Archive | March 2022

Uchodźców będzie 5 milionów i oni, w przeciwieństwie do Irakijczyków, nie wyjadą do Niemiec

Punkt Zbiorki Darów dla uchodźców z Ukrainy. Poznań MTP, 3 marca 2022 (Fot. Piotr Skórnicki / Agencja Wyborcza.pl)


Uchodźców będzie 5 milionów i oni, w przeciwieństwie do Irakijczyków, nie wyjadą do Niemiec

laus Bachmann


Ukraińcy w Polsce zasilą szeregi partii lewicy i populistycznej prawicy

.

W tydzień przez polskie granice przeszło tylu uchodźców, ilu przez granicę austriacko-niemiecką w miesiąc jesienią 2015 roku. Tym razem nikt nie ostrzegł, że mogą przywlec zaraźliwe choroby, nikt nie odkrył u nich „dewiacji w kierunku zoofilii” i nikt ich nie uważa za terrorystów. Rząd Polski wpuścił wszystkich.

Przez Polskę przetacza się podobna fala entuzjazmu, życzliwości i empatii jak jesienią 2015 przez Niemcy.

Skąd wziąć mieszkania dla 5 milionów

Owo pospolite ruszenie, które się obecnie przetacza przez Polskę, niesamowicie poprawia wizerunek Polski i Polaków na świecie – ale z kilku powodów jest bardzo problematyczne. Jest tak bardzo oddolne, spontaniczne i żywiołowe, że nie da się tego długo podtrzymywać. I przez to jest też mało skuteczne. Samorządy wzywają mieszkańców, aby robili zakupy żywności i środków higienicznych dla ostrzeliwanego Kijowa. Tysiące ludzi rusza wtedy do supermarketów, kupuje po cenach detalicznych, co się da wynieść, zawozi to tysiącami samochodów do punktów zbiórki, gdzie trzeba to ponownie przepakować i ładować na ciężarówki, które potem przez środek miasta jadą do granicy. Gdyby samorządy wzywały do wpłacenia na określone konto, z którego samorząd wtedy kupuje – po cenach hurtowych, ewentualnie nawet z upustem – te same towary w handlu hurtowym, załadował je już odpowiednio zapakowane na ciężarówki w centrach logistycznych poza miastem, Kijów (albo inne ukraińskie miasto) otrzymałoby więcej pomocy w krótszym czasie za te same pieniądze, a darczyńcy mogliby swoje dary nawet odpisać od podatku.

Podobnie wygląda odbieranie uchodźców na granicy: tysiące kierowców zatyka drogi i szuka pasażerów. Już pojawiły się doniesienia o pierwszych napadach na uchodźców, którzy zbyt łatwowiernie wsiadali do samochodów, i organizacje charytatywne wzywają, aby uczciwi kierowcy kazali siebie i swoje prawo jazdy sfotografować pasażerom przed podróżą. Pomijam, że indywidualne odbieranie własnym samochodem jest bardzo sympatyczne, ale o niebo mniej ekonomiczne niż odbieranie uchodźców autokarami.

Zamiast społecznych komitetów pomocy powinien powstać jeden centralny sztab kryzysowy z udziałem przedstawicieli samorządów i organizacji społecznych, który koordynuje całą operację od momentu, kiedy ktoś przekracza granicę, do momentu, kiedy znajduje schronienie.

Na zasadzie „pospolitego ruszenia” można przyjmować kilka tysięcy ludzi, ale nie kilkaset. Polacy są w stanie co drugi dzień jechać do supermarketu i wozić dary do punktów zbiórki – ale czy będą w stanie to robić tygodniami i miesiącami? Wszyscy mają rodziny, pracę i ograniczone zasoby. Innymi słowy: w obliczu takiego kryzysu państwo nie może się ograniczyć do darmowych przejazdów dla Ukraińców i do kierowania ruchem na drogach wokół Przemyśla.

Już w pierwszym tygodniu walk Ukrainę opuściło prawie 900 tysięcy ludzi, większość przez Polskę. UNHCR oraz CIA szacują, że w następnych tygodniach ich liczba wrośnie do 5 milionów. Czy ich też chcemy odbierać indywidualnie i wozić własnymi samochodami po Polsce, aby ich umieścić w prywatnych mieszkaniach? Nie ma co liczyć – jak w 2015 roku – że i tak wszyscy jadą do Niemiec. Uchodźcy zawsze jeżdżą tam, gdzie mają krewnych i znajomych, którzy mogą im pomoc, gdzie jest praca. Bogatsi może wylecą do Kanady i USA, ale ukraińska klasa średnia zostanie w Polsce. Dlatego warto się zastanowić nad czymś, czego każdy polski rząd dotąd uniknął jak ognia: przyznaniem, że Polska jest krajem imigracyjnym i opracowaniem polityki integracyjnej.

Kto tu w ogóle przyjeżdża?

W ostatnich latach debatę publiczną w Polsce cechował podział na tych, którzy traktowali uchodźców i imigrantów jako wyzwanie humanitarne, i na tych, którzy traktowali ich jako potencjalne zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego. Jedni i drudzy zazwyczaj mówią o nich pod jednym kątem tak samo: „oni”, w przeciwieństwie do nas. Traktują więc wszystkich migrantów jako jedną zwartą grupę, choć w przeciwieństwie do nas, którzy mamy własne państwo i możemy podejmować kolektywne decyzje, każdy imigrant może decydować tylko o sobie. Znikają w tym nazewnictwie też różnice między ludźmi. Polacy też nie są wszyscy tacy sami, to dlaczego traktujemy uchodźców, którzy często pochodzą z różnych krajów, jako zwartą grupę?

W przypadku Ukraińców polska opinia publiczna, media, komentatorzy i politycy już sobie poradzili. Wykształcił się wyraźny podział: „uchodźcami” są ci, którzy w 2015 roku przyjechali szlakiem bałkańskim, i ci, których Łukaszenka zwabił na Białoruś. To są podejrzani ludzie, o których niewiele wiadomo, a więc „oni”. Ukraińcy, którzy tak samo uciekają przed wojną jak Syryjczycy i Afgańczycy, nie są uchodźcami. Oni w polskich mediach i wypowiedziach polityków (opozycji i rządu) występują jako „Ukraińcy”.

Można by powiedzieć: dobre i to. Przecież w Polsce – i w obozie rządzącym – było mnóstwo ludzi jątrzących przeciwko Ukrainie i Ukraińcom, którzy swoje prorosyjskie poglądy zakamuflowali jako niechęć do „banderowców”, „nacjonalistów ukraińskich”, szermując „ludobójstwem na Wołyniu”. Problem tkwi gdzie indziej. Polacy są narodem etnicznym. Polska jest państwem narodowym Polaków. W walkach politycznych przeciwnikowi odmawia się bycia Polakiem, jeśli Polak albo Polacy robili coś złego, to tych złoczyńców wyklucza się symbolicznie z polskości. Przez takie etniczne okulary patrzy się na inne kraje: w Niemczech jest Polonia albo polska mniejszość, która jest taka jak my, tylko żyje na emigracji, w „obcym państwie”. Na Ukrainie mieszka mniejszość polska. Nie są to obywatele ukraińscy mówiący (czasami) po polsku, dla Polaków w Polsce są to Polacy na Ukrainie. Ale Ukraina jest narodem politycznym, nie etnicznym. Po ogłoszeniu niepodległości każdy, kto mieszkał na Ukrainie, miał prawo do obywatelstwa; dlatego dziś mieszkają tam obywatele ukraińscy mówiący po rosyjsku, po polsku, po rumuńsku, po rusińsku, po węgiersku, po bułgarsku, po turecku i gruzińsku. Należą do różnych wyznań, wśród których też są islam i judaizm.

Tylko na zachodniej Ukrainie – którą Polacy znają najlepiej – są środowiska, które lansują pogląd, że Ukraińcy to naród etniczny. Tak nie jest. Ludzie z ukraińskimi paszportami mogą być ateistami, katolikami, prawosławnymi z różnych patriarchatów, mogą być Rosjanami, których rosyjskie pociski wygnały ze swoich domów, mogą być Romami, Żydami. Innymi słowy: mityczne „multi-kulti”, które się na Zachodzie rzekomo nie sprawdziło, teraz zawita do Polski od wschodu.

Uchodźcy nie są biednymi ofiarami

W każdym kraju, który ma do czynienia z imigracją, na początku spierają się zwolennicy otwartych granic i humanitarnego podejścia z obrońcami bezpieczeństwa i porządku. Jedni widzą w uchodźcach tylko biedne ofiary, drudzy – tylko zagrożenie. Dopiero na następnym etapie ta oś się przesuwa: okazuje się, że imigranci mogą mówić za siebie, nie chcą być postrzegani jako ofiary, lecz jako panowie i panie swojego losu, chcą współdecydować, nie zagrażają nikomu, ale mają własne interesy, własny gust i bardzo nie lubią, kiedy się im nakazuje pokorę albo okazuje litość.

Okazuje się też, że ich obecność stwarza dużo konkretnych problemów, których nie da się zamieść pod dywan, udając, że „my” nic nie musimy zmienić, jeśli tylko „oni” dostosowują się do nas. Wtedy okazuje się na przykład, że to zwolennicy współżycia multikulturowego mimowolnie doprowadzają do gettoizacji i segregacji imigrantów albo że konserwatywni politycy stosują autorytarną politykę imigracyjną i liberalne metody integracji, a sami imigranci głosują na partie przeciwne imigracji.

Kiedy uchodźcy oddadzą sale gimnastyczne

Obecnie cała dyskusja kręci się wokół imigracji, to znaczy przyjmowania i ulokowania uchodźców. Samorządy umieszczą ich w szkołach, salach gimnastycznych, budynkach komunalnych i pustych biurowcach, jeśli sami nie znajdą sobie mieszkania. Tam będą materace i kuchnie polowe, a obywatele, przesiąknięci poczuciem obywatelskiego obowiązku i solidarności z Ukrainą przyniosą ubrania z drugiej ręki, gry dla dzieci i książki. Tak jak traktowali ofiary powodzi, tak jak samorządy i organizacje obywatelskie zajmują się migrantami na Podlasiu. Ale ofiar powodzi nie trzeba było integrować: oni byli obywatelami polskimi, znali język, obyczaje, ich dzieci chodziły do szkoły, rodzice pracowali. Migrantów przysłanych przez Łukaszenkę też integrować nie trzeba, absolutna większość jest już w Niemczech, część została „zawrócona” na Białoruś, liczba pozostałych jest zbyt mała, aby skłonić władze do opracowania polityki integracyjnej. Z Ukraińcami tak się nie da.

Rosja weźmie odwet za partyzantów?

Wyobrażamy sobie – i zwykli ludzie, i władze – że to imigranci potrzebują polityki integracyjnej. Nic bardziej błędnego: to społeczeństwu przyjmującemu polityka integracyjna jest potrzebna, aby rozwiązać konflikty i korzystnie zarządzać imigracją. Widać to już na samym początku. Kiedy uczniowie, nauczyciele i kluby sportowe będą mogły wrócić do tych budynków, które samorządy szykują dla Ukraińców? Na ile urząd ds. cudzoziemców i urzędy wojewódzkie zostały finansowo i kadrowo wzmocnione, aby procedować wnioski o azyl, ochronę, wizy humanitarne, prawo pobytu dla takiej rzeszy ludzi? To miło, że UE wygrzebała stare rozporządzenie z czasów wojny w Jugosławii, które pozwala Ukraińcom zostać w Unii przez rok bez złożenia wniosku o ochronę albo azyl. A potem? Rosja ćwiczyła kolejne fazy wojny w Syrii. Wojna tam trwa już 11. rok. Naprawdę możemy zakładać, że po roku Ukraińcy wrócą do siebie? Nadal będą koczować w szkołach, czekając na decyzje administracyjne?

Czasami integracja jest wręcz niemożliwa, bo ludzi jest za dużo, rynek pracy jest za mało elastyczny albo niechęć lokalnej ludności zbyt duża. Wtedy uchodźcy zostają latami w obozach, część wędruje do innych krajów albo tworzy zbrojne ugrupowania, które przenikają przez granicę do ojczyzny. To scenariusz na rozszerzenie wojny na Polskę, na wywołanie kontrataków na takie obozy. Z tego powodu – zbyt dużej liczby niedających się integrować i częściowo uzbrojonych uchodźców w krajach sąsiednich – wybuchła pierwsza wojna o Kongo pod koniec lat 80., która pochłonęła miliony ofiar. Również z tego powodu integracja leży bardziej w naszym niż w Ukraińców interesie.

Uchodźcy nie chcą mieszkać w getcie

Kolejna pomyłka w polskich debatach to przekonanie, że getta mieszkaniowe, jakie powstały na przedmieściach francuskich miast i w niektórych dzielnicach Sztokholmu, Kolonii, Berlina i Brukseli, to skutki błędnej polityki imigracyjnej i liberalnego podejścia do integracji państw gospodarzy. Nie – we Francji i Belgii są one przede wszystkim skutkiem dekolonizacji, a wszędzie – w Niemczech i Szwecji też – błędnej polityki społecznej i mieszkaniowej. Ludzie, którzy mieszkają w wielkiej płycie w niemal zamkniętych dzielnicach, gdzie panuje duże bezrobocie, przestępczość i bieda, w przeważającej większości nie przyjechali tam jako uchodźcy, lecz jako imigranci zarobkowi albo po to, aby korzystać ze świadczeń. To pierwsze jest skutkiem dekolonizacji (ludziom z dawnych kolonii łatwiej jest przyjechać w ramach „łączenia rodzin” do dawnych centrów kolonialnych), to drugie dotyczy albo ludzi, którzy są już obywatelami danego kraju (we Francji i w Niemczech) albo obywatelami z innych krajów Unii (np. Bułgarii, Rumunii i Polski) którzy mogą swobodnie i bez wiz przekraczać wewnętrzne granice i korzystać z części świadczeń w innych krajach UE. Dla nich biedne dzielnice z niskimi czynszami są atrakcyjne, bo pozwalają oszczędzać i wysyłać część zarobków do domu. A lepsze wynagrodzenie nie rozwiązuje problemu, bo beneficjenci podwyżki po prostu więcej przekazują do domu, ale nadal zostają tam, gdzie jest biednie, ale tanio. Natomiast uciekającym przed wojną i prześladowaniami na początku swojego pobytu nie wolno legalnie pracować, świadczenia społeczne dla nich są skrajne niskie i kiedy już mają uregulowany status, interesuje ich przede wszystkim awans społeczny, a nie trwanie w tanich, zdezelowanych mieszkaniach w najgorszych dzielnicach.

Ale dylemat, gdzie umieścić dużą liczbę uchodźców, i tak się pojawi.

Ponieważ w Niemczech wieś się wyludnia, a osiedlanie zwartych grup uchodźców w miastach groziło tworzeniem gett, władze w 2015 roku dużo uchodźców osiedlały w małych miastach, gdzie było więcej tanich mieszkań, a możliwości tworzenia gett nie ma. Można to robić, jeśli jest wystarczająco dużo ofert pracy na prowincji, bo z niemieckich wsi też jest trudno dojeżdżać do większych miast, a bez pracy integracji nie ma. Z tego względu warto rozważyć, czy wobec Ukraińców nie znieść zakazu pracy dla ubiegających się o ochronę w trakcie postępowania przed UdsC – robiła to na przykład Szwecja. To bardzo przyspiesza integrację autentycznych uchodźców, ale jednocześnie przyciąga też ludzi, którzy składają wnioski o ochronę tylko po to, aby móc legalnie pracować i którzy słusznie liczą, że przeciążony UdsC nie będzie w stanie ich wniosków szybko odrzucić.

Kto będzie uczył ukraińskie dzieci

Dzieci imigrantów muszą chodzić do szkoły, a to nie jest tylko kwestia transportu i egzekwowania obowiązku szkolnego, to przede wszystkim kwestia uznawalności świadectw, oferty kursów językowych i przygotowania nauczycieli do tego, że w wieloetnicznej klasie prowadzi się inną dydaktykę niż w jednorodnej. Obecne radykalne próby centralizacji szkolnictwa, wyrugowania organizacji społecznych z klas i przekształcenia szkół w pasmo transmisyjne rządu do przekazywania z góry na dół archaicznych treści patriotycznych już wśród Polaków budzi spore niepokoje. Gdy w klasie co czwarty uczeń będzie z Ukrainy, opowiadanie mu u Bohunie, konfliktach polsko-ukraińskich, Wołyniu i katechizmie Kościoła katolickiego to program rozkręcania antagonizmów narodowościowych. Dobrze, że prezydent Duda zawetował “lex Czarnek”. Bez organizacji pozarządowych integracja ukraińskich uczniów byłaby jeszcze trudniejsza.

Od wymiaru ideologicznego jeszcze ważniejszy jest przyziemny fakt, że nowi przybysze w ławach szkolnych nieco gorzej będą mówić i pisać po polsku niż ich koledzy i koleżanki. W krajach, gdzie rodzice mogą swobodnie wybierać szkoły, może to mieć fatalne skutki. Nawet najbardziej przyjaźni wobec „obcych” i idealizujący współżycie wielokulturowe rodzice będą się obawiać, że szkoła, aby dać równe szanse dzieciom imigrantów, zaniża poziom dla ich pociech i z obawy, że to może kiedyś szkodzić ich dzieciom na kolejnych etapach edukacji i na rynku pracy, przeniosą je do szkół z mniejszym odsetkiem imigrantów. W ten sposób, niechcący, powstają szkolne getta i szanse edukacyjne dzieci uchodźców jeszcze bardziej spadają. Nie dlatego, że „imigranci się nie integrują”, lecz dlatego, że ich sympatycy bardziej niż o wielokulturowość dbają o szanse własnych dzieci. Można temu zapobiec, ograniczając wolność wyboru szkoły – lecz wtedy rodzice będą wściekli na rząd, nie na imigrantów.

Ukrainiec musi z czegoś żyć

Najłatwiej integracja przebiega na rynku pracy. Obecny brak rąk do pracy w krajach, gdzie już obecnie jest dużo Ukraińców, sprzyja integracji, inaczej niż w przypadku wojny w Jugosławii, kiedy uchodźcy trafili do krajów z wysokim bezrobociem. Można wątpić, czy polski rynek jest w stanie wchłonąć kilka milionów ludzi naraz, ale problem jest mniejszy niż w czasach, kiedy bezrobocie w Polsce wynosiło 10 lub więcej procent.

Ukraińcy w Polsce dotąd pracowali w zawodach, gdzie ich prawie nie było widać: w usługach, rolnictwie. I choć przybywało np. informatyków, państwo mogło udawać, że Ukraińców nie ma, Polska jest nadal krajem monoetnicznym i nie ma potrzeby tworzenia aktów prawnych zapobiegających dyskryminacji i zapewniających udział przedstawicieli ukraińskich imigrantów w administracyjnych procesach decyzyjnych. W wielu innych krajach też tego nie ma – tam imigranci-pracownicy po prostu wchodzą w skład miejscowych związków zawodowych i w ten sposób uczestniczą w negocjacjach z rządem, z pracodawcami i samorządami.

Ale to funkcjonuje w krajach opartych na politycznej definicji narodu, gdzie obywatelem zostaje ten, który tego chce i podziela pewne wartości. Ukraińcy trafiają do kraju, gdzie większość wiąże etniczne pochodzenie z obywatelstwem i gdzie rząd w ostatnich latach robił co w swojej mocy, aby umocnić przekonanie, że Polakiem jest tylko ten, który ma polskie pochodzenie. Dlatego ukraińscy pracownicy zaczęli tworzyć ukraiński związek zawodowy, dlatego za parę lat możemy też mieć partię Ukraińców w Polsce.

Imigranci głosują nawet bez praw wyborczych

W Niemczech Turcy, muzułmanie, Arabowie i Polacy nie uczestniczą czynnie w polityce, jest tam tylko jedna grupa etniczna będąca jednocześnie komitetem wyborczym – to Związek Wyborców Południowego Szlezwiku, który reprezentuje interesy mniejszości duńskiej w parlamencie regionalnym Szlezwiku-Holsztyna. W polityce bardzo czynnie uczestniczą natomiast – w ramach ogólnokrajowych partii – obywatele niemieccy arabskiego, tureckiego, irańskiego, brytyjskiego, włoskiego, polskiego i greckiego pochodzenia. Podobnie we Francji i w Stanach Zjednoczonych. Imigranci – kiedy już mają obywatelstwo – głosują inaczej niż większość, choć niekoniecznie tak, jak oczekuje opinia publiczna. Wielu obserwatorów w Stanach myślało, że imigranci z południa, przeważnie katoliccy, będą głosować na Demokratów, ponieważ ich polityka bardziej sprzyja imigracji i szanuje odmienności. Ale wdzięczność nie jest kryterium, według którego wyborcy rozdzielają głosy. W pierwszym pokoleniu imigranci często głosują na partie lewicowe, bo zależą bardziej od pomocy państwa i redystrybucji niż później, kiedy mają już własne biznesy i miejsca pracy. Dzieci imigrantów głosują tak jak większość: jeśli mają własne biznesy, to na partie liberalne i konserwatywne, jeśli pracują w administracji albo są bezrobotni, to głosują na lewicę. Niespodzianki się zdarzają: masowe odejście latynoskich wyborców od Demokratów w wyborach prezydenckich 2020 roku było taką niespodzianką w Stanach, podobnie jak duże poparcie, jakim się cieszy Erdogan wśród tych Niemców tureckiego pochodzenia, którzy zachowali obywatelstwo tureckie. Sądząc po strukturze ukraińskiego krajobrazu partyjnego, Ukraińcy w Polsce, kiedy zyskują prawa wyborcze, raczej będą zasilać szeregi partii lewicy i populistycznej prawicy, bo są one tak samo sceptyczne wobec rynku i proredystrybucyjne jak większość partii w Werchownej Radzie.

Jedna z najczęstszych pomyłek w debatach o integracji polega na założeniu, że imigrantom wystarczy nie dawać obywatelstwa, aby uniknąć problemu z ich zaangażowaniem politycznym. To też się zwraca przeciwko „rodzimej” ludności. Jeśli imigranci nie mogą wpływać na politykę, oddając głos, jeśli partie nie reprezentują ich interesów, to przeforsują swoje interesy innymi kanałami: przez grupy nacisku, związki zawodowe, wyznaniowe albo poprzez masowe odwoływanie się do sądów. Dylemat polega więc tylko na tym, czy Ukraińcy mogą być posłami (i Ukraińcy głosować na innych Ukraińców), czy też ukraińskie grupy nacisku będą realizować swoje interesy za pomocą przyjaznych wobec nich polskich posłów (i Ukraińcy będą wtedy głosować na proukraińskich Polaków). Wpływ na politykę i na kształt legislacji i tak będą mieli.

PiS zamiecie problem pod wolny rynek

Te dylematy można rozwiązać w dwojaki sposób: można je zostawić rynkowi i ich nie uregulować. Rząd, który udaje (jak na przykład rządy Kohla w Niemczech albo PiS w Polsce), że imigracji nie ma, nie musi wtedy zmienić polityki. Tak zachowują się najczęściej partie niechętne wobec imigracji, czyli konserwatywne i populistyczne. Imigranci sami szukają sobie pracy, sami decydują, gdzie chcą mieszkać, używają swojej siły nabywczej i swoich organizacji do wymuszenia uznania dla ich praw i dla ich języka. W ten sposób Stany Zjednoczone stały się dwujęzyczne i z wielu usług zdominowanych przez Latynosów biały, protestancki Amerykanin może korzystać tylko, jeśli zna hiszpański.

Lewica woli podejście bardziej państwocentryczne i biurokratyczne. To państwo dba o prawa imigrantów za pomocą ustaw i rozbudowanej biurokracji. Wtedy o pozycji poszczególnego imigranta nie decyduje siła nabywcza jego wspólnoty, lecz jego znajomość prawa i sieć jego kontaktów. Wtedy kraj też może się stać dwujęzyczny, ale na podstawie tak skomplikowanych regulacji jak w Belgii. Wówczas nie uczymy się ukraińskiego dlatego, że wszędzie spotykamy Ukraińców i chcemy im coś sprzedać, lecz dlatego, że rząd wprowadził ukraiński do szkół, a samorządy dwujęzyczne nazwy ulic.

Łatwo przewidzieć, jak to będzie wyglądać w Polsce, gdzie już bez żadnej regulacji ustawowej bankomaty, banki, strony internetowe, sklepy, punkty usługowe ogłaszają się po ukraińsku i rosyjsku. W tym zakresie też wszystko będzie polegać na pospolitym ruszeniu, na oddolnych inicjatywach i na prawach rynku, a państwo będzie stało obok i się przyglądało. Dzięki temu rząd będzie mógł udawać, że Polska nie jest krajem imigracyjnym, że „multi-kulti” to mrzonka liberalnych elit i że integracja Ukraińców ma polegać na ich asymilacji.

I po kilku latach będzie się dziwić, że mamy w Polsce partie ukraińskie, ukraińskie związki zawodowe, ukraińskie kluby sportowe, dzielnice ukraińskie, a nauczycieli, urzędników i policjantów mówiących po ukraińsku nie ma.


Klaus Bachmann – politolog, historyk, publicysta, profesor nauk społecznych Uniwersytetu SWPS


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Combo pod wezwaniem Wowy

Foto: AFP


Combo pod wezwaniem Wowy

Robert Mazurek


Maszę coś uwierało. To była wojna. W języku Maszy operacja specjalna, bo w jej kraju słowo na W jest równie zakazane jak w Ameryce słowo na M. Myślała więc Maria Zacharowa, rzeczniczka Ministerstwa Spraw Zagranicznych, i wymyśliła, że zachodnie media w relacjo-nowaniu rosyjskiej agresji przyjmują wyłącznie optykę ukraińską.

.

I wiecie co, Mario Władimirowna, macie rację! Powiem więcej, odkryłem, że to nie teraz tak się porobiło, tak było zawsze, zero równego dystan-su. Weźmy taką II wojnę światową czy w ogóle nazizm. Wszyscy od razu, że mordować Żydów jest źle i nikt, niestety, kompromisu nie szukał. A można było napomknąć, że przecież Żydzi mają swoje wady, wyliczyć je skrupulatnie i ze zrozumieniem podejść do niemieckiej polityki narodo-wościowej, tego byście oczekiwali, nieprawdaż? Że więźniowie w obozach głodowali, prawda, pisali, ale czy taki „New York Times” wspomniał o trudnościach w zaopatrzeniu obozu w Auschwitz w gaz? Żeby Tobie, Maszo, na bliższym przykładzie wyjaśnić, to weźmy takie oblężenie Leningra-du. Wszystkie filmy masz o tym, jak cierpieli biedni mieszkańcy. No tak, ale czy ktoś choć słówkiem się zająknął, że Niemcom też było zimno?

Oj nie, świat równowagi nie szuka. To zdaje się Václav Havel powiedział, że Rosja ma taki problem, że nigdy nie wie, gdzie się kończy. I co, czy ktoś okazuje tej Rosji zrozumienie, jakąś grupę wsparcia jej proponuje? Skądże! A przecież to, iż przypadłość taką ma, to nie jej wina, to choroba. Świat powinien usiąść i terapię zaproponować, powiedzieć, że nie, Rosjo, w tym roku nic, bo w zeszłym jadłaś, ale w 2025 roku damy ci Mołdawię. W następnej pięciolatce łykniesz Gruzję, ale powoli, żebyś się nie zadławiła.

Choć bądźmy szczerzy, są jaskółki nadziei. Oto BBC World pochyliło się z troską nad Ukrainą, konkretnie nad jej rasizmem się pochyliło. I to akurat w dniu, w którym prezydent Zełenski przemawiał do Parlamentu Europejskiego, apelując o przyjęcie Ukrainy do Unii. Taka zbieżność to, naturalnie, czysty przypadek i nie ma nic wspólnego z tym, że Masza przyjaciół ma wszędzie, a oni zawsze zrozumieją. Ba, zapewne pójdą dalej, wszak jest na Ukrainie antysemityzm i niech nas nie zwiedzie miłość tego narodu do Zełenskiego – dumnego Żyda. Jest i nad Dnieprem homofobia, której nie zmażą oklaski dla Vlada – ukraińskiego drag queen, który zaciągnął się do armii. To wszystko tam jest – całkiem serio jest – i światowe media ochoczo będą to roztrząsać. Właśnie teraz.

Choć bądźmy szczerzy, są jaskółki nadziei.
Oto BBC World pochyliło się z troską nad Ukrainą,
konkretnie nad jej rasizmem się pochyliło.
I to akurat w dniu,
w którym prezydent Zełenski przemawiał
do Parlamentu Europejskiego,
apelując o przyjęcie Ukrainy do Unii.
Taka zbieżność to, naturalnie,
czysty przypadek i nie ma nic
wspólnego z tym, że Masza przyjaciół
ma wszędzie, a oni zawsze zrozumieją.

Ale bądźmy sprawiedliwi, nie tylko Maszę wojna uwiera. Pana Mariusza też. Najbardziej go boli, że im bardziej Putin atakuje, tym lepsze są noto-wania PiS-u, opinia o nim. „W cieniu wojny w Ukrainie trwa przyspieszony proces kanonizacji PiS. Partia Kaczyńskiego w zasadzie już stała się święta” – bije na alarm w „Polity-ce” Mariusz Janicki. Tym razem również nie podaje przykładów, furda rzeczywistość, za wszystko starczy mu imaginacja – tak od 30 lat. Cóż, obłąka-nymi nieprzyjaciółmi Kaczafiego od lat prowadzącymi swe szaleńcze krucjaty zapchane są media, skądinąd łamy „Rzeczpospolitej” również. Bo widzisz, Masza, każdy ma swojego żydobanderowcę, z którym walczy, a nasz ma na imię Jarosław. Tu jednak poszliśmy o krok dalej, bo doprawdy, cóż trzeba mieć w głowie albo raczej z głową, by w chwili, gdy bombardowane są bloki w Charkowie, gdy giną dzieci w Mariupolu, zastanawiać się, jak to wpłynie na postrzeganie PiS-u? To najważniejszy dziś temat, serio? Cóż, przed polską psychiatrią mnóstwo pracy.

Tak, co poniektórzy akolici Kaczyńskiego i teraz wykorzystują ten czas, by tryumfować. „A nie mówiłem?!” – chełpią się. I to prawda, mają powo-dy, bo dziś, choćby nie wiem jak nie podobało się to zajadłym antykaczystom, to jemu świat przyznaje słuszność. Nie, nie we wszystkim, ale akurat w podejściu do Rosji miał rację. I to dziś polski premier może jechać do Berlina, publicznie besztać kanclerza Niemiec i wymóc na nim zmianę polity-ki. Świetnie, będzie, drodzy akolici, czas o tym mówić, ale teraz?! Teraz z takich rozważań cieszy się tylko kremlowski Wowa.

Cóż, widocznie po jednych jesteście pieniądzach, powiedziałaby moja świętej pamięci ciocia. I cóż to za urocze combo: Janicki et consortes, „Wiadomości” i Masza Zacharowa. Ręce same składają się do oklasków.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Jewish Ukrainian Actress Mila Kunis and Ashton Kutcher Raise $3 Million for Ukraine Within Hours

Jewish Ukrainian Actress Mila Kunis and Ashton Kutcher Raise $3 Million for Ukraine Within Hours

Shiryn Ghermezian


Ashton Kutcher and Mila Kunis in an Instagram video on Thursday announcing their GoFundMe campaign for Ukraine. Photo: Screenshot.

Ukrainian-born Jewish actress Mila Kunis and her husband, fellow actor and entrepreneur Ashton Kutcher, announced on Thursday night that they started a fundraiser to help those in Kunis’ native country facing Russia’s invasion, and will match up to $3 million in donations.

By Friday morning, the GoFundMe campaign started by the former “That 70s Show” costars has already raised over $3 million with a goal of raising $30 million.

Kunis was born in Chernivtsi, Ukraine in 1983 and moved to the United States with her family in 1991. She has previously said that she lost many relatives in the Holocaust, including her grandparents, and cited antisemitism as a main factor that drove her family from Ukraine.

“I have always considered myself an American. A proud American. I love everything that this country has done for myself and my family. But today, I have never been more proud to be a Ukrainian,” Kunis, 38, said on Thursday in a video announcing the fundraiser that was shared on Kutcher’s Instagram account. Kutcher, 44, chimed in to say, “and I’ve never been more proud to be married to a Ukrainian.”

The couple’s fundraiser will benefit Flexport and Airbnb, two organizations on the ground providing immediate refugee and humanitarian aid efforts to Ukrainians. Flexport is sending shipments of relief supplies to refugee locations in Poland, Romania, Hungary, Slovakia and Moldova, while Airbnb is providing free, short-term housing and cost of living to refugees fleeing Ukraine, according to the fundraiser’s GoFundMe page.

“The people of Ukraine are strong and brave but being strong and brave that doesn’t mean you’re not worthy of support,” Kunis also said in the Instagram video. “We need to support the people of Ukraine. Please help us.”

“Let’s support them with anything we can,” Kutcher added.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


W tydzień na Ukrainie zginęło 9 tys. Rosjan, w ciągu 10 lat w Afganistanie – 14,5 tys.

Wojna w Afganistanie. Na zdjęciu radziecka jednostka Specnazu w 1988 r. (Fot. Wikimedia Commons)


W tydzień na Ukrainie zginęło 9 tys. Rosjan, w ciągu 10 lat w Afganistanie – 14,5 tys.

Paweł Smoleński


W Czeczenii miała być szybka wojna, a trwała 10 lat.

.

Związek Radziecki napadł na Afganistan w wigilijną noc 1979 r., gdy doborowe oddziały powietrznodesantowe zajęły lotniska w Kabulu i Bagram. Dwa dni później przeprowadzono operację „Sztorm 333″; radzieccy komandosi zajęli pałac prezydencki w Kabulu i zabili władcę Afganistanu Hafizullaha Amina.

Powód sowieckiego ataku na Afganistan był – zdaniem Kremla – oczywisty. KGB uznało, że Amin zerwał się z moskiewskiej smyczy; miał wyznawać maoizm i donosić CIA. Na dodatek nie umiał sobie poradzić z walczącymi w afgańskich górach mudżahedinami, więc postanowiono go wymienić na długoletniego agenta sowieckich tajnych służb Babraka Karmala, a partyzantom pogonić kota, tak by popamiętali ruski miesiąc, co w polskim porzekadle oznacza długą nauczkę. Operację zaplanowano jako blitzkrieg.

Afgańska wojna śmiertelnie zraniła Związek Sowiecki. Do lutego 1989 r. z Afganistanu zwieziono 14,5 tys. sowieckich trumien, z czego 9 tys. bezpośrednio z pola walki. Opowiadano, iż znamię na czole Michaiła Gorbaczowa przedstawia mapę Afganistanu na wieczne memento.

Nieudany blitzkrieg w Czeczenii

Minister obrony Federacji Rosyjskiej też zaplanował blitzkrieg. 11 grudnia 1994 r. z baz w Mozdoku, Kizlarze i Władykaukazie do buntującej się Czeczenii weszły oddziały rosyjskie. Zakładano błyskawiczne opanowanie przez oddziały pancerne stolicy republiki, miasta Grozny. Po miesiącu wojsko miało być wycofane, a porządku w zrewoltowanej prowincji miały pilnować formacje ministerstwa spraw wewnętrznych.

Zamierzano zająć Grozny w Nowy Rok ’95. Finalnie miasto padło w lutym. Niewiele z tego wynikło, gdyż wojna przeniosła się w góry. Trwała do sierpnia 1996 r.; zakończył ją rozejm w dagestańskim Chasawiurcie.

I wojna czeczeńska kosztowała Czeczenów nawet 100 tys. ofiar cywilnych. Rosjanie doliczyli się 5,5 tys. zabitych żołnierzy, choć partyzanci mówili o 17 tys. Ilu Rosjan zginęło naprawdę? – najlepiej wiedzą ich matki.

Miała być szybka wojna, a trwała 10 lat

Po trzech latach wybuchła II wojna czeczeńska; Władimir Putin był wówczas premierem Federacji. Pretekstem były przypisywane Czeczenom ataki terrorystyczne na wielopiętrowe domy mieszkalne w Bujnaksku, Moskwie, Riazaniu (nieudany) i Wołgodońsku, choć zamordowany przez służby Putina były agent Moskwy Aleksander Litwinienko i zmarły w niejasnych okolicznościach oligarcha Boris Bieriezowski mówili, że były to putinowskie prowokacje.

Niepokoje na Kaukazie miały być szybko zduszone, wojna tymczasem trwała 10 lat bez kilku miesięcy. Przyniosła straszliwy terror: zamach na szkołę w Biesłanie (źle przeprowadzona przez rosyjskie oddziały specjalne próba odbicia zakładników skończyła się śmiercią 350 osób) i moskiewski teatr na Dubrowce (ok. 125 ofiar). Kosztowała życie, wedle strony rosyjskiej, ok. 6 tys. żołnierzy; o ofiarach w wojskach MSW i policji nic nie mówiono. Rosjanie stracili 81 śmigłowców i 11 samolotów bojowych.

Wojna na Ukrainie. Kilka kartonów papierosów za śmierć żołnierza

Minął tydzień wojny na Ukrainie. Nagle Rosjanie przyznali się do niespełna 500 zabitych żołnierzy. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow wyraził „wielki żal” z powodu doniesień o rosyjskich ofiarach inwazji na Ukrainę. – Oczywiście składamy wyrazy współczucia bliskim i przyjaciołom, tym, którzy stracili mężów i dzieci. To wielka tragedia dla nas wszystkich.

Żołnierskie życie Kreml wycenił na 11 tys. rubli odszkodowania dla rodziny plus zasługi na polu walki z nazizmem (w Czeczenii i Afganistanie nazistów zastępowali sługusi imperializmu, bandyci, buntownicy i islamistyczni terroryści). Jeden dolar po oficjalnym kursie to 110 rubli, w kantorach o kilkadziesiąt rubli więcej. Niebawem śmierć jednego najeźdźcy będzie warta tyle, co kilka kartonów papierosów.

Tymczasem Ukraińcy regularnie podają straty napastników. Ostatnie dane to: żołnierze – około 9000, czołgi – 217, bojowe wozy opancerzone – 900, działa – 90, wyrzutnie rakietowe – 42, systemy obrony przeciwlotniczej – 11, samoloty – 30, śmigłowce – 31, pojazdy – 374, lekkie łodzie motorowe – 2.

Dziś też jest dzień. I choć po Ukrainie krążą mobilne krematoria, rosyjskie matki doliczą się swoich zabitych dzieci.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Jews left behind in Ukrainian cities face grim conditions

Jews left behind in Ukrainian cities face grim conditions

RACHEL KOHN/JTA


Jews in war-stricken Ukraine face two options: flee, and abandon their lives, or stay, and risk hunger, fear and death.

Local residents walk among debris of a residential building destroyed by shelling, as Russia’s invasion of Ukraine continues, in Zhytomyr, Ukraine March 2, 2022 /  (photo credit: Viacheslav Ratynskyi/Reuters)

Shelter, vital supplies, and escape from besieged cities: these are the keys to survival many Ukrainian Jews are seeking as the Russian invasion enters its second week.

Ukrainian and Russian negotiators on Thursday acknowledged a need for humanitarian corridors for civilians, reflecting growing fears about an imminent crisis in multiple major cities under attack.

Today, Ukrainian officials said the Russians were not upholding their end of the deal. If those corridors are not established and maintained, Ukrainians across the country could soon run out of food, medicine and other supplies.

“Nobody’s bringing food or medicine to where we live,” said Anna Zherber, whose family fled Kharkiv for their country house about 50 kilometers away when the war began. They have been venturing to nearby villages to buy supplies when absolutely needed.

But if goods become scarce in the small towns they are dependent on or leaving the dacha becomes dangerous, as Russia’s continued siege suggests could soon happen, the family — an extended group of eight — would soon be in trouble. How much food and medication do they have with them now?

A photo shows damages to a building in Kharkiv’s Constitution Square after shelling by Russian forces, March 2, 2022 (credit: SERGEY BOBOK/AFP via Getty Images)

“Enough for about five days,” Zherber said.

The Zherbers’ situation is better than most. Ensconced at their country house, they had not faced the constant shelling that those who stayed behind in the city were experiencing. Kharkiv has faced one of the most punishing assaults, and a communal response has begun to fracture in recent days, according to Dmitry “Yishai” Shapovalov, 36, a veteran of the Israeli Defense Forces who lives there with his mother and two children.

Last week, Shapovalov said, he stopped by the historic Kharkiv Choral Synagogue to pick up challah, chicken and wine for kiddush for Shabbat.

Anywhere from 20 to 100 residents have been living in the event hall below the ground floor of the historic Kharkiv Choral Synagogue since the war began, according to accounts from the city’s chief Chabad emissaries Rabbi Moshe and Miriam Moskovitz and other locals.

Kharkiv was Ukraine’s second-largest city at the outset of the war, with a population of 1.4 million. Among them were as many as 40,000 Jews, one of the largest communities in the country. Much of the city’s Jewish infrastructure is located in the city’s center, and the buildings housing Chabad’s Or Avner Jewish Day School and Hillel International’s local chapter were among those struck in recent days.

Now, with what Shapovalov said appeared to be about 60% of the city’s population gone, Jews in the city were using a Telegram channel to crowdsource space in cars attempting to head west to Dnipro, another major Jewish center, and points beyond.

The Moskovitzes evacuated from Kharkiv on Wednesday with their family and other local Chabad emissaries, themselves heading to Dnipro, but people continue to shelter in the synagogue’s hall and collect free meals from its kitchen.

There is no official community evacuation effort to turn to right now, Shapovalov said. It is up to individuals to work together.

Leonid Plotnitzky, 50 knows that volunteers are trying to shuttle people out of the country’s hot spots, but he is staying in Kharkiv because he wants to remain near the son he shares with his ex-wife.

“In case he needs my help,” said Plotnitzky, a physical education professor and a former powerlifting coach who said he is ready to join in the defense of Ukraine at any moment.

Conditions are worse yet in the southeastern city of Mariupol on the coast of the Azov Sea, where officials warn of a coming catastrophe if conditions do not soon change. There, Yulia Tirgum, her husband, and their two children are trapped in their apartment with no electricity and no heat. Only a thin stream of water flows weakly from their faucets, and there is no guarantee how long even that will continue.

Still, home remains the best of what are only bad options right now.

“It’s almost impossible to leave the house, because you don’t know where the bullet might find you,” Tirgum, 40, texted Thursday via the messaging app Viber, one of the only ways she was able to reliably communicate, and then only intermittently. “Do not listen to anyone [saying] that the civilian population does not suffer, this is not true. Now our cell phone connection and the Internet are disconnected so we can not talk about it.”

She described continual waves of missiles and rockets from air, land and sea. At the start of the war, they hit the outskirts of the city, but now they pummeled its center as well. Earlier this week, a missile struck in the yard outside her complex of nine-story apartment buildings. She and her family were in an interior hallway of their building at the moment of impact.

“That saved us, but it was very scary,” she wrote. “The house was shaking as if we were riding a train.”

The explosion shattered the windows of three buildings in the complex and the nearby school as well. “Everyone who was on the street at that moment was injured or perished,” she wrote, including a 16-year-old student from the local high school.

The experience has been very different from when conflict between pro-Russian separatists and pro-Ukrainian nationalists broke out in eastern Ukraine in 2014. Then, she recalled, the power stayed on, there was access to food and gas for vehicles, and shelling was limited to the city’s eastern outskirts. Critically, it was also possible to leave: Her husband stayed on in the city and continued going to work, but she and their children retreated to the countryside before the situation eventually improved.

“Now there is nowhere to run away, we are surrounded,” she wrote. “They do not let us out of the city and it is very dangerous, they are shooting everywhere.”

It appears that it may be growing too late for many of those who remain in Kharkiv to evacuate, too. Anna Zherber’s grandmother insisted on remaining there, as did cousin and his wife. The Zherbers hear that there are explosions “every minute, every 10 minutes, every half hour — it’s too much,” she said. “Houses are burning. This is terrible.”

The Zherbers have relatives in Israel, Germany and the United States, but they don’t plan to flee further than their family cottage outside the city.

“We decided not to evacuate because this is our country,” said Anna. Calling Ukrainian antisemitism “Putin’s fantasy” and speaking through tears, she said she wanted people outside Ukraine to know that the Russian president is a liar and a fascist. “Ukraine is an independent country and we want to live in peace.”


Alexander Flyax contributed translation services for this reporting.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com