Zew krwi profesora Hirszfelda

Zew krwi profesora Hirszfelda

Beata Maciejewska 2014-09-08

Zew krwi profesora Hirszfelda

Zew krwi profesora Hirszfelda

Mężczyźni niesłusznie podejrzewani o ojcostwo znaleźli w nim wybawiciela – wszak to on jest współodkrywcą prawa dziedziczenia grup krwi, które pozwala wykluczyć rodzicielstwo. Walnie też przyczynił się do tego, że medycyna radzi sobie z konfliktem serologicznym mogącym doprowadzić do śmierci płodu.

Gdy w 1901 r. austriacki patolog i immunolog Karl Landsteiner odkrył istnienie grup krwi, 17-letni Ludwik Hirszfeld uczył się w gimnazjum humanistycznym w Łodzi i miał mgliste pojęcie, kim ma być w życiu. Bankierem jak jego przodkowie, którzy w końcu XVIII w. przybyli z Berlina do Warszawy? Taką drogę wybrał jego ojciec Stanisław, który w świecie finansów ponosił tak wielkie porażki, że w końcu utracił rodzinny majątek. Może mógł zostać chemikiem, działaczem społecznym i hojnym mecenasem nauki jak stryj Bolesław? Albo pisarzem i publicystą jak ciotka Melania? Działaczem politycznym?

W 1899 r., kiedy miał 15 lat, stryj Bolesław, współzałożyciel Ligi Polskiej, tajnej organizacji niepodległościowej, popełnił samobójstwo, a na jego pogrzebie na cmentarzu Powązkowskim doszło do manifestacji i interwencji carskiej policji. Jakiś czas później w lesie pod Łodzią Ludwik uczestniczył w zebraniu działaczy robotniczych, ale uznał, że te sprawy niespecjalnie go pociągają. W swoich młodzieńczych wierszach wyznawał, że z chęci walki zwycięskiej bogi go uniosły, za to dały mu ciężar – świadomość istnienia i że on nie ma po co walczyć, nie widzi w tym celu.

Po gimnazjum z uczuciem “wewnętrznego niezaspokojenia i pogardy dla form życia, które go otaczały” wyjechał na studia medyczne, najpierw do Würzburga, a potem do Berlina.

Do czego prowadzi rozmowa o kobietach

Nim skończył 21 lat, zdecydował, że zajmie się serologią i bakteriologią oraz ożeni się z Hanną Kasman, którą poznał na lekcjach tańca, będąc gimnazjalistą. Hanna również studiowała w Berlinie medycynę i pewnego październikowego popołudnia 1905 r. poszli do urzędu stanu cywilnego. Powiedzieli “tak”, jednak niesakramentalne, bo sakramentalne nastąpiło 14 lat później w kościele rzymskokatolickim – oboje się wcześniej ochrzcili.

Na utrzymanie i zwierzęta służące mężowi do doświadczeń Hanna zarabiała lekcjami francuskiego. Ludwika pochłaniała nauka, choć na wieść o rewolucji 1905 r. chciał wrócić do kraju i kupił sobie nawet broń. Ale wyjazd odkładał, bo przecież musiał skończyć doświadczenia w pracowni Zakładu Higieny. Rewolucja skończyła się pierwsza.

Dwa lata później 23-letni Hirszfeld obronił doktorat i wyjechał do Heidelbergu do uniwersyteckiego Instytutu Badania Raka. Pracę na oddziale parazytologii (zakładano wówczas, że nowotwory mogą wywoływać nieznane pasożyty) polegającą w dużym stopniu na krojeniu myszy, oglądaniu pod mikroskopem, jak ameby wypuszczają wici, oraz znoszeniu wyjątkowo antypatycznego i niezbyt zdolnego szefa przerwał przypadek. Hirszfeld poszedł coś załatwić do zakładu serologii i zastał tam tylko profesora Emila von Dungerna, arystokratę, który z woźnym rozmawiał tak samo jak z księciem, a z młodym doktorem jak z noblistą. Z tym wybitnym uczonym ucięli sobie pogawędkę o kobietach.

Spółka Hirszfeld & Dungern

40-letni Dungern nie umiał znaleźć sobie żony, a 20 lat młodszy i żonaty już Hirszfeld uważał się za eksperta w sprawach damsko-męskich. Zostali przyjaciółmi na całe życie, a o kobietach rozmawiali nieraz, co więcej, Hirszfeld znalazł Dungernowi żonę, wdowę po profesorze chemiku. Ale ważniejsze od tych rozmów stały się ich debaty naukowe: z czasem ci dwaj mieli wspólnie odkryć prawo dziedziczenia grup krwi.

Hirszfeld i Dungern prowadzili badania nad odpornością tkanek zdrowych w nadziei, że uda się je wykorzystać w walce z komórkami nowotworowymi, i zboczyli trochę z drogi. Mianowicie wstrzyknęli królicom miazgę jądra samców, licząc, że uodpornią je na plemniki i tym samym zapobiegną ciąży. Następnie pozwolili zwierzętom na igraszki, które – jak przypuszczali – nie przyniosą wiadomych konsekwencji.

Potem pojechali w góry do Tyrolu, rozprawiając o przewrocie, który to “odkrycie” wywoła, a może jeszcze uda im się doprowadzić do odkrycia odporności na raka. Kiedy po powrocie pobiegli prosto do królic, okazało się, że wszystkie były w ciąży. – Bez błędów i herezji nie ma postępów w nauce – powtarzał do końca życia Hirszfeld, a odnosząc się w autobiografii do eksperymentu z królicami, napisał, że warto było przeżyć tych kilka tygodni upojenia mirażem sukcesu.

Gdy przeczytali o eksperymencie polegającym na wstrzykiwaniu kozom krwi innych kóz, co u niektórych osobników powodowało wytwarzanie przeciwciał zlepiających krwinki, postanowili przyjrzeć się bliżej temu zjawisku. Swój eksperyment przeprowadzili na psach. Stwierdziliśmy, że u psów istnieją określone rasy serologiczne, że cechy się dziedziczą, że nie mogą się pojawić u potomstwa, jeśli ich nie było u rodziców, chociaż mogą zniknąć – pisał Hirszfeld.

Króliki heidelberskie

Ale jak jest u ludzi? Sięgnęli do pracy austriackiego immunologa Karla Landsteinera, autora pionierskiej pracy o aglutynacji, czyli zlepianiu się krwinek, która przeszła prawie niezauważona. Królikami doświadczalnymi zostali heidelberscy profesorowie i pracownicy…..

Czytaj dalej tu: Zew krwi profesora Hirszfelda


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com