Archives

MOJA HISTORIA: Gołda Tencer

MOJA HISTORIA: Gołda Tencer

Opowiem Wam swoją historię. O moim życiu na scenie i w kulisach. O ludziach, którzy mnie otaczali – moich mistrzach i przyjaciołach. O tym, co mnie ukształtowało i o tym, co zawsze było mi bliskie. Podzielę się z Wami moim życiowym doświadczeniem, nie skrywając się za żadną maską. To jest dzisiaj moja rola.

Gołda Tencer urodziła się kilka lat po II wojnie światowej, w roku 1949, kiedy tliły się jeszcze zgliszcza zamordowanego żydowskiego świata. Jej rodzice – Szmul i Sonia – cudem przeżyli piekło Holocaustu, reszcie rodziny już się tak nie poszczęściło. Wychowywała się w Łodzi, w domu na wskroś żydowskim, ze wszechobecnym jidysz – językiem Żydów aszkenazyjskich, który z Polski niemal zniknął. Była też jedną z ostatnich, która chodziła do żydowskiej szkoły, noszącej imię Icchoka Lejba Pereca. Mając lat dwadzieścia, zjawiskowo piękna Gołda wyjechała do Warszawy, marzyła bowiem, by zostać aktorką. Zapukała do drzwi Teatru Żydowskiego, w którym kierownictwo przejął właśnie – po legendarnej i zmuszonej do wyjazdu z kraju Idzie Kamińskiej – Szymon Szurmiej. Skończyła prowadzone przez niego Studium Aktorskie i zaczęła pracę na scenie. Wtedy rozpoczął się także romans Gołdy ze starszym o grubo ponad dwadzieścia lat Szymonem. Wielu nie dawało im szans, ich związek przetrwał jednak wiele lat. Byli małżeństwem do śmierci Szurmieja w zeszłym roku.

Publiczność filmowa pamięta ją głównie z ról Żydówek, perłą w koronie jest z pewnością Blanka w „Austerii” Jerzego Kawalerowicza. W teatrze aktorka zagrała kilkadziesiąt ról, z których najważniejszą jest najpewniej Lea w „Dybuku” Szymona An-skiego z 1973 roku w reżyserii Szymona Szurmieja. Ale nie był to jej pierwszy i jak się okazuje ostatni „Dybuk”. Wcześniej w inscenizacji Buzgana Chewela zagrała Gitlę (1970), a później ponownie u Szurmieja w kolejnym „Dybuku” – Sure Bas Tojwim. Dzisiaj Gołda Tencer wraca do wielkiego dzieła An-skiego, tym razem w inscenizacji Mai Kleczewskiej, którą artystka zaprosiła do Teatru Żydowskiego już jako jego szefowa. Premiera zaplanowana jest na 17 kwietnia.

Jej działalność artystyczna, a także społeczna wychodzi daleko poza teatr. Gołda Tencer kieruje założoną przez siebie Fundacją Shalom, Centrum Kultury Jidysz i Festiwalem Kultury Żydowskiej „Warszawa Singera”. Jest wręcz opętana ideą ocalenia tego, co tylko się da z zamordowanej kultury polskich Żydów. To jej życiowa misja, której jest wierna przez całe swoje życie. /Mike Urbaniak/

MOJA HISTORIA to cykl rozmów z najwybitniejszymi artystami teatru, ludźmi różnych specjalności i zawodów, których kuratorem i prowadzącym od stycznia 2015 roku jest Mike Urbaniak. Spotkania z aktywnym udziałem publiczności odbywają się raz w miesiącu. Biograficzna opowieść bohatera opatrzona zostanie materiałami ikonograficznymi, a także specjalnie nagranymi materiałami filmowymi. Do rozmowy zaproszeni zostaną również goście specjalni, których pytania i refleksje pozwolą skierować uwagę na szczególnie interesujące nas zagadnienia. Rozmowy będą nagrywane i prezentowane także na antenie „RDC” i na stronie internetowej Instytutu.

Mike Urbaniak jest dziennikarzem kulturalnym, krytykiem teatralnym, autorem rozmów z wybitnymi postaciami polskiej kultury, głównie teatru. Współpracuje w wieloma tytułami prasowymi, na stałe pisze do “Wysokich Obcasów” i weekendowego magazynu Gazeta.pl, a w Polskim Radiu RDC prowadzi m.in. autorski program “Pan od kultury”. Jest członkiem Komisji Artystycznej Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

WSTĘP WOLNY 

rezerwacja miejsc:
bilety@instytut-teatralny.pl
tel. (22) 501 70 02

PARTNERZY:


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Życie żydowskie marzec (2)

Życie żydowskie marzec (2)

Drodzy,

Wiosna dopiero zbliża się….. żydowskie życie kwitnie

DRUGOPOKOLENIOWE

JUTRO, 14 marca sobota godz. 17.00 – start kina POD DWÓJKĄ filmem Mój najszczęśliwszy dzień; oglądamy w towarzystwie reżysera Pana Michała Bukojemskiego, natomiast bohatera – Mariana Turskiego – będziemy gościć podczas Zjazdu w Śródborowie; poza filmem w programie: rozmowy, kawa, herbata, napoje, drobny poczęstunek. Własne wypieki, napoje, orzeszki, owoce mile widziane, ale nieobowiązkowe!

SEDER POD DWÓJKĄ (3 kwietnia) z przykrością informujemy, że nie ma już miejsc, “rozeszły” się jak ciepłe bułeczki; będziemy informować o sederach w innych miejscach. Zgłoszeni uczestnicy otrzymaja odrebny list.

 ZJAZD w ŚRÓDBOROWIE – zgłoszeni uczestnicy wkrótce otrzymają informacje

 POMYSŁY: czekamy na Wasze pomysły warsztatów/wykładów/spotkań, które mogą być interesujące dla środowiska drugiego pokolenia (w podanych poniżej terminach piątkowych i sobotnich).  

Proponujcie, co chcielibyście, by znalazło się POD DWÓJKĄ. Kogo chcecie zaprosić, jaki film wspólnie obejrzeć, jaki warsztat zorganizować, o czym posłuchać? Jesteśmy już u siebie!

CYKLICZNE SPOTKANIA POD DWÓJKĄ, poniżej proponowane daty spotkań do końca czerwca 2015. Terminy są orientacyjne, a o wszystkich działaniach będziemy, tak jak dotychczas, informować mailami na bieżąco.

  • Środy – posiedzenia zarządu: zapraszamy członków Stowarzyszenia na część otwartą w godz. 18.00-19.00, po potwierdzeniu mailowym, część zamknięta 19.00-21.00.
  • marzec: 18, 25; kwiecień: 1, 8, 15, 22, 29; maj: 6, 13, 20, 27; czerwiec: 3, 10, 17, 24.
  • Piątki parzyste w godz. od 15.00 do 21.00 lub dłużej, spotkania z zaproszonymi gośćmi lub bez, czasem wspólna kolacja: marzec 20; kwiecień 10, 24, maj 8, 22, czerwiec: 12
  • Soboty drugie w miesiącu – od godz. 17.00 podwieczorki z zaproszonymi gośćmi lub bez, czynne do ostatniego gościa 🙂 11 kwietnia, 9 maja, 13 czerwca
  • KONTAKT telefoniczny ze Stowarzyszeniem: w parzyste piątki i drugie soboty: 620-43-24 wew. 105 oraz komórkowy 507 436 017, domofon nr 4

KSIĄŻKI i inne publikacje – przypominamy o możliwości ich przynoszenia. Mamy DWA regały, a nich miejsce na książki, czasopisma z “naszej tematyki”. Można przynosić to, co już przeczytaliście, a czego nie musicie lub nie chcecie mieć na własnych półkach. Można je czytać na miejscu lub pożyczać. Poza książkami i czasopismami mile widziane filmy na płytach CD, gry planszowe, karty, puzzle etc.
Poza półkami jest także wielkie pudło dla „Książek w Pudle” – można do niego wkładać różnotematyczne książki, a jak się uzbiera “słuszna porcja” oddamy Marysi Dąbrowskiej do dalszej dystrybucji, czyli do zakładów karnych: http://www.ksiazkiwpudle.zmiana.net.pl

WEJŚCIE POD DWÓJKĘ wiedzie przez niewielki pawilonik, w którym pracownik Ochrony może poprosić o okazanie dowodu osobistego. Czasem może też zajrzeć do torby lub plecaka.  Robi  to dla bezpieczeństwa nas wszystkich, więc prosimy o wyrozumiałość. Wejście do nas, PRAWĄ klatką schodową. Wjazd windą tylko klatką lewą. Gdyby ktoś nie mógł trafić, proszę o telefon 507 436 017

U INNYCH
14 marca sobota godz. 19.00 Warszawa, Klub Stodoła; 15 marca niedziela godz. 20.00 Kraków, Klub Studio – koncerty Asafa Avidana, jednego z najbardziej znanych na świecie izraelskich muzyków rockowych; podczas koncertów jako support – izraelska piosenkarka Flora; więcej  http://embassies.gov.il/warsaw/newsAndEvents/calendar-of-events/Pages/2015/2015-03-Asaf-Avidan-na-koncertach-w-Polsce.aspx

14 marca sobota godz. 19.00 Gdańsk, Nowa Synagoga, ul. Partyzantów 7, nowa gdańska scena artystyczna zaprasza na odświeżoną wersję kabaretu “Tuwim or not Tuwim”; nowe utwory w świeżych aranżacjach; rezerwacje biletów 20/25 zł festiwalzblizenia@gmail.com

15 marca niedziela godz. 13.00, JCC Chmielna 9A, Purimszpil w wykonaniu seniorów z gminnej grupy teatralnej SeniorSzpil czyli nowa interpretacja historii purimowej; więcej http://jccwarszawa.pl/news/81/n/454

15 marca niedziela godz. 16.00 Purim we Wrocławiu, szczegóły w załączniku

15 marca niedziela godz. 19.00 Kraków, Muzeum Galicja; krakowska premiera Beriozkele – albumu z kołysankami i pieśniami wieczornymi jidysz, nastrojem i tematyką związanych z nocą, ciszą, snem.

16 marca poniedziałek godz. 18.00 Muzeum POLIN, Czy jedzenie mięsa jest potrzebne, właściwe, nieuniknione? spotkanie z cyklu Uwierzyć w Muzeum?, więcej http://www.polin.pl/pl/wydarzenie/czy-jedzenie-miesa-jest-potrzebne-wlasciwe-nieuniknione

16 marca poniedziałek godz. 18.00 Poznań, prezentacja książki „Z Jass do Jerozolimy” autorstwa Leona Volovici http://www.icr.ro/warszawa/wydarzenia/prezentacja-ksiazki-z-jass-do-jerozolimy-autorstwa-leona-volovici.html

16 marca poniedziałek godz. 19.00 Teatr Studio, “Obecność” – promocja książki Remigiusza Grzeli więcej http://teatrstudio.pl/aktualnosci/news,310,obecno%C5%9B%C4%87-promocja-ksi%C4%85%C5%BCki-remigiusza-grzeli; zaproszenie otrzymaliśmy od jednej z bohaterek książki – Inki Sobolewskiej-Pyz – przewodniczącej Stowarzyszenia Dzieci Holokaustu w Polsce, dziękujemy.

17 marca wtorek godz. 11.00 Żydowski Instytut Historyczny Przed, w i po marcu 1968 r.; dr hab. Tadeusz P. Rutkowski; więcej http://www.jhi.pl/blog/2015-02-23-zydowski-instytut-historyczny-przed-w-i-po-marcu-1968-r

17 marca wtorek godz. 19.00 JCC Chmielna 9A, Bima, czytanie performatywne dramatu Tomasza Śpiewaka pt.: “Polacas Work in Progress” reż. Doroty Ignatjew, wstęp wolny, zapisy biuro@jccwarszawa.pl (z dopiskiem BIMA)

18 marca środa godz. 18.00 JCC Warszawa, Franciszek Bojanczyk opowie o żydowskich ruchach młodzieżowych w II RP, pierwsze spotkanie z cyklu o fenomenie żydowskich ruchów młodzieżowych i harcerskich w Polsce przed II wojną światową, HASZOMER HACAIR, CUKUNFT, DROR, AKIVA czy BEITAR, które powstawały i prężnie działały w Polsce.

19 marca czwartek godz. 18.00 DSH Karowa “My, ludzie z marca”, spotkanie autorskie Piotra Osęki, więcej http://www.dsh.waw.pl/pl/kalendarz/19-03-2015

22 marca niedziela godz. 15.00 Dom Kultury Działdowska 6, w 47. rocznicę Marca’68 wykład Artura Hofmana Przyczyny emigracji Żydów z Polski w latach 1956-1968, koncert piosenek Nataszy Zylskiej; wstęp za bezpłatnymi wejściówkami, do odbioru w DK Działdowska; więcej w załączniku

24 marca wtorek godz. 11.00 ZIH, Tajemnice CŻKH, dr Agnieszka Haska, więcej http://www.jhi.pl/blog/2015-02-23-tajemnice-czkh

24 marca wtorek godz. 19.00 DSH, ul. Karowa 20 spotkanie z Mikołajem Grynbergiem autorem książki „Oskarżam Auschwitz”, poprowadzi Sylwia Chutnik

25 marca środa godz.17.30 Austriackie Forum Kultury, Próżna 7/9, “W poszukiwaniu utraconego krajobrazu” oraz spotkanie z reżyserem filmu Leo Kantorem; zaproszenie w załaczniku

INNE
Pomnik Sprawiedliwych – trwa akcja zbierania podpisów pod listem przeciwko lokalizacji Pomnika Sprawiedliwych Jeśli nie zgadzasz się z proponowaną lokacją pomnika to możesz “polubić” stronę https://www.facebook.com/pages/Czy-upami%C4%99tni%C4%87-Sprawiedliwych-na-terenie-by%C5%82ego-getta/1457448724499165?fref=ts
“Niefejsbukowi” – napiszcie do nas, przekażemy podpis organizatorom – jest nim drugie pokolenie mieszkające poza polską, w większości emigranci Marca ’68. Tu jest list historyków w tej sprawie https://www.facebook.com/notes/1578401732403863/

Kobieca grupa Rosz Hodesz – 19 marca 2015 godz.19.15 – wspólne wyjście do teatru Polonia ul. Marszałkowska 56 na spektakl „Kobiety w sytuacji krytycznej” (reż. Krystyna Janda). 

Koszt: 45zł. Zapisy i informacje: roszchodesz@jccwarszawa.pl; https://www.facebook.com/events/805770676174114/

Program POLIN w marcu, w załączniku

Tożsamość Barry Cohen poszukuje osób do udziału w wywiadach na temat tożsamości żydowskiej! Wywiady mogą odbyć się w ostatnim tygodniu marca, w Muzeum Historii Żydów Polskich (lub w JCC), w języku polskim lub angielskim; zgłoszenia – bcohen8195@aol.com

 

pozdrawiam
Elżbieta Magenheim


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


1968… O ROKU UFF!

1968… O ROKU UFF!

BRANLEY ZEICHNER


Byłem wtedy (1967-1968) studentem III roku Matematyki UWrBB [Uniwersytetu Wrocławskiego imienia Bolesława Bieruta]. Podkreślam, że byłem studentem, bo na naukę za dużo czasu nie miałem. III rok był bardzo trudny dla mnie i mnie-podobnych. “Wojsko” na III roku było w piątki, co dla aktywnych górołazów było występkiem przeciw naturze i jawnym pogwałceniem praw człowieka. Ale były to czasy jeszcze przed konferencją w Helsinkach i nie bardzo wiedzieliśmy gdzie się skarżyć. Zamiast się skarżyć, po prostu wyjeżdżaliśmy w góry już w czwartek po południu, tworząc sobie długi weekend.

Po kilku takich nie umundurowanych piątkach stało się jasne, że tego roku nie zaliczę i zacząłem poważnie planować dziekański urlop. Na zajęcia powoli przestałem chodzić, pracowałem w różnych fuchach, jak mycie okien, porządkowanie magazynów, wrzucanie węgla do piwnic. W domu już nie mieszkałem, kręciłem się po “pokojach” – byłem sobie panem. Co tylko zarobiłem, szło na kino, książki i góry. W końcu semestru zamiast szykować się do sesji złożyłem prośbę o “dziekański.” Nie bardzo zgadzali się (przez “wojsko”), podałem jeszcze raz i czekałem na spotkanie z dziekanem.

W międzyczasie, chyba w końcu stycznia [1968], doszła do mnie petycja w sprawie zamknięcia przedstawienia Dziadów w Warszawie. Kolega, były harcerz z Mokasynów, z Zielonej Góry (to był taki elitarny szczep, trochę przypominający “Walterowców,” tyle że ich nie rozwiązali), dostał tę petycję od kumpla studiującego w Warszawie. Ponieważ miałem czas i wielu kolegów, pokręciłem się po akademikach i zebrałem dosyć dużo podpisów. Przekazałem tę petycję z powrotem i o sprawie zapomniałem…

W Dzień Kobiet (8 marca, piątek o ile pamiętam) już byłem w górach. Wróciłem do cywilizacji i usłyszałem, że w Warszawie coś się działo. Zajęty byłem różnymi sprawami, byłem w kierownictwie Rajdu Marzanny (studencka impreza turystyczna), zostało około miesiąc do imprezy i trzeba było się spieszyć. Ja, jako ten swobodny człowiek, tym się zajmowałem. Tymczasem i we Wrocławiu zaczęło się gotować, petycje popierające studentów Warszawy, komitety studenckie. Ciekawe czasy…

Dokładnie już nie pamiętam, ale chyba 12 marca wieczorem poszliśmy z kolegą, też “rajdowcem”, na zupkę do studenckiej stołówki. Tam znaleźliśmy maszynopis z “dziadowską” balladą, jedną z wielu jakie później śpiewano. Spodobała nam się. Byliśmy akurat przed zebraniem kierownictwa rajdu, w biurach Zrzeszenia Studentów Polskich, w tzw. “wieży.” Była tam maszyna do pisania i postanowiliśmy przepisać kilka (sześć, bo więcej kalki nie znaleźliśmy) kopii ballady, dla kolegów.

Ponieważ byliśmy bardzo mądrzy i panowała atmosfera studenckiej solidarności, bez namysłu dałem jedną z odbitek koledze z Komitetu Uczelnianego ZMS [Związku Młodzieży Socjalistycznej]. On zabrał to na posiedzenie KU [Komitetu Uczelnianego] w sąsiednim pokoju. My zeszliśmy na wiec matematyków i tam rozdaliśmy pozostałe kopie ballady, jedną zostawiłem dla siebie. Po wiecu wróciliśmy z resztą aktywu turystycznego na zebranie w sprawach rajdu. Była nas czwórka “turystów” i jeszcze jeden kolega, chemik, który czekał na nas, bo mieszkaliśmy w tej samej okolicy i nie chciało mu się samemu iść do domu. Już zbieraliśmy się do odejścia, gdy do pokoju wpadło dwóch członków KU partii. Zaczęli się nas dopytywać, rozglądać się, przeglądali papiery, spisali nasze nazwiska i poszli. My także.

Następnego dnia w południe na wrocławskich uczelniach zaczął się strajk okupacyjny. Mimo, że rodzice twierdzili, ze nie mam tam co szukać, to ja jako dorosły i wolny człowiek oczywiście tam byłem. Nie udzielałem się, bo już jasne było ze syjoniści są winni, ale być tam, byłem. Piękne czasy “bycia razem.” Budynek Uniwerku otoczony milicją, to samo na innych uczelniach. Mimo kordonów, łącznicy kręcą się, przynoszą wiadomości. Z zakładów pracy – Pafawagu, Elwro – przynoszą nam żywność, pieniądze i słowa poparcia. Chodziły pogłoski o poparciu elewów obu wrocławskich wojskowych Szkół Oficerskich. Czuliśmy się wspaniale.

Rektorzy wrocławscy nie zgodzili się na zaproszenie milicji na uczelnie, wielu pracowników naukowych było z nami, szczególnie z wydziałów ścisłych.

Drugiego dnia strajku szukaliśmy oczywiście co “prasa kłamie” o strajku. Nic nie było. Za to był duży artykuł o wykryciu na Uniwersytecie grupy wichrzycieli, syjonistów, bananowej młodzieży itp. To było właśnie nasze zebranie turystyczne sprzed dwóch dni. Ta publikacja tylko jeszcze bardziej wzburzyła młodzież na uczelniach.

Strajk skończył się następnego dnia, w wyniku porozumienia rektorów z komitetem wojewódzkim partii. Milicja odstąpiła od oblężenia, obiecano powołać komisję do zbadania “wypadków” i żądań studentów, a strajkujący opuścili budynki. Wróciłem do domu rodziców, aby ich uspokoić. Tam znalazłem wezwanie na świadka do Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej. Szukano mnie w domu już kilka razy…

Przebrałem się w czystą odzież, szczotki do zębów nie wziąłem ze sobą. Powiedziałem “Cześć” rodzicom i poszedłem. Komenda MO była prawie naprzeciw domu. Przy wejściu stało dwóch milicjantów w kaskach. Pokazałem wezwanie i legitymację studencką. Jeden z nich wskazał mi, po ojcowsku, pałką kierunek. Miałem grubą skórzaną kurtką, dlatego za bardzo się tym nie wzruszyłem.

Po kilku minutach oczekiwania zjawił się jakiś facet, cywil, i zabrał mnie ze sobą. Wędrowaliśmy przez długie korytarze, aż weszliśmy do jakiegoś pokoju. Facet wyszedł i wrócił po pół godzinie. Przedstawił się jako porucznik K., oświadczył mi że jestem świadkiem i muszę mówić prawdę. Nie przejąłem się, bo nie miałem nic do ukrycia. Tak przynajmniej myślałem. Pytał mnie o zebranie opisane w gazecie. Wyjaśniłem, że to był komitet organizacyjny rajdu studenckiego, wyjaśniłem co to rajd, jakie funkcje pełnią uczestnicy zebrania i myślałem, że skończyliśmy. Wtedy K. wyciągnął kopię ballady. Studiowałem matematykę, nie prawo, nie wiedziałem jaka jest różnica między świadkiem a podejrzanym. Poza tym nie uważałem, że miałem coć do ukrycia. Ballada była jedną z łagodniejszych, słyszałem podczas strajku rzeczy o wiele ostrzejsze. Wyjaśniłem, że ją znalazłem, że przepisałem z kolegą (widział to ten działacz ZMS, który dostał ode mnie jej odbitkę) i nie pamiętałem komu oddałem resztę kopii. Po kilku godzinach przekomarzania się por. K. oświadczył, że ponieważ nie pomagam mu dojść do prawdy, zostawia mnie do wyjaśnienia w areszcie. Odprowadził mnie do podziemi i tam przekazał dyżurnemu. Opróżniłem kieszenie, oddałem sznurówki, rewizja osobista, i do celi. Małe pomieszczenie z małym okienkiem pod sufitem. Dwie trzecie celi to drewniane podium. Na tym się śpi w nocy, było tam ciepło i jeden koc mi wystarczył. Po tym, jak spałem w górach na kamieniach, brak materaca nie przeszkadzał mi zasnąć. Po jakimś czasie otworzyły się drzwi i wprowadzono kogoś w średnim wieku. On tylko powiedział “Dobry wieczór” i poszedł spać. Zrozumiałem że był już w tej celi przede mną.

Rano o 8:00 przyniesiono nam śniadanie. Mój nowy znajomy wyjaśnił mi, że tak późną pobudkę zawdzięczamy niedzieli, normalnie wstaje się o 6:00. Dowiedziałem się, że mogą mnie tak trzymać do 48 godzin, a później muszę dostać nakaz aresztu potwierdzony przez prokuratora. Tak, że za jakieś 40 godzin pójdę do domu. Jednego nie wziąłem pod uwagę. Moje imię, nazwisko, imiona rodziców, mama pracująca jako nauczycielka w żydowskiej szkole, tato z partyjną rentą, wszystko to w roku 1968 bardzo pasowało do stereotypu wichrzyciela. Dlatego też stało się tak, jak w owym starym żydowskim dowcipie:

Znasz Jośka?
Jakiego Jośka?
Tego co mieszka naprzeciw więzienia?
Aaah, tego Jośka! A co z nim?
A nic. On teraz mieszka naprzeciwko swojego domu…
Budynek Komendy Wojewódzkiej i areszt śledczy w budynku Sądów stały po drugiej strony fosy, naprzeciwko mieszkania rodziców na Włodkowica…

W południe znowu śledztwo. Dalej szukamy brakujących odbitek. Por. K. dziwi się, jakim swędem dochrapałem się piątki z polskiego na maturze. Przecież mój polski jest do niczego. On by mnie na matematykę nie przyjął ze względu na polszczyznę mojego podania na studia (podanie zresztą podyktowano nam wszystkim w liceum). Na takich przekomarzaniach czas mijał nam miło i szybko. O drugiej nad ranem wróciłem do celi. Rano pobudka była rzeczywiście o 6:00. Po śniadaniu wolno tylko siedzieć, dyżurny dba żebyśmy nie spali. W południe znowu śledztwo. Po kilku godzinach wracam do celi. Zostało już niedługo.

Pięć minut po upłynięciu ustawowych 48 godzin, wywołują mnie z celi. W biurze czeka na mnie miły facet. Przedstawia się jako dyżurny prokurator, wyjaśnia mi że przestaję być świadkiem, a staję się podejrzanym, więźniem śledczym na 30 dni. Objaśnia mi moje prawa i obowiązki. O adwokacie mowy nie ma. Zresztą nie uważałem że jest potrzebny.

Jeszcze dwa dni odsiedziałem w tej celi. Podczas spotkań ze śledczym zrozumiałem, że i reszta naszej szajki wichrzycieli była przesłuchiwana. Ale nowych pytań nie było. Tylko groźby por. K., że on już wie wszystko, bo inni są mądrzejsi ode mnie…

Po dwóch dniach wywołano mnie z celi. Oddano mi wszystko z depozytu i przekazano por. K. i jeszcze jednemu smutnemu panu. Ten pan wyciągnął z kieszeni pistolet, zarepetował go i ostrzegł mnie, że w razie próby mojej ucieczki będzie strzelać bez ostrzeżenia. Nie wiem dlaczego, ale nie przejąłem się. Na wszelki wypadek nie uciekałem. Na wszelki wypadek byłem też bez sznurówek…

Wyszliśmy z budynku. Na zewnątrz był ładny wiosenny dzień. Przeszliśmy, nie spiesząc się około100 metrów do budynku Sądów. Tam znów zatrzasnęły się za mną ciężkie drzwi aresztu śledczego.

Po rewizji wprowadzono mnie do przestronnej słonecznej celi. Trzy łóżka, pojedynka i piętrówka, muszla, nie jakiś kibel, zlew, stół i trzy krzesła. Wolne bylo tylko to górne łóżko i z przyjemnością je zająłem. Moi współtowarzysze byli ode mnie starsi, gdzieś powyżej trzydziestki. Jeden z nich, recydywista, był kierowcą z zawodu i siedział za różne kradzieże. Drugi był zaopatrzeniowcem i ponieważ miał na liczniku ponad 100,000 zł, czekało go co najmniej 8 lat. Obaj byli spokojni, uporządkowani, lubili opowiadać, tak że czas mijał. Od czasu do czasu wołano kogoś na śledztwo, pół godziny spaceru, raz na tydzień fryzjer przynosił ploteczki. Ten fryzjer szczególnie mi się spodobał, bo nigdy nie przepadałem za goleniem się. A tu nie musiałem się skrobać samemu. Za paczkę “Sportów” robił to delikatnie i nawet dezynfekował brzytwę (AIDS jeszcze wtedy nie wymyślili).

Idąc na jedno ze śledztw udało mi się zauważyć, że na innym piętrze siedzi mój kumpel, ten z którym znaleźliśmy ową ulotką.

Po miesiącu mój areszt został oczywiście przedłużony. Mniej więcej wtedy śledztwo zrobiło się ciekawsze. Por. K. dowiedział się gdzieś o petycji “Dziadowskiej.” Ja w międzyczasie oczywiście zapomniałem skąd ją miałem i komu oddałem. Po kilku dniach miałem “uciechę.” Przyniósł mi on album ze zdjęciami warszawskich aresztowanych. Koniecznie chciał, żebym wskazał znajomych. A ja nie mogłem mu nic pomóc. Znałem tam tylko jednego, ale już byłem doświadczonym więźniem i kolegi z kolonii letniej w Gdańsku-Przeróbce też nie poznałem.

1 czerwca, w Dzień Dziecka, dowiedziałem się z gazety, że śledztwo zostało zakończone i akt oskarżenia przeciw nam dwóm został przekazany do sądu. Oskarżono nas z §22 MKK (“Mały Kodeks Karny,” uchwalony w latach stalinowskich do walki z “reakcją”) – rozpowszechnianie wiadomości mogących zakłócić spokój publiczny. Kara minimalna – 3 lata.

Po kilku dniach zjawił się prokurator i dał mi do przeczytania ten akt oskarżenia. Paragraf został zmieniony na zwykły kodeks karny, rozpowszechnianie fałszywych wiadomości, kara do 2 lat. Ucieszyłem się tą zmianą. W “mojej” balladzie nie było żadnej fałszywej wiadomości. Wszystko zostało potwierdzone w przemówieniu Gomułki z 19 marca. Teraz sąd będzie musiał nas uniewinnić…

Sąd nas nie uniewinnił. Ze względu na szkodliwość treści, sędzia nie zgodził się na odczytanie ballady i dyskutowanie na temat zawartych w niej wiadomości. Nasz adwokat, opłacony przez nasze rodziny, też bał się podjąć taką linię obrony. Po dwudniowej rozprawie dostaliśmy po 10 miesięcy więzienia. Ale przynajmniej na sali sądowej widzieliśmy, że mamy wielu prawdziwych przyjaciół.

A głównymi poszkodowanymi byli nasi rodzice. Oni nie spali po nocach. Ojciec mojego “wspólnika” został zwolniony z pracy. Moja matka miała dyscyplinarkę, dostała naganę za złe wychowanie syna i podała się do dymisji z pracy. Ojcu odebrano pensję dla zasłużonych. Nasi rodzice byli Prawdziwymi Bohaterami w całej tej historii.

Czas mijał. Adwokat odwoływał się od wyroku. Nie wiedzieliśmy kiedy nasza sprawa dojdzie do apelacji. Zaczęły się wakacje. Mimo zakończenia sprawy pozostaliśmy na statusie więźniów śledczych. Nie dano nam więziennej odzieży, mogliśmy dostawać i wysyłać listy bez ograniczenia adresatów, oczywiście po zatwierdzeniu przez cenzurę więzienną. Ale też spacery były tylko półgodzinne (więzień karny miał prawo do godziny), wizyty rodziny tylko raz na miesiąc (karni – co dwa tygodnie), ograniczenie gazet i oczywiście cały czas “na” celi.

W nocy 20 sierpnia 1968 słyszeliśmy ciągły szum przelatujących nad miastem ciężkich samolotów. Rano przez głośnik dowiedzieliśmy się o “bratniej pomocy” udzielonej Czechosłowacji. Nie mogłem doczekać się gazet. Wykryłem ciekawą rzecz. Na temat tych wydarzeń najbardziej prawdomówna była Prawda (tę gazetę dawali nam bez ograniczeń, wraz z Trybuną Ludu). Po jakimś czasie w więzieniu na Kleczkowskiej spotkałem żołnierzy, których skazano za odmowę spełniania rozkazów w Czechosłowacji.

Siedzenie w celi bywa uciążliwe. Szczególnie latem, gdy dostaje się widokówki z wakacji. Bardzo szybko dostaje się choroby nazywanej “kurwicą więzienną.” Zewnętrznym jej objawem jest szybkie chodzenie od ściany do ściany. Cztery kroki w jedną stronę, ostry zwrot, cztery kroki z powrotem. Samotnie, często parami. Ten krok wyróżnia byłych więźniów na wolności. Potem widziałem to również w Izraelu.

Poprosiłem o wyjście do pracy. Po kilku odmowach postanowiłem walczyć o swoje prawa więźnia karnego. Ogłosiłem głodówkę i… zadziałało. Po dwóch dniach wezwał mnie naczelnik i obiecał pozytywne załatwienie sprawy.

W pierwszej połowie września wywołano mnie z celi, razem z rzeczami. Noc spędziłem z całą grupą w przejściówce. Wszyscy próbowali zgadnąć dokąd pojedziemy. Według składu grupy wszystko było możliwe. Byli tam i z lekkimi wyrokami i również z dożywociem, małolaty i zgredy. Rano oddali nam nasze rzeczy (dostałem swoją zimową odzież z marca), ale bez sznurówek, pasków, scyzoryków. Przeszliśmy dokładną rewizję, bo każdy więzień powoli dorabia się różnych nielegalnych rzeczy, jak zaostrzone łyżki, improwizowane grzałki, zapalniczki itp.

I do “suki,” specjalnie przystosowanej do przewozu więźniów “nyski.” Konwojujący nas klawisze nie chcą nic powiedzieć o kierunku jazdy. Okien w naszej części “nyski” oczywiście nie ma, ale powoli zgadujemy, że jedziemy na zachód, w kierunku Legnicy. Bywalcy szybko zgadują pierwszą stację – Wilków, obóz pracy koło Złotoryi. Lekki reżym, dla tych z krótkimi wyrokami, lub już po odbyciu większości kary.

Następną stacją będzie Wołów, centralne więzienie. Gdzie ja wpadnę?

Mam szczęście. Wysiadam w Wilkowie. Po sześciu miesiącach na celi, to jak sanatorium…, albo kolonia letnia… Słoneczny dzień, trawnik z klombami, drzewa. Więźniowie kręcą się po całym terenie bez eskorty.

Znów rewizja, prysznic i po raz pierwszy dostaję więzienne ubranie i buty. Jeden z funkcyjnych więźniów odprowadza nas do przejściowej sali. Sala w baraku, nikt nie zamyka drzwi na klucz, mogę wyjść kiedy chcę na zewnątrz, jest świetlica z ping-pongiem i telewizja, biblioteka. Jest też i pogorszenie warunków. Skończył się “room service.” Na posiłki trzeba się pofatygować do stołówki…

Następnego dnia mam rozmowę z “wychowawcą.” To takie skrzyżowanie politruka z “socjalnym.” Pyta się, czy już żałuję swoich grzechów. Ja, jak każdy doświadczony recydywista, odpowiadam, że ja, tego, tak niewinnie, nie wiem za co mnie tu trzymają, nic złego nie zrobiłem. Wychowawca obiecuje, że jeszcze ze mną porozmawia i ma nadzieję, że do końca wyroku zrozumiem. To taka aluzja, bo za miesiąc należy mi się skrócenie kary za dobre zachowanie. Ponieważ już co nieco nauczyłem się, to nawet nie złożyłem prośby. (Mój wspólnik został do końca w celi we Wrocławiu i podał prośbę o skrócenie. Zwolnili go na Sylwestra, dwa tygodnie przed końcem, i te dwa tygodnie wisiały mu potem nad głową przez kilka lat.)

Po dwóch dniach “aklimatyzacji” dostałem przydział do pracy. Kopalnia miedzi “Konrad,” druga szychta (zmiana). Strasznie byłem ciekawy jak tam będzie. Kiedyś, w ogólniaku, byłem na wycieczce w kopalni węgla, z Wałbrzycha przecież jestem, ale mimo wszystko czekało mnie coś nowego. Zabrałem swoje manele i przeniosłem się do odpowiedniego baraku. Od razu zauważyłem, że to niezła fucha. Pobudka codziennie o 8:00 rano, potem śniadanie, o godzinie 12 obiad, o 13:00 wyjazd do pracy. Powrót około północy, kolacja i spać. W odróżnieniu od innych brygad, górnicy, jako czołówka klasy robotniczej, dostawali codziennie mięso na obiad, (inni tylko raz w tygodniu) i 40% wypłaty kopalnianej (inni tylko 25%) na prywatne konto.

Ale największa frajdą było otarcie się o wolność. Po rewizji i liczeniu wychodziło się przez bramę obozu (obóz był otoczony podwójnym ogrodzeniem – wysoki drewniany parkan i płot z kolczastego drutu, wieże strażnicze z ckm-ami – normalny standard). Wsiadało się do normalnego autokaru, z przeźroczystymi oknami i prawie godzinę jechaliśmy przez wolny świat. Na kopalni przy wejściu do szatni zostawialiśmy klawiszy i do wyjścia, po skończeniu szychty, byliśmy na równych prawach z “normalnymi cywilami.” W szatni każdy miał swój hak na ubranie i buty. Po przebraniu się w robocze ubranie, gumiaki, kask z lampką, zjechałem windą 500 metrów po ziemię. Zauważyłem, że była tam stała temperatura, ponad 20oC, co przy nadchodzącej zimie było bardzo istotne.

Praca nie była za ciężka. Byłem tzw. konwojentem. Jeździłem kolejką po kopalni i byłem odpowiedzialny za podłączanie i odłączanie wagoników. Praca wesoła, chociaż czasami niebezpieczna, jeśli się nie uważało i na czas nie wyciągnęło ręki, czy głowy spomiędzy wózków. Tak mijało siedem godzin. Po wyjeździe na wierzch gorące prysznice i szklanka mleka, jak w sanatorium, i autokarem do “domu”. Trochę było mi szkoda traconych programów TV, ale filmy były powtarzane rano. Z czasem mogliśmy nad ranem oglądać Olimpiadę w Meksyku. Krótko mówiąc, kolonia letnia, tylko ten płot był wyższy. Po sześciu miesiącach na celi, była to na pewno poprawa na lepsze.

Jadąc do Wilkowa żywiłem różne obawy. Póki byłem w zamkniętych celach, miałem do czynienia z więźniami tzw. “gospodarczymi” albo innymi, trochę bardziej cywilizowanymi. W celi było nas tylko dwóch – trzech. Nie wiedziałem jak to będzie między “urkami.” Mimo wszystko jestem Żydem, i to nie kulturystą. Słyszałem też już wcześniej jak to czasami odnoszą się do nowicjuszy. Tak więc, pierwszy raz na ogólną salę wszedłem z duszą na ramieniu.

Grupowy pokazał mi wolne łóżko. Przedstawiłem się sąsiadom, oni mnie. Włożyłem rzeczy do szafki. Inni “koloniści,” ciekawi wiadomości ze świata, zaczęli wypytywać, skąd, ile, za co. Ale główne pytanie było co mówią we Wrocławiu (w więzieniu, oczywiście) o amnestii. Rok 1969 był rokiem 25-lecia PRL-u i wszyscy mieli nadzieję. Przyznam się, że na wolności ten temat w ogóle przez myśl mi nie przeszedł, ale za murem to jest główny nurt rozmów.

Jako “polityczny” (oficjalnie nie było w PRL-u takiego statusu) nie musiałem przestrzegać wszystkich niuansów urkowskiej grypsery (języka złodziejskiego, wymyślonego zresztą przez Żydów, z dintojrą, mojrą, i jarusami z hebrajskiego). Po kilku dniach ktoś mnie zagadnął, czy przypadkiem nie jestem Żydem. Zrobił to przy innych, z uśmieszkiem czekając na zaprzeczenie. Oczywiście rozczarowałem go, wiedząc, że z moją gębą nie mam co udawać “aryjczyka.” I na tym się skończyło. Raz tylko, dwa miesiące później, jakiś nowoprzybyły więzień próbował mnie przegnać z obrzędu picia herbaty, mówiąc: – “Co ten Żydek tu szuka?”. Nie zdążyłem zareagować, gdy główny urka wypędził go z kręgu, a inni go zakrzyczeli, że ja to niby Żyd, ale lepszy Polak od niego, bo przeciw Ruskim walczyłem. Tak, tam w więzieniu, nas, marcowych, widzieli jako bojowników o wolność naszą i waszą.

Ponieważ jeszcze się nie urodził taki sk…syn, co by mógł zatrzymać czas, dziesięć miesięcy też minęło. Żegnając się ze mną, “wychowawca” dał mi “przyjacielską” radę: “Macie obywatelu taki piękny kraj, po co wam tu w Polsce siedzieć.” Odrzekłem, że mnie i w Karkonoszach się podoba i wyszedłem za bramę. Czekała tam na mnie matka i jak małe dziecko zabrała do domu.

Po drodze opowiedziała mi nowości z ostatnich dziesięciu miesięcy, te których nie odważyła się opowiedzieć na widzeniach, lub listownie. Podsumowała mówiąc, że jak najszybciej powinienem wyjechać. Nie bardzo mi się to widziało. Uznałem, że przesadza. To, że na studia nie mogę wrócić, nie przeszkadzało mi. Myślałem znaleźć sobie pracę jako przewodnik górski, lub prowadzić jakieś dalekie schronisko…

W następnych dniach zacząłem spotykać kolegów, starych, jak i nowych. Pojawiło się trochę takich, których przedtem znałem tylko z widzenia, a teraz demonstracyjnie przysiadali się do mojego stolika w Kwancie, kawiarence Mat-Fiz-Chemu w Rynku. Miałem w planie odrobić zaległości kinowe, jak i znaleźć pracę. Z więzienia wyszedłem z pewną sumką, ale że siedziałem tylko 10 miesięcy, a nie dziesięć lat, dużo tego nie było.

Szybko wykryłem jeszcze jeden problem. Moi rodzice zmienili się. Bali się za każdym razem, gdy wychodziłem z domu. Wieczorami w ogóle nie wolno mi się było spóźnić o minutę. Zastawałem mamę bladą jak ściana…

Ja również się zmieniłem. Rok wcześniej takimi drobiazgami nie przejmowałem się. Byłem pełnoletnim i nikt mnie nie będzie uczyć. Ja mam własne życie. Teraz zrozumiałem, że za moje chojractwo rodzice zapłacili wysoką cenę. Nie mogłem sobie pozwolić na to. Nawet w góry bali się mnie puścić.

Po dwóch-trzech tygodniach wezwano mnie na milicję. Mój stary znajomy, por. K., przypomniał sobie o mnie. Pogadaliśmy sobie o tym i owym, o moich planach na przyszłość, o moich możliwościach. Między innymi, obywatel porucznik przypomniał mi, że po tym jak już jako syjonista odsiedziałem, to jako syjonista mogę wyjechać. Przypomniał mi, że moja siostra jest przed maturą, i pewnie będzie jej baaaardzo trudno dostać się na studia. Jego argumenty były takie same, jak mojej mamy. Jakby się zgadali. Ale nadal było mi ciężko zdecydować się. Wyjeżdżając, zdradziłbym moich przyjaciół, kolegów, którzy mnie tak dobrze przyjęli.

W drugiej połowie lutego, miesiąc po wyjściu, podałem się na wyjazd. Żeby nie być darmozjadem, zapisałem się w urzędzie zatrudnienia, ale wiedziałem, że nie będę pracować. Miałem różne dorywcze prace, na lewo przez spółdzielnie studencką, zapisywane na kolegów. Ale trzeba być użytecznym obywatelem. Zacząłem chodzić od jednego zakładu do drugiego. Były instytucje, które mi się nie spodobały, w innych nie było dla mnie miejsca.

Zauważyłem jednak ciekawą rzecz. Wszędzie, oddając podania, wyjaśniałem “kadrowym,” że ja akurat wyszedłem z więzienia, i siedziałem “za marzec.” I w wielu wypadkach stosunek do mnie się zmieniał. Nagle było dla mnie miejsce. A ja akurat chciałem osiągnąć odwrotny skutek.

Z początkiem kwietnia dostałem odpowiedź. Musiałem wyjechać do 15 maja. Zaczęło się zbieranie papierków. Uczelnia, urzędy podatkowe, rada narodowa, ambasada holenderska (która reprezentowała Izrael w Polsce), itd. Zacząłem żegnać się z tymi, którzy zostawali. Niektórzy rozumieli, inni mniej. To były te najcięższe dni. Rodzice też na razie zostawali, aż siostra zda maturę w czerwcu.

Wyjeżdżałem 10 maja, w niedzielę, dzień wyborów do Sejmu. Od południa zaczęli zjawiać się harcerze, aby mi przypomnieć, że jeszcze nie spełniłem obywatelskiego obowiązku. Z dumą pokazywałem mój dokument podróży, w którym pisało, że to już nie mój obowiązek… Wieczorem na dworcu żegnałem się z przyjaciółmi. Mój “wspólnik” odprowadził mnie aż do Katowic, a mama do granicy. Przejście granicy przeszło bez problemów. Po kilku godzinach w Bratysławie, czeski pogranicznik, oglądając mój nie-paszport, rzucił, ze jadę mordować arabskie dzieci. Nie mogłem odmówić sobie tej przyjemności i odpyskowałem, że przynajmniej nie przyjdę mu z bratnią pomocą…

Jeszcze w Polsce postanowiłem że pojadę do Izraela. Takie to już głupie polskie wychowanie, że człowiek musi mieć ojczyznę. Jeśli już nie Polska, to ojczyzną najbardziej wydawał się Izrael.
15 maja 1969 wylądowałem w Lod, w Izraelu.

* * *

P.S. Niestety, nie miałem w tamtych latach aparatu fotograficznego. Chociaż kłamię… Miałem “Druha,” ale zepsuł się kilka lat wcześniej. Dopiero na wyjazd rodzice kupili mi aparat “Zorkij-4,” abym miał co sprzedać w Izraelu na drobne wydatki.
Kilka zdjęć które miałem z kolegami z rajdów w górach, rodzice w panice zniszczyli po moim aresztowaniu, bojąc się, że ktoś mógł być trefny, gdyby bezpieka znalazła je podczas możliwej rewizji.

Branley Zeichner


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Kolejna Rocznica Naszych Wyjazdow z “Gdanskiego”

Kolejna Rocznica Naszych Wyjazdow z “Gdanskiego”

Elżbieta Magenheim

Przy Dworcu Gdańskim pod tablicą upamiętniającą wydarzenia Marca 1968 zebrało się wczoraj, ósmego marca kilkadziesiąt osób. Znamy się z różnych miejsc żydowskiej Warszawy. Z Gminy, stowarzyszeń, festiwali, wykładów, wystaw, filmów. Niektórych z nas rok 1968 dotyczył bezpośrednio, niektórzy, bez żydowskich korzeni, żegnali wtedy bliskich przyjaciół.
Nie wiem czy było nam tam wczoraj do łez.
Ci, którzy wrócili niedawno do Polski z tej przymusowej emigracji, a obecni wczoraj, mówili, że przez wyjazd nie zmarnowali życia. To prawda: wyrzucono ich z Polski, odczuwają żal. Ale są znów tutaj. W życiu osiągnęli sporo.
Inni, tacy jak niżej podpisana, pamiętają 1968 rok, jako rok łez i pożegnań na Dworcu Gdańskim. Pamiętam zapłakaną Matkę i wyrzucenie Jej z pracy. A teraz odczuwam żal, że zabrano mi możliwość bywania w Klubie Babel, wyjazdów na żydowskie kolonie, nie poznałam starszych kolegów i koleżanek z TSKŻ.

Nie uważam, że należy składać pod tablicą kwiaty, bo kojarzy mi się to z kwiatami układanymi na grobach tych, którzy odeszli na zawsze. Dworzec Gdański to miejsce, gdzie powinniśmy, co roku spotykać się i rozmawiać o tym, co stało się ze społecznością żydowską w Marcu i po nim. Może wypić wspólnie kieliszek szampana?

Elżbieta Magenheim



twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Wojna pamięci

Wojna pamięci

Rozmawiała Katarzyna Markusz


Jerzy Halbersztadt

W kwietniu poznamy zwycięski projekt upamiętnienia Sprawiedliwych przy Muzeum Historii Żydów Polskich. O toczących się sporach na temat budowy tego pomnika rozmawiamy z byłym dyrektorem MHŻP Jerzym Halbersztadtem.

Ostatnio ogłoszono prace finałowe w konkursie na upamiętnienie Sprawiedliwych przy Muzeum Historii Żydów Polskich Polin. Czy mógłby Pan je ocenić?

Myślę, że te projekty/pomysły będą jeszcze ewoluowały i bardziej z respektu dla artystów, niż tego przedsięwzięcia, wolałbym nie zagłębiać się w szczegóły. Mogę tylko ogólnie powiedzieć, że moim zdaniem wybrane propozycje nie mają „ikonicznego” potencjału. Mam tu na myśli zdolność do wyrażenia idei, której te pomniki mają służyć w sposób przykuwający uwagę opinii publicznej, tak by upamiętnienie stało się powszechnie identyfikowanym i rozumianym znakiem pamięci o Sprawiedliwych i ich heroicznych czynach. Rodzi się wobec tego pytanie – po co to w ogóle robić? To zresztą dość częsta sytuacja, że w warunkach trudno zrozumiałych sporów i zakulisowych przepychanek nawet najpiękniejsze intencje rzadko kiedy doprowadzają do ciekawego artystycznie rozwiązania.

Jedyna praca, którą chcę skomentować, to propozycja obsadzenia prawie całego terenu za muzeum „zagajnikiem osikowym”. Dla mnie jest to propozycja absurdalna, chociaż doceniam inspirację sadzeniem drzewek w Yad Vashem, ale to świadczy tylko o powierzchowności i braku pomysłu odpowiedniego dla tej konkretnej lokalizacji. Zagajniki mają to do siebie, że zmieniają się w las. Każdy, kto by chociaż zajrzał do encyklopedii, dowiedziałby się, że topole osiki osiągają wysokość 20 m, a przy okazji może zauważyłby także dlaczego są one powszechnie usuwane z miast. Zresztą zapełnienie lasem tak cennej i symbolicznie ważnej przestrzeni miejskiej (jedynej takiej przestrzeni na Muranowie) musiałoby doprowadzić do konfliktów z mieszkańcami. Moim zdaniem naruszałoby również powagę tego miejsca w imię pewnej abstrakcyjnej idei, która nie ma szans przemówić do osób tam przychodzących. Dla budynku muzeum byłby to zresztą swoisty „Las Birnam”, niweczący sporą część wrażenia, jakie wywołuje jego architektura.

W pozostałych, wybranych pracach widać próbę jak najmniejszego interweniowania w tę przestrzeń, i za zrozumienie tego ograniczenia trzeba podziękować wyróżnionym artystom, a także członkom jury, bo wśród zgłoszeń, które napłynęły, było wiele dziwactw, włącznie z pomysłami urządzania sadzawek w tym miejscu i wkopywania się w ziemię, która pełna jest ludzkich prochów.

Przy Muzeum stoi już kilka pomników…

I to już teraz jest duży problem, bo większości z nich nie powinno tam być. To jest muzeum honorujące jeden pomnik: Pomnik Powstania w Getcie Warszawskim autorstwa Natana Rapaporta i Leona Suzina. Tak zostało pomyślane i zaprojektowane. Samo muzeum też nie jest choinką do obwieszania ozdobami z różnych stron! Jeden z powodów mojego krytycznego stosunku do konkursu na pomnik Sprawiedliwych, to kwestia zupełnie niewłaściwie przyjętego przez organizatorów obszaru opracowania. Dopuszczono, a tym samym zachęcono artystów, do umieszczenia jakiejś formy upamiętnienia w przestrzeni na północny-wschód od budynku muzeum, a więc po stronie pomnika powstania, gdzie w ostatnich latach pojawiło się już kilka obiektów niezwiązanych z cierpieniem i walką mieszkańców getta. Moim zdaniem, to nie powinno było mieć miejsca. Fakt, że organizatorzy konkursu dopuścili do zaprojektowania w tym miejscu kolejnego upamiętnienia świadczy o tym, że albo nie byli świadomi, albo zlekceważyli wagę pamięci o powstaniu. Podobnie jak przedtem w przypadku tzw. kanapy Karskiego, dopuścili się pewnej agresji w tę przestrzeń. W moim przekonaniu jest to niedopuszczalne i krytykowałem to pisząc akurat o pomniku Karskiego.

Kiedy pytam o prace finałowe przedstawicieli różnych instytucji, najczęściej uważają oni, że zwycięży projekt przedstawiający drzwi.

Widzę, że uparcie chce Pani wycisnąć ze mnie jakieś określone wskazania! Nic z tego, to nie moja rola. Mogę tylko powiedzieć, że koncepcja „drzwi” to projekt artystycznie ciekawy, nawiązujący do meritum losu samych Sprawiedliwych. Ale jest on ulokowany w niewłaściwym miejscu i dlatego doprowadza do konfliktu pamięci. Wiąże te wszystkie upamiętnienia Karskiego, Sendlerowej, „Żegoty” w jakąś „Oś Sprawiedliwych” , która coraz agresywniej otacza Pomnik Powstania w Getcie Warszawskim i stwarza swoistą strefę manipulacji historią między tym pomnikiem a muzeum. To jest jakiś przejaw wojny pamięci, którą niemądrzy ludzie od kilku lat w wielu obszarach relacji polsko-żydowskich – a w tym miejscu szczególnie – urządzają. Ze szkodą dla wszystkich.

Może teraz jest chwila, aby zastanowić się, czy i po co to robić i kontynuować? W każdym razie projekt „drzwi”, jeśli miałby być realizowany, to nie we wskazanym miejscu.

Zygmunt Rolat, kiedy jesienią 2013 roku w Stanach Zjednoczonych odbierał medal od prezydenta Bronisława Komorowskiego, ogłosił chęć budowy tego pomnika. W 2014 trwały przygotowania, ogłoszono konkurs. Teraz zbliża się rozstrzygnięcie. Pomnik jest popierany przez środowiska żydowskie, których reprezentantem czuje się pan Rolat, i przez prezydenta Komorowskiego. Wydawałoby się, że wszyscy powinni być zadowoleni, a jednak nie są. Pojawiły się jakieś protesty. Może niezbyt głośne, ale jednak.

Niezbyt głośne protesty? Pani żartuje? Od dwóch lat trwa całkiem głośna i moim zdaniem w skutkach w sumie dość szkodliwa awantura, w którą zaplątało się wiele osób, zresztą z elementami zacietrzewienia po obu stronach. Rzecz toczy się od dawna, ale od wiosny 2013 roku spór stał się kwestią publiczną, gdy (słusznie!) ujawniła go prof. Barbara Engelking. Miałem wówczas nadzieję, że doprowadzi to do rozsądnego kompromisu, choć nie zgadzałem się z jej opinią (podzielaną przez spore grono osób), że upamiętnienie Sprawiedliwych, ze wszech miar potrzebne, nie powinno mieć miejsca na terenie dawnego getta. Wydaje mi się to dość sztuczną konstrukcją, użyteczną w tej polemice, ale sprzeczną z realiami, które i w przeszłości i współcześnie czyniły z tego terenu wspólną przestrzeń Żydów i Polaków.

Ciekawe jednak, że użyła Pani określenia „środowiska żydowskie”. Ja znam z imienia i nazwiska raptem trzy lub cztery osoby, które angażują się na rzecz pomnika w tej lokalizacji, ale są to właściwie głosy odosobnione. Jest dużym problemem, dlaczego kwestia, którą podnieśli publicznie przede wszystkim polscy badacze dziejów Holokaustu i II wojny światowej, osoby związane z Centrum Badań nad Zagładą Żydów PAN, nie spotkała się z jakimś szerszym wsparciem w środowiskach żydowskich. Wiosną 2013 r. na państwa portalu pojawiło się oświadczenie szefów kilku ważnych organizacji żydowskich [list został podpisany przez Jana Śpiewaka, Piotra Kadlčika, Elżbietę Magenheim, Piotra Wiślickiego – przyp. red.] przeciw lokalizacji pomnika na Muranowie, ale list ten chyba nie trafił do mediów publicznych. List podkreślał wielką wagę samego upamiętnienia Sprawiedliwych, ale nie w tym miejscu. Poza tym jednak głosów żydowskich było bardzo niewiele. Uważam to za słabość i przejaw pewnego serwilizmu, niepozwalającego na zabieranie głosu w istotnych sprawach, nawet wtedy, kiedy taka dyskusja toczy się w sferze publicznej. Mam to za złe wielu osobom, które wyrażają ten krytycyzm pokątnie, natomiast bardzo starają się, żeby milczeć publicznie.

Kiedy Pan po raz pierwszy zetknął się z pomysłem postawienia pomnika przy Muzeum?

Miałem z tym do czynienia, jako dyrektor Muzeum Historii Żydów Polskich, co najmniej od 2003 roku. Dążenie do wzniesienia pomnika Sprawiedliwych pojawiło się w pobliżu dyskusji o Jedwabnem, w roku 2001-2002, w środowiskach polskiej prawicy, podkreślających swój związek z tradycją ruchu narodowo-demokratycznego, polskiej endecji, której znaną cechą był negatywny stosunek do mniejszości narodowych oraz antysemityzm. Te środowiska, dotknięte i urażone, niezdolne do zrozumienia wartości dyskusji, która się rozpoczęła po publikacji prof. Grossa, zareagowały chęcią prezentowania Sprawiedliwych, jako odpowiedzi na ujawnione przez niego fakty. Miał to być dowód na rzekomo powszechną, pozytywną postawę społeczeństwa polskiego wobec Żydów w czasie Zagłady, co jest ewidentną nieprawdą historyczną. Tyle, że to stwierdzenie w niczym nie ujmuje, a wręcz podkreśla wyjątkowość Sprawiedliwych, którzy zdecydowali się udzielić pomocy swoim znajomym lub nieznajomym, Żydom, w obliczu prześladowań i toczącej się Zagłady. Ich czyny są powodem do dumy i wdzięczności nas wszystkich, ale – moim zdaniem – nie powinny osłaniać nieprawdy i podłości.

Początkowo zawiązał się komitet, który działał pod egidą prof. Tomasza Strzembosza. Komitet ten doprowadził do podjęcia decyzji o budowie pomnika Sprawiedliwych na Placu Grzybowskim. To był też moment, kiedy ja – jako dyrektor MHŻP – miałem z tym do czynienia. Zanim lokalizacja na Placu Grzybowskim została określona, ze strony ratusza, kierowanego wówczas przez Lecha Kaczyńskiego, zwrócono się do mnie z pytaniem o lokalizację na Muranowie, w pobliżu muzeum. Udało mi się wyperswadować tę ideę, ponieważ uważałem, że byłoby to odbierane jako instrumentalizacja muzeum, które dopiero chcieliśmy wtedy powołać do życia.

Ucieszyłem się więc, gdy Jerzy Kropiwnicki wystąpił z ideą postawienia takiego pomnika w Łodzi, do czego doszło. Jest to dzieło w pełni poświęcone pamięci o Sprawiedliwych, ma kształt gwiazdy Dawida, są tam wymienione nazwiska i nazwy wszystkich podmiotów uhonorowanych przez izraelski instytut Yad Vashem. To pozwoliło na dłuższy czas odłożyć wszelkie pomysły i prace nad ulokowaniem tego pomnika przy muzeum.

Warszawscy urzędnicy jednak nie ustępowali?

Drugi etap w sprawie pomnika toczył się w latach 2007-2008, już po przejęciu administracji miasta przez PO. Obawiając się agresywnych treści pomnika wystawianego przez komitet z Pl. Grzybowskiego (po śmierci prof. Strzembosza jego liderem został prof. Jan Żaryn) władze Warszawy szukały alternatywnego rozwiązania. Wtedy pojawiła się u mnie cała delegacja z ratusza z zamiarem umieszczenia tego pomnika na Muranowie. Odbierałem to ewidentnie jako pewną próbę zapobieżenia wystawieniu na Placu Grzybowskim takiego pomnika, który mógłby być źródłem konfliktów. Uważałem jednak , że to nie byłoby właściwe rozwiązanie. Próba postawienia takiego pomnika na Muranowie, w takim dwuznacznym manewrze urzędniczym, a także zanim jeszcze zaczęła się budowa muzeum, doprowadziłaby moim zdaniem do pewnej kompromitacji zarówno idei pomnika, jak i muzeum. Te argumenty po raz drugi okazały się przekonujące.

Powrót tematu nastąpił w 2011 roku na tle poczucia, którego ja już wtedy nie podzielałem (od kiedy sprawą zajął się Czesław Bielecki), że pomnik na Placu Grzybowskim będzie stanowił jakiś wielki problem dla polskiej pamięci historycznej. Ze strony ratusza i władz państwowych ciągle pojawiały się sygnały, że sprawa pomnika jest aktualna, konieczna i trzeba do niej wrócić. Że jest to też kwestia pewnego wizerunku i wymowy Muzeum Historii Żydów Polskich. Do momentu mojego odwołania udało mi się parokrotnie uniknąć takiego działania. Później, docierały do mnie informacje o przebiegu różnych spotkań w tej sprawie, bo konsultowały to ze mną prywatnie osoby, biorące w nich udział.

Co z tych spotkań wynikało?

Do jednego z takich spotkań doszło na początku 2012 roku. Przedstawiciele różnych czynników urzędowych doszli do wniosku, że sprawę pomnika powinno podjąć jakieś środowisko żydowskie. Dwa miesiące później dowiedziałem się, że z tym wnioskiem wystąpiło Stowarzyszenie Dzieci Holokaustu. Nie znam mechanizmu, w jaki sposób do tego doszło. Wierzę, że to Stowarzyszenie z najlepszą wolą taką myśl wyraziło. Zresztą, to Stowarzyszenie autentycznie, od lat, bez związku z pomnikiem, wkłada wiele wysiłku, żeby otoczyć opieką tych Sprawiedliwych, którzy żyją i wymagają opieki.

Pan Zygmunt Rolat w tym samym okresie był zapraszany przez władze Polski do podjęcia tego tematu i w jakimś momencie zdecydował się to zrobić. W moim przekonaniu na własną odpowiedzialność i bez konsultacji, a w każdym razie bez konsensusu, bez pozytywnej postawy przedstawicieli środowisk żydowskich. W związku z tym trudno tu mówić, że jest to coś, co jest wyrazem działania tego środowiska. W okolicznościach zupełnie nienaturalnych dla tej inicjatywy, a mianowicie w Nowym Jorku, i w sytuacji, która z cała tą dyskusją tutaj nie miała nic wspólnego, został zgłoszony komunikat pana Rolata o tym pomniku. W sposób wyraźny uruchomił różne działania, w które zaangażowało się kilka innych osób. Wtedy również pojawiły się coraz bardziej nasilone głosy zastrzeżeń i krytyki. One, patrząc z perspektywy kilku lat, zostały zlekceważone.

Jak mógłby Pan podsumować te działania?

Uważam całą tę sprawę, chociaż ona ma swoją własną wielką wagę, za podeptanie fundamentalnej zasady, która przyświecała stworzeniu Muzeum Historii Żydów Polskich i która – przynajmniej dopóki byłem jego dyrektorem – była siła motoryczną, a mianowicie, że to Muzeum jest wspólnym dziełem Polaków i Żydów, powstającym na zasadzie konsensusu(*wk- porozumienia), pewnego współdziałania, podzielenia zadań i wzajemnego się wspierania. Nie jest zaś terenem sporów i konfrontacji, których i tak jest wiele, i które toczą się w przestrzeni społecznej, krajowej i międzynarodowej. A już szczególnie nie jest doraźnym sposobem na reagowanie na jakieś inne problemy. Muzeum jest czymś, co jest pozytywną propozycją rozmawiania o wspólnej historii, a nie walki tą historią.

Mimo że teraz jest to przedstawiane jako upamiętnienie heroicznych działań Sprawiedliwych (które bezwzględnie wymagają dokumentacji i upowszechnienia), uważam, że mamy tu do czynienia z instrumentalizowaniem tej historii i wykorzystywaniem jej w różnego rodzaju celach „wizerunkowych”. Znajduje to odbicie w działaniach różnych urzędów państwowych, w ostatnich latach szczególnie widoczne w działalności MSZ i niektórych jego agend. Takie działania biurokratyczne i polityczne rodzą więcej wątpliwości niż uznania. O wiele większy szacunek można uzyskać podejmując w otwartej debacie intelektualistów i edukatorów te sprawy, które były wcześniej przemilczane.

Czy te sprawy może podjąć Muzeum?

Powinno. Generalnie temu służy wystawa MHŻP, chociaż niestety też z poważnymi słabościami. Przykre, że jedną z tych słabości jest problematyka Sprawiedliwych, która nie jest tam wystarczająco przedstawiona. Działa uruchomiony przeze mnie w 2008 roku odrębny program i portal internetowy poświęcony Sprawiedliwym, ale to nie to samo. To kwestia pewnego nieszczęścia, które się stało z MHŻP, które w o wiele większym stopniu niż ja uważałbym za dopuszczalne, zostało przejęte w ostatniej fazie jego realizacji przez czynniki urzędnicze i osoby niekompetentne. Umowa ze Stowarzyszeniem Żydowski Instytut Historyczny, do której podpisania doprowadziłem w 2005 roku, została w wielu punktach na przestrzeni ostatnich kilku lat złamana, przy kompletnym milczeniu Stowarzyszenia. Ostatnie perypetie związane z bezpośrednimi ingerencjami w treść wystawy są tego konsekwencją.(*wk – pisala o tym m.in. Helena Datner) Wydaje mi się, że jest to bardzo nieszczęśliwa sytuacja, w której niestety udział swój mają organizacje żydowskie. W dosyć małostkowy sposób nie starały się umocnić tej umowy i podmiotowości nowego muzeum. Wręcz przeciwnie. Podobnie, jak to widać w działaniu pana Rolata, wolały zabiegać o przychylność polityków i urzędników, niż występować w obronie integralności tego muzeum. Żydowski Instytut Historyczny wypowiedział umowę, na mocy której m.in. wystawa w muzeum miała być nasycona oryginałami ze zbiorów w posiadaniu instytutu. Tak się więc nie stało i to m.in. zmieniło wystawę muzeum na gorsze.

Zaś w spornej sprawie pomnika i terenu wokół Muzeum Polin, samo muzeum jest wielkim niemową i cały czas uchyla się od zajmowania stanowiska. To nie jest sposób na wybicie się na autorytet, bo tego nie można wysiedzieć w wygodnym kącie, a jedynie przedstawiając dobre propozycje rozwiązywania spraw trudnych i konfliktowych.

Rozmawiała Katarzyna Markusz

*wk – redakcja blogu, wyjasnienie dla czytelnikow blogu
* – zaznaczenia tekstu na czerwono redakcja blogu


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com