ogóle tego nie rozumiem” – wyznaje. „Nie ma żadnego Boga, musisz sobie radzić sama” – dodaje, bo „jakby Pan Bóg istniał, to by ratował Korczaka i jego dzieci!”. Dla mnie, pięć lat młodszego, religia (katolicka) była schronieniem. Skryłem się w niej i nie chciałem wyjść (patrz Zwycięstwo). Obojgu nam podsuwano zastępczą wiarę świecką (Serce Amicisa, Nad czarną wodą Haliny Górskiej) – jej jeszcze na kompletach w getcie, mnie w dziecięcym sanatorium zaraz po orgii śmierci. Deską ratunku był syjonizm, bo „jedyna lekcja płynąca z Zagłady jest taka, że Żydzi muszą mieć swój własny kraj” i „być u siebie!”. Żeby nie było „na świecie w jakimkolwiek kraju takiej dziewczynki, która nie ma się gdzie schronić i dokąd uciec przed Treblinką…”. Ani małego chłopczyka, którego nie można ukryć. Ani matki z sześcioletnim dzieckiem, którzy jeżdżą tramwajem tam i z powrotem, nie mając gdzie uciec przez godziną policyjną i śmiercią (patrz Żydowska wojna). Dlaczego byliśmy tak bezbronni w tej wojnie przeciwko nam? Bo nie byliśmy u siebie. Gorzej, byliśmy na wrogim terytorium. Tylko u siebie można się naprawdę bronić, nawet bardzo długo, jak Izrael. Ona usłuchała i poszła za głosem tej wiary, a ja – za młody, by uciec – zostałem (patrz Zwycięstwo). Komunizm to też była wiara. Uległem, bo syjoniści wyjechali, a bez wiary nie dało się żyć. Jej wiara okazała się trwalsza. Ona nigdy nie wybaczyła światu „tej orgii żydowskiej krwi”. Ja też nie. Jak ona „nie mam zaufania do świata”. Ani „złudzenia, że jeśli cały czas będę czuwać, to coś zmienię”. Ale czuwam – jak ona czuwała – bo taki nasz obowiązek.

Wyszliśmy „z Egiptu: europejskiego, polskiego”. Z niewoli, która bywa czasem „wygodna” i „obłudna aż do mdłości”. Co widać zwłaszcza w Ameryce, i zwłaszcza dziś. Mamy „rachunki” ze światem, szczególnie z Europą, gdzie po milionach Żydów został „niewyobrażalny majątek: kamienice, wille, sklepy, działki, sady, place, perskie dywany, Rembrandty…”. Nie mówiąc o kontach bankowych i złocie (Złote żniwa, Płuczki, recycling). Samego złota jest dosyć, by pokochać za nie „Palestyńczyków”. A do tego niezliczone „czapki bez głów”, „beznogie buty”, „bezdzietne nocniki” „porąbane bezdomne drzwi” (s. 81). Ona nie wzięła „żadnego grosza ani z Niemiec, ani z Polski”. Rozumiem jej bezkompromisowość, ale ja wziąłem, bo to moje grosze, nie ich. Miała za złe jednemu z rodowitych izraelskich przyjaciół, że kupił volkswagena-garbusa. A mój pierwszy samochód to był właśnie stary używany garbus, najlepsze, co mogłem kupić za swoją pierwszą nagrodę literacką, i wyobrażałem sobie, jak Hitler się w grobie przewraca, że nie tylko przeżyłem go, ale jeżdżę „jego” samochodem. Zresztą i ona przyznała, że wojnę sześciodniową „wygraliśmy nie tylko dzięki bohaterstwu naszych żołnierzy […], ale również dzięki [niemieckim] odszkodowaniom, bo mogliśmy kupić samoloty, które zbombardowały lotniska wroga”.

W przeciwieństwie do mnie wcale się nie dziwiła temu, co „tam” się działo w 1968 roku. „Że nienawidzą Żydów? Że chcą ich wyrzucić? To cena za to, że w ogóle zostali tam aż do 1968 roku”. „Nie było dnia w moim […] długim życiu, żebym żałowała, że wyjechałam z Polski i żyję w Izraelu […]. Kto lubi antysemitów, niech sobie tam siedzi, gdzie go nienawidzą…” – dodała. Ja też nigdy nie żałowałem, że wyjechałem, żałuję tylko, że nie do Izraela, zwłaszcza dziś, gdy świat znowu wpada w łapy skurwysynów i moja przybrana ojczyzna importuje żydożerstwo z całego – znów skurwionego – świata. Nie wiem, czemu ona twierdzi, że „Polska była, jest i pozostanie nieodwzajemnioną miłością Żydów”. Tak mówiono o zaślepionej miłości niemieckich Żydów do Niemiec. Polscy Żydzi, których ja znałem i znam, byli – i są – bardziej sceptyczni. Szczególnie po 1942, 1946, 1968 i najnowszych latach. Ojczyzna wymaga „lojalności obustronnej, tego, co Amerykanie nazywają two-way street” – napisałem na okładce prozy pod tytułem Ojczyzna (Warszawa 1999) i tak samo warunkowo traktuję moją obecną ojczyznę. Zgadzam się, że dosyć wielu polskim Żydom „wydaje się, że są Polakami”, bo mnie też się czasem wydaje, ale ja nie kocham bez wzajemności.

W przeciwieństwie do mnie wcale się nie dziwiła temu, co „tam” się działo w 1968 roku

Uciekła z Polski, żeby „na końcu umrzeć w Izraelu jako polska pisarska jednego tematu”, czy raczej jednego doświadczenia. Jak ja w Ameryce. Gdy wydała dwujęzyczny polsko-hebrajski tomik wierszy Egzamin z Zagłady, jej izraelscy przyjaciele się zdziwili: „Nie spodziewaliśmy się, że ty tak tym żyjesz, tak to pamiętasz, przecież zawsze się śmiejesz i opowiadasz żarty”. Tak samo się zdziwiła i to samo mówiła do swoich amerykańskich przyjaciółek moja matka: „He was always such a happy boy…”. Trafiliśmy do tego samego niemieckiego wydawnictwa. I co? „W zeszłym roku nie sprzedano ani jednej książki, a w tym roku jedną. To pewnie mój wnuk, który teraz tam pojechał z żoną [i] kupił”. Nie przejmuj się Irusiu, ja od dawna podejrzewam, że Niemcy – z poczucia winy – owszem, publikują polską czy polsko-żydowską literaturę, ale niekoniecznie czytają. Różewicz i Szymborska nie przekroczyli pułapu 600 sprzedanych egzemplarzy, Popiół i diament Andrzejewskiego osiągnął 770, opowiadania Iwaszkiewicza 690, Sól ziemi Wittlina łącznie z esejami i wierszami też 690, z czego się można łatwo domyślić, że nabywcami były te same biblioteki i wydziały slawistyki. Miłosz pobił rekord: jego wiersze w ciągu pięciu lat od Nagrody Nobla rozeszły się w ilości 1 100 egzemplarzy (patrz „Odra” 2020, nr 11).

Oboje nie lubiliśmy „książek futurystycznych” i kryminałów. Mnie się podobał tylko film o astronaucie, którego zostawiono samego na Marsie i dał sobie radę niczym Robinson Crusoe, a z kryminałów serial Columbo, bo od początku wiadomo, kto popełnił zbrodnię, jak i dlaczego, po czym przychodzi niezawodny detektyw i wszystko to udowadnia. Na pytanie, czego zamordowani oczekiwaliby od jej ocalonego życia, powiedziała: „Żebym się tym życiem cieszyła. Żebym je umiała docenić. Żebym zbudowała nową rodzinę i żebym opowiadała do końca, co się działo…”. Więcej, „Żyd, który został przy życiu i nie sprowadził na świat nowego pokolenia, nie odrobił lekcji”. Ona tę lekcję odrobiła, ja nie. Przyznała, że jej „ulżyło po napisaniu książek” i że przez to jest jej „lżej umierać”. Mnie nie, bo świat, który zostawiam, okazuje się wcale nie lepszy od tamtego, który zastałem – który zastaliśmy. Mnie nawet pisanie nie całkiem pomaga: „zasłania się tekstem podtekstem / jest tylko w słowach / które chętnie by oddał / za to żeby nie musiał / pisać tego co pisze” – wyznałem w autoportrecie zatytułowanym Pisarz (w zbiorze Dowód osobisty). „Ja całe życie mam poczucie winy, że jestem szczęśliwa” – wyznała. Ja nie mam poczucia winy, bo nie jestem szczęśliwy. Cieszę się, że ona była.

„Wtedy, we wrześniu 1942 roku nie znam jeszcze tego strachu, jaki odczuwam dziś” – powtórzyła za Jerzym Einhornem. Ja też to mogę powiedzieć – dziś, gdy znów ze wszech stron słyszę szczucie i ujadanie. „Chcę umrzeć, wiedząc, że u dzieci i wnuków, i w państwie wszystko jest dobrze” – powiedziała. Ja nie mam dzieci ani wnuków i wiem, że w moim państwie niedobrze. Ale nie zgadzam się, że Szoa (taka pisownia) „powtarza się co dzień […] w Jemenie, Syrii, jezydzkich wsiach” i że „to się dzieje cały czas wszędzie…”. Nie zgadzam się, bo nie ma takiego równania. Ludobójstw było i jest wiele, ale coś takiego jak Szoa, Holokaust, Zagłada zdarzyło się jak dotąd tylko raz. Nie będę powtarzał tysiąca argumentów, które dawno już wyłożyłem, dodam tylko, że Żydzi w swej długiej historii doświadczyli wielu ludobójstw, ale Szoa – dzięki Bogu (?) – tylko raz.

„Jeśli szukam różnic między jej pisaniem a pokrewną literaturą Holokaustu, widzę je przede wszystkim w rzadko gdzie indziej spotykanym poczuciu humoru, ironii i autoironii, i przy całym ciężarze treści w finezyjnej, wspaniałej lekkości stylu” – pisał Tadeusz Nyczek w recenzji z jej Autobiografii. To samo ja bym powiedział. „Irit, ja nie przeczytam tej książki, bo to mi sprawia za wiele bólu. To mnie tak boli, że ja nie mogę narażać mojego zdrowia” – powiedziała jej amerykańska Żydówka, której przyniosła angielskie wydanie tej książki. Przy okazji dowiadujemy się, że w Polsce niedawno wycofano jej opowiadania z lektur szkolnych. Czyżby też ze względów „zdrowotnych”?

„Skąd w ocalonych bierze się siła, by żyć dalej” – pyta retorycznie Marta Tomczok pod koniec swojej książki Irit Amiel. Życie (Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2021). Bardzo dobre pytanie, na które można odpowiadać w nieskończoność.


Henryk Grynberg (ur. 1936) – prozaik, poeta, eseista, laureat m.in. Nagrody Kościelskich, czterokrotnie nominowany do Nagrody Nike. Autor m.in. zbioru opowiadań Drohobycz, Drohobycz, powieści Memorbuch i Dziedzictwo oraz wielotomowego Pamiętnika.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Jewish History in Ukrainian Maps

Jewish History in Ukrainian Maps

Henry Abramson


I recorded this video after Vladimir Putin delivered his February 21 speech denying the historical validity of Ukraine, a clear pretext to the invasion that began a few hours ago. This brief video provides a survey of the long Jewish presence in the region, framed in the context of maps: political, ethnolinguistic, military and social.

 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Po wojnie chodziłam do kościoła, wiedziałam, że jestem Polką. I nagle przyjechali po mnie Żydzi

Dom dziecka w Otwocku, 1945 r. (Fot. Julia Pirotte / Żydowski Instytut Historyczny)


Po wojnie chodziłam do kościoła, wiedziałam, że jestem Polką. I nagle przyjechali po mnie Żydzi

Anna Bikont


Kosowie mnie kochali. Może sami nie zabili moich rodziców, tylko donieśli Niemcom?

.

Gdy Lejb Majzels wyjeżdżał do Staszowa, nie spodziewał się, że podróż, nie tak znowu odległa, zajmie mu trzy dni. Miał wystartować o ósmej z warszawskiego przystanku PKS, ale ciężarówka się spóźniła. Dotarł do Sandomierza dopiero o szesnastej, za późno na transport do Staszowa. Musiał więc na miejscu szukać noclegu. Nie wiedział, że następnego dnia jest święto Wniebowstąpienia Pańskiego i nie będzie żadnej komunikacji. „Zacząłem przedostawać się etapowo” – pisał, co musiało oznaczać podróż furmankami i pieszo. Dotarł do Łoniowa, stamtąd do Osieka „i nareszcie do Staszowa, dokąd przybyłem o godzinie 22-ej”.

16 maja, trzeciego dnia podróży, o piątej rano Majzels wsiadł do kolejki wąskotorowej jadącej do Bogorii.

W małej Bogorii żyło przed wojną ponad pięciuset Żydów. Dziewczynka, którą miał odnaleźć, Alinka Ungerman, była prawdopodobnie jedynym ocalałym tam żydowskim dzieckiem.

W Bogorii znalazł Jana Kosa, jego żonę i niespełna pięcioletnią Alinkę. „Ojciec dziecka, były kupiec leśny, według słów Kosa nie dał mu żadnego wynagrodzenia z góry, twierdził, że wynagrodzenie nastąpi po ocaleniu, rodzice dziecka nie przeżyli. Ob. Ob. Kos są bezdzietnymi zamożnymi gospodarzami, posiadają 5 morg gruntu, 2 krowy, konia, gospodarstwo wzorowe. Z obserwacji stwierdzam, że do dziecka są silnie przywiązani i traktują go jako swoje” – sprawozdawał.

Z obserwacji dokumentów i zeznań mogę stwierdzić, że kiedy ktoś, kto przechowywał Żydów, zaczyna od deklaracji, że nie otrzymał za to żadnego wynagrodzenia, najpewniej je dostał, i to spore. Ci, którzy ukrywali bezinteresownie, rzadko chwalili się swoją szlachetnością.

Kos powiedział Majzelsowi, że koresponduje z ciotką Alinki, która w liście „błaga o zwrot dziecka, obiecując mu w nagrodę dwa razy tyle, ile będzie chciał”, i proponując nieruchomość w Zawichoście. Kos „ma pojechać do Zawichostu celem obejrzenia posiadłości i o ile będzie mu odpowiadała”, odda dziecko.

Ciotka Alinki, która błagała Kosa o zwrot dziecka, pisała w tej sprawie do różnych instytucji żydowskich i to wskutek jej interwencji Majzels znalazł się w Bogorii. Na list Komitetu relacjonujący wizytę Majzelsa odpowiedziała: „To dziecko jest jedyne z mojej całej licznej rodziny, ja swoje własne straciłam tragicznie. Alinka jest moją siostrzenicą, ale chcę ją mieć za własną córkę, ona jest moją jedyną nadzieją w życiu. Już dwa lata biegam po wszystkich organizacjach, nawet interweniowałam u Rabina Herzoga z Palestyny, który będąc w Lampertheimie, obiecał mi pomoc, ale wszystko skończyło się na obietnicy. Zaczęłam więc pisać do ob. Kosa bezpośrednio, obiecując mu cały mój majątek. Proszę i błagam o pomoc i napisanie mi, w jaki sposób mam przeprowadzić akt odpisu placu w Zawichoście na rzecz ob. Jana Kosa”.

Przeczytałam setki świadectw z Zagłady, więc wymóg zapłaty za zwrócenie dziecka mnie nie zaskoczył. W czasie wojny większość Żydów ukrywała się za pieniądze. Nie tylko te uiszczane co miesiąc jako opłata za mieszkanie czy utrzymanie. Cenę miały też drobne, zwykłe czynności: przekazać list od jednego ukrywającego się do drugiego, spieniężyć coś z majątku, wymienić złote monety. Ciotka Alinki Ungerman prosiła, by dziewczynkę „po odebraniu oddać do sierocińca, z którego wysyłają dzieci do Palestyny”, gdyż ona także wkrótce tam wyjedzie.

„Jestem wam niezmiernie wdzięczna za poczynienie kroków odbioru dziecka mojej siostry, która jest jedynym moim skarbem” – dziękowała dwa miesiące później. Apelowała: „Uprzejmie proszę o przyśpieszenie sprawy. Chciałabym już doczekać tej chwili, kiedy dziecko będzie w żydowskich rękach, póki dziecko jest w rękach Kosa, ja nie mam spokoju. Błagam i proszę o przyśpieszenie tej sprawy. Mnie już brak sił na długie czekanie”.

Ciotka jako Leokadia Schmuckler-Krawczyk przebywała wówczas w obozie dla dipisów w Lampertheim w Niemczech, w amerykańskiej strefie okupacyjnej. Straciła w czasie wojny męża i dwuipółletnią córeczkę, sama przeżyła na fałszywych papierach. Szukam jej śladów. Nie wiem jeszcze, że nazywała się Mala Wajnberg (gdy się urodziła), Mala Szmuklerz (gdy wyszła za mąż), Leokadia Krawczyk (gdy się ukrywała), Leokadia Fiterman (gdy wyszła drugi raz za mąż), Mala Fiterman (po wyjeździe do Izraela). Kilkakrotna zmiana imienia i nazwiska to standard, co nie ułatwia poszukiwań.

Nie załatwiwszy nic za pierwszym razem, Lejb Majzels pojechał do Bogorii po raz drugi 16 sierpnia 1947 roku, trzy miesiące po pierwszej wizycie. Alinki już nie było. Jedenaście dni wcześniej została zabrana przez pracownika Żydowskich Kongregacji Wyznaniowych do ich domu dziecka w Łodzi.

Można więc założyć, że wyjechała z Polski – przedstawiciele kongregacji sprawnie organizowali jak najszybszy przerzut dzieci. Ale gdzie jej szukać po świecie?

Wiedziałam, że w Żydowskim Instytucie Historycznym po lewej stronie holu mieści się Dział Genealogii, który zajmuje się poszukiwaniem krewnych, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogę zapytać tam o coś związanego z moją pracą, a nie z rodziną. Aż za czyjąś namową zdecydowałam zapukać do ich drzwi i przedstawić listę poszukiwanych. Tak poznałam Noama Zylberberga.

– Najlepiej zacząć od bazy danych z nazwiskami ofiar Holokaustu umieszczonej na stronie internetowej Yad Vashem – radzi mi Noam. – Jeżeli Alina złożyła w Yad Vashem oświadczenie, że jej krewni zginęli w Zagładzie, to będą tam jej podpis, data i adres.

Jest! Relację o śmierci Dawida Ungermana z Opatowa i jego żony Racheli z domu Wajnberg złożyła Ilan Tamir zamieszkała w Zichron Ja’akow.

Page of Testimony, jedna kartka, dwadzieścia siedem rubryk. Prowadzony przez Yad Vashem projekt zapisania nawet najdrobniejszej informacji o każdej z sześciu milionów ofiar Holokaustu został zaliczony do dziedzictwa pamięci UNESCO. Świadectwa gromadzono od lat pięćdziesiątych, udało się ich zebrać dwa miliony siedemset tysięcy. Zdarza się, że tę samą osobę zapisano w kilku wariantach imienia, nazwiska, losu.

Dane się nie zgadzają, bo ktoś kiedyś o kimś usłyszał, sam albo od rodziny, coś zapamiętał, może źle, ale wypełnia formularz, żeby został ślad.

W rubrykach często pojawiają się znaki zapytania, tak jest też w tym przypadku. Jaki był adres ojca, do jakich organizacji należał, jaki miał zawód, gdzie pracował – same pytajniki. Data śmierci – być może 1945. Okoliczności – rodzice ukrywali się u Jana Kosa we wsi Bogoria, u rodziny chrześcijan. Z końcem wojny chrześcijanie donieśli albo gospodarze zabili.

Formularz został wypełniony dwadzieścia lat temu, ale adres się nie zmienił. Umawiam się z Ilan, że ją odwiedzę, kiedy będę w Izraelu.

Zichron Ja’akow. Domek otoczony kwiatami, uśmiechnięta gospodyni, sportowy styl, niebieska koszula w paski i tenisówki Nike z różową podeszwą. Zdecydowana. Zaczyna mówić po polsku, ale zaraz się wycofuje („Ja znam polski akcent, ale nie znam polskich słów”) i przechodzi na angielski. Oczywiście wolałabym, żeby mówiła w języku swoich dziecięcych doświadczeń. Gdybym była jej psychoterapeutką, mogłabym zasugerować, że lepiej będzie rozmawiać w języku jej traumy. Gdybym była historyczką, przywołałabym teorię, być może istniejącą naprawdę, o wadze źródeł mówionych przekazanych w języku przeżytego doświadczenia. Lecz jestem dziennikarką, intruzką w cudzym domu, i przepełnia mnie poczucie nieskończonej wdzięczności, że ktoś jest gotów dzielić się ze mną swoją opowieścią. Nie naciskam, ale żałuję.

– Mama była z Ożarowa, siedmioro dzieci w rodzinie, tata z Opatowa, ośmioro dzieci. Mamę już mieli wydać za mąż, gdy na ulicy w Staszowie zobaczyła mojego tatę i zakochała się na zabój. Oświadczyła, że nigdy za mąż nie wyjdzie. Tymczasem jej młodsza siostra miała miesiąc po niej wziąć ślub, ale nie mogła, póki starsza nie wyjdzie za mąż. I wtedy w sklepie z materiałami w Staszowie, który należał do dziadka, pojawił się ten młody mężczyzna ze staszowskiej ulicy, przedstawił się: Dawid Ungerman z Opatowa, i poprosił o jej rękę.

Może urzekła ją jego powaga i melancholia, widoczna na jedynej zachowanej fotografii rodziców Ilan? (W rzeczywistości to dwa oddzielne zdjęcia, ojca i matki, ale tak skadrowane i włożone we wspólną ramkę, że mogą uchodzić za ich wspólne zdjęcie).

– Kos pracował dla naszej rodziny w tartaku. To dziadkowie zdecydowali: dzieci trzeba ukryć. Urodziłam się 1 czerwca 1942 roku. Mama miała przede mną dwie dziewczynki, jedną w 1939, drugą w 1941 roku, obie zmarły niedługo po urodzeniu. Dlatego dostałam imię Alte, czyli „stara”. Miałam trzy albo cztery miesiące, kiedy przynieśli mnie do Kosów. Było mi tam bardzo dobrze, nie czułam wojny. Twarz Kosowej mi się rozmyła, ale pamiętam, że wszędzie biegałam za Kosem, wołając: „Tatusiu, poczekaj!”. I że dużo się śmiałam. Potem już nie.

W papierach Ilan oglądam odpis jej aktu chrztu z parafii w Bogorii z 20 września 1944 roku. Figuruje tam jako Alicja Maria Kos.

– Po wojnie miałam dwie kozy do pilnowania, chodziłam do kościoła, wiedziałam, że jestem Polką. Z innymi dziećmi biegaliśmy z kamieniami, krzycząc „Żyd”, jakbyśmy kogoś goniły. I nagle przyjechali po mnie Żydzi.

Religijni Żydzi, którzy ją odebrali, szukali jej na prośbę jej drugiej ciotki Sali (była siostrą jej ojca, podczas gdy Leokadia, która kontaktowała się z Komitetem, to siostra jej matki).

W archiwum ŻIH jest relacja Sali Ungerman złożona 14 listopada 1945 roku przed Żydowską Komisją Historyczną w Łodzi.

Latem 1942 roku rodzice załatwili szesnastoletniej Sali „aryjskie papiery” i wysłali ją do Lublina. Wróciła do nich, kiedy zaczęły się wysiedlenia okolicznych miasteczek, żeby nie zostawiać ich samych. W czasie akcji deportacyjnej w Opatowie, gdzie mieszkali, podszedł do niej na rynku Niemiec i poprowadził ją jak na rozstrzelanie. Zdziwiła się tylko, że rodzice nie płakali, kiedy odchodziła. Niemiec odeskortował ją za tartak należący do rodziny Ungermanów i powiedział, że ma tu czekać, aż ktoś się pojawi i zawiezie ją do Lublina. Sala krzyczała, że nigdzie nie pojedzie, wraca do rodziców, chyba że esesman przyprowadzi też jej młodszego braciszka. Nie zabił jej, tylko zrobił to, o co prosiła. Sala umieściła brata w obozie pracy, który wydawał się najbezpieczniejszym miejscem, bo chronił przed wysiedleniem. Sama wielokrotnie zmieniała miejsce pobytu. Wysłana na krótko do Auschwitz, potem do obozu pracy w Niemczech, upierała się, że niesłusznie uznano ją za Żydówkę, aż wywalczyła, żeby w kartotece zapisano ją jako Polkę.

Jej relacja pokazuje, jak mylące jest wyobrażenie o ukrywających się Żydach, które wyraża się w określeniach: ocaleni, przechowani. Jakby byli biernymi odbiorcami pomocy. Tak też się zdarzało, ale rzadko. Sala Ungerman podejmowała dziesiątki samodzielnych decyzji, szybkich i brawurowych. I to dzięki nim się uratowała. Siatkę pomocy tworzyli członkowie jej rodziny, którym udało się uniknąć deportacji.

Sala opowiada dalej, jak po wyjściu z obozu wróciła do Polski, by szukać śladów krewnych: „Chciałam pojechać do Klimontowa, ale po drodze spotkali mnie znajomi i powiedzieli mi, żebym nie jechała, bo Polacy tam po wyzwoleniu zabili pięciu Żydów. Pojechałam do Łodzi. Nikogo z rodziny nie spotkałam. Spotkałam siostrę bratowej, która mi powiedziała, że dziecko brata jest we wsi Bogoria, pow. opatowski, u Polaka Kosa Jana. Jest on bezdzietny. To on zabił mojego brata i bratową (…). Polak ten ma dobry stosunek do tego dziecka i nie chce go w żaden sposób oddać. Możliwe, że zabił rodziców dziecka, żeby dziecko sobie zatrzymać. Brat i bratowa mieli również dużo pieniędzy przy sobie. Dziewczynka ma teraz cztery latka, nazywa się Alinka Ungerman, jak ją teraz nazywają, nie wiem. Byłam u prokuratora, ale na razie nic nie da się zrobić”.

Sala Ungerman zgłosiła się w Łodzi do działaczy kongregacji wyznaniowych. Pojechali do Bogorii, zapłacili Kosom za Alinkę sześćdziesiąt tysięcy złotych i zabrali ją do domu dziecka. Ciotka Sala zamierzała ją stamtąd zabrać.

Ilan Tamir:

– Mieli wizję, że trzeba uratować każde żydowskie dziecko, żeby nie zostało Polakiem. W domu dziecka powiedzieli mi, że jestem Żydówką i że Kosowie to nie są moi rodzice, ale im nie uwierzyłam. Czułam się Polką i chrześcijanką, byłam wściekła, nie chciałam jeść. Zapalałam światło w piątek, a to był religijny dom dziecka. Raz w tygodniu, też w piątek, dostawaliśmy czekoladę, która przychodziła w paczkach z Ameryki. Trzeba się było ustawić w rządku, żeby dostać kawałek. Ja jej nie chciałam, bo nie chciałam niczego.

W dokumentach Żydowskiego Instytutu Historycznego przechowała się karta kolonijna, a w niej „Krótka charakterystyka dziecka: kapryśna”.

– Można tak określić dziecko, które tyle przeżyło? – pytam Ilan.

– Ale ja byłam kapryśna.

Sala, wtedy już Epelbaum, po mężu, odwiedzała bratanicę.

– Mieszkała we Wrocławiu. Dwa razy przyjeżdżała, żeby mnie zabrać, ale powiedziałam: nie.

Raz przyjechał też w odwiedziny Kos.

– Powiedzieli mi: „Kos zabił twoich rodziców”. Dzieci mnie schowały, kiedy się pojawił.

Gdy Alinka dowiedziała się, że jej tata jest fałszywym tatą i mordercą jej prawdziwego ojca, miała sześć lat. O tym, że u Kosa ukrywali się także jej rodzice i tam zostali zamordowani, dom dziecka musiał się dowiedzieć od Sali. Z tego, co udało mi się ustalić, nie przeprowadzono dochodzenia w tej sprawie. Nikt zatem nie wie, czy tak było naprawdę.

Alinka nie chciała zamieszkać z ciotką, a dom dziecka nie naciskał. Pewnie Sala nie była w ich oczach dość religijna. Ilan pamięta, że w jej domu jadło się wieprzowinę.

– Dwa razy wysłali mnie w Polsce do żydowskich rodzin zastępczych. Jedna była bardzo religijna, ale widać zachowywałam się niewłaściwie, bo przywieźli mnie z powrotem. W drugiej ojciec był rabinem, prowadził cheder i miał córkę w moim wieku, która mnie nie lubiła. Ale cheder nie jest przeznaczony dla dziewczynek, tam uczą się sami chłopcy, a ja zakradałam się słuchać, więc też mnie odesłali.

W 1950 roku Alinkę przekazano w końcu „niekoszernej” ciotce. Brawurowo przeżyła wojnę, tyle że teraz była kłębkiem nerwów.

– Sala była w ciąży i miała już papiery na wyjazd do Izraela. Przeze mnie, bo mnie nie było w tych papierach, nie wyjechała. Nie mogła mi tego wybaczyć. Kochałam ją i panicznie się jej bałam. Tłukła mnie, miałam takie sińce na rękach, że latem chodziłam w bluzkach z długimi rękawami. Byłam nieustannie sparaliżowana strachem. Starałam się, jak mogłam, żeby mnie pokochała. Pamiętam, była w ciąży, wokół ciemno, wzięła mnie za rękę, bo dokądś się śpieszyłyśmy, a ja marzyłam, żeby to trwało jak najdłużej, żeby trzymała moją rękę. Nigdy mnie nie objęła. Nie żeby mnie nienawidziła, ale uważała, że jestem źródłem wszystkich jej problemów. Zapytałam ją kiedyś, czy mogę do niej mówić „mamo”. Odpowiedziała, że matka jest tylko jedna i jeśli ona nie żyje, jej dzieci też nie powinny żyć. Jeżeli coś dziś skłania mnie do płaczu, to nie utrata rodziców, tylko czas spędzony z Salą, między ósmym a czternastym rokiem, najgorszy okres w moim życiu. Chciałam wrócić do Kosa. Pewnego dnia, mogłam mieć wtedy dziewięć lat, uciekłam. Doszłam do stacji kolejowej. Na peronach stało wiele pociągów. Pytałam ludzi: „Który z nich jedzie do Bogorii?”. Nikt nie wiedział, więc podeszłam do milicjanta. On zapytał: „Tak jedziesz sama? Gdzie masz bilet?”. Powiedziałam, że jestem Polką, że porwali mnie Żydzi, trzymają mnie siłą i chcę wrócić do moich prawdziwych rodziców. Milicjant zaprowadził mnie do budynku stacji, to był wieczór, powiedział, żebym poczekała na ławeczce, kupi mi bilet. Po jakimś czasie zjawił się wujek, mąż Sali. Milicjant mnie zdradził. Wujek był dla mnie miły, ale bał się żony. Kiedy Sala go zapytała: „Czy ją ukarałeś?”, a on odpowiedział: „Nie”, kazała mu wziąć pas i mnie zbić. I on to zrobił. Było mi go szkoda.

– Chciała pani uciec do Kosa, czyli nie uwierzyła pani, że to on zabił pani rodziców?

– Uwierzyłam. Ale jednocześnie pamiętałam, że byłam u nich szczęśliwa. Rodzice mieli pieniądze, mieli złoto. Po wojnie Kos kupił konie. Nie zapytałam nigdy, czyj był dom, w którym mieszkaliśmy. Nie chciałam źle o nich myśleć, oni mnie uratowali, oni mnie kochali. Może sami nie zabili, tylko donieśli Niemcom? Raz byłam w Polsce, z synem w 2001 roku. Odwiedziłam starszą kobietę, która mnie pamiętała, zapytałam ją o Kosa, odpowiedziała: „Dzikie zwierzęta zabijają”. Jako dziecko nie zadawałam sobie pytań. Nie pamiętam, żebym chociaż raz zastanawiała się nad tym, dlaczego inni mają rodziców, a ja nie. Gdzie były wtedy moje pytania? Żyłam w czasie teraźniejszym. Pierwszy raz zobaczyłam zdjęcie mamy, kiedy miałam dwadzieścia trzy lata. Zanim ujrzałam ją na zdjęciu, tak podobną do mnie w jej wieku, nie byłam wcale pewna, że jestem tym, kim jestem.

W 1956 roku wraz z Salą i jej rodziną – Sala miała już dwoje dzieci – wyjechała do Izraela.

– Byłam dla Sali pyłkiem, nikim. Przewiozła mnie i oddała.

Oddała ją ciotce Mali, tej, która pisała z obozu dla dipisów, że Alinka jest jej jedyną nadzieją w życiu i chce ją mieć za własną córkę. Teraz mieszkała w Tel Awiwie i Alinka nie była już jej jedyną nadzieją.

– Mala wyszła drugi raz za mąż, mieli dziecko, cztery lata młodsze ode mnie, którego nie znosiłam. Mala miała religijnego kuzyna w Hajfie, nazywał się Chil Goldman. Przyjechał do Izraela w latach trzydziestych, zapomniał polskiego, nie nauczył się hebrajskiego, mówił tylko w jidysz. Jemu mnie oddała. Zapisał mnie do szkoły religijnej. Byłam dobra z matematyki i czasami chciałam się odezwać, ale nie znałam hebrajskiego. Nauczycielka powiedziała, że nie mogę mieć na imię Alinka, i dała mi do wyboru trzy inne imiona: Lea, Yael, Ilan. Powiedziałam „Yael”, ona mi dała Ilan. Znała polski i była jedyną osobą, która dużo ze mną rozmawiała. Radziła mi kibuc. Wujek był gotowy zgodzić się tylko na kibuc religijny, ale ja się uparłam i w końcu zaakceptował inny, Kefar Masaryk, blisko Akki, gdzie mieszkała Sala. Więc w 1957 roku zamieszkałam w kibucu. Któregoś dnia trzy lata później, w dniu urodzin młodszej córki Sali, kupiłam jej prezent i pojechałam ich odwiedzić. Drzwi otworzyła mi obca kobieta, powiedziała: „Pomyliłaś adres”. Trzy miesiące wcześniej wyemigrowali do Kanady, nie dali mi nawet znać, nie zostawili adresu.


Tytuł i skróty od redakcji

Książka Anny Bikont 'Cena. W poszukiwaniu żydowskich dzieci po wojnie'Książka Anny Bikont ‘Cena. W poszukiwaniu żydowskich dzieci po wojnie’ Wydawnictwo Czarne

Książka Anny Bikont „Cena. W poszukiwaniu żydowskich dzieci po wojnie” ukaże się 23 lutego w Wydawnictwie Czarne


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com