Archives

Zew krwi profesora Hirszfelda

Zew krwi profesora Hirszfelda

Beata Maciejewska 2014-09-08

Zew krwi profesora Hirszfelda

Zew krwi profesora Hirszfelda

Mężczyźni niesłusznie podejrzewani o ojcostwo znaleźli w nim wybawiciela – wszak to on jest współodkrywcą prawa dziedziczenia grup krwi, które pozwala wykluczyć rodzicielstwo. Walnie też przyczynił się do tego, że medycyna radzi sobie z konfliktem serologicznym mogącym doprowadzić do śmierci płodu.

Gdy w 1901 r. austriacki patolog i immunolog Karl Landsteiner odkrył istnienie grup krwi, 17-letni Ludwik Hirszfeld uczył się w gimnazjum humanistycznym w Łodzi i miał mgliste pojęcie, kim ma być w życiu. Bankierem jak jego przodkowie, którzy w końcu XVIII w. przybyli z Berlina do Warszawy? Taką drogę wybrał jego ojciec Stanisław, który w świecie finansów ponosił tak wielkie porażki, że w końcu utracił rodzinny majątek. Może mógł zostać chemikiem, działaczem społecznym i hojnym mecenasem nauki jak stryj Bolesław? Albo pisarzem i publicystą jak ciotka Melania? Działaczem politycznym?

W 1899 r., kiedy miał 15 lat, stryj Bolesław, współzałożyciel Ligi Polskiej, tajnej organizacji niepodległościowej, popełnił samobójstwo, a na jego pogrzebie na cmentarzu Powązkowskim doszło do manifestacji i interwencji carskiej policji. Jakiś czas później w lesie pod Łodzią Ludwik uczestniczył w zebraniu działaczy robotniczych, ale uznał, że te sprawy niespecjalnie go pociągają. W swoich młodzieńczych wierszach wyznawał, że z chęci walki zwycięskiej bogi go uniosły, za to dały mu ciężar – świadomość istnienia i że on nie ma po co walczyć, nie widzi w tym celu.

Po gimnazjum z uczuciem “wewnętrznego niezaspokojenia i pogardy dla form życia, które go otaczały” wyjechał na studia medyczne, najpierw do Würzburga, a potem do Berlina.

Do czego prowadzi rozmowa o kobietach

Nim skończył 21 lat, zdecydował, że zajmie się serologią i bakteriologią oraz ożeni się z Hanną Kasman, którą poznał na lekcjach tańca, będąc gimnazjalistą. Hanna również studiowała w Berlinie medycynę i pewnego październikowego popołudnia 1905 r. poszli do urzędu stanu cywilnego. Powiedzieli “tak”, jednak niesakramentalne, bo sakramentalne nastąpiło 14 lat później w kościele rzymskokatolickim – oboje się wcześniej ochrzcili.

Na utrzymanie i zwierzęta służące mężowi do doświadczeń Hanna zarabiała lekcjami francuskiego. Ludwika pochłaniała nauka, choć na wieść o rewolucji 1905 r. chciał wrócić do kraju i kupił sobie nawet broń. Ale wyjazd odkładał, bo przecież musiał skończyć doświadczenia w pracowni Zakładu Higieny. Rewolucja skończyła się pierwsza.

Dwa lata później 23-letni Hirszfeld obronił doktorat i wyjechał do Heidelbergu do uniwersyteckiego Instytutu Badania Raka. Pracę na oddziale parazytologii (zakładano wówczas, że nowotwory mogą wywoływać nieznane pasożyty) polegającą w dużym stopniu na krojeniu myszy, oglądaniu pod mikroskopem, jak ameby wypuszczają wici, oraz znoszeniu wyjątkowo antypatycznego i niezbyt zdolnego szefa przerwał przypadek. Hirszfeld poszedł coś załatwić do zakładu serologii i zastał tam tylko profesora Emila von Dungerna, arystokratę, który z woźnym rozmawiał tak samo jak z księciem, a z młodym doktorem jak z noblistą. Z tym wybitnym uczonym ucięli sobie pogawędkę o kobietach.

Spółka Hirszfeld & Dungern

40-letni Dungern nie umiał znaleźć sobie żony, a 20 lat młodszy i żonaty już Hirszfeld uważał się za eksperta w sprawach damsko-męskich. Zostali przyjaciółmi na całe życie, a o kobietach rozmawiali nieraz, co więcej, Hirszfeld znalazł Dungernowi żonę, wdowę po profesorze chemiku. Ale ważniejsze od tych rozmów stały się ich debaty naukowe: z czasem ci dwaj mieli wspólnie odkryć prawo dziedziczenia grup krwi.

Hirszfeld i Dungern prowadzili badania nad odpornością tkanek zdrowych w nadziei, że uda się je wykorzystać w walce z komórkami nowotworowymi, i zboczyli trochę z drogi. Mianowicie wstrzyknęli królicom miazgę jądra samców, licząc, że uodpornią je na plemniki i tym samym zapobiegną ciąży. Następnie pozwolili zwierzętom na igraszki, które – jak przypuszczali – nie przyniosą wiadomych konsekwencji.

Potem pojechali w góry do Tyrolu, rozprawiając o przewrocie, który to “odkrycie” wywoła, a może jeszcze uda im się doprowadzić do odkrycia odporności na raka. Kiedy po powrocie pobiegli prosto do królic, okazało się, że wszystkie były w ciąży. – Bez błędów i herezji nie ma postępów w nauce – powtarzał do końca życia Hirszfeld, a odnosząc się w autobiografii do eksperymentu z królicami, napisał, że warto było przeżyć tych kilka tygodni upojenia mirażem sukcesu.

Gdy przeczytali o eksperymencie polegającym na wstrzykiwaniu kozom krwi innych kóz, co u niektórych osobników powodowało wytwarzanie przeciwciał zlepiających krwinki, postanowili przyjrzeć się bliżej temu zjawisku. Swój eksperyment przeprowadzili na psach. Stwierdziliśmy, że u psów istnieją określone rasy serologiczne, że cechy się dziedziczą, że nie mogą się pojawić u potomstwa, jeśli ich nie było u rodziców, chociaż mogą zniknąć – pisał Hirszfeld.

Króliki heidelberskie

Ale jak jest u ludzi? Sięgnęli do pracy austriackiego immunologa Karla Landsteinera, autora pionierskiej pracy o aglutynacji, czyli zlepianiu się krwinek, która przeszła prawie niezauważona. Królikami doświadczalnymi zostali heidelberscy profesorowie i pracownicy…..

Czytaj dalej tu: Zew krwi profesora Hirszfelda


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

Zderzenie cywilizacji

Zderzenie cywilizacji

Elżbieta Janicka: [2014-08-29 23:38:47]


Z Elżbietą Janicką o pomnikach Sprawiedliwych rozmawia Michał Siermiński

MS: Jest pani jedną z inicjatorek protestu wobec budowy pomnika Sprawiedliwych w okolicach Muzeum Historii Żydów Polskich w Warszawie. Na początku chciałbym spytać, w jaki sposób widzi pani całą historię sporu wokół takiej lokalizacji pomnika.

EJ: Początki sporu sięgają kwietnia 2013 roku – roku otwarcia gmachu MHŻP, kiedy to ogłoszono zamiar wzniesienia pomnika Sprawiedliwych w jego bezpośrednim sąsiedztwie. Jako pierwsza zdecydowany sprzeciw wobec tej lokalizacji zgłosiła Barbara Engelking wraz z badaczkami i badaczami z Centrum Badań nad Zagładą Żydów. W tym samym duchu odezwały się instytucje żydowskie: Warszawska Gmina Wyznaniowa Żydowska, Stowarzyszenie Żydowski Instytut Historyczny, Stowarzyszenie Drugie Pokolenie i Żydowska Ogólnopolska Organizacja Młodzieżowa. Można było usłyszeć również protesty indywidualne. Potem sprawa ucichła.
Gdy inicjatywa budowy pomnika pojawiła się ponownie pod koniec zeszłego roku, nie towarzyszył jej już żaden głos sprzeciwu. Prawdopodobnie dlatego, że pomysł został wówczas zaprezentowany jako postulat tzw. żydowski. Tym razem komitet złożony z osób o publicznej tożsamości żydowskiej przedstawił planowany pomnik jako wyraz „żydowskiej wdzięczności” finansowany z „żydowskich pieniędzy”. W praktyce oznaczało to koniec dyskusji, bo skoro „sami Żydzi” tak bardzo chcą tego pomnika, o czym tu dyskutować.
To popularny schemat pseudoargumentacyjny. Tzw. żydowski głos nabiera mocy rozstrzygającej wówczas, gdy przyświadcza perspektywie większościowej. Inne głosy – identyfikowane jako żydowskie lub nie – nie piszą się w rejestr, o ile odbiegają od stanowiska większości. Co więcej, można je zwyczajnie zignorować. Jest to rodzaj przemocy, która stanowi niewidzialne ramy toczącej się debaty. Jak długo ramy te pozostają nieujawnione, debata może uchodzić za pluralistyczną i nieskrępowaną.

Dzięki listowi protestacyjnemu, który z Bożeną Keff i Heleną Datner napisałyście panie w końcu marca tego roku, udało się postawić problem na nowo. Z pewnością nie byłoby to możliwe bez licznych głosów poparcia z kraju i zagranicy. Czy mogłaby pani powiedzieć również kilka słów o kolejnym tekście Polska panika moralna? Czym różni się on od listu sprzed dwóch miesięcy?

Naszym celem było przypomnienie wcześniejszych głosów sprzeciwu oraz ujawnienie i nazwanie mechanizmów blokowania debaty. Chodziło nam również o powrót do tematu lokalizacji pomnika, który zasłonięto dyskusją nad tym, czy Sprawiedliwych należy – czy też nie należy – upamiętniać. To bardzo ciekawy epizod, który daje wgląd w mechanizmy pacyfikacji sporu metodą kierowania go na boczne tory.
W styczniu tego roku Jan Grabowski napisał i zgłosił do „Gazety Wyborczej” artykuł o kłamstwie historycznym i manipulacjach nawarstwiających się wokół historii Sprawiedliwych. Tekst nie został przez „GW” wydrukowany. Autor zamieścił go więc na stronie internetowej Centrum Badań nad Zagładą Żydów pod koniec marca, parę dni po ukazaniu się naszego protestu w „Dzienniku Opinii Krytyki Politycznej”. Na początku kwietnia – za zgodą autora – tekst zamieścił na swoich stronach również „Dziennik Opinii KP”. Pod koniec kwietnia przypomniała sobie o nim „Gazeta”. W rezultacie głos Grabowskiego W sprawie Zagłady Polska gola! – bez wzmianki o wcześniejszych miejscach publikacji – ukazał się w „Wyborczej” wraz z odpowiedzią Konstantego Geberta Dla dzielnych ludzi, nie dla drani (24-25 kwietnia 2014, s. 30-31).
Odpowiedź Geberta stwarzała pozór debaty. Nie nawiązywała bowiem do problemu z lokalizacją pomnika. Pomijała też istnienie protestów. Gebert opacznie streścił stanowisko Grabowskiego, po czym – tyleż wspaniałomyślnie, co jednostronnie – pojednał się z nim w dziele dawania świadectwa prawdzie. De facto zatem unieważnił jego głos. To był jeden z impulsów do napisania „Polskiej paniki moralnej”. Na przemoc werbalną postanowiłyśmy odpowiedzieć analizą jej mechanizmów.

W liście mogliśmy przeczytać, że postawienie pomnika Sprawiedliwych obok MHŻP to egzorcyzmowanie tej przestrzeni. Dokładniej – przegnanie z niej duchów żydowskich narracji, niewygodnych dla samopoczucia większości. Twierdzą panie również, że pomnik w takim miejscu przyczyni się do reprodukcji dominującej narracji, która jest manipulacyjna. Czy pani zdaniem oddawanie czci Sprawiedliwym jest w ogóle niesłuszne?

Oddawanie czci Sprawiedliwym w ogóle jest słuszne. Rzecz w tym, że nie żyjemy w ogóle, tylko w szczególe, czyli w historycznym, społecznym i kulturowym kontekście. W Polsce ten kontekst został sformatowany w taki sposób, że na upamiętnienie Sprawiedliwych – nieinstrumentalne i nieobelżywe względem ratujących i ratowanych – zabrakło miejsca. Całą przestrzeń zajęła bowiem większościowa nerwica kompulsywna na tle wizerunku Polski i Polaków. Zaznaczmy jednak wyraźnie, że nie mówimy w tym miejscu o Sprawiedliwych z krwi i kości, z ich indywidualnymi doświadczeniami i opowieściami, które zazwyczaj nie nadają się do szkolnej czytanki. To rozgraniczenie łatwo objaśnić na czytelnym przykładzie. Figura „polskich Sprawiedliwych” była usilnie eksploatowana w okresie powojennym, w PRL i III RP. Mimo to uprawnienia kombatanckie realnym Sprawiedliwym nadano dopiero w 1999 roku, gdy większość z nich już nie żyła.

Nasza rozmowa dotyczy zatem Sprawiedliwych jako zbiorowej figury fantazmatycznej i dyskursu na temat Sprawiedliwych jako zbiorowej figury fantazmatycznej. Nie przez przypadek w upamiętnieniach, które stawiają sobie za cel ratowanie wizerunku Polski i Polaków, powtarza się zestaw: Jan Karski – Sprawiedliwi. Wzór ten można zaobserwować w Kielcach i w Łodzi. Teraz ma on zostać zreprodukowany w Warszawie. Jan Karski symbolizuje tutaj polskie państwo podziemne. Sprawiedliwi – społeczeństwo, a ściślej naród: polski, chrześcijański, jeśli nie od razu katolicki. Nie o wyjątkowość, lecz o reprezentatywność chodzi w obu tych figurach. Mamy tutaj do czynienia z wycofaniem całego kontekstu działalności rzeczywistych Sprawiedliwych i z brutalnym wyciszeniem ich mniejszościowych narracji. Nie mówiąc już o złożoności realnych przypadków i sylwetek, niekoniecznie zawsze kryształowych.

Za przykład operacji tego typu może służyć akcja „Polscy Sprawiedliwi….

Czytaj dalej tu:  Zderzenie cywilizacji


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

Co dalej z Teatrem Żydowskim w Warszawie? – Teatr polsko-żydowski

Co dalej z Teatrem Żydowskim w Warszawie?
– Teatr polsko-żydowski

Aneta Kyzioł,Gołda Tencer – czy dotychczasowa wicedyrektorka zostanie nową szefową sceny przy pl. Grzybowskim?
26 sierpnia 2014

Przez wiele lat warszawski Teatr Żydowski chciał być strażnikiem pamięci o narodzie, zmierzał w kierunku historii, folkloru, specyficznego skansenu. Czy pod nową dyrekcją stanie się także miejscem żywej, współczesnej sztuki?

Po śmierci Szymona Szurmieja 16 lipca minister kultury Małgorzata Omilanowska napisała, że zakończyła się pewna epoka. Bardzo długa epoka. Szurmiej rządził na placu Grzybowskim przez niemal pół wieku. Był nie tylko dyrektorem teatru, ale także wieloletnim szefem stowarzyszeń i towarzystw żydowskich (przewodniczącym Komisji Koordynacyjnej Organizacji Żydowskich w RP, członkiem Światowego Kongresu Żydów, wiceprezydentem Światowej Federacji Żydów Polskich, członkiem Egzekutywy Europejskiego Kongresu Żydów oraz członkiem Prezydium Światowego Komitetu Kultury Żydowskiej), w latach 1985–89 był posłem na Sejm PRL, także wiceprzewodniczącym sejmowej komisji kultury i członkiem Narodowej Rady Kultury. W wolnej Polsce bez sukcesu startował w wyborach z list SLD. Jego huczne benefisy (ostatni odbył się w ubiegłym roku na 90 urodziny artysty) uświetniały głównie gwiazdy PRL oraz politycy lewicy.

Repertuar teatru także bardziej przypominał peerelowską estradę, z odwołaniami do przedwojennego kabaretu i domieszką klasycznego repertuaru jidysz, niż teatr dramatyczny. Patronami repertuaru Teatru Żydowskiego Szurmieja nie były, jak sugeruje nazwa teatru: Estera Rachel i Ida Kamińskie – wybitne aktorki dramatyczne i reżyserki, matki teatru żydowskiego – ale, co najwyżej, sławiący z humorem przedwojenny Chełm Isaac Bashevis Singer i malujący anioły nad Witebskiem Marc Chagall. Na widowni dobrze czuli się jedynie fani montaży szmoncesów i przedwojennych szlagierów, i to tylko ci, którym nie przeszkadzało, że pod nowym tytułem oglądają stale tę samą treść. Opis przedstawienia „Dla mnie Bomba!”: „taniec, rewia, piosenki, skecze, żarty, anegdoty oraz hity najlepszych kabaretów”, można przeklejać do niemal każdej produkcji. Tytuły mówią same za siebie: „Marienbad”, „Ach! Odessa – Mama…”, „Koszałki Opałki”, „Noc całego życia”, „Pół żartem, pół serio”…

Zamiast głośnych premier w pamięci zostawały kolejne huczne benefisy dyrektora. Oraz zaskoczenie, że w XXI w. w publicznym teatrze dyrektor bez problemu może zatrudniać trzy pokolenia swojej rodziny – w Żydowskim grają i reżyserują dzieci Szurmieja (Jan, Lena, Małgorzata i Dawid) oraz dzieci Jana i wnuki Szymona (Joanna Szurmiej-Rzączyńska i Jakub Szurmiej), wicedyrektorką od 2009 r. jest żona Szymona – Gołda Tencer, aktorka oraz założycielka i szefowa Fundacji Shalom z siedzibą w teatrze.

Specyficzna instytucja

„Ojczyzną Żydów jest pamięć” brzmi życiowe credo Szurmiejów. – Nie ma kultury jidysz bez kultury polskiej, Szolem Asz powiedział: „Wisła szemrze po żydowsku” – cytuje Gołda Tencer. – To jest specyficzny teatr, mamy misję ocalenia pamięci o tych, którzy zginęli, tych zamordowanych 6 mln. Zginął naród, ale nie zginęła wielka literatura, kultura, historia, nie poszły z dymem krematoriów.

Po śmierci Szymona Szurmieja nadszedł moment,….

Czytaj dalej tu: Co dalej z Teatrem Żydowskim…


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

JAK STRACILAM I ODZYSKALAM MOJA KLASE ZLOT WE WROCLAWIU 7-11 WRZESNIA 2010

Sabina Baral

JAK STRACILAM I ODZYSKALAM MOJA KLASE ZLOT WE WROCLAWIU 7-11 WRZESNIA 2010

KAWALEK MNIE

Kazdy ma swoja klase, prawde? Ja tez mialam. Potem ja stracilam. W 2010 roku znowu ja odzyskalam.

Zdalismy mature w 1965 w zydowskiej szkole we Wroclawiu. Bylo nas 36 w klasie… Reszte rozumiecie; po wydarzeniach 68-go roku wszyscy oprocz Wlodka wyjechalismy; 35 z 36-ciu. Rozsypalismy sie po swiecie, pogubilismy sie….

Zydow nie bylo wiele a my bylismy najwieksza klasa w historii szkoly. Przy naszej maturze Folks Sztyme opublikowalo klasowe tableau, ktore sie jakos przechowalo u Rozi w Kopenhadze.

I z tym tableaeu i z kilkoma innymi zdjeciami, w 2008 zaczelam szukac mojej klasy, a w 2010 pojechalismy na nasz I-szy, moze jedyny, zlot klasowy, do Wroclawia. Spotkanie w Ratuszu o ktorym tutaj bylo czescia tego zlotu.

*   *   *

Szukanie nie bylo latwe – rozeslalam “listy goncze” po calym swiecie. Z kilkoma osobami mialam kontakt, ale reszta? W jakim kraju mieszkasz? Jak sie teraz nazywasz — Heniek, Chaim, Henri, czy Henry? Zwerbowalam Komitet Organizacyjny: Lutek zajal sie kontaktami; siedzial setki godzin na Skypie. Staszek zgodzil sie pomoc w logistyce. Szybko sie okazalo ze mamy inne pojecie o tym gdzie i jak ten zlot powinien wygladac. Ja myslalam ze gdzies razem pojedziemy, a oni nic tylko Izrael albo Wroclaw; takie byly sentymenty miedzy Izraelczykami ktorzy stanowili, okazalo sie, najwieksza grupe. Staszek ma kontakty, pomoga wszystko zalatwic. Ja w Polsce za bardzo nie chcialam, juz wiedzialam ze wiele osob woli nie, a inni wrecz zadeklarowali ze do Polski nie pojada… Ale najwyrazniej MOIM KOLEGOM BARDO NA WROCLAWIU ZALEZALO; niech bedzie.

Pozniej Zosia przylaczyla sie do Komitetu i salomonowo starala sie lagodzic spory, a ja skoncentrowalam sie na tym co bedziemy razem robic. Stworzylam strone klasowa na Facebook gdzie zaczelismy sie powoli zbierac. Grzesiek nie zyje; zginal w Izraelu jako zolnierz. Natek gdzies w Australii; pierwsze sluchy tez byly ze nie zyje, ale podobno nie prawda. Znalezlismy Fande, w Nowym Jorku, a ona dotarla do Inki i do Rity. Bronka i ja wybilysmy Michala na szwedzkiej poszukiwarce. Odezwala sie Pola, i Ludka, i Zina… Izio w Melbourne. Leon w Niemczech. Posypaly sie zdjecia i wspomnienia.
ZDECYDOWLAM ZE SKORO WROCLAW, TO Z HUKIEM.

Ustalilismy date. Snilo mi sie uroczyste otwarcie w jakims pieknym miejscu. Przyjaciel z Krakowa wspomnial cos o Bente Kahan – Norweska zydowka, mieszka we Wroclawiu, spiewa w Yiddish. Doczytalam o odnowionej synagodze i o otwarciu planowanym na Maj.

I NAPISALAM DO PREZYDENTA MIASTA. List i odpowiedz ponizej.

A potem setki e-maili i godzin, Jak Pani sobie to przyjecie wyobraza? Ile czasu, przed czy po poludniu, kto tam

moze przyjsc, ile prasy….Co sie wlasciwie ma w tym Ratuszu stac?

Siedzialam ktoregos dnia z Ciocia w Krakowie i opowiadalam. Ze ma byc uroczyscie, ze prosilam aby kazdego wymieniono po nazwisku; ze nie chce ani wyrzutow, ani celebracji… “No to czego chcesz?”, pyta Ciocia. “Chce zeby nam wreczono klucze do miasta.” Ciocia popatrzyla na mnie z niedowiara. “Sabusiu, napewno Was ladnie przyjma, ale klucze do miasta przeciez daja tylko ojcom stanu i koronowanym glowom…” Nie mozesz ich o to prosic.

Za pozno. Juz prosilam. Na ten punkt nie odpowiedzieli i juz wiecej nie wspominalam. Wszystkie inne detale wypracowalismy. Dutkiewicz bedzie przemawial, potem ja, potem przyjecie, desery i szampan, zdjecia, wizyta w prywatnym Gabinecie Prezydenta…

Kwartet smyczkowy to byl ich pomysl.

Bente tez odpowiedziala. Juz wiedziala kim jestem bo DUTKIEWICZ CYTOWAL Z MOJEGO LISTU NA OTWARCIU SYNAGOGI, i moj lit w pelni, jak i tableau klasy, ozdabialy program. Powoli uzgodnilysmy program na pierwszy wieczor, na otwarcie. Bente bedzie dla nas spiewala w Synagodze.

*   *   *

SPOTKANIE W RATUSZU


*   *   *

BYLO NAS W SUMIE WE WROCLAWIU 49 OSOB, z czego 18 to byly osoby towarzyszace, plus trojka nauczycieli.

 

Sabina Baral – My Jewish Sentiments On Facebook


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

Czym jest Polin? [ ciekawy projekt w MZHP ]

Czym jest Polin?

Platforma Historie Polin czerpie z bogatej, wielowiekowej tradycji polskich Żydów. Słowo Polin po hebrajsku i w języku Jidysz oznacza „Polska”, ale również „tutaj odpoczniesz”. To nawiązanie do pięknej legendy o przybyciu pierwszych Żydów do Polski. Ta legenda otwiera wystawę stałą Muzeum Historii Żydów Polskich, znajduje też swoje odbicie w muzealnym logotypie.


Czytaj dalej tu: Czym jest Polin?


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com