Archive | November 2021

“Żydowscy talibowie” oskarżeni o molestowanie dzieci szukają azylu w Iranie

Członkowie sekty Lev Tahor w mieście Gwatemala, 2016 r. (Fot. JOHAN ORDONEZ / AFP/East News)


“Żydowscy talibowie” oskarżeni o molestowanie dzieci szukają azylu w Iranie

Robert Stefanicki


Fundamentaliści z sekty Lev Tahor od lat tułają się po świecie, uciekając przed – jak przekonują – “prześladowaniami religijnymi”. Ich przywódca stanął właśnie przed sądem w USA za porwanie.
.

Według źródeł Żydowskiej Agencji Telegraficznej (JTA) w ostatnich dniach około 70 członków sekty przemierzyło pół świata. Uciekając z Gwatemali, polecieli do irackiego Kurdystanu, skąd zamierzali się dostać do Iranu. Kurdowie zatrzymali ich i deportowali do Turcji. A Turcja wydaliła do Rumunii, gdzie, jak się zdaje, mieli międzylądowanie w drodze na Bliski Wschód. Inni zostali podobno zatrzymani w Gwatemali.

Nie jest jasne, dlaczego Rumunia zgodziła się ich przyjąć. Ani czy Iran był gotów udzielić im schronienia, o co przywódcy sekty – obywatele Izraela – prosili już w 2018 r.

Perspektywa przejścia Izraelczyków do najbardziej wrogiego Izraelowi kraju wywołała tam obawy, że zostaną przez władze Republiki Islamskiej wykorzystani jako zakładnicy. Jak Gilad Szalit, izraelski żołnierz, który był zakładnikiem Hamasu w Gazie przez ponad pięć lat, dopóki Izrael nie zgodził się wymienić go na ponad tysiąc palestyńskich więźniów.

Wszystkie skąpe informacje o tułaczce Lev Tahor pochodzą od anonimowych działaczy, którzy monitorują ruchy członków sekty, próbując pomóc im wywikłać się z sideł. Według JTA do informatorów należą „uciekinierzy z sekty, skłóceni krewni oraz chasydzcy biznesmeni zaniepokojeni zarzutami o wykorzystywanie dzieci”.

40 lat Lev Tahor

Założony ponad 40 lat temu w Izraelu Lev Tahor nakazuje przestrzegać ekstremalnej wersji koszerności i wymaga, aby kobiety były zakrywane od stóp do głów – jak w Afganistanie talibów, z tą różnicą, że strój ma być nie niebieski, lecz czarny. Dzieci płci żeńskiej są podobno wydawane za starszych mężczyzn.

Obecnie sekta liczy około 100 dorosłych członków, z których wielu urodziło się w sekcie, oraz 150 nieletnich. Uważa się, że sporo z nich to obywatele Izraela. Jednak Izrael nie jest zainteresowany sprowadzeniem do siebie kolejnych fanatyków nienawidzących syjonizmu i kwestionujących legalność istnienia państwa żydowskiego.

Sąd w Jerozolimie w 2020 r. wydał nakaz aresztowania jednego z członków grupy Elazara Rumplera za ciężkie pobicie pasem i kijem dziewięciolatka, którego podejrzewał o kradzież – w Kanadzie, gdzie był dyrektorem szkoły. Lecz kiedy Rumpler zaraz potem wyjechał z Izraela do Gwatemali (dokąd sekta przeniosła się z Kanady w 2014 r., uciekając przed dochodzeniami w sprawie molestowania dzieci), nie wydano za nim międzynarodowego listu gończego. Uważa się, że aktualnie Rumpler może być w Meksyku.

Lev Tahor ma na karku prześladowców, którzy opłacają prywatnych detektywów do śledzenia sekty, a także lobbują organy ścigania i dyplomatów na całym świecie, by nie ignorowali podejrzeń o krzywdzenie dzieci. Dopadli już Nachmana Helbransa – przywódcę sekty, który przejął w niej stery przed czterema laty, po śmierci swojego ojca, założyciela grupy.

Proces przywódcy Lev Tahor

W sądzie federalnym w White Plains w stanie Nowy Jork rozpoczął się proces 36-letniego Helbransa i ośmiu jego domniemanych wspólników. Zarzuca się im porwanie w 2018 r. dwojga dzieci: 14-letniej Yante Teller i 12-letniego Chaima Tellera. Dzieci zostały odebrane matce w USA i przewiezione do Meksyku. Tam trzy tygodnie później odnalazła je meksykańska policja. Jeden z aresztowanych wówczas mężczyzn, 20-latek, jest uważany za męża porwanej 14-latki.

W rozmowie z izraelskimi mediami rzeczniczka grupy ścigającej Lev Tahor, adwokatka Shany Aaronson, która kieruje izraelską organizacją zajmującą się zwalczaniem wykorzystywania seksualnego, zapowiedziała, że walka jeszcze się nie skończyła.

– Te dzieci cierpią. One nie rozumieją w pełni, co się dzieje. Przeciąga się ich z jednego kraju do drugiego. Są na wpół wygłodzone, pozbawiane snu i całkowicie zależne od przywódców sekty, którzy trzymają ich paszporty – powiedziała Aaronson.

– Wszyscy oni są przekonani, że się ich prześladuje – dodała. – Tymczasem my chcemy tylko ścigać sprawców, którzy przez tyle lat tak wielu ludzi z tej społeczności wykorzystywali seksualnie, fizycznie i finansowo, duchowo i psychicznie.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Israel Suggests US Open Consulate for Palestinians in West Bank, Not Jerusalem

Israel Suggests US Open Consulate for Palestinians in West Bank, Not Jerusalem

Reuters and Algemeiner Staff


Israeli Prime Minister Naftali Bennett reacts during a news conference with Foreign Minister Yair Lapid at the Government Press Office (GPO) in Jerusalem, November 6, 2021. Ohad Zwigenberg/Pool via REUTERS

Israel stepped up its public opposition on Saturday to a plan by President Joe Biden’s administration to reopen a US consulate for Palestinians in Jerusalem, suggesting such a mission should be in the West Bank.

Under former President Donald Trump, Washington closed the Jerusalem consulate and placed its staff within the US Embassy to Israel that was moved to Jerusalem from Tel Aviv in 2018.

Palestinians want East Jerusalem as the capital of a future state and saw the embassy move as undermining that aspiration. Israel considers Jerusalem its indivisible capital.

Seeking to repair ties with Palestinians, the Biden administration has said it would reopen the consulate, although it has not given a date.

“My position, and it was presented to the Americans … is that there is no place for a US consulate which serves the Palestinians in Jerusalem. We are voicing our opinion consistently, quietly, without drama,” Prime Minister Naftali Bennett told reporters.

Foreign Minister Yair Lapid, speaking next to Bennett, proposed reopening the consulate in the de facto seat of Palestinian government in Ramallah, in the West Bank.

“If they (the United States) want to open a consulate in Ramallah, we have no problem with that,” he said.

In Ramallah, the spokesman for Palestinian President Mahmoud Abbas rejected Lapid’s comments.

“We will only accept a US consulate in Jerusalem, the capital of the Palestinian state. That was what the US administration had announced and had committed itself to doing,” Nabil Abu Rudeineh told Reuters.

Spokespeople for the US Embassy did not immediately comment.

US Secretary of State Antony Blinken said last month that Washington would “be moving forward with the process of opening a consulate as part of deepening of those ties with the Palestinians,” although one of his senior staff also said Israel’s rejection of the plan was an obstacle.

“My understanding (is) that we need the consent of the host government to open any diplomatic facility,” Deputy Secretary of State for Management and Resources Brian McKeon said during a US Senate hearing when queried on the consulate standoff.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


News From Israel- November 07, 2021

News From Israel- November 07, 2021

ILTV Israel News


Iran pressing harder on its neighbors – the Ayatollah Regime accused (among other things), of attempting to assassinate the Prime Minister of Iraq.
–
Jerusalem tells the White House to look further east if it wants to open a new P.A Consulate.
–
An Israeli team literally filtering carbon right from the atmosphere using balloons.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Porażka Mieczysława Rakowskiego to przestroga dla centrystów, którzy wpadli w pośrodkizm

Gen. Wojciech Jaruzelski i Mieczysław Rakowski podczas Konferencji Delegatów PZPR w czerwcu 1989 r (Lozynski/REPORTER / LESZEK LOZYNSKI/REPORTER)


Porażka Mieczysława Rakowskiego to przestroga dla centrystów, którzy wpadli w pośrodkizm

Marek Beylin


Mieczysław Rakowski uważał, że najlepiej nadaje się do roli modernizatora dyktatury, ale nie wykorzystał swojej szansy. Może dlatego, że nigdy nie uwierzył w oddolną siłę społeczeństwa, a jedynie w siłę władzy i elit.

.

Przez blisko trzy dekady Mieczysław F. Rakowski był na ustach wszystkich. Stał się politycznym celebrytą PRL. Bardziej szanowanym niż krytykowanym, gdy w latach 60. i 70. szefował „Polityce”, tygodnikowi formacyjnemu dla sporej części inteligencji. I bardziej znienawidzonym niż aprobowanym, gdy jako wicepremier konfrontował się z „Solidarnością” w 1981 r., a potem w roli premiera był jedną z czołowych postaci stanu wojennego.

Rakowski dzielił los systemu komunistycznego od czasów jego triumfów aż po upadek w 1989 r. I przez cały ten czas ściśle do niego przylegał, choć wybijał się ponad szarzyznę PRL-owskich działaczy i często przydawał prostackiej dyktaturze partii bardziej oświeconej twarzy.

Łotry, durnie, prymitywy

Świetnie o tych przyległościach i nie przyległościach Rakowskiego do systemu opowiada książka Michała Przeperskiego. Bo wraz z biografią MFR daje nam wgląd w kulisy polityczne na szczytach władzy w PRL. A było to towarzystwo spod ciemnej gwiazdy, o czym zresztą sam Rakowski pisał w swych „Dziennikach”. Łotry, durnie, prymitywy, tępaki – sypał o nich jak z rękawa w zapiskach. Ale ta, jak się zdaje, realistyczna ocena koleżeństwa na szczytach, do którego przez długie lata aspirował, by wreszcie znaleźć się w nim pod koniec kariery, nie przeszkadzała mu przeżywać cyklicznych fascynacji kolejnymi władcami Polski.

W latach 50. i 60. wierzył we Władysława Gomułkę jako stabilizatora systemu i zakończył ten afektywny związek wraz z Marcem ’68 i antysemicką polityką partii. Potem uwierzył w modernizatora Edwarda Gierka aż do kryzysu w połowie lat 70. Wreszcie za „Solidarności” i po niej wspierał Stanisława Kanię i zwłaszcza Wojciecha Jaruzelskiego, zarówno w twardej, represywnej polityce, jak i jej luzowaniu.

Rakowski wiązał się więc z tymi przywódcami, którzy, jak sądził, są w stanie zmodernizować system, by co rusz nie chwiały nim kryzysy gospodarcze i polityczne. Chciał mniej represji i więcej merytokracji. I był też przekonany, że sam najlepiej nadaje się do roli takiego modernizatora dyktatury. Toteż od tych przywódców, których wspierał, żądał, by zadbali o jego awans na szczyty partyjnej hierarchii.

11 grudnia 2001. Wojciech Jaruzelski i Mieczysław Rakowski na wystawie ''Stan wojenny dwadzieścia lat później''11 grudnia 2001. Wojciech Jaruzelski i Mieczysław Rakowski na wystawie ”Stan wojenny dwadzieścia lat później” Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Tyle że w tej kwestii, jak i w sprawie modernizacji systemu spotykały go głównie rozczarowania. Bo aparat partii, na ogół twardogłowy, uważał go za „liberała” i niepewnego inteligenta. Dopóki PRL była w miarę stabilna, Rakowski nie miał szans na wymarzoną karierę.

Pozostawał, o czym przekonują jego „Dzienniki”, w stanie ustawicznej męki i niedosytu. Trzeba było wielkiej rozpierduchy partii za „Solidarności” i w stanie wojennym, by jego marzenia się ziściły.

Ale gdy zostawał premierem w latach 80., system, czego niemal nikt wtedy nie widział, już tylko bronił się przed upadkiem. A gdy po Okrągłym Stole zastąpił Jaruzelskiego na stanowisku I sekretarza PZPR, ta jego partia, o czym wiedzieli wtedy niemal wszyscy poza nim, była już martwa. Toteż zamiast współtworzenia polskiej polityki, przyszło mu wyprowadzić z niej sztandar PZPR i siebie wraz z nim. W 1990 r. w miejsce umarłej partii powstała nowoczesna socjaldemokracja, budowana przez młodsze pokolenia, jak Leszek Miller czy Aleksander Kwaśniewski. Rakowski odgrywał w niej rolę jedynie niezbyt słuchanego doradcy.

Drugorzędny ślad w historii

Właściwie to dziwne. Wszak MFR był inteligentniejszy, lepiej wykształcony i bardziej obyty ze światem niż inni ważni politycy PZPR. Teoretycznie świetnie się nadawał do funkcjonowania w nowej demokratycznej rzeczywistości. Dlaczego więc choć tak mocno odciskał się na codziennym życiu w PRL, pozostawił po sobie zaledwie drugorzędny ślad w historii? Gdy myślę o historycznych dokonaniach ludzi z komunistycznego aparatu na przełomie lat 80. i 90., przesuwa mi się w pamięci szereg postaci, ale nie Rakowski.

W tym gronie zasłużonych jest niewątpliwie Jaruzelski, bez którego nie byłoby Okrągłego Stołu ani pokojowej zmiany systemu. Jest Kwaśniewski, który zresztą nigdy nie był komunistą, więc w nowych czasach czuł się jak ryba w wodzie i nadał formacji postkomunistycznej oblicze nowoczesnej socjaldemokracji. Jest Miller, który jako zaufany człowiek dogmatycznego aparatu PZPR ciężko harował, by to niezbyt obiecujące towarzystwo uczynić z powodzeniem lojalnym wobec III RP. Jest choćby Włodzimierz Cimoszewicz, jeszcze na samym początku lat 90. twardy aparatczyk, jak się zdawało, niechętny nowym czasom, który później stał się ważnym strażnikiem demokratycznych reguł swej partii i polityki w ogóle. Każdy z nich i jeszcze wielu innych przekroczyli swą dotychczasową wyobraźnię, przekonania i mentalne nawyki.

A przecież Rakowski nie był gorzej wyposażony na nowe czasy niż ci politycy. Przeciwnie, nie miał na sumieniu udziału w antysemickich czystkach w 1968 r., jak Jaruzelski w wojsku. Lepiej niż Miller na początku kariery pojmował świat poza partią. Nie mniej błyskotliwy niż Kwaśniewski dysponował większym doświadczeniem w polityce i życiu publicznym. Na czym więc polega ta nieszczęsna zagadka Rakowskiego?

Ostatni zjazd PZPR. Mieczysław Rakowski i Leszek Miller, 27 stycznia 1990 r.Ostatni zjazd PZPR. Mieczysław Rakowski i Leszek Miller, 27 stycznia 1990 r. Fot. Krzysztof Miller/Agencja Gazeta

Nie wystarczy powiedzieć: był tak nadambitny, że jego ambicje wyradzały się w resentyment, trwałą urazę wobec tego, co blokowało jego wielkie zamiary. A tak właśnie traktował „Solidarność” i opozycyjnych intelektualistów oraz działaczy, tworzących potem trzon elit politycznych III RP. Nie wystarczy też zdać sobie sprawę z jego egocentrycznej małostkowości nakazującej mu skupianie się na własnych krzywdach, co ograniczało jego skłonność do dialogu. Ani zwrócić uwagę na autorytarny charakter, nastawiony bardziej na uwodzenie ludzi do posłuszeństwa niż wsłuchiwanie się w ich racje. Bo wszystkie te cechy występują wśród demokratycznych polityków i choć odbierają samej demokracji część siły i walorów, to jednak pozwalają jakoś funkcjonować tak im, jak całemu systemowi.

Mieczysław Rakowski. Gładki i sprężysty

Szczęśliwie Przeperski obok opowieści o tym, jakim Rakowski był człowiekiem, daje również arcyciekawe tropy systemowe, wykraczające poza PRL, które tłumaczą, dlaczego zaistniał w historii grubo poniżej tego, co uważał, że mu się należy? Dlaczego poniósł tę porażkę?

Te tropy rysują się coraz wyraźniej wraz z rozwojem jego kariery. Pochodził ze wsi wielkopolskiej i dorastał podczas okupacji. Niemcy zabili jego ojca, rolnika i działacza należącego do miejscowej elity, co wzbudziło jego długotrwałą awersję do nich. Toteż Armię Czerwoną witał jako wyzwolicielkę i jako młodzieniec przystąpił do nowego ustroju. Drogę komunisty rozpoczął w wojsku, w pionie politycznym. I choć niewykształcony, musiał wykazywać się intelektualnymi talentami, skoro partia postawiła na jego edukację. A zakończył ją w elitarnym Instytucie Kształcenia Kadr Naukowych, kuźni „janczarów” stalinizmu, z którego wyszło jednak wielu późniejszych buntowników. Akurat Rakowski pozostał wierny partii, pracował w Komitecie Centralnym i był „gładki, bardzo sprężysty, jeśli chodzi o wykonywanie poleceń” – notował jego przełożony. W IKKN Rakowski otarł się o intelektualne środowisko, które wkrótce wyznaczy drogi kontestacji PRL. I przez lata mimo narastających różnic i konfliktów czuł się częścią tyleż partii, co owego towarzystwa. A za sprawą małżeństwa z Wandą Wiłkomirską, robiącą karierę skrzypaczką, wszedł też w kręgi artystyczne.

Mieczysław Rakowski, naczelny tygodnika 'Polityka', w latach 60. z żoną, wybitną skrzypaczką Wandą WiłkomirskąMieczysław Rakowski, naczelny tygodnika ‘Polityka’, w latach 60. z żoną, wybitną skrzypaczką Wandą Wiłkomirską FOT. ARTUR STAREWICZ

Te sprzeczne lojalności przyczyniły się do tego, że w Październiku ’56, gdy wybuchła destalinizacja, Rakowski był rozdarty. Nie aprobował represji, ale daleko było mu też do zbiorowych nadziei na „demokratyczny socjalizm”. W geście solidarności oddał krew na Węgry po brutalnej interwencji sowieckiej, lecz nie wyszedł poza wyobrażenia o pożądanej demokratyzacji w ramach absolutyzmu. Na tę jego powściągliwość wpłynęły zarówno oddanie partii, jak i obawa przed najazdem ZSRR. W efekcie Rakowski uformował się jako „centrowiec”, zwolennik autorytarnej oświeconej modernizacji systemu.

Jednak zdumiewa, jak bardzo był ślepy na demokrację. Wszak jeździł na Zachód, utrzymywał zwłaszcza więzi z niemiecką lewicą, przezwyciężył więc antyniemiecki uraz. Ale w tych podróżach fascynowały go przede wszystkim konsumpcja i sprawność gospodarcza. Wolności i prawa obywatelskie pozostawały poza jego horyzontem.

Za i przeciw półfaszystom

Rakowski przyszedł w 1957 r. do „Polityki”, nowego tygodnika mającego dyscyplinować październikowy ferwor, i wkrótce został jej szefem. Słusznie Przeperski i inni obserwatorzy tamtych czasów uważają „Politykę” za jego największe osiągnięcie. Było to bowiem pismo wyjątkowe, jak na to, że działało w znormalizowanym socjalizmie i pod ścisłym nadzorem partii. Rakowski skupił w redakcji grono znakomitych reporterów i publicystów, tworząc enklawę względnej wolności i, co ważniejsze, przyzwoitości. Toteż „Polityka” ustawicznie i pośród konfliktów z partią testowała, co można napisać. I zgodnie z doktryną Rakowskiego o autorytarnej modernizacji oraz ustrojowym wymogiem limitowanej debaty publikowano w tym piśmie teksty o tępej centralizacji, dogmatyzmie aparatu, marginalizowaniu ludzi kompetentnych, nędzy polskiej prowincji, o zbliżających się – zwłaszcza za Gierka – kryzysach ekonomicznych. Tygodnik podstawiał partii lustro, w którym mogła zobaczyć swe złe cechy. Zdaniem aparatu była to działalność wroga, a Służba Bezpieczeństwa i towarzysze radzieccy knuli przeciw Rakowskiemu rozmaite groźne intrygi.

Trzeba oddać MFR tę zasługę: mimo takich gróźb nie zrezygnował ze swej linii. Czego najlepszym dowodem było to, że nie pozwolił, by „Polityka” wzięła udział w antysemickiej nagonce w 1968 r. Do historii prasy przeszedł tytuł polemiki – zatrzymanej przez cenzurę – Dariusza Fikusa z marcowym nożownikiem Tadeuszem Kurem: „Kur wie lepiej”. Wszystkie inne pisma ugięły się przed rozkazem partii.

Choć zarazem Rakowski zgodził się na potępienie buntu studenckiego w Marcu ’68. Tak uwidaczniała się dwoistość jego „centrowej” postawy, którą sam się chlubił.

Antysemityzm uważał za odrażające pokłosie faszyzmów (nigdy nie doszedł do wniosku, że stanowi on, przynajmniej od czasów Stalina, naturalne wyposażenie komunizmu). Wolałby żyć w kraju, w którym przeciwników politycznych nie sadza się do więzień. Jednak publiczne przejawy opozycyjności uważał za wrogie i szkodliwe działania.

Ta „centrowa” postawa znaczyła też, że, jak pisze Przeperski, w sumie „Rakowski konsekwentnie przystosowywał się do nowych warunków”. Wkrótce po Marcu ’68 flirtował choćby ze splamionymi antysemityzmem decydentami, współpracownikami głównego pogromowca Mieczysława Moczara, których wcześniej oceniał jako kanalie i „półfaszystów”. Taki był wymóg i koszt dbania o własną pozycję w partii.

Centrysta i koniunktury

„Centrum w praktyce zmuszone jest więc nie tylko brać pod uwagę problemy, jakie stawiają kierunki skrajne, ale w rozwiązywaniu ich liczyć się z materialną siłą tych kierunków i dla zabezpieczenia sobie spokojnego działania spełniać chociażby niektóre postulaty przez te kierunki wysunięte. Jeśli w konkretnej sytuacji prawica jest silniejsza i lepiej zorganizowana, centrum grozi przejście na prawo. Polityka centrum jest polityką oscylacji i kompromisu, każdy kompromis posiada jednakże pewne granice, poza którymi przestaje być kompromisem, a staje się ustępstwem. Polityka centrum jest więc potencjalną polityką ustępstw. (…) Politykę kompromisu centrum lubi określać jako politykę zdrowego rozsądku. Jednakże zdrowy rozsądek może się dość łatwo zamienić w chory rozsądek, wtedy gdy w imię zdrowego rozsądku idzie się na kompromisy takie, które w efekcie bynajmniej nie dają zdroworozsądkowych rezultatów” – pisał w latach 60. Paweł Beylin, mój ojciec, w tekście nigdy nieopublikowanym w PRL (ukazał się w 1975 r. w emigracyjnym „Aneksie”). I jak sądzę, odnosił się również do postawy Rakowskiego. Tak z grubsza jego centrowość postrzegali rewizjoniści sprzeciwiający się zamordyzmowi PRL. Trafnie. Bo wraz z zaostrzaniem się konfliktów politycznych za „Solidarności” Rakowski przesuwał się na coraz twardsze pozycje.

1 września 1989 r. 50. rocznica wybuchu drugiej wojny światowej. W uroczystościach na Westerplatte wzięli udział: (od lewej) marszałek Senatu Andrzej Stelmachowski, Lech Wałęsa, prezydent Wojciech Jaruzelski, premier Tadeusz Mazowiecki, Mieczysław Rakowski, Roman Malinowski, Jerzy Jóźwiak1 września 1989 r. 50. rocznica wybuchu drugiej wojny światowej. W uroczystościach na Westerplatte wzięli udział: (od lewej) marszałek Senatu Andrzej Stelmachowski, Lech Wałęsa, prezydent Wojciech Jaruzelski, premier Tadeusz Mazowiecki, Mieczysław Rakowski, Roman Malinowski, Jerzy Jóźwiak TOMASZ WIERZEJSKI

Jeszcze na początku 1981 r. opublikował tekst „Szanować partnera”, krytykę aparatu partyjnego traktującego „S” jedynie jako piekielnego wroga. Sądził bowiem, że wskutek nieudolności ekipy Gierka taki bunt społeczny musiał nadejść, i miał nadzieję, że uda się go poddać nadzorowi partii. „Niezależny ruch związkowy powinien przekształcać rzeczywistość, ale w ramach ograniczonych z góry” – pisze o jego postawie Przeperski. Rakowski łudził się więc, że można utrzymać w partyjnych ryzach spontaniczny wybuch wolności. Jak sądzę, widział w „S” powtórkę Października ’56: ludzie poszaleją, a potem da się ich znów ułożyć do już poprawionego systemu. Czyli nie zauważył skali zmian społecznych w ostatnich latach, przyrostu gniewu i rozczarowania systemem, choć przecież jego „Polityka” dość uczciwie opisywała te zjawiska.

Bo Rakowski nigdy nie uwierzył w oddolną siłę społeczeństwa; wierzył głównie w siłę władzy i elit.

Dziwił się, że część jego redakcji zapragnęła wolności wbrew niemu i jedynie za nielojalność uznał protestacyjne odejście części zespołu po wprowadzeniu stanu wojennego. Gdy w lutym 1981 r. został wicepremierem, sprzeciwiał się wprawdzie siłowym rozwiązaniom i postawił na negocjacje z „Solidarnością”, lecz coraz bardziej skłaniał się ku tezie, kultywowanej też przez aparat partii, że winę za radykalizację konfliktów ponoszą przede wszystkim awanturnicze elity związkowe, z Lechem Wałęsą na czele. I traktował je jak wyłącznie twardych przeciwników, a nie partnerów do szanowania. Dodam: z pełną wzajemnością.

Złudzenia i resentyment

Już jako premier od 1988 r. w Polsce pogrążonej w kryzysie gospodarczym, gdy kiełkowały rozmowy władzy z „S”, Rakowski chciał pójść własną drogą, obchodząc ten zaczyn Okrągłego Stołu. Pragnął rynku bez demokracji, pod przywództwem partii (czyli również Rakowskiego). To były zamiary wyzute z realizmu, choć podobne koncepcje rodziły się wówczas na liberalnych obrzeżach opozycji. Rakowski popierał Okrągły Stół, tak jak wcześniej uważał za korzystną amnestię dla więźniów politycznych, ale wydawało mu się, że potrafi zbudować wobec tych negocjacji alternatywę, przydając nowej siły upadającej partii.

Na tę jego wiarę wpływał antysolidarnościowy resentyment, który spektakularnie doszedł do głosu, gdy jesienią 1988 r. rozpoczął likwidację Stoczni Gdańskiej. Bo była to kolebka „S”, a w dodatku w 1983 r., gdy przyjechał do niej na spotkanie z robotnikami, dostał wciry tak od załogi, jak i od Wałęsy. Decyzja o likwidacji Stoczni kłóciła się z elementarną wyobraźnią polityczną, mogła zrujnować przygotowania do Okrągłego Stołu.

Mieczysław RakowskiMieczysław Rakowski Fot. Piotr Bernaś / AG

W III RP Rakowski, polityczny emeryt, nigdy w gruncie nie ewoluował. Bronił swojej dawnej linii i projektów autorytarnej modernizacji. Nie doceniał sprawczej siły demokracji i wolności. Zatrzymał się więc w przeszłości, z której jego partyjni towarzysze potrafili się uwolnić. On nie.

Największymi osiągnięciami Rakowskiego są „Polityka” i dziesięć tomów „Dzienników politycznych”, unikalny zapis mentalności i działań elit rządzących PRL.

Poradnik dla centrysty

Z czego bierze się kilka prostych przestróg dla nas, współczesnych. W tym dla demokratycznego centrum. Bo pewne niebezpieczeństwa centrowych postaw występują zarówno w dyktaturach, jak i demokracjach.

1. Jeśli „centrowiec” poprzestaje na pozycjonowaniu się wobec sytuacji i nie buduje, ryzykując, zmian społecznych, staje się niewolnikiem zewnętrznych koniunktur, które definiują, gdzie w danej chwili mieści się centrum.

2. Nawet najsprawniejsze gry gabinetowe nie uchronią czyjejkolwiek władzy, jeśli nie stowarzyszą się z rozpoznawaniem nastrojów społecznych. Bo o tym, kto ma władzę, a kto ją traci, ostatecznie decyduje zdolność do dialogu i partnerskiego traktowania grup społecznych. Także tych, których aspiracje nie mieszczą się w przyjętej koncepcji właściwego ładu.

3. Właśnie postawy centrowe są najbardziej narażone na bierny „pośrodkizm” w sprawie praw ludzi i mniejszości. Teraz skupiamy się na prawach najważniejszych, a tymi, które definiujemy jako mniej ważne, zajmiemy się później – to częsta mowa centrystów. Jakże przypominająca reguły odgórnej limitowanej modernizacji.


Michał Przeperski
Mieczysław F. Rakowski. Biografia polityczna
IPN 2021

Michał Przeperski, 'Mieczysław F. Rakowski. Biografia polityczna', Instytut Pamięci NarodowejMichał Przeperski, ‘Mieczysław F. Rakowski. Biografia polityczna’, Instytut Pamięci Narodowej materiały prasowe


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Family Matters

Family Matters

LESLIE CAMHI


Gillian Laub, ‘Grandpa helping Grandma out,’ 1999, from ‘Family Matters’ (Aperture, 2021)© GILLIAN LAUB

Gillian Laub’s new book of photos takes an incisive look at her colorful, loving Jewish family, their politics, and the hard questions in between.

Just days before the opening of “Family Matters,” Gillian Laub’s solo exhibition at Manhattan’s International Center for Photography—a multimedia presentation including text messages, voice mail recordings and 20 years’ worth of Laub’s photographs of her wealthy, over-the-top, in-your-face, loving, generous, and exceedingly expressive, suburban Jewish family, whose sudden turn Trumpward, in 2016, rocked her world—I went to visit the photographer in the Tribeca loft that serves as both her studio and the home she shares with her husband, an Israeli writer, and their two young daughters.

On a nearby flat file sat a dozen small, laminated photographic cutouts which Laub’s late grandparents brought back from a trip to New Mexico, where they visited a photo studio and dressed up in Southwestern garb; the elderly Jewish couple, incongruous in cowboy boots, jeans, and bolo ties, smooching and otherwise hamming it up for the camera, appeared uncannily animated.

Hanging on a far wall was a more sober portrait: a classic, black-and-white photograph from the 1930s, showing the pioneering photojournalist Margaret Bourke-White (the first woman photographer on the staff of Life magazine) setting up a shot while perched precariously on a gargoyle jutting from the Chrysler Building, 61 floors above the streets of Manhattan.

Gillian Laub: ‘Family Matters’ (Aperture, 2021)AVAILABLE AT APERTURE.ORG/BOOKS/GILLIAN-LAUB-FAMILY-MATTERS/

I think I know why Laub loves this picture. For decades in her own work, she’s navigated the thinnest of margins, threading her way through religious and racially motivated conflicts and painful political divisions. Her first book, Testimony, focused on individual Jewish and Arab civilians in Israel and the West Bank who had suffered the effects, in their bodies, minds, and hearts, of the Second Intifada’s violence—the maimed survivors of suicide bombings, reprisal attacks by settlers, or random landmines. Countering the constant rattle of sensationalist headlines, Laub’s preternaturally calm portraits, accompanied by the words of survivors, delved deep into Israel’s torn and fraying social fabric, finding common threads of humanity.

Her second book, Southern Rites, began as a magazine assignment in 2002, when a student in Mount Vernon, a small town in south-central Georgia, wrote to editors at Spin to protest her high school’s racially segregated proms, which she and her boyfriend, a biracial couple, had been prevented from attending. After completing that first assignment, Laub returned repeatedly to Mount Vernon, slowly gaining the trust of more students, while also getting her car’s tires slashed and being threatened with further violence. When her photo essay, “A Prom Divided,” was published in The New York Times Magazine in May 2009, it provoked national outrage, and afterward local parents voted to integrate the prom.

Yet two years later, tragedy struck: A 22-year-old African American man, the prom date of a student to whom Laub had become close, was shot and killed by a 62-year-old white man. The documentary Laub directed and co-produced for HBO (also called Southern Rites), begins with the story of the proms but moves on to consider the impact of race on the murder, the trial, and its aftermath. One of Laub’s great gifts as a portraitist is to suspend judgment, to see people in their full human complexity, while at the same time piecing together a damning portrait of a society whose structural racism leaves no one untouched.

“Gillian’s work very much plays into the notion of the ‘Concerned Photographer,’ which was Cornell Capa’s phrase for photographers who are looking, not merely to document the world, but to change it,” says Maya Benton, an independent curator who organized a major touring exhibition of the photographs in Southern Rites and related documentation. (Further stops on the tour, which currently runs through 2024, include Asheville, Atlanta, and Rochester.)

Through these years of forays into alien and contested territories, whenever she returned home, Laub was also busy photographing her large, extended family—relaxing poolside or in gilded living rooms, at Thanksgiving feasts and at brises, in meetings with the planner for her own wedding or grabbing—with perfectly manicured hands—the chubby cheeks of grandchildren. The result is the new exhibit, based on Laub’s profound and endearing new book, also called Family Matters, out this month from Aperture (written with the help of Alana Newhouse, Tablet’s editor).

“My grandfather was the reason I started photographing my family,” Laub says, paging through Family Matters, where Grandpa Irving, wearing zebra-striped swim trunks, with his shoulder-length white hair, gold chains, and classic Jewish paunch, proudly gazes back at us, watering can in hand, from the leafy confines of his beloved backyard garden in Westchester. “People looking at him might think he was vain, but really he had no ego.”

Gillian Laub, ‘Chappaqua backyard,’ 2000, from ‘Family Matters’ (Aperture, 2021) © GILLIAN LAUB

For Laub, photographs were a way of understanding her connection to her family, but also a way of working out her own place in this world of intense “too-muchness,” as she calls it in her book, a world of shiny surfaces and suburban super-abundance.

“When I was in my 20s, I was mortified by it,” she says, recalling her student days at the School of the International Center for Photography, housed until 1999 in a red-brick mansion on East 94th Street. “I thought, I’m not just this privileged Jewish girl from New York, I’m a real artist, and I’m going to work twice as hard to prove that. So in the beginning, photographing my family was also my way of navigating my own identity crisis. And then,” she adds with a smile, “they are just such fantastic subjects, visually.”

Kira Pollock, now the creative director of Vanity Fair, was a photo editor at The New York Times Magazine in 1999 when Laub’s picture of her grandparents and great aunt and uncle, en route to a play or museum exhibition in Manhattan, the women dolled up in furs and jewels, appeared in the magazine’s weekly “What Were They Thinking” column. (“We like the comforts,” her grandmother had explained, when interviewed by the magazine.)

“There was so much love in that picture, such a familiarity, and yet her family were characters, almost caricatures in it,” says Pollock, who over the years has sent Laub to photograph everyone from transgender service people to Hollywood celebrities. “Gillian’s portraits have a realness to them,” she explains, “but the personality of the subject is always somehow heightened—it’s something she manages to draw out of them.”

Absurdist humor, tempered by empathy and a deep strain of melancholy, runs through many of these pictures, which can veer at times perilously close to caricature. I ask Laub if she worries that her photographs might inadvertently reinforce antisemitic stereotypes of wealthy Jews who occupy too much space and airtime.

“It’s my biggest fear,” Laub admits. “But I celebrate these people unabashedly. So if someone is looking at the photographs in a way that is antisemitic, it’s because they are bringing their own prejudices to them. But then I go back and forth, wondering, how do I fit in here? Because I’m one of them, so I guess I’m vulgar, too.”

That “back-and-forth” became particularly acute during the run-up to the 2016 presidential election, when Laub’s parents, sister, and brother-in-law, who had previously always voted for mainstream Democratic and Republican candidates, became enthralled with Donald Trump’s populist rhetoric. Suddenly the bitter, painful divisions that Laub had witnessed and worked to overcome in her work in Israel and the American South were threatening to tear apart her own family.

“The way I get through things is by photographing them, and making work about them,” Laub said. “So I had all this material, but I didn’t know what I would do with it.” Then in January 2017, she was approached by the organizers of Pop-Up Magazine—a live storytelling venue which Laub describes as “like a combination of the Moth and a Ted Talk, but multimedia and on steroids.” The organizers asked if she had any family stories to share. “I said, ‘It’s NOT a good time with my family right now,” Laub recalls. “But they dug and dug.” In June 2017 she travelled with Pop-Up on tour to six different cities, performing the material that she eventually incorporated into her book.

“It was very cathartic for me,” she said. “And it was amazing how many people, all across the country, came up to me afterward and said, the same thing is going on in my family. There was a real community out there of people who were struggling with this [same thing].”

The pandemic intervened, and mortality—a constant theme throughout Laub’s work—took center stage. A touching photograph shows her parents having driven to the Long Island home where Laub and her husband and their two young girls were quarantined on Laub’s birthday—the older couple stand, masked, on the other side of a glass door, holding a birthday cake and balloons. Who does that? Who wouldn’t want these people as family members?

Family love is meant to be unconditional—and yet, how many conditions do we in truth impose upon it, or upon the friends we love, insisting on like-mindedness, on the upkeep of strict borders, on lines that cannot be crossed? What are the unwritten codes and expectations that gird our deepest relations? To put it another way, what are the limits of unconditional love? It’s a mark of just how divisive our society has become that it feels radical even to ask these questions. But maybe, Laub suggests, we should be broader-minded than that.

“Here’s the thing—I don’t agree with my parents,” Laub says. (It should be noted, as well, that in the wake of the Jan. 6 uprising in the Capitol, her parents’ political views have changed.) “I think [their support of Trump was] bonkers. But what I hoped to show with this project is that you can’t just write everyone off. These days you are either among the righteous or the terribly evil ones. Well, people are more complicated than that, there is so much gray in people’s lives, so much in-between.”

Rereading her book, I was struck by how it deals not just with politics, but with the transience of life. “I think I always knew, inherently, that everything changes, and that life is about loss,” Laub said. “That’s why the camera has been such a perfect tool for me, to help me process those realities.”


Leslie Camhi’s first-person essays and writings on art, photography, film, design, fashion, and women’s lives, have appeared in The New York Times, Vogue Magazine, and many other publications. Her translation from the French of Violaine Huisman’s award-winning debut novel, The Book of Mother, was published this month by Scribner. She’s on Twitter @CamhiLeslie and on Instagram @drlesliecamhi.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com