Archive | May 2021

News from Israel – May 10, 2021

News from Israel – May 10, 2021

ILTV Israel News


#JerusalemDay​ marked with riots and #clashes​ as opposed to celebrations and parades.

The political ‘change bloc’ reportedly closing in on a deal to form the #government​.

Wounded #IDF​ veterans are given the support they deserve.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Obywatelu, czuj się poinformowany

Gra planszowa dla uczniów szkół ponadpodstawowych


Obywatelu, czuj się poinformowany

Andrzej Koraszewski

Gazeta Wyborcza” zachęca mnie do prenumeraty zapewniając, że jest moim głosem. To wspaniały przykład antyreklamy. W mediach szukam rzetelnej informacji, dziennikarz nie ma mnie reprezentować, ani tym bardziej mówić mi, co mam myśleć, ani za mnie przemawiać. „The New York Times” i „The Economist” zachęcają mnie do kupna ich towaru twierdząc, że oferują dziennikarstwo „najlepsze”. Odrażająca pycha, która powinna skłaniać do daleko idącej podejrzliwości. „Financial Times” miał kiedyś reklamę, którą lubiłem szczególnie: “Zdobądź najpierw fakty, możesz zniekształcić je później”. To często cytowane słowa Marka Twaina i trzeba przyznać, że akurat FT nieco dłużej niż inni trzymał się pomysłu, że gazeta ma dostarczać sprawdzone fakty. Pół wieku temu zachwycił mnie podtytuł studenckiego tygodnika w Szwecji, który głosił: „Jeśli nie masz własnych poglądów, możesz używać naszych za 2.50 tygodniowo”. W tamtych czasach wyśmiałbym każdego, kto próbowałby mi powiedzieć, że za kilka dziesięcioleci będzie to stała oferta mediów głównego nurtu całego demokratycznego świata, że zmieniać się będzie tylko cena, zaś wyższe ceny nie będą miały związku z jakością towaru, dając zaledwie poczucie przynależności do lepszego sortu.

Osławiona czwarta władza jest, jak twierdzi Wikipedia – „ustawiana w szeregu obok władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej, gdyż siła prasy jest tak wielka, że może kształtować społeczeństwo i politykę. Poza tym spełnia funkcję kontrolną pozostałych trzech władz, aby nie dochodziło do nadużyć i korupcji”.

Piękne by to było, gdyby było prawdziwe, gdyby nie fakt, że ta czwarta władza musi zarobić na swoje utrzymanie, lubi mieć misję, czasem dostaje się w łapy magnatów prasowych, dla których jedynym celem jest zysk, czasem trafia w łapy jakichś Obajtków, którzy chcą służyć władzy, albo w łapy ludzi czujących powołanie, którzy chcą być naszym głosem, mówić za nas i kształtować nasze poglądy. Wszelka władza demoralizuje, a ta czwarta też do świętych nie należy, chociaż lubi za taką uchodzić.

Krótko mówiąc, możemy sądzić, ale sądzenie na podstawie informacji przekazywanych przez media jest w najwyższym stopniu ryzykowne.

Zatrzymajmy się przy z pozoru drobnym przykładzie. Pani Marta Burza poinformowała nas za pośrednictwem wiadomości.gazeta.pl o najnowszej sytuacji w Izraelu. Izrael to taki mały kraj w Azji, którym wszyscy bardzo się interesują i o którym wszyscy mają bardzo wyrobioną opinię.

W Jerozolimie zamieszki, więc światowa prasa pisze o nich więcej niż o wielu innych sprawach. Marta Burza zaczyna od informacji, że „dziesiątki tysięcy Palestyńczyków zgromadziło się w piątek na wzgórzu otaczającym meczet Al-Aksa, aby uczestniczyć w modlitwie”. Jak zwykle problem zaczyna się od samego tytułu: „Izrael. Starcia policji z protestującymi Palestyńczykami. Rannych ponad 200 osób”. O.K. może to tylko moje wrażenie, że ten tytuł zasadniczo różni się od tytułu innego doniesienia w tym samym miejscu: „Afganistan. Wybuch samochodu-pułapki w pobliżu szkoły. Ponad 50 ofiar, większość to uczennice”.

Marta Burza informuje nas, że do zamieszek doszło w ostatni piątek ramadanu, że w stronę izraelskich policjantów poleciały kamienie, butelki (czytaj koktajle Mołotowa), fajerwerki, że policja użyła gumowych kul, armatek wodnych i granatów hukowych. Autorka pisze uczciwie, że Czerwony Półksiężyc coś donosi, co przepisała za doniesieniem BBC, ale co może wskazywać, że być może wśród informujących informującą ukrywa się jakiś człowiek znający arabski.

Być może najbardziej znamienne w doniesieniu pani Burzy jest następujące zdanie: „Wcześniej w ciągu dnia izraelskie wojsko zabiło dwóch Palestyńczyków i zraniło trzeciego po palestyńskim ostrzale bazy Salem na okupowanym Zachodnim Brzegu.” Przetłumaczyłem to zdanie ponownie na angielski i znalazłem je w doniesieniu BBC, ale również u Reutersa i w pięciu innych miejscach (Al Dżazira dodała słówko „rzekomym” przed palestyńskim ostrzałem).

Spróbujmy to porównać z izraelskimi doniesieniami –  Pod bazę wojskową podjechał mikrobus, z którego wyskoczyło trzech uzbrojonych w pistolety automatyczne terrorystów i zaczęło ostrzeliwać izraelskich żołnierzy, którzy odpowiedzieli ogniem, zabijając dwóch terrorystów i ciężko raniąc trzeciego, który został odwieziony do szpitala. Dowodząca grupą izraelskich żołnierzy strzegących bramy sierżantka wcześnie zauważyła, co się święci, więc po stronie izraelskiej nie było ofiar. Mamy tu zdjęcia, widzimy zastrzelonych terrorystów i leżącą obok nich broń, nie ma tu opinii, dowiadujemy się tylko kto, gdzie, kiedy i jak.

Marta Burza daje polskim czytelnikom „tło” zajść : „Napięcia w Jerozolimie i na terenach okupowanych wzrosły w ostatnim czasie między innymi z powodu planowanych przez władze Izraela kolejnych wysiedleniach palestyńskich mieszkańców miasta.

Izrael okupuje Jerozolimę Wschodnią od czasu wojny w 1967 roku i uważa całe miasto za stolicę, choć nie jest to uznawane przez zdecydowaną większość społeczności międzynarodowej.”

Ile można zmieścić półprawd i kłamstw w jednym przepisanym bezmyślnie akapicie?

Nie, napięcia nie wzrosły z powodu „wysiedleń” palestyńskich mieszkańców. W 1948 roku wschodnia część Jerozolimy została zdobyta przez armię jordańską, jej żydowscy mieszkańcy zostali wymordowani, (a nieliczni, którym udało się przeżyć masakrę, zostali wygnani, żydowskie domy zostały zajęte przez Arabów. Izraelski sąd uznał udokumentowane prawo własności kilku domów i z tych domów arabscy mieszkańcy, po długiej batalii prawnej mogą być eksmitowani, ponieważ odmawiali płacenia czynszu. (Do tych informacji nie jest trudno dotrzeć.) Czy to jest jednak główny powód obecnego wzrostu napięcia? Po pierwsze podczas ramadanu zawsze rośnie napięcie, bo już Prorok zapewniał, że zabijanie niewiernych podczas ramadanu jest szczególnie miłe Allahowi. Czy te napięcia mogą mieć coś wspólnego z rzuconą przez palestyńskiego dyktatora Mahmouda Abbasa obietnicą wyborów do palestyńskiego parlamentu? Znawcy twierdzą że tak i przynajmniej należałoby to odnotować, że dyktator ponownie wybory odwołał, że prawdopodobnie dlatego, iż wszystkie sondaże wskazywały, że wygra w nich Hamas, że jako przyczynę podał jednak nieprawdziwy powód, jakoby władze izraelskie zabroniły uczestnictwa w tych wyborach mieszkającym we wschodniej Jerozolimie Arabom. Decyzji o ponownym odwołaniu wyborów towarzyszyły wezwania do przemocy wobec Izraelczyków ze strony Fatahu, ostrzeliwanie Izraela rakietami przez Hamas i fala fizycznych napaści na Żydów, które radośnie nagrywano telefonami i umieszczano na platformie TikTok.

Informujący nas dziennikarze nie muszą nawet korzystać z jakichś paskudnych żydowskich źródeł, wystarczy żeby na przykład sięgnęli do oficjalnej palestyńskiej agencji informacyjnej WAFA, lub do rządowego organu Autonomii Palestyńskiej Al-Hayat Al-Jadida, gdzie można znaleźć oświadczenie Komitetu Centralnego Fatahu, czyli rządzącej tam partii, kierowanej przez doktora Mahmouda Abbasa. W oświadczeniu KC Fatahu czytamy:

Ramallah – 8 maja 2021

W imię miłościwego Allaha,

‘O wy, którzy wierzycie! Bądźcie cierpliwi i współzawodniczcie w cierpliwości! Bądźcie wytrwali i bójcie się Boga! [Koran 3:200]

Słowa Allaha są prawdą.

O, nasz szlachetny narodzie w naszej ojczyźnie i na wygnaniu wolni mieszkańcy Jerozolimy.

W tych dniach błogosławionego miesiąca ramadanu oddajemy ci część i wyrazy podziwu za twoje poświęcenie i twoją postawę, która znajduje wyraz w twojej heroicznej walce o Jerozolimę, jej meczet Al-Aksa, Bazylikę Grobu Świętego i o każde ziarno otaczającej ją ziemi.

Ruch Fatahu wraz z jego wszystkimi częściami i kierownictwem wzywa do kontynuowania tego powstania i przeciwstawienia się siłom okupacyjnym, osadnikom i ich terrorystycznym organizacjom, które działają z poparciem prawicowego, faszystowskiego izraelskiego rządu.    

Kontynuacja ataków osadników na islamskie i chrześcijańskie miejsca święte, na nasze rzeczy i naszą własność, wysiedlanie mieszkańców z ich domów w Sheikh Jarrah [dzielnicy Jerozolimy – AK) i ekspansja osadnictwa będzie prowadzić do wszechstronnej konfrontacji na wszystkich palestyńskich ziemiach, włącznie ze zmianą zasad gry w kontaktach z okupacją, przeglądu wszystkich form kontaktów z izraelskim rządem.

Pod tym wezwaniem Komitet Centralny Fatahu wzywa palestyńskie społeczeństwo do jedności, walki z okupantem i odrzucenia drugorzędnych sporów (czytaj chwilowego zaprzestania wzajemnego mordowania się – AK). Fatah wzywa wszystkich do nasilenia konfrontacji w najbliższych dniach, do demonstracji w dniu 10 maja i zamienienia tego dnia w Dzień Akcji, kończąc błogosławieństwem dla męczenników, rannych i uwięzionych.

Pani Marta Burza, jak pisze o sobie, że jest absolwentką podyplomowych studiów pomocy humanitarnej i z pasji dziennikarką. Prawdopodobnie nie miała szans dotarcia do informacji o sprawach, o których nas informuje.

Kiedy obserwujesz jeden wycinek informowania o świecie, możesz mieć niemiłe wrażenie, że w innych sprawach jest podobnie i że formułując swoje sądy o świecie opierasz się na ludziach, którzy mają pasję, ale nikt od nich nie oczekuje wiedzy o tym, o czym nas informują.    


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Media Abet Palestinian Squatters in Transforming Real Estate Dispute into International Incident

Media Abet Palestinian Squatters in Transforming Real Estate Dispute into International Incident

Akiva Van Koningsveld


An Israeli appeals court recently upheld a decision by a lower court to evict Palestinian squatters living rent-free on Jewish-owned land in the eastern Jerusalem neighborhood of Sheikh Jarrah/Shimon HaTzadik. Although the debate surrounding the property dates back many years, the issue this week exploded into the limelight as Palestinians for several nights on end clashed with Israeli police and Jewish residents of the area.

Most major media outlets were quick to adopt the Palestinian narrative that the real estate dispute between private parties was somehow linked to alleged attempts by Israel to “Judaize” Jerusalem and simultaneous riots by tens of thousands of Arabs on Temple Mount and near the Old City’s Damascus Gate. In reality, though, the situation in Sheikh Jarrah/Shimon HaTzadik is unrelated and highly complex, as demonstrated by the fact that the case has been working its way through the courts for decades. In fact, several Palestinian tenants of a few buildings in question acknowledged under oath as far back as the 1980s that the property was indeed owned by Jews.

Not surprisingly, many outlets have distorted the basic facts of the story, preferring instead to jump on the anti-Israel bandwagon.

Consider this paragraph from a report published by The Washington Post:

 In recent days, protests have grown over Israel’s threatened eviction in Sheikh Jarrah/Shimon HaTzadik of dozens of Palestinians embroiled in a long legal battle with Israeli settlers trying to acquire property in the neighborhood.” [emphasis added]

This assertion is simply false. Israelis are not trying to acquire property in Sheikh Jarrah, but want to regain control over what they believe legally belongs to them. In 1875, Rabbi Avraham Ashkenazi and Rabbi Meir Auerbach acquired the land in question from Arab sellers. Shortly before Israel’s War of Independence, in 1946, two Jewish non-governmental organizations moved to register the deed with authorities in what was then British Mandatory Palestine.

Few media mentioned that Sheikh Jarrah is also known as Shimon HaTzadik, named after the Jewish High Priest during the Second Temple period, whose tomb is located in the neighborhood. After the war in 1948, Shimon HaTzadik came under the control of Jordan, which expelled the local Jewish population and gave the resulting vacant houses to Jordanian citizens, who paid rent to the Jordanian Custodian.

In the 1970s, after Jerusalem was unified under Israeli sovereignty, Va’ad Eidat HaSfaradim and Va’ad HaKlali L’Knesset Yisrael reclaimed their ownership with the Israeli Custodian of Absentee Property. In 1982, the Palestinian residents of the property – including the parents and grandparents of some of the current occupants – signed an agreement confirming that the Israeli NGOs were the rightful owners.

In the early 2000s, these two Israeli non-profits sold the land to the Nahalat Shimon organization. The Palestinians occupying the dwelling were nevertheless allowed to continue living there and enjoyed “Protected Residents” status. However, by law, the tenants were required to pay rent to Nahalat Shimon. It was only after the Palestinian residents refused to do so — and instead illegally expanded the property and rented out spaces to third parties — that Nahalat Shimon initiated eviction proceedings.

This past February, the Jerusalem District Court upheld an October 2020 decision by the Jerusalem Magistrate Court, which ruled in favor of Nahalat Shimon. According to the verdict, the residents failed to back up their claim that the former Jordanian authorities had gifted them the property. “All of the witnesses were born after [the] 1967 [Six Day War, in which Israel acquired the area] or were very young at the time and testified that they heard about the [Jordanian] promise from an older relative,” the lower court had noted. No tangible evidence of ownership was presented.

However, this crucial context has been almost entirely missing from the news cycle. When Reuters writes that “Jewish settlers backed by an Israeli court have taken over some homes” in Sheikh Jarrah/Shimon HaTzadik, or Associated Press reports that “dozens of Palestinians are fighting attempts by Israeli settlers to evict them from their homes,” without even mentioning the facts surrounding the case, an informed discussion on the matter becomes impossible.

The Supreme Court, Israel’s final court of appeals, was supposed to hear the case on Monday, but delayed the session by a month at the request of Attorney General Avichai Mandelblit. According to local media, Israels security services feared that the trial could further fuel tensions in the holy city. In the meantime, the Palestinian squatters will be allowed to remain on the property.

Meanwhile, the Human Rights Office of the United Nations on Saturday went as far as saying that the possible eviction, rooted in basic property law, would “contribute to a coercive environment and lead to a risk of forcible transfer.” The US State Department expressed “deep concern” about the situation in Sheikh Jarrah/Shimon HaTzadik, noting that many of the tenants have “lived in their homes for generations.” Concurrently, Senators Elizabeth Warren (D-MA) and Bernie Sanders (D-VT) posted angry statements to Twitter, with the former suggesting that the prospective evictions were “abhorrent.” For her part, Congresswoman Alexandria Ocasio-Cortez (D-NY) falsely claimed that “Israeli forces are forcing families from their homes.”

By once again wreaking havoc in the streets of Jerusalem, Palestinians have seemingly successfully turned a minuscule — and not uncommon — real estate disagreement into a major international incident. But none of this would have been possible without the laziness, if not complicity, of mainstream media outlets. Instead of insisting that their journalists do a modicum of due diligence, apparently they prefer to smear Israel, in general, and “settlers,” specifically, who do not believe that four Palestinian families have the right to live on lands that Israeli courts have to date determined belong to these Jews.


Akiva Van Koningsveld – Originally from The Hague, Akiva Van Koningsveld left The Netherlands for Israel in the fall of 2020. Before joining the HonestReporting team, he worked as a policy officer at the Center for Information and Documentation Israel, a Dutch organization dedicated to combating antisemitism and spreading awareness of the Arab-Israel conflict. Akiva studied journalism at the University of Applied Sciences Utrecht. In 2020, he graduated from Utrecht University with a law degree, focusing on the intersection of human rights and civil liability.


Media Miss Real Story As Palestinians Riot on Temple Mount

Emanuel Miller


On Friday, thousands of Muslim worshippers chanted violent slogans while rioting on the Temple Mount, Judaism’s holiest site, also location of the Al-Aqsa Mosque, Islam’s third holiest place. Over 200 Palestinians and 17 Israeli police officers were wounded in resulting clashes.

But that wasn’t how the media reported the story.

To read any of the reports by The New York TimesBBCThe GuardianWashington PostReuters or Associated Press, one could be forgiven for thinking that Palestinian worshippers were severely mistreated by heavy-handed Israeli security forces.

Such a representation is not only a distortion of the facts, but also blurs the bigger picture. 

Omitted from Reports: Palestinian Battle Cries

“Ya Qassam, Ya Habib/Bomb, bomb, Tel Aviv.”

Those were the words on the lips of not hundreds, but thousands, of Palestinians, who had gathered at the Temple Mount to mark the last Friday of the month of Ramadan.

These weren’t the only violent words heard: the familiar old refrain, “With our soul, with our blood, we’ll redeem you, Al Aqsa” was also repeatedly chanted.

Perhaps the most egregious example came in a segment by NPR, in which chants were mentioned  — but only those of a small group of Jewish extremists over the last few weeks (2:40 in audio clip). The chants in Arabic sung by thousands, of Muslim worshippers during the clashes this Friday night, however, weren’t deemed worthy of inclusion.

While this went almost entirely unreported by foreign media, Reuters should be credited for being one of the few news organizations that made mention of the incitement to violence.

Meanwhile, self-proclaimed “pro-peace” IfNotNow organization described the hate speech as “inspiring… Palestinian resistance.”

Simplistic ‘Sheikh Jarrah Land Conflict’ Framing

In recent days, a legal debate over the fate of a few properties in the Shimon HaTzaddik/Sheikh Jarrah neighborhood in eastern Jerusalem has made international headlines. While it is clear that this issue has been used as a rallying call by rioters in Jerusalem, media reports have oversimplified the narrative to the point of effectively ignoring Palestinian intolerance.

An article by the BBC published after the Friday night rioting serves as a perfect case in point. It opened by documenting the numbers of injured and noting the weapons used by each side, thereby creating the impression of ‘courageous’ Palestinians underdogs standing up to brutal Israeli security personnel:

At least 163 Palestinians and six Israeli police officers have been hurt in clashes in Jerusalem, Palestinian medics and Israeli police say. Most were injured at the Al-Aqsa mosque, where Israeli police fired rubber bullets and stun grenades as Palestinians threw stones and bottles.”

The next paragraph frames the issue as arising on the backdrop of another:

Tensions have been rising over the potential eviction of Palestinians from land claimed by Jewish settlers.”

That’s all. Not a word about the recent trend of unprovoked attacks by Palestinians on Jewish Israelis; or the non-stop incitement by Palestinian politicians, religious leaders and media; or that the frequency of Palestinian terrorism almost always increases during Ramadan.

Downplayed: Palestinian Violence

Another seemingly inconvenient fact ignored by the media is that Palestinian rioters brought large rocks to the Temple Mount and stashed them inside Al Aqsa Mosque. Videos of the clashes also show Palestinians using fireworks as weapons, forcing Israeli border police to use shields to protect themselves. It also seems that lasers were used to distract and disorient the officers. 

Video Player

This video footage provided by the Israeli Police is invaluable, as it helps viewers properly understanding what is captured in the lead image used by the Washington Post. The Post’s caption of the photo reads, “Palestinians react as Israeli police fire stun grenades during clashes at the compound that houses the al-Aqsa mosque in Jerusalem’s Old City.”

However, the picture very clearly shows fireworks exploding in mid-air, most likely those used by Palestinians — with a view to harming Israeli security forces — that prompted a response.

And whereas stun grenades were at times indeed used by security forces as a dispersal method, this is what they actually look like when they explod.

It seems clear, then, that the Post‘s caption is inaccurate.

Unreported: Palestinian Power Struggle

For perhaps the first time ever, hundreds of Hamas flags were this weekend flown on the Temple Mount. The terrorist organization that rules the Gaza Strip is dedicated to Israel’s destruction and is evidently making inroads in Jerusalem.

The flags should speak for themselves, given that they represent a genocidal group. But there another angle to this occurrence.

As was widely expected, Palestinian Authority President Mahmoud Abbas recently canceled legislative elections originally scheduled for May 22. Since then, tensions have been rising between Abbas’ Fatah faction, which essentially governs the West Bank by fiat, and Hamas. In response, Hamas has increased its incitement against the Jewish state in what many analysts construe as an attempt to up its public profile by demonstrating its nationalistic bona fides.

Unfortunately, readers are routinely deprived of detailed, nuanced coverage of the decade-and-a-half-long intra-Palestinian conflict. This has resulted in fundamental misperceptions about the relationship between Israel and the Palestinians, as well as between the Palestinians themselves. In this case, the result is clear: readers are left misinformed as to what truly accounts for the latest escalation of violence in Jerusalem.


Emanuel Miller – is a Jerusalem-based writer who has previously worked for the Jerusalem Post and the Times of Israel, and helped establish the English media department of My Truth, an organization that documents the experiences of Israeli soldiers while facing an immoral, cynical enemy. He regularly speaks about Israel, media bias, and Israel’s geopolitical complexities to audiences including Birthright groups, student leaders visiting Israel, and for those seeking to get a more nuanced understanding of Israel.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


News from Israel – May 09, 2021

News from Israel – May 09, 2021

ILTV Israel News


Clashes break out in #Jerusalem​ as 80,000 Palestinians arrive to pray at the temple mount.

Tensions spilling over from the strip too, as fire balloons from #Gaza​ set fires in Israeli fields.

And this #Israeli​ set his sights above and beyond the basic confines of #photography​.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Hannah Arendt: Tej zbrodni dopuścili się Niemcy, ale Auschwitz możliwy był wszędzie

Hannah Arendt, rok 1944 (Fot. Fred Stein / AP)


Hannah Arendt: Tej zbrodni dopuścili się Niemcy, ale Auschwitz możliwy był wszędzie

Dan Diner
Tłumaczenie: Adam Romaniuk


Czy to Hannah Arendt wymyśliła pojęcie banalności zła? Podobno jej mąż. Potem miał robić sobie wyrzuty: teraz to ona musi wypić piwo, którego nawarzył. Z cyklu “Adam Michnik poleca”

.

Dan Diner – ur. w 1946 r., niemiecko-izraelski historyk i politolog. Tekst za: „Hannah Arendt Revisited: ‘Eichmann in Jerusalem’ und die Folgen”, Suhrkamp, Frankfurt am Main 2000

Żadna praca na temat Zagłady nie była tak dyskutowana, nie wywołała takiej kontrowersji jak Eichmann w Jerozolimie”. Żadna inna publikacja na ten temat nie spotkała się z takim zainteresowaniem. „Rzecz o banalności zła” Hannah Arendt nabrała ponadto charakteru ikony w dyskursie o Auschwitz i podobnych zbrodniach. Pojęcie banalności zła zrobiło prawdziwą karierę – zarówno w języku publicznym, jak w ramach dyscypliny akademickiej. Szybko stało się kluczem do historycznej i moralnej oceny nazistowskich masowych zbrodni, a także do rozważań na temat epoki nowoczesnej pod kątem tkwiącej w niej możliwości systematycznych akcji eksterminacyjnych.

W poniższych wywodach nie będzie chodziło o empiryczną weryfikację tez Arendt na temat narodowego socjalizmu i Holokaustu. Dokonano takowej już w krótkim czasie po ukazaniu się książki, o której mowa. Zarzucono jej wtedy niefrasobliwe obchodzenie się z faktami; skrytykowano też zamaszysty styl interpretacji, pełnej ciętych uwag, polaryzującej.

(Zob. np.: „Die Kontroverse: Hannah Arendt, Eichmann in Jerusalem und die Juden”, Frankfurt/M 1964; por. nowsze rozważania: Seyla Benhabib, „The Reluctant Modernism of Hannah Arendt”, London 1996, rozdz. 6 pt. „Thinking and Judging: Rereading Eichmann in Jerusalem”).

Z całej masy pism należałoby może wyróżnić nie mniej polemiczną w tonie, ale empirycznie i systematycznie nadzwyczaj treściwą pracę Jacoba Robinsona z roku 1965, o zagadkowo brzmiącym tytule „A pokrzywione należy wyprostować” (Robinson, „»And the Crooked shall be made Straight«: The Eichmann Trial, the Jewish Catastrophe, and Hannah Arendt’s Narrative”, London 1965. [Tytuł nawiązuje do uwagi Kanta, że „z pokrzywionego drzewa człowieczeństwa nic prostego nie da się wyciosać” – od tłumacza]).

Nie poprzestano na polemicznej wymianie ciosów. Wyzwanie Hannah Arendt zostało podjęte w poważnych badaniach i dało okazję do znaczących analiz. Jej prowokacyjne i nieraz uwłaczające ataki skierowane przeciwko przedstawicielom instytucji żydowskich i żydowskim osobistościom epoki Holokaustu, jej pochopne obwinienie rad żydowskich o zdradę narodu żydowskiego i współpracę z nazistami wywołało okrzyk oburzenia w kręgach żydowskiej opinii, ale przyniosło też np. podstawowe studium historyka Izajasza Trunka na temat rad żydowskich (Trunk, „Judenrat: The Jewish Councils in Eastern Europe under Nazi Occupation”, New York 1972. Jeśli chodzi o reakcję badaczy na wypowiedzi Arendt, zob. też Lucy S. Davidson, „The Holocaust and the Historians”, Cambridge 1981).

Temat domniemanego żydowskiego współsprawstwa podjęła też literatura – np. Leslie Epstein w powieści „Król Żydów” pokazał los getta łódzkiego i postać Chaima Rumkowskiego, przewodniczącego tamtejszej „starszyzny”.

Skąd ten skandal?

Rzecz Arendt o banalności zła spowodowała skandal, spolaryzowała opinię żydowską i pobudziła do namiętnych sporów o znacznie szerszym zasięgu. Jest jednak wątpliwe, czy jej tezy, odebrane jako prowokacja – że Eichmann to tylko przeciętny funkcjonariusz śmierci; że doszło do żydowskiej współpracy z wrogiem – same by wystarczyły, żeby wywołać tak skrajne reakcje. Wolno przypuszczać, że w tej kontrowersji chodziło o coś więcej niż o zgodność z faktami, poprawność historyczną i stosowną interpretację. Przy ponownej lekturze sprawozdania Arendt z procesu Eichmanna nasuwa się wrażenie, że chodzi tu o pismo niemal apokryficzne, w którym omawia się dużo szerszy temat niż sam tylko nazistowski mord na Żydach.

Jeśli przyjrzeć się koncepcji i strukturze tego tekstu, to wyraźnie widać, że zawiera się w nim wysoce idiosynkratyczny podtekst. Są tu ukryte elementy niemal wszystkich ważnych kwestii żydowskiej egzystencji w dobie postemancypacyjnej – oczywiście w postaci wyostrzonej przez doświadczenie Holokaustu. Tak odczytywane, pismo to stanowi zaszyfrowaną podstawę żydowskiego dyskursu, w zasadzie wciąż powracającego. W trybie kontrowersji rozpatruje się tam przeciwieństwo między tym, co partykularne, i tym, co uniwersalne w obrębie żydostwa i poza nim; dyskutuje się kwestie asymilacji i syjonizmu, niezależności jednostki i odpowiedzialności zbiorowej.

Ukryty przedmiot sprawozdania z procesu Eichmanna można by systematycznie ująć w takiej oto postaci: dzięki tekstowi ikonicznemu, jakim jest „Eichmann w Jerozolimie”, nabierają wyrazistości różne, w swym oddziaływaniu całkiem przeciwstawne narracje tyczące się żydowskiego doświadczenia i żydowskiego samorozumienia, i wchodzą ze sobą w konflikt. Chodzi przy tym o narracje ubrane w obrazy, symbole, metafory i interpretacje żydowskiej katastrofy w XX wieku.

Systematyczne spojrzenie na podstawowe zagadnienia zawarte w sprawozdaniu Arendt potwierdza przypuszczenie, że mamy tu do czynienia z dychotomicznie rozumianą strukturą dyskursu. Zaczyna się to już od interpretacji zbrodni popełnionych przez nazistów. Czy chodzi tu, zgodnie z izraelskim aktem oskarżenia [podczas procesu Adolfa Eichmanna], o zbrodnie przeciwko narodowi żydowskiemu – czy o zbrodnie przeciwko ludzkości?

Hannah Arendt opowiada się za rozszerzonym ujęciem kryminalnego stanu faktycznego. Jej interpretacja zbrodni nazistowskich w kategoriach uniwersalistycznych – zbrodni, których ofiarami byli m.in. Żydzi – idzie tak daleko, że jeszcze i pojęcie ludzkości (Menschlichkeit) próbuje dalej uniwersalizować: sankcja ma objąć zbrodnie przeciwko rodzajowi ludzkiemu (Menschheit).

Jej uniwersalistyczna krytyka obejmuje też procedurę. Dla osądzenia takich zbrodni bardziej odpowiedni wydaje się jej trybunał międzynarodowy. Jeśli godzi się na jurysdykcję żydowską w postaci sądu izraelskiego, to nie ze względów zasadniczych, lecz praktycznych.

Nalegając na uniwersalizację czynu i sprawstwa, Arendt zgłasza dalsze obiekcje – wskazuje np., że wprawdzie zbrodni dopuścili się Niemcy, ale do tego rodzaju kryminalnych czynów zdolni byli również inni. Takie uogólnienia mają swój początek zarówno w jej pojęciu totalitaryzmu, jak w perspektywie, w której zdarzenia historyczne można przemieszczać, wstawiając w miejsce minionej rzeczywistości przyszłą możliwość.

Należy tu też stale w jej sprawozdaniu pojawiająca się tendencja, by zacierać różnicę między ofiarami i sprawcami, i wobec tego obwiniać ofiary kolaboracji razem ze sprawcami. Tego rodzaju zarzuty dotyczyły nie tylko rad żydowskich i żydowskiej policji, lecz w sposób już groteskowy także żydowskich oddziałów do zadań specjalnych (Sonderkommandos) w obozach śmierci. Te przykłady pokazują, że rzeczywiste bądź domniemane problemy empiryczne wciąż służyły temu, by rozważać kwestie żydowskiego samorozumienia.

Skrajny uniwersalizm nie jest jedyną podstawą, na której Hannah Arendt argumentuje w swojej książce o Eichmannie. Znajduje on uzupełnienie w nie mniej radykalnym żydowskim partykularyzmie – żeby nie powiedzieć nacjonalizmie. Jest przy tym rzeczą uderzającą, że jej żydowski nacjonalizm w kilku miejscach spotyka się ze skrajnymi stanowiskami syjonizmu, acz nie jest z nimi tożsamy.

Podobnie jak Raul Hilberg [historyk Holokaustu], również ona w swojej ocenie żydowskich zachowań w obliczu narodowego socjalizmu wychodzi od tego, że istnieje coś takiego jak pełnoprawna żydowska zbiorowość, żydowski naród. Co się tyczy „narodu żydowskiego”, chodzi o kategorię mało problematyczną, o ile mamy do czynienia z niewiążącym opisem przynależności religijnych i kulturowych o różnej mocy. Jeśli jednak o żydowskim narodzie mowa jest wtedy, gdy chodzi o zbiorowe działanie polityczne, o opór bądź wręcz akcje militarne, kategoria ta staje się wysoce problematyczna. Wtedy bowiem zakłada się solidarną wspólnotę, która może się okazać znacząca w wymiarze działań – w obliczu narodowych, językowych i kulturowych różnic dzielących zbiorowości żydowskie w Europie.

Jeszcze podczas wojny Hannah Arendt głosiła potrzebę stworzenia armii żydowskiej. W Ameryce współpracowała, choć tylko krótko, z prawicowymi kręgami żydowskimi, które już wtedy oskarżały o zdradę żydowskie i syjonistyczne przywództwo. Gdy w Izraelu w latach 50. wzbudzała emocje sprawa Kastnera [Rudolf, izraelski prawnik i dziennikarz, oskarżony o kolaborację z nazistami], najbliższe były jej poglądy skrajnej prawicy (Arendt do Karla Jaspersa, list z 20 lipca 1963, w: Hannah Arendt / Karl Jaspers, „Briefwechsel 1926-1969”, München 1985).

Podczas procesu Eichmanna sławiła w swoich relacjach heroizm żydowskiego oporu, choć przecież z drugiej strony pytanie prokuratora Gideona Hausnera pod adresem świadków: „Czemu się nie zbuntowaliście?” słusznie odrzuciła jako „okropne i głupie”.

U Arendt w jej osądzie Holokaustu widać głęboką rozterkę: z jednej strony hołduje ona niemal bezgranicznemu uniwersalizmowi; z drugiej strony jej argumenty są silnie zabarwione nacjonalistycznie. Jak rozumieć tego rodzaju sprzeczność?

Odpowiedź jest równie prosta jak złożona: jej narracja zawiera w najwyższym stopniu konsternujące przesłanie, w którym oba radykalizmy, narodowy i uniwersalny, wzajemnie się wzmacniają. Rezultatem jest w widoczny sposób syntetyczna koncepcja żydowskiego samorozumienia, która z jednej strony składa się z doświadczenia żydostwa niemieckiego, z wzorów żydowskiej emancypacji na Zachodzie, w której centrum stoi jednostka jako obywatel swojej wspólnoty. Z drugiej strony uwzględnione zostaje też kolektywne rozumienie żydowskiej egzystencji.

Chodzi przy tym o taką samodefinicję, którą Arendt przyswoiła sobie najpóźniej podczas wojny i tym bardziej w obliczu Holokaustu. U jej podstawy nie leży wprawdzie żadne w pełni rozwinięte syjonistyczne rozumienie „narodu żydowskiego”, ale przecież jakieś syjonistycznie zabarwione wyobrażenie, które opiera się na poprzedzających Holokaust doświadczeniach Żydów w Europie Środkowowschodniej i w Europie Wschodniej.

Owo samorozumienie Żydów wschodnich i właściwą mu narodową narrację Arendt przejęła, powodując się przede wszystkim swoim pesymizmem, jeśli chodzi o obietnice, jakie niosły ze sobą uniwersalne, a tym samym abstrakcyjne prawa człowieka (zob. w jej „Korzeniach totalitaryzmu” cz. 2, rozdz. IX, podrozdział „Dylematy praw człowieka”).

Naznaczona przez doświadczenie prześladowań i Holokaustu, godzi się z koncepcją żydowskiej podmiotowości politycznej. Filozofka polityczna o niemiecko-żydowskich korzeniach akceptuje wyobrażenie egzystencji żydowskiego narodu, włącznie z jego prawem do ojczyzny. Jej ważkie słowa o „prawie do tego, by mieć prawa” okazują się przy bliższym wejrzeniu uniwersalnie zakodowanym wnioskiem wysnutym z losu żydowskiego. Dlatego można ją określić, nawiązując do słownika epoki weimarskiej, jako syjonistkę z rozumu.

Ów syjonizm rozumowy, mimo wszelkich deklaracji przynależności do narodu żydowskiego, opiera się jednak na abstrakcyjnych, uniwersalnych, instytucjonalnych, a więc republikańskich wartościach. Dochodzą przy tym do głosu zasady takiej wspólnoty, która opiera się na „demos”, a nie na „ethnos”. Jeśli za podstawę samorozumienia żydowskiego uzna się rozróżnienie między „demos” i „ethnos”, to w rzeczy samej wynikną z tego dla Hannah Arendt poważne problemy.

Rodzą się one już stąd, że zachodnia koncepcja instytucjonalnej, republikańskiej wspólnoty znacznie się różniła od raczej etnicznego samorozumienia żydostwa wschodnioeuropejskiego, które stanowiło większość Żydów europejskich. Tam, z uwagi na jednorodną pamięć zbiorową, ich postrzeganie siebie samych było w dużej mierze nacechowane narodowo. Po Holokauście wschodnioeuropejskie doświadczenie żydowskie stało się niejako wiążące dla homogenizującej się i uogólniającej żydowskiej narracji.

To jest zresztą także sednem dość zaszyfrowanego przesłania Gershoma Scholema, owego niemiecko-żydowskiego konwertyty na syjonizm, gdy w toku procesu Eichmanna w liście otwartym zarzucił Hannah Arendt, że brak jej „Ahabath Israel”, tzn. miłości do żydostwa.

Przez to chciał powiedzieć, że nie czuje się ona zobowiązana wobec żydowskiego etnosu, i Arendt nie widziała tej sprawy inaczej. W odpowiedzi podkreśla swoją lojalność wobec tej wartości, jaką jest niezależność jednostki i jej władzy sądzenia, i odrzuca wszelkie takie roszczenia danej zbiorowości, które opierają się na pochodzeniu (listy opublikowane w: „Encounter”, styczeń 1964).

Taką postawę już wiele lat wcześniej stwierdził u niej jej ojcowsko usposobiony syjonistyczny przyjaciel Kurt Blumenfeld. Wobec jej artykułu w „Menorah Journal” z roku 1946, zawierającego krytykę syjonizmu, równie zaskoczony jak wstrząśnięty Blumenfeld ujawnia, że Hannah Arendt nie podziela jego narodowych lojalności. Co więcej, ten wybitny przedstawiciel syjonizmu niemieckiego wyrzuca sobie, że całkiem wbrew jej skłonności wywierał na nią wpływ w kierunku postawy żydowsko-narodowej, chcąc ją utrzymać z dala od „asymilacji”, jak on i jemu podobni charakteryzowali indywidualną emancypację (Blumenfeld w liście do Martina Rosenblütha z 17 stycznia 1946 r., w: Blumenfeld, „Im Kampf um den Zionismus: Briefe aus fünf Jahrzehnten”, Stuttgart 1976).

Zbrodniarze nie wiedzą, że są winni

A co się tyczy historycznych założeń przyświecających żydowskiej emancypacji – jakie odbicie znajdują one w książce Arendt, w owym doniesieniu o banalności zła? Jaka emancypacyjna narracja historyczna dochodzi tu do głosu, o jakiej strukturze? Jak Arendt opowiada historię żydowskiej katastrofy, z jakiego punktu obserwacyjnego, wedle jakich wzorów postrzegania? Albo wyrażając to bardziej metaforycznie: wedle jakich zamierzeń i na podłożu jakiej pamięci interpretuje ona historię Holokaustu? Jej koncept banalności, któremu w żydowskiej sferze publicznej towarzyszyły wręcz histeryczne wybuchy protestu, ukazuje w każdym razie taką perspektywę postrzegania, która jest całkiem bliska zbiorowemu niemieckiemu przeżywaniu sprawy.

To jest na pierwszy rzut oka wysoce problematyczne twierdzenie. Żeby je uwiarygodnić, trzeba się najpierw uciec do rozważań o charakterze metodologicznym. Wychodząc z założenia, że historyczne opisy, interpretacje i wysiłki rozumienia należy pojmować nie w sensie scjentycznym, jako nastawienia obiektywne, lecz cały czas jako dokonania zbiorowej pamięci, związane z predysponowanymi do tego strukturami narracyjnymi, kategoria pamięci zbiorowej zawiera pewne znaczenie epistemologiczne dla historiografii. Historia i pamięć nie byłyby zatem przeciwbieżnymi instancjami opowiadanego przypomnienia. Historia jawi się wobec tego jako posłuszna metodzie konstrukcja, jako refleksyjnie opracowywany wyraz pamięci zbiorowej.

Jeśli chodzi o przedstawienie epoki narodowosocjalistycznej, a zwłaszcza związanej z nią masowej zagłady, historyk ma do czynienia z fenomenem, który wprawia go w konfuzję: w pamięci niemieckiej doświadczenia tej epoki i inkryminowane zdarzenia z nią związane odkładają się w inny sposób niż w pamięci żydowskiej, ściślej mówiąc: w sposób przeciwbieżny. Historyczna rzeczywistość – jak się wydaje – w sposób konieczny postrzegana jest różnie, bądź wręcz za każdym razem z przeciwnej perspektywy. Przy rekonstrukcji całokształtu zdarzeń historyk musi uwzględnić złożoność tych sposobów rozumienia i odpowiadających im struktur narracyjnych.

Jeśli chodzi o perspektywę sprawców, jeden fenomen jest w dużej mierze oczywisty: obraz tego, co się dzieje, jest rozczłonkowany na mnogość pojedynczych przebiegów. Można to przekonująco wyjaśnić praktyczną realizacją masowej zagłady.

Jeśli pominąć bezpośrednio dokonywane masowe mordy podczas pierwszej fazy Holokaustu, zagłada żydostwa europejskiego była, ogólnie biorąc, rezultatem procesu zorganizowanego na zasadzie podziału pracy, bezosobowego, biurokratycznego i przemysłowego. Tego rodzaju masowe mordowanie niewątpliwie pociąga za sobą u wykonawców faktycznej czynności taką właśnie świadomość, w której ogólny obraz tego, co się dzieje, i odpowiadające mu poczucie winy ulega rozczłonkowaniu i urzeczowieniu. Poczucie osobistej odpowiedzialności i winy znika, ze wszystkimi tego konsekwencjami dla późniejszego postępowania karnego.

Co więcej, samo to, co się dzieje, zdaje się być w ten sposób sfragmentaryzowane, tak że poszczególne części całej zbrodni w rzeczy samej muszą wyglądać banalnie. Ten fenomen sprawcy wyobcowanego, niepoczuwającego się do sprawstwa ma Arendt na uwadze, gdy mówi, że w przypadku nazistów chodzi o zbrodnie poza kategorią winy („Briefwechsel…”). i przestępstwa pozbawione znaczenia penalnego. W ogóle to, co się wydarzyło, nie mieści się jej zdaniem w systemach prawnych, w tym, co stanowi o ich obowiązywaniu i efektywności (patrz Herbert Jäger, „Verbrechen unter totalitären Herrschaft: Studien zur nationalsozialistischen Gewaltkriminalität”, Olton 1967).

Wszystko to jest przekonujące i przystępnie wyłożone. Tyle że te rozpoznania nie idą w parze z doświadczeniami ofiar. Przeciwnie: nie tylko dla ofiar masakr, dokonywanych bezpośrednio np. przez grupy operacyjne (Einsatzgruppen), również dla ofiar zabijania administracyjnego i przemysłowego umieranie powodowane przemocą było zmysłowo doświadczaną rzeczywistością, która woła o pokutę. Dla nich zło nie było czystym rezultatem administracyjnego kumulowania banalnych elementów, lecz psychicznie i fizycznie doświadczaną potwornością.

Rozłożone na banalne etapy fenomeny realizacji, której towarzyszyła równie trywialnie wyglądająca utrata świadomości bezprawia po stronie sprawców, tak samo jak wykonanie czynu, doświadczane przez ofiary jako potworne, znajdują przedłużenie w historycznych obrazach i rodzą przeciwne perspektywy w przedstawianiu „ostatecznego rozwiązania”. Całościowy historyczny obraz zdaje się rozpadać na dualizm sposobów postrzegania, na banalność i monstrualność. Obie tendencje percepcji, a więc obie perspektywy są o tyle prawdziwe, że każda może się odwołać do doświadczenia.

Jeśli chodzi o szkoły historyczne w historiografii Holokaustu, to przeciwstawienie znajduje odbicie w rywalizacji między funkcjonalistami i intencjonalistami. Ostatecznie ci pierwsi podkreślają depersonalizujące działanie mechanizmów biurokratycznych i anulowanie indywidualnej odpowiedzialności i winy; ci drudzy zaś na pierwszym miejscu stawiają mniej lub bardziej ideologicznie motywowaną gotowość, wolę czynu, a więc całkowicie zawinione, kryminalne zachowanie. Tak więc widać wyraźnie strukturę przeciwnych orientacji historiograficznych: szkoła funkcjonalistyczna opowiada się za kategorią zaniedbania, szkoła intencjonalistyczna za kategorią winy.

Historyk Hans Mommsen w swoim wprowadzeniu do nowego wydania „Eichmanna w Jerozolimie” podniósł ukutą przez Arendt formułę banalności zła do rangi konceptualnego ugruntowania całkiem nowego kierunku badawczego.

Szkoła strukturalistyczna czy, jak dzisiaj się ją też nazywa, funkcjonalistyczna, prowadziłaby koniec końców do takiego właśnie rozumienia masowej zagłady. Sprawozdanie Arendt stanowiłoby w takim razie coś w rodzaju kamienia milowego w przejściu od perspektywy, która swój historyczny przedmiot zakotwicza w dziedzinie indywidualnej odpowiedzialności i winy, do takiej, która koncentruje się na zdepersonalizowanych strukturach.

Po co był ten proces

Bez wątpienia Adolf Eichmann był prototypem funkcjonariusza śmierci. Jego przekonania ideologiczne odgrywały w jego poczynaniach tylko podrzędną rolę. Nawet jego antysemityzm tylko w niewielkim stopniu zasadzał się na wewnętrznym przekonaniu. W ogóle Hannah Arendt udaje się nakreślić głęboko przekonujący wizerunek Eichmanna – jako inżyniera społecznego, jako technika deportacji do miejsc zagłady.

Taką charakterystyką oskarżonego Arendt usiłowała podważyć wizerunek nakreślony przez izraelskiego głównego oskarżyciela, Hausnera. Jego narracja, jego opowieść o żydowskiej historii, którą oskarżony miał potwierdzać, wydała się jej czystą propagandą, posłuszną nacjonalistycznej interpretacji historii, którą odrzucała. Proces Eichmanna miał służyć temu, by ta interpretacja została zapisana, dla Żydów w ogóle, ale zwłaszcza dla narodu izraelskiego.

Historia żydowska przedstawia się w jej świetle jako nieprzerwany korowód cierpień i prześladowań, z Holokaustem jako negatywną apoteozą. Żeby ukazać ten negatywny bieg historii żydowskiej, aż po założenie państwa Izrael, Hausner zdawał się potrzebować osoby Adolfa Eichmanna – jako uosobienia zła.

Tej według Arendt w znacznej mierze zniekształconej narracji przeciwstawia ona własną interpretację żydowskiej historii, opowieść wyrywkową, ale nie mniej dobitnie spuentowaną i polemiczną. Nacjonalizmowi Hausnera przeciwstawia mianowicie pewien rodzaj radykalnego uniwersalizmu, który w nie mniejszym stopniu odrealnia historyczną rzeczywistość. Jej zdaniem Auschwitz możliwy był wszędzie, choć urzeczywistnił się tylko w Niemczech.

Argumentacja Arendt wygląda na oświeconą, ale kryje się w niej tendencja, by odtwarzaną jako najbliższa prawdy historyczną rzeczywistość kontrastować z jakąś uniwersalną możliwością, kosztem przeszłości. To właśnie ta tendencja wymaga, by wciąż dekonstruować oczywistość odtwarzanej rzeczywistości i z konieczności ranić przy tym uczucia ofiar.

Wskazanie na to, że Arendt wybrała taką właśnie perspektywę, w żadnym razie nie powinno budzić wrażenia, że bierze się tu stronę przeciwników filozofki w dawnej kontrowersji. Bynajmniej tak nie jest. Rozważania te zmierzają raczej do tego, by na ten ważny dokument publicznej konfrontacji z nazistowskimi zbrodniami, których ofiarą padli Żydzi europejscy, spojrzeć z historycznego dystansu. Tego rodzaju uhistorycznienie polemicznej interwencji, jaką jest „Eichmann w Jerozolimie”, akurat dziś się nasuwa, nie tylko dzięki postępom w badaniach nad Holokaustem. Sprzyja temu także rosnąca gotowość naszej dyscypliny, by badać historyczne opowieści ze względu na ukryty w nich narratyw, biorąc pod uwagę skłonności historyków, rzutujące na konstrukcję historycznych obrazów.

Jeśli wszystko to zastosujemy do kompozycji książki Arendt, powstanie następujący obraz. Jej rzecz o banalności zła jest rezultatem postawy intelektualnej dość niezwykłej dla czasu po Holokauście, wyrosłej na glebie wartości składających się na niemiecko-żydowskie doświadczenie emancypacji. Postawę tę znamionuje rozdarcie między potrzebą pogodzenia się z całkiem nową rzeczywistością, którą wypada scharakteryzować jako wspomniany syjonizm rozumowy, z jednej strony, i szczytnymi roszczeniami żydowskiego uniwersalizmu, przekształconego w duchu idealistycznym i pryncypialistycznym, z drugiej.

Konflikt tych dwóch interpretacji świata i typów samorozumienia, które tylko z trudem można pogodzić, to rzecz jedna. W toku analizy tekstu jeszcze wyraźniej rysuje się następująca jego cecha: u Arendt wzmagają się dwie względnie niezależnie od siebie przechowywane idiosynkratyczne dyspozycje, które działają w sferze przedracjonalnej i zasilają jej niezwykłą postawę w sprawach Żydów i Holokaustu.

Należy tu jej niemiecko-żydowski background, w tym historia emancypacji, w powiązaniu z instynktowną obroną doświadczenia i narracji Żydów wschodnich, jak też lekkomyślna akceptacja i przyswajanie sobie bez zastanowienia idiosynkratycznie nacechowanych postaw osób, z którymi była blisko związana i które przede wszystkim z powodu swego pochodzenia i związanej z nim pamięci miały do opowiedzenia inne historie. Zdawała się nie być w stanie tego uniknąć.

Właśnie tego ostatniego argumentu można z całą ostrożnością użyć, przede wszystkim dlatego, że od czasu skandalizującego przedstawienia relacji łączącej Arendt z Martinem Heideggerem mnożą się interpretacje, które żeby stwierdzić duchowe powinowactwo z wyboru, posługują się nieprzyzwoitymi argumentami. W każdym razie nie przyjmiemy tu założeń, które nasuwają się z perspektywy pokojówki. Tym bardziej należy wskazać na tę okoliczność, że Hannah Arendt z racji swojej niezwykłej historii i związanego z tą historią samorozumienia, prostą drogą stała się wyrazicielką poglądów, których nie sposób bezwarunkowo uznać za jej własne.

To nie ona, to mąż?

Może się to wydać małodusznością czy pedanterią, w kilku miejscach jednak trudno nie wyczuć elementów zewnętrznego wpływu, które mogły się istotnie przyczynić do wykształcenia narratywu opatrzonego hasłem banalności zła. I tak Karl Jaspers w swoim liście do Arendt z 13 grudnia 1963 r. zaczyna od uwagi, że pewien nowojorski przyjaciel Arendt i jej męża Heinricha Blüchera poinformował go, że pojęcie banalności zła pochodzi od Heinricha, który teraz robi sobie wyrzuty: żona musi wypić to piwo, którego jej nawarzył („Briefwechsel…”. Dalej Jaspers pisze: „Pomysł jest świetny i jako tytuł książki trafny. Mianowicie: to oto zło jest banalne, a nie zło”).

Wpływu Blüchera na Arendt i jego intelektualnego znaczenia dla tej filozofki politycznej nie należy bagatelizować i są to sprawy wymagające jeszcze zbadania. Ale już dziś można wyśledzić oddziaływanie jego myśli, jak również wagę jego osoby w jej dziele; przede wszystkim tam, gdzie forma narracji i treść interpretacji mocno odbiegają od zwykłego trybu Arendtowego przedstawiania spraw, i gdzie rzucają się w oczy systematyczne pęknięcia.

Najwyraźniej widać ten wpływ w trzeciej części jej „Korzeni totalitaryzmu”, i jest on tam najbardziej doniosły, jeśli chodzi o systematykę jej dzieła. Sama Arendt zresztą wskazała, jak wiele zawdzięcza rozmowom z mężem związanym właśnie z tą częścią. Ale wpływ ten nie mógł polegać tylko na rozmowach. W grę wchodzą tutaj biografia Blüchera [był komunistą] i jego polityczne doświadczenie – to one raczej głęboko ingerują w strukturę dzieła i znacząco wpływają na fundamentalne twierdzenia naszej filozofki politycznej na temat władzy totalitarnej.

W swoim artykule „Metody nauk społecznych i studium obozów koncentracyjnych” („Social Science Techniques and the Study of Concentration Camps”, w: „Jewish Social Studies” 12, 1950) Arendt opierała się jeszcze na rozróżnieniu między obozami koncentracyjnymi i obozami zagłady, gdy tymczasem w „Korzeniach…” ta różnica ulega zatarciu, aż po jej systematyczny brak. Jakkolwiek mogły w szczegółach przebiegać rozmowy w domu Blücherów tyczące się kwestii narodowego socjalizmu i stalinizmu, perspektywa niemieckiego ekskomunisty czy też wprowadzany przezeń dyskurs renegata mogły mieć inny kierunek niż w przypadku niemieckiej Żydówki nastrojonej w sferze ideologicznej w najlepszym razie agnostycznie, wychowanej w rodzinie o korzeniach socjaldemokratycznych.

Kiedy mianowicie śledzi się tok wywodów owej trzeciej części „Korzeni…”, wszędzie widać, jak konceptualizacja i systematyzacja cech wspólnych nazizmu i systemu sowieckiego odpowiadają takiemu typowi realnemu, który przeważnie nosi cechy stalinizmu. Jego ważność dla obu systemów władzy jest w każdym razie tak samo ograniczona. Ale bo też rzeczywistość nazistowska była dla etnicznych Niemców mniej totalitarna niż rzeczywistość stalinizmu dla ludzi w ZSRR. Natomiast czysta eksterminacja ludzi pod rządami nazistów odróżniała się jakościowo od sowieckiego systemu łagrów.

Ślady tego wpływu na książkę o Eichmannie są w każdym razie wyraźne. Już stosunek Blüchera do Żydów jako Żydów nie był wolny od resentymentu. Co się tyczy wypowiedzi męża na temat jej pochodzenia, Arendt zwykle była bardzo powściągliwa, ale w jednym z listów do Jaspersa nadmienia, że jego, Blüchera, „mniemanie o narodzie żydowskim nie zawsze jest takie, jakiego należałoby sobie życzyć” („Briefwechsel…”).

Również wpływ Jaspersa na „rzecz o banalności zła” łatwo dostrzec. Wyjaśnienia i interpretacje Arendt w kwestii prawa i moralności, związane z narodowosocjalistycznymi masowymi zbrodniami, można tłumaczyć powściągliwymi uwagami tego jej nauczyciela. To właśnie on w ich korespondencji, wbrew jej oporowi, przeciwstawiając się jej argumentom, stale utrzymywał, że Izrael wciąż może trzymać Eichmanna w areszcie, ale w końcu może go też przekazać jakiejś – o ile to możliwe – instancji ludzkości. Koniec końców to, co zrobił Eichmann, uczynił nie tylko Żydom, „lecz w istocie ludzkości”. Stracenie go z wyroku Izraela „poniekąd bagatelizowałoby” działania Eichmanna „w świadomość ludzi” (tamże).

Wewnątrzżydowskim animozjom przechowywanym przez Arendt Jaspers wtóruje bez zahamowań. Kiedy ona wygłasza hymn pochwalny na cześć pochodzącego z Niemiec sędziego, a o Żydach wschodnich wyraża się z pełną resentymentu niechęcią, mając na celowniku głównie prokuratora Hausnera, w którym widzi „typowego Żyda galicyjskiego”, „jednego z tych, co to nie umieją mówić w żadnym języku. Mowa sztuczna, hiperlegalistyczna, pełna grubych niezręczności, przerywana przez emocje” – on reaguje natychmiast: „To przygnębiające. Miejmy nadzieję, że ci trzej niemieccy Żydzi pokierują sprawą”.

Ta i wiele innych oznak specyficznie kulturowych idiosynkrazji i resentymentów nie osłabia w najmniejszym stopniu intelektualizmu Arendt, jej lotności umysłu, imponującej władzy sądzenia. Niemniej jednak mocno dziwi i pod niejednym względem sprawia wrażenie oportunizmu to, jak w swoich listach przenosi na rzeczywistość żydowską wzorce językowe wyraźnie wzięte z dyskursu niemieckiego po narodowym socjalizmie. Chcąc wyjaśnić, dlaczego jej tezy o Eichmannie i zachowaniu Żydów w czasie Holokaustu wywołały taką falę oburzenia w żydowskiej sferze publicznej, pisze, że wszędzie jeszcze, „a przede wszystkim w Izraelu, byli członkowie rad żydowskich zajmują wysokie i najwyższe stanowiska” (tamże).

To, że pasowały jej do koncepcji tezy izraelskich prawicowców o Kastnerze, można jeszcze zrozumieć. Jednakże uwagami takimi jak ta, że premier Ben Gurion porwał Eichmanna tylko dlatego, że „kończyły się wypłaty odszkodowań dla Izraela i chciało się wywrzeć nową presję na Niemcy, na dalsze wypłaty” (tamże), nawiązała do nastrojów w Niemczech, co raczej nie licowało z biografią autorki wspomnianego fragmentu pt. „Dylematy praw człowieka”.

„Jeśli każdy jest winny, to nikt nie jest winny”

Sprawozdanie Arendt z procesu przeciwko Eichmannowi jest ważnym dokumentem żydowskiej samorefleksji na temat Auschwitz. A przy tym dokumentem naznaczonym głęboką ambiwalencją. Opis osoby i funkcji Eichmanna w procesie zagłady europejskich Żydów daje asumpt do ukazania całego kosmosu żydowskiego samorozumienia, rozdartego między uniwersalistycznym horyzontem ludzkości i partykularnymi wyrazami sprzeciwu – samorozumienia, które katastrofa potwierdziła i wzmocniła.

polecił: Leon Rozenbaum
Wiążące się z tym pytania wciąż powracają: czy Żydzi stali się ofiarami nazistów jako Żydzi, czy jako ludzie? Czy zbrodnia masowej zagłady była zbrodnią przeciwko narodowi żydowskiemu, czy przeciwko ludzkości jako takiej? Czy egzystencjalne rozróżnienie między sprawcami i ofiarami uległo zatarciu przez postępowanie nazistów, w ten sposób, że przyjęte moralne i kryminologiczne cechy odróżniające tracą tu zastosowanie?

W konfrontacji z tymi, którzy brali dosłownie jej uniwersalizm i opierali się przy tym na jej książce o Eichmannie, Arendt cofnęła się odruchowo do „argumentum ad nationem” – tj. na stanowisko partykularnego zobowiązania przez narracje. Tę postawę widać w jej korespondencji z Hansem Magnusem Enzensbergerem z 1964 r. Wtedy ukazała się jego brechtowska z ducha książka o „Polityce i zbrodni” i zależało mu na tym, żeby zrecenzowała ją w czasopiśmie „Merkur” autorka tak ceniona jak Hannah Arendt. Odmówiła. Za to właśnie tam opublikowano wymianę listów między nimi w tej sprawie („Merkur”, kwiecień 1965).

Zgorszyło ją zwłaszcza jedno zdanie Enzensbergera, które miało się stać charakterystyczne dla postawy całej generacji wobec narodowosocjalistycznej przeszłości – mianowicie to: „Faszyzm jest straszny nie dlatego, że praktykowali go Niemcy, lecz dlatego, że możliwy jest wszędzie”. Odnosząc się do tego, odpisała mu: „Jeśli każdy jest winny, to nikt nie jest winny. Jednostka znowu znika w bałaganie ogólności. A ta ogólność jest jeszcze bardziej problematyczna, gdy wyraża ją Niemiec. Bo wtedy: to nie nasi rodzice, lecz ludzkość spowodowała tę katastrofę. To po prostu nieprawda”.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com