Archive | January 2020

Your News From Israel – Jan 19, 2020

Your News From Israel – Jan 19, 2020

   ILTV Israel News


Defense Minister Bennett makes history, as he bans a far-left group from the West Bank for the very first time.
The IDF begins installing new tech along the Israel-Lebanon border.
And a world famous cyclist is taking us on a once-in-a-lifetime tour through the Holy Land.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


W wojnie nie ma nic pięknego. Jak szwedzkie muzeum patrzą na historię, szczególnie żydowską

W wojnie nie ma nic pięknego. Jak szwedzkie muzeum patrzą na historię, szczególnie żydowską

Katarzyna Markusz


Upamiętnienie Raula Wallenberga w Sztokholmie

18 STYCZNIA 2020

Sztokholm w styczniu wita przyjezdnych plakatami z napisem „Kalifat”. Nie jest to jednak – wbrew wiadomościom podawanym w niektórych mediach – informacja o tym, że rządy w kraju przejmują wyznawcy islamu. To reklama nowego serialu, który zresztą ma pojawić się też na Netfliksie. Z pewnością wywoła on kolejne dyskusje dotyczące wpływu mniejszości na życie większości, nie tylko w Szwecji, kraju, który długo upierał się przy homogeniczności.

Pierwsi Żydzi, którzy przybyli do Szwecji w XVII wieku mogli w niej pozostać pod warunkiem porzucenia swojej wiary. Dziś historię społeczności żydowskiej przypomina znajdujące się niedaleko pałacu królewskiego w Sztokholmie Muzeum Żydowskie, chociaż robi to w sposób dość nietypowy, bo podkreślając negatywne aspekty żydowskiej egzystencji.

Pierwszego Żyda, który dostał w tym kraju pozwolenie na praktykowanie judaizmu spotkamy w Muzeum Historii Szwecji. Aaron Isaac był rytownikiem pieczęci, co było wtedy zawodem rzadkim, ale potrzebnym. Dlatego w 1775 r. król Gustaw III postanowił zmienić dotychczasowe prawo i nie zmuszać Żydów do chrztu w kościołach luterańskich. W Muzeum Żydowskim, które swoją siedzibę ma w zbudowanej w 1795 r. synagodze, znajduje się księga religijna należąca do Isaaca. Na wystawie nazwano ją „biblią”, choć należy założyć, że nie zawiera Nowego Testamentu. Ze źródeł historycznych wynika, że jej właściciel skarżył się na prześladowania i wyobcowanie.

Portret Aarona Isaaca w Muzeum Historii Szwecji

Z wystawy w Muzeum Żydowskim dowiemy się, że w Szwecji Żydzi zajmowali się handlem oraz modlitwą. Rozwijali rzemiosło i przemysł, ale nadal pozostawali obcymi. W okresie międzywojennym wielu lokalnych polityków uważało, że to sami Żydzi odpowiadają za antysemityzm. Gdy w 1933 r. do władzy w Niemczech doszli naziści, Szwecja – jak inne kraje – nie chciała przyjmować uciekających stamtąd uchodźców. Jak możemy przeczytać na wystawie, „to jedyny moment w historii, gdy Żydów nie wpuszczono do kraju”. Dla pełnej jasności sytuacji Szwedzi poprosili Niemców, by Żydom opuszczającym Rzeszę przybijali w paszportach pieczęć z literą „J”. Dzięki temu wiedziano, kogo należy z granicy zawrócić. Dlaczego Szwedzi nie przyjmowali wtedy uchodźców? Bo zależało im na ochronie miejsc pracy i homogeniczności społeczeństwa bez „niechcianych elementów”. Sytuacja zmieniła się dopiero w 1942 r., gdy nastąpiła deportacja Żydów z Norwegii do niemieckich obozów. Rząd Szwecji postanowił jednak pomóc. Rok później przyjął więc Żydów z Danii, którzy byli w stanie dotrzeć do granicy.

Muzeum Żydowskie w Sztokholmie

W Muzeum Żydowskim dowiemy się, że po wojnie szwedzcy Żydzi wspierali finansowo osadnictwo w Palestynie, ale nie dowiemy się niczego o ich krewnych zamordowanych w obozach zagłady, o Raulu Wallenbergu – szwedzkim dyplomacie, który ratował węgierskich Żydów, o polskich Żydach którzy w 1968 r. znaleźli w Szwecji drugi dom. To muzeum poświęcone raczej tym odrzuconym i niechcianym; mniej skupiające się na życiu, a bardziej na izolacji. Opowiedziana tu historia nie jest więc pełna, ale uzupełniają ją inne – niezmiernie liczne w Sztokholmie – muzea.

Raul Wallenberg trafił do Muzeum Armii. Wystawa, która się tam znajduje doskonale nadaje się do oglądania z dziećmi. Historię szwedzkich wojen i (udanych) podbojów zaczyna makieta przedstawiająca… walczące małpy. Każdy może interpretować to na swój sposób, jednak stojąca obok radziecka głowica bojowa, każe zastanowić się nad odpowiedzialnością i dojrzałością tych, którzy wojny wszczynają. Z polskiego punktu widzenia istotne są tu zabytki, jakie Szwedzi w czasie wojen z naszego kraju wywieźli (albo, jak informuje Wikipedia, „zgromadzili”). Sprawa ewentualnej restytucji zostaje wyjaśniona na jednej z pierwszych plansz. Mówiąc krótko – nic z tego, co zostało zagrabione, nie zostanie oddane. Dlaczego? Bo takie wtedy było prawo, że kto wygrywa bitwę, zabiera z niej co tylko może. A skoro tak, to czy te pamiątki nie powinny dziś wrócić do prawowitych właścicieli? Muzeum odpowiada, że „to nie jest takie proste”. Bardziej konkretna jest w tej sprawie ambasada Szwecji w Warszawie, która na swojej stronie internetowej jasno deklaruje, że żadnych zwrotów nie będzie, ale jeżeli jakieś polskie muzeum chciałoby któryś z artefaktów u siebie pokazać, może go wypożyczyć.

Muzeum Armii pokazuje, jak biedna i głodna była Szwecja zanim król nie wpadł na pomysł zbrojnego ataku na inne kraje. Dzięki łupom i grabieży, zbudowano potęgę kraju, która rozbiła się dopiero o rosyjską zimę. W wojnie nie ma nic pięknego. Jest ból, cierpienie, okrucieństwo i krzywdy, których nie sposób zapomnieć. Jest anonimowa śmierć na rozległych polach bitew, są złamane życia weteranów oraz wdowy i sieroty, o które nie ma się kto zatroszczyć.

Pokój Raula Wallenberga w Muzeum Armii w Sztokholmie

To w tym muzeum odtworzono pokój jednego z najważniejszych szwedzkich bohaterów, dyplomaty Raula Wallenberga, który w czasie II wojny światowej uratował tysiące węgierskich Żydów. Los samego Wallenberga nie jest do końca jasny. Pod koniec wojny wpadł on w ręce Rosjan. Zginął prawdopodobnie na Łubiance lub na Syberii. W Muzeum Armii postawiono jego biurko, dokumenty oraz płaszcz, prezentując w jaki sposób używał go do przekazywania zakodowanych informacji.

O II wojnie światowej niewiele dowiemy się z Muzeum Historii Szwecji. Choć ekspozycja zrobiona jest w bardzo interesujący sposób – odwiedzający podążają linią czasu, oglądając instalacje dotyczące poszczególnych lat – to nie dowiemy się z niej niczego o Lapończykach, potomkach pierwotnych mieszkańców Skandynawii, ani o Wikingach. Wystawa poświęcona tym drugim ma zostać otwarta w tym roku; mają oni też swoje oddzielne muzeum w Sztokholmie. Gdy dochodzimy do okresu wojennego, otrzymujemy informację o neutralności Szwecji oraz wciąż trwających dyskusjach oceniających postawę ówczesnego rządu. Nie dowiadujemy się natomiast tego, że Niemcy w czasie wojny zaopatrywali się w szwedzką stal, którą wykorzystywali w przemyśle budowlanym. To już trudno uznać za neutralność. Na wystawie umieszczono ogromną planszę z nazwami miejsc: Hanoi, Babi Jar, Treblinka i innych. Pod spodem znajdują się dwie gabloty, które nie nadają tym nazwom żadnego kontekstu, bo mówią o – do dziś nierozwikłanym – morderstwie premiera Olofa Palmego w 1986 r.

W Muzeum Historii Szwecji w Sztokholmie

To ciekawe, że w żadnym z wymienionych wyżej muzeów Holokaust nie stanowi ważnego punktu narracyjnego. Jest przecież istotną częścią historii Europy i świata, a jednak na szwedzkich ekspozycjach mówi się o wszystkim, tylko nie o samej Zagładzie. Jeżeli już pojawiają się Żydzi, to przynajmniej nie przedstawia się ich w sposób stereotypowy, jako głównie rozmodlonych ortodoksów, czemu czasami ulegają inne placówki. Nie wiem, czy Szwecja ma jakąkolwiek narzuconą odgórnie politykę historyczną, ale wydaje się, że wszystkie te miejsca mówiące o historii jakoś się ze sobą łączą w spójna narrację. Narrację, którą jednak należałoby uzupełnić.

W Sztokholmie niemal na każdej ulicy jest muzeum lub historyczne miejsce, które można odwiedzić. Co jednak zrobić ze zdobytą tam wiedzą? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć Forum Żyjącej Historii, instytucja edukacyjna, która m.in. prowadzi warsztaty dla uczniów. Pracownicy Forum z jednej strony szczycą się tym, że są państwową instytucją, która nie korzysta z prywatnych funduszy, z drugiej – przyznają, że mają świadomość tego, iż władze – w razie gdyby działania tej instytucji im się nie podobały – mogą obciąć jej fundusze. Obecnie Forum przygotowało wystawę o wolności słowa i propagandzie. Jedną z jej bohaterem jest Věra Čáslavská, czechosłowacka gimnastyczka, która na olimpiadzie w Meksyku w 1968 r. spuściła głowę w czasie odgrywania hymnu ZSRR. W ten sposób zaprotestowała przeciwko sowieckiej inwazji w jej rodzinnym kraju. Została za to ukarana utratą pracy i możliwości wyjazdu z Czechosłowacji. Czy było warto? Na to pytanie muszą sobie odpowiedzieć uczniowie, którzy odwiedzą Forum. Oprócz tego zobaczą żółte kamizelki, będące symbolem protestujących we Francji, maski Guya Fawkesa, symbolizujące ruch Anonymous, czy portret Grethy Thunberg. Wszyscy ci ludzie mają coś do powiedzenia i wszyscy są różnie odbierani. Jedni ich krytykują, inni podziwiają. Na specjalnym ekranie sami możemy przekonać się, jak czulibyśmy się, nie mogąc mówić tego, co myślimy. Gdy patrząc w monitor zaczniemy poruszać ustami, szybko zostają one zaklejone srebrną taśmą. I już nie mamy nic do powiedzenia.

Fragment wystawy w Forum Żyjącej Historii w Sztokholmie

Mimo że sztokholmskie muzea powodują niedosyt, warto podkreślić, że to właśnie w Szwecji dla co najmniej kilkuset osób jidysz jest językiem wyniesionym z domu, a społeczność żydowska liczy około 50 000 osób. W centrum miasta znajduje się ogromna synagoga oraz pomnik poświęcony ofiarom Szoa, a Forum Żyjącej Historii 27 stycznia organizuje duże państwowe obchody Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu. W ubiegłym miesiącu szwedzka telewizja pokazała czteroodcinkowy serial dokumentalny zrobiony w jidysz i o jidysz. W tym miesiącu premierę miał serial „Kalifat”, który pokazuje niebezpieczeństwa fascynacji Państwem Islamskim. Da się więc zauważyć różnorodność, otwartość i gotowość do dyskusji, również o przeszłości. Ważne jednak, by byli eksperci, którzy taką dyskusją pokierują, nie dając jej zejść na manowce manipulacji.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Following Poland’s lead, Lithuania proposes a controversial Holocaust law

Following Poland’s lead, Lithuania proposes a controversial Holocaust law

Cnaan Liphshiz


Lithuanian lawmaker pushing controversial bill which would declare that the country had no responsibility for the Holocaust.
Prime Minister Saulius Skvernelis of Lithuania / Petras Malukas/AFP via Getty Images

Poland passed a controversial Holocaust law last year that drew sharp international criticism and damaged its relations with Israel, United States and Jewish groups around the world. Many feared the law, which prohibited rhetoric accusing Poland of complicity in Nazi crimes — since the Nazis occupied Poland, Polish leaders argue — would hamper education and historical research of the genocide.

Those concerns and issues have not disappeared in the year since Poland passed the legislation. Despite several attempts to bury the hatchet, Polish President Andrzej Duda last week pulled out of a major Holocaust commemoration event in Jerusalem.

Some historians and survivors say the Polish legislation has encouraged other European nations with far more sinister Holocaust records to attempt to whitewash their own participation in the genocide.

One such country is Lithuania, where Nazi complicity was both widespread and a major reason why about 95 percent of the country’s 250,000 Jews were wiped out, according to major international research institutions about the Holocaust.

Trying to counter that narrative, a Lithuanian lawmaker for the ruling party of Prime Minister Saulius Skvernelis announced last month that a committee he heads is drafting legislation declaring that neither Lithuania nor its leaders participated in the Holocaust.

“The Lithuanian state did not participate in the Holocaust because it was occupied, just as the Lithuanian nation could not participate in the Holocaust because it was enslaved,” said the lawmaker, Arunas Gumuliauskas.

To Rosa Bloch, a 91-year-old survivor of the Kaunas, or Kovno, ghetto, the assertions are “so clearly false and outrageous that it could only have been the result of the Polish legislation,” she told the Jewish Telegraphic Agency.

“The Lithuanians saw it worked for the Poles, so they also went ahead,” Bloch said.

The Lithuanian push is perhaps more disturbing to Bloch than the Polish one “because the Lithuanians were active and cruel partners in the Holocaust. There isn’t a Lithuanian Jew alive who didn’t lose relatives to Lithuanian murderers,” she said.

The causality Bloch and many others see between the law in Poland and the legislation being contemplated in Lithuania is difficult to establish, but the projects are clearly connected.

In September, Gumuliauskas organized a meeting with Polish lawmakers about historical memory, referring to what he described as a common challenge.

“Today, when Lithuanian-Polish relations are good, third parties are trying to knock us over the head by using the prism of historical memory,” he said in an interview about the meeting. Gumuliauskas did not name the third parties.

The meeting, he added, was to promote “cooperation between historians of both countries in pursuit of common goals.”

Whatever the exact relationship between the Polish and Lithuanian pushes for exoneration – Gumuliauskas did not respond to JTA’s query on the matter — they are part of a broader effort on the part of Eastern European nations to emphasize their populations’ victimhood and contradict or diminish allegations of complicity in the Holocaust.

Whereas Western European societies have increasingly assumed responsibility for the persecution of their Jews, the opposite has happened in Eastern European nations, where education about the Holocaust was largely absent or lacking under communism.

Many in Eastern Europe today excuse their compatriots’ collaboration with Nazi Germany as “aimed at achieving independence from the Soviet Union” rather than to kill Jews, Michael Berenbaum, a former director of the U.S. Holocaust Museum’s research institute, told JTA. He also said that the Polish law was “encouraging” politicians in other countries to seek similar legislation.

Amid rising nationalism across the continent, governments in multiple Eastern European countries now celebrate Nazi collaborators, including perpetrators of the Holocaust, as patriotic heroes.

In Ukraine, the parliament passed a law in 2015 that praised “anti-communist partisans,” including Nazi collaborationists, and criminalized uttering “insults” about their memory. Streets there are named for collaborators Stepan Bandera and Roman Shukhevych, among others.

In 2014, Latvia introduced a law stipulating up to five years in jail for those who deny the role of “the foreign powers that have perpetrated crimes against Latvia and the Latvian nation” without mentioning the involvement of Latvian SS volunteers in murdering nearly all of the country’s 70,000 Jews. German SS veterans march annually through the streets of the capital Riga flanked by ultranationalist activists.

Back in Lithuania, a school is named for Jonas Noreika, a wartime leader who helped killed Jews.

Seen in this context, the proposed legislation in Lithuania is a trial balloon and “the next step in Holocaust distortion in Eastern Europe,” said Efraim Zuroff, the Eastern Europe director of the Simon Wiesenthal Center, who in recent years has focused on Holocaust history and revisionism in Lithuania.

If a nation with a Holocaust record such as Lithuania’s passes a law that exonerates it without significant diplomatic fallout, Zuroff suggested, “it could be a terrible sign for others.”

Ruta Vangaite, a bestselling author in Lithuania who has written about the Holocaust, said the law would be a “travesty.”

“On the first week of occupation, the Lithuanian government established the first concentration camp and created a battalion that killed Jews. This was the Lithuanian government. And everybody knows it,” she said.

The remarkable brutality of anti-Semitic pogroms in Lithuania is another challenge for the law’s architects. One of the most infamous happened in Kaunas, where dozens of Jews were butchered by club-wielding locals at a bus garage. Some perpetrators posed for pictures over the tortured bodies of their victims while displaying the murder weapons.

From a historical perspective, Poland has a far stronger case than Lithuania for opposing allegations of complicity in the Holocaust, according to Zuroff.

In both countries, he said, the Holocaust would not have happened if not for the Germans. And in both, locals killed thousands of Jews during the Nazi occupation.

But Poland “didn’t exist as a country” when the Nazis occupied it, and its government in exile “didn’t encourage actions against the Jews.” In Poland today, expressions of admiration for Nazi collaborators are quite rare.

By contrast, the collaborationist Provisional Government of Lithuania was responsible for countless murders in the six weeks of its brief existence.

Language used by leading Holocaust historians about the two countries reflects that difference.

On Poland, Sara Bloomfield, director of the U.S. Holocaust Memorial Museum, wrote last year in a letter to the Polish president that “The Polish nation was the victim of German aggression and suffered an exceptionally brutal occupation. Characterizations – due to either ignorance or malice – of Polish responsibility for the establishment of Nazi concentration and death camps are unquestionably historically inaccurate.”

Bloomfield also mentioned the many Poles who saved Jews alongside many others who helped kill them.

Yad Vashem, Israel’s Holocaust memorial and museum, writes on Poland that “Facing a ruthless occupation and being engaged in a constant struggle for existence, the Polish public at large paid little attention to the immensely greater distress” of the Jews.

Both museums use different terminology about Lithuania.

“The Lithuanians carried out violent riots against the Jews both shortly before and immediately after the arrival of German forces,” a U.S. Holocaust Memorial Museum summary reads, noting that most of the country’s Jews had been shot during the brief lifespan of its Quisling government.

Lithuania is the only Nazi-occupied country noted by Yad Vashem for its people’s “enthusiasm” for collaboration with Germany. Even when this enthusiasm “subsided … hostility towards Jews and denunciation persisted,” the Jerusalem museum says.

Zuroff said Lithuania’s government needs to face this record.

“While nongovernmental organizations carry out important commemoration work, the main thrust of Holocaust education is done in the school system and by prosecuting perpetrators,” he said. “These are things only a government can do.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Żydowskie poetki, polskie Żydówki.

Żydowskie poetki, polskie Żydówki. Tożsamość do czytania. O antologii poetek jidysz „Moja dzika koza”, Ginczance i „Tańcu demonów” Ester Singer Kreitman

Sylwia Chutnik


Piszę dziś o kobietach, o żydowskich twórczyniach i o języku jidysz. Piszę dziś o naszym literackim dziedzictwie, którego nie znamy i o które nie dbamy. Podobnie jest z większością autorek, których twórczość zawarta została w zbiorze „Moje dzikie kozy”. I dlatego antologia poetek jidysz jest tak ważna.

Trwa festiwal popularności Zuzanny Ginczanki. Niemal w tym samym czasie ukazała się książka Jarosława Mikołajewskiego o podróżach po nieznanych lądach jej twórczości, antologia wierszy pod redakcją Izoldy Kiec oraz tom pokonferencyjny wydany przez Muzeum Literatury. Z kolei Muzeum Historii Żydów Polskich Polin wykorzystało sylwetkę poetki w swojej kampanii „Masz to po mnie”, gdzie wskazywano na wspólne losy polsko-żydowskie. O Ginczance napisano: „Żydówka, Polka, warszawianka, feministka, poetka”. Odważnie, podoba mi się.

Bo przecież „kwestie tożsamościowe” są zawsze problematyczne. Po pierwsze dlatego, że jest to sprawa zmienna i płynna. Raz czujemy się kobietą, a raz facetem, czasem myślimy o sobie jako o matce, a czasem zwycięża w nas rockowa piosenkarka. W kwestii pisania w jidysz i bycia polską Żydówką, Żydówką polskiego pochodzenia, Żydówką mieszkającą w Polsce (i tak dalej) to już w ogóle trudna sprawa. Nawet pisanie wielką lub małą literą oraz kolejność wymieniania narodowości bądź jej zupełne pomijanie to sprawa ważna i ciekawa pod wieloma względami. Najchętniej zapytałabym więc samej Ginczanki, jak o sobie myśli i kim jest. Niestety, nie żyje. Przyjmijmy więc, że piszę dziś o kobietach, o żydowskich twórczyniach i o języku jidysz. Piszę dziś o naszym literackim dziedzictwie, którego nie znamy i o które nie dbamy. Podobnie jest z większością autorek, których twórczość zawarta została w zbiorze „Moje dzikie kozy”: większość z nich znana była dotychczas w dość wąskich kręgach badaczek i badaczy. I dlatego antologia poetek jidysz (zwana pieszczotliwie przez niektórych „dziką kozą”) jest tak ważna. Opasłe tomiszcze trudne jest do podsumowania. Redaktorki różnorodność autorek i ich utworów próbują okiełznać, umieszczając wiersze w rozdziałach tematycznych. Mamy więc tradycje i Torę, modlitwy i miłość, szafę i lustra. Dzieci, dom, podróże. Cały wachlarz społecznych i osobistych doświadczeń. Możemy rozłożyć go jako wspaniałą poezję i dozować sobie po trochu. Możemy również spojrzeć na teksty jako antologię „samoświadomą”, gdzie „królowe słów” opowiadają nie tylko o sobie, ale i pokazują zmagania z tekstem.

Do tego drugiego odczytania niezbędny jest wstęp autorstwa Karoliny Szymaniak, z którego pochodzą cytowane określenia. Znajdziemy w nim herstorię tłumaczeń i podróży w głąb tekstów, a także samych autorek. Jest również trzeci trop: to chór kobiet, które – oprócz tego, że łączy je posługiwanie się tym samym językiem i podobne pochodzenie – różnią się między sobą właściwie wszystkim. Są jak solistki, które dorwały się do mikrofonu i śpiewają wielogłosem. A jednak antologia stanowi spójną pieśń. Tytułowe dzikie kozy (to tytuł wiersza Rukhl Fishman) są niepokorne. „Brykają, fikają” i trudno jest za nimi nadążyć. Jednak czasem dają się „chwycić za bródkę”. Na chwilę. Ale jest to cudowne, sensualne doznanie.

Jeszcze inne uczucia wzbudza na przykład kategoria „Między kobietami”, gdzie poetki skupiają się na związkach między córką a matką, siostrzeństwem czy szacunkiem wobec starszyzny. Mieszanka czułości, respektu i tęsknoty przywołuje nie tylko obrazy straty i strachu z czasów Zagłady, ale jest też uniwersalną pieśnią o matrylinearności i kontynuacji pokoleniowej.

Z kolei cykl „Pisząc” zainteresował mnie jako pisarkę w szczególności. Już otwierający wiersz Rukhl Fishman działa na wyobraźnię: „Jak słońce na rozpalonym karku / jak pioruny po deszczu / ostre i czyste / nieuniknione – / nadciągają wiersze”. Ech, gdyby tak do mnie nadciągały teksty jak pioruny po deszczu…Więcej jest jednak ciekawych porównań w tej części antologii. Na przykład u Rywki Basman Ben-Chaim wiersz można połknąć niczym „słodko-gorzką słoneczną pomarańczę”, a u Ester Szumiaczer jest „jasny jak śnieg”, a w jego ciele tkwi „księżyca kwiat”. Z poezją się rozmawia, prosi się ją, błaga, oczekuje czegoś od niej. Słowo zaś może być „jabłkiem, śliwką i snem” (znowu u Ben-Chaim). Może mieć też znaczenie niemal polityczne, jak w prowokującym wierszu Ireny Klepfisz, która stara się odpowiedzieć na „dzisiejsze postawy wobec jidysz”. Czemu ma się pamiętać ten język, mówić w nim i go używać. W podtekście: czemu poetki mają się nim zajmować i kto w ogóle o to pyta? Bowiem „mówić całe życie jakimś językiem to rzecz niebłaha”, jak pisze Rachela Bojmwoł. W kontekście całej antologii to kwestia podstawowa.

Do wyliczanki odkrywanych ostatnio twórczyń dorzucę jeszcze Ester Singer Kreitman i jej powieść „Taniec demonów”. Podobnie jak „Moja dzika koza” została wydana przez niewielką oficynę, więc tym bardziej należy jej się wsparcie. Książka jest perfekcyjnie przygotowana pod względem edytorskim. Zresztą dla obu z tych tytułów kwestia tłumaczenia to sprawa tak samo ważna, jak główny temat. A tym głównym tematem jest odzyskanie pisarek i poetek tworzących w jidysz. Jest to gest, za który osobiście chciałabym podziękować.

W przedmowie autorstwa Natalii Moskal do „Tańca demonów” opisana jest historia samego tłumaczenia książki i problemów z powtórnym wydaniem powieści (pierwotnie ukazała się w 1936 roku). Ale nie chciałabym, aby „Taniec…” był odbierany tylko jako ciekawostka translatorska czy „powieść siostry Znanych Pisarzy” (Isaaca Bashevisa Singera, laureata Nagrody Nobla, i Israela Jehoszui). Główna bohaterka, Dwojrele, to trochę alter ego Ester. Niezrozumiana od najmłodszych lat i traktowana przez ortodoksyjnie religijną rodzinę (a zwłaszcza jej męską część) jako zbyt wygadana. Taka, która ciągle słyszy, że nie zostanie nikim, co najwyżej matką i gospodynią domową. I taka, w której buzuje krew i która chce przebić się ze swoją wrażliwością ponad patriarchalny sufit. Chociaż akcja powieści toczy się przed wojną, to wiele ze scen mogłoby mieć miejsce i dziś. Kreitman uważana jest przez krytyków i krytyczki literackie za jedną z pierwszych feministycznych autorek żydowskich. Do historii przeszła jednak przede wszystkim jako autorka epistolografii i poezji. Teraz możemy wreszcie poznać ją jako prozatorkę.

Wiele jest smaczków w „Tańcu demonów”. To głównie odzywki facetów w stronę Dwojrele: że przestanie cierpieć na ból serca, jak wyjdzie za mąż, bo wtedy „nerwy okażą się luksusem”. Że jest dziwaczką, uzurpatorką, niewdzięcznicą i wariatką. Wszystkie te dyscyplinujące komentarze nie przeszkadzają jej jednak w próbach przetrwania w otaczającym ją świecie. Jako pisarka musi oszaleć – albo tak siebie kreować, aby znaleźć dla siebie margines do życia i edukacji.

Bez znajomości tych tekstów będziemy uboższe i ubożsi o wiedzę na temat jidyszowej części naszej kultury. Dlatego też postuluję czytanie kontekstowe, gdzie nasze lektury będą mogły zrobić znaczeniowe pętelki do innych książek lub dzieł kultury. W ten sposób, po pierwsze, znajdziemy swój własny trop w zalewie tysiąca książek wychodzących na polskim rynku, a po drugie, zobaczymy pewne zjawiska czy sensy w odpowiedniej scenerii.

Czytajmy więc:

— „Moja dzika koza. Antologia poetek jidysz”, wybór i opracowanie Karolina Szymaniak, Joanna Lisek, Bella Szwarcman-Czarnota, przełożone przez dziewiętnaście kobiet, Wydawnictwo Austeria, Kraków–Budapeszt–Syrakuzy 2019.

— Ester Singer Kreitman, „Taniec demonów”, przeł. Andrzej Pawelec, Fame Art Books & Music, Lublin 2019.

— Jarosław Mikołajewski, „Cień w cień. Za cieniem Zuzanny Ginczanki”, Dowody na istnienie, Warszawa 2019.

— „Zuzanna Ginczanka. Poezje zebrane 1931–1944”, pod redakcją Izoldy Kiec, wyd. Marginesy, Warszawa 2019.

— „Swojskość. Obcość. Różnorodność. Wokół Zuzanny Ginczanki. Tom pokonferencyjny Muzeum Literatury” pod redakcją Agaty Araszkiewicz, Bożeny Keff, Joanny Pogorzelskiej, Warszawa 2019.


Sylwia Chutnik – pisarka, publicystka, działaczka społeczna i promotorka czytelnictwa. Doktor nauk humanistycznych. Autorka m.in. powieści „Kieszonkowy Atlas Kobiet” [Ha!Art, 2008], „Dzidzia” [Świat Książki, 2009], ,,Cwaniary” [Świat Książki, 2012], „Jolanta” [Znak, 2015], „Smutek cinkciarza” [Od Deski do Deski, 2016] oraz książki historycznej „Warszawa Kobiet” [Biblioteka Polityki, 2011]. Członkini Związku Literatów Polskich i Stowarzyszenia Unia Literacka. Felietonistka ,,Polityki”, „Wysokich Obcasów”, ,,Gazety Stołecznej” i wielu portali internetowych. Współprowadziła programy literackie „Cappuccino z książką” i „Zapomniani – odzyskani” w TVP Kultura oraz „Barłóg literacki”.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


A new Holocaust opera premieres — in Thailand

A new Holocaust opera premieres — in Thailand

Benjamin Ivry


Thailand might not seem the most probable point of origin for a new opera about the Holocaust, but on January 16, the world premiere of “Helena Citrónová” by the composer Somtow Sucharitkul, 67, will be staged in Bangkok.

It is about a real-life Auschwitz survivor of Slovak Jewish origin who at a trial in 1972, testified that a Nazi officer had fallen in love with her and thereafter, saved her and her sister. Despite testimony from others attesting to his crimes, the Nazi was allowed to go free due to a statute of limitations.

Citrónová’s story gained further currency in a 2005 BBC-TV documentary, “Auschwitz: The Nazis and the ‘Final Solution’” in which she was interviewed.

It inspired a controversial romance novel about a Jewish prisoner at a Nazi concentration camp whose love for a Nazi commandant redeems him. As The Forward reported in August 2015, this book sparked objections, notably from Katherine Locke, a Jewish writer based in Philadelphia.

Far from Auschwitz and Philadelphia, Somtow Sucharitkul, who writes and composes under the name S.P. Somtow, published his libretto for Helena Citrónová in 2018.

A polymath, Somtow is a conductor as well as composer, having founded orchestral ensembles, including one that performed a complete cycle of Mahler symphonies, and an opera company in the Land of Smiles.

Somtow is also a science fiction and horror author; Isaac Asimov, of Russian Jewish origin, ranked him among the “excellent new writers” of science fiction, while Robert Bloch, author of “Psycho” (1959), termed Somtow a “brilliant and important new writer whose work is like a bolt of lightning – it is both illuminating and electrifying.”

Shortly before the premiere of his Holocaust-themed opera, Somtow took time to share his motivations with The Forward’s Benjamin Ivry.

Courtesy of Opera Siam / Somtow Sucharitkul

Last October, you tweeted a response to those who wonder why you chose the subject of Helena Citrónová by citing lines from Yevgeny Yevtushenko’s poem “Babi Yar,” about Nazi atrocities in the USSR: “Today, I am as old/ As the entire Jewish race itself,” adding “This story belongs to all of us.” What did you mean by that?

Somtow Sucharitkul: People ask me all the time why should I talk about these things as if I were somehow schnorring in on someone else’s life. I was born in Thailand, but left when I was six months old and lived in Europe for most of my childhood, so it feels like more of my past than what happened in Asian countries. The reason I started getting involved in Jewish issues in Thailand were that none of my students here knew whether Thailand had won or lost the Second World War. I was in the Terminal 21 Shopping Mall [in Bangkok] and saw a statue of Hitler dressed as Ronald McDonald. No one meant anything by it, but it was a terrible moment of disjunction, and I felt that I should explain to young people around me and those in a wider range.

You posted on Facebook in October that in the opera’s final scene, when you set the heroine’s words, “My father told me once, never forget you’re a Jew,” you chose to rework a melody from Wagner’s “Die Walküre.” You add that this was done “unconsciously,” but using the notorious anti-Semite Wagner’s music in this context was an “allusion so cogent and so trenchant that my unconscious must have intended it.” So was it intentional or unconscious?

I imagine it was unconsciously intentional. At the time I wrote those notes, I thought to myself, this is Wagner, but I couldn’t place it. That was an odd moment, I have to admit.

art. recommended Leon Rozenbaum

When you programmed in Bangkok Hans Krása’s opera “Brundibár,” first performed in 1943 by children at Theresienstadt concentration camp (Terezín), and the Russian Jewish composer Grigori Frid’s “Diary of Anne Frank” (1968) as well as Michael Tippett’s oratorio “A Child of Our Time” inspired by the events surrounding Kristallnacht in 1938, what were your goals?

I wanted to help the Israeli embassy to commemorate Holocaust Memorial Day in January. Because it is about humanity. This is also about that such things should not happen again. I sometimes tell people that the past is like a mirror and we don’t dare look into it because we are afraid of seeing ourselves.

Your novel “The Other City of Angels” (2008) is set in Bangkok, where Judith Abramovitz, an American socialite, marries a Thai man who may be a serial killer. Judith experiments with Thai animism and other mysticism. Do you know any American Jewish expats who try Thai popular religious beliefs?

She’s like so many of my friends in the States, but not like many of my friends in Thailand. When I lived in the States, I lived in the East Coast and Los Angeles in a culturally Jewish milieu, so I was fascinated by how these friends might react when they were in Thailand.

The literary critic David Punter has compared Judith Abramovitz’s story to that of the “Wandering Jew who seeks forbidden knowledge.”

Oh my God. (laughs) That’s certainly reading a lot into it. I never thought of it like that, but it’s sort of cool. But the Wandering Jew myth is that he is punished for some anti-Christian thing, and that was the farthest thing from my mind.

In another novel, “Aquila in the New World” (1983) set in another dimension where ancient Rome never fell, adventurers meet a certain Abraham bar-David and a group of Jews who remain loyal to their customs, admitting to an “irresistible appetite for this smoked salmon, which we devour constantly with a kind of round, holed bread loaf smeared with creamed cheese.” So bagels and lox will survive into other dimensions and worlds?

Well, I have tried to find good [bagels and lox] in Bangkok without much success. My editor at Del Rey Books in New York was very Orthodox and once she met me for lunch on Saturday on the top story of my hotel. She walked up all 22 flights because it was Saturday. Her faith was so central to her existence that she did this without thinking. This drew me greatly into looking more closely at my Jewish friends and started a lifelong interest that led to writing this opera.

In 1987, you told the Los Angeles Times, “I had initially envisioned myself becoming the Kwisatz Haderach, the term for a future-day messiah used in the science fiction novel “Dune” of Thai music.” Kfitzat ha derech is in fact an equivalent of the term shortcut, but what is the appeal of Hebrew language to science fiction authors such as yourself or Frank Herbert, author of “Dune”?

That’s a very interesting question. One of the most intriguing ideas about the Hebrew language is that words contain their own essences, that words are by their nature magical, in some sense. I don’t know what language is the ur-language of the universe, but Hebrew has the sound that it might be, it has that kind of ring to it.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com