Archive | November 2022

‘My Life Has Been Enriched By Countless Jews,’ Declares Rocker John Mellencamp in Fierce Denunciation of Antisemitism

‘My Life Has Been Enriched By Countless Jews,’ Declares Rocker John Mellencamp in Fierce Denunciation of Antisemitism

Algemeiner Staff


US rock star John Mellencamp on stage in Florida. Photo: Reuters/Greg Swiercz

US rock star John Mellencamp issued a fierce denunciation of antisemitism from the stage at an event in Los Angeles honoring a prominent Jewish entertainment lawyer.

The composer of “Jack & Diane,” “Ain’t Even Done With the Night” and other hits was speaking at a ceremony on Sunday inducting lawyer Allen Grubman — who has represented Mellencamp, Bruce Springsteen, Mariah Carey and other top artists — into the Rock ‘n’ Roll Hall of Fame.

As Grubman prepared to walk onto the stage to accept the honor, Mellencamp told the audience: “Allen is Jewish, and I bring that up for one reason: I’m a gentile, and my life has been enriched by countless Jewish people.”

Mellencamp then went on to condemn antisemitism in no uncertain terms, indirectly referencing the recent controversy involving hip hop star Kanye West’s antisemitic outbursts.

“I cannot tell you how f–king important it is to speak out if you’re an artist against antisemitism,” he stated. “I don’t give a f–k, I don’t care [what you are]. Here’s the trick: Silence is complicity. I’m standing here tonight loudly and proudly with Allen, his family and all of my Jewish friends and all of the Jewish people of the world.”

In a barb seemingly directed at West, Mellencamp declared: “F–k antisemitism, and f–k anybody who says anything in that manner.”

West’s comments have been criticized by other star musicians, including Australian rocker Nick Cave, who labeled the rapper “disgraceful” despite being “the greatest artist of our time.”

As well as Grubman, Sunday’s ceremony saw a slew of other artists inducted into the Hall of Fame, among them Dolly Parton, Lionel Richie and Duran Duran.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Breżniew ostatnie lata bełkotał i przysypiał. Trwał u władzy w epoce starców

Leonid Breżniew i Erich Honecker (z tyłu) w drodze na polowanie, 1971 r. (Bundesarchiv, Bild 183-W0910-327 / CC-BY-SA 3.0, CC BY-SA 3.0 DE)


Breżniew ostatnie lata bełkotał i przysypiał. Trwał u władzy w epoce starców

Andrzej Brzeziecki


Śmierć Leonida Breżniewa 40 lat temu i wybór na jego następcę szefa KGB Jurija Andropowa nie zapowiadał wielkich zmian w Związku Radzieckim. A jednak uruchomiła proces, który zaowocował rozpadem “imperium zła”.


Wiktoria Petrowna Breżniewa obudziła się wcześniej od męża – ten spał na boku. Poszła do pielęgniarki, by zrobiła jej zastrzyk przed śniadaniem. Żona przywódcy ZSRR cierpiała na cukrzycę. Poprzedniego wieczoru Leonid Breżniew przed snem włączył wentylator i gdy w nocy naciągał na siebie kołdrę, Wiktoria Petrowna narzekała: „najpierw włączasz wentylator, bo ci gorąco, a potem ściągasz ze mnie kołdrę i będę odkryta”. Była to ostatnia małżeńska pretensja, jaką w pożyciu z Leonidem miała okazję wygłosić. Nie wiedziała, że gdy ona wstawała z łóżka, ciało jej męża już stygło.

Gdy kilkanaście minut później pani Breżniew jadła samotnie śniadanie, do sypialni na daczy w Zarzeczu weszli ochroniarze. Była godzina 8:58, 10 listopada 1982 r. Zdziwiło ich, że szef jakoś nienaturalnie leży w łóżku, ale jeszcze bardziej ich zdziwiło, że nie obudził się, gdy rozsuwali zasłony – a właśnie wtedy zazwyczaj otwierał oczy. Ochroniarz Władimir Miedwiediew potrząsnął ciałem Breżniewa, ale nie było żadnej reakcji. Powiedział do kolegi: „Wołodia! Leonid Iljicz jest gotów…”. Ten zapytał, w jakim sensie. „Zdaje się, że umarł” – odparł Miedwiediew.

Ochroniarze zadzwonili gdzie trzeba, sami jeszcze próbowali reanimować Breżniewa. Wkrótce zjawił się Jurij Władimirowicz Andropow, druga osoba w państwie i wieloletni szef służb specjalnych. Twarz miał bladą. Ku zdziwieniu ochroniarzy nie zadawał wielu pytań. Poszedł szukać żony Breżniewa, która wciąż jadła śniadanie. Wkrótce przyjechali lekarze, ale ich starania także na nic się nie zdały. Osiemnastoletnie panowanie Breżniewa nad imperium radzieckim właśnie się kończyło – przyczyną był zawał serca. Ale Leonid był tak schorowany, że umrzeć mógł już na cokolwiek. O jego stanie zdrowia krążyły okrutne dowcipy.

Pijany czy tylko schorowany?

Epoka Breżniewa różnie jest oceniana – dla jednych to czas „zastoju”, czyli stagnacji, dla innych, choćby dla jego biografa i zwolennika Borysa Sokołowa, była to złota epoka. Czas, gdy skończyły się ideologiczne szaleństwa i czystki, które nieobce jeszcze były Nikicie Chruszczowowi, a zapanowała stabilność i pewność jutra. Sympatia dla Breżniewa, analogicznie do nostalgii za Gierkiem, najsilniejsza była, gdy Rosjanom doskwierał dziki kapitalizm w latach 90. XX w.

Breżniew był zwolennikiem polityki odprężenia w Europie. To za jego czasów Związek Radziecki zaczął na wielką skalę eksportować surowce i budować rurociągi. Co prawda, w 1968 r. najechał na Czechosłowację, a dekadę później na Afganistan. Ale w pierwszym przypadku uważał, że broni imperium zewnętrznego, w drugim zakładał, że daleki kraj w sercu Azji niezbyt interesuje najważniejszych politycznych partnerów w Europie. Nie mylił się – atak na Afganistan zirytował Waszyngton, ale nie Niemcy, Francję czy Włochy.

Leonid Breżniew i Richard Nixon, 1973 r.

Leonid Breżniew i Richard Nixon, 1973 r.  The Central Intelligence Agency, Public domain, via Wikimedia Commons

.

Właśnie nadzieje na ożywienie détente miały powstrzymać Breżniewa przed najechaniem Polski, w której od lata 1980 r. „szalała kontrrewolucja” w postaci “Solidarności”. Ponadto Moskwa, czego nikt wówczas nie wiedział, nie była w stanie wziąć na siebie kosztów zaprowadzenia porządków nad Wisłą. Ten sam Jurij Andropow, który straszył polskich towarzyszy, przekonywał na posiedzeniach Biura Politycznego w Moskwie, że o żadnej interwencji nie może być mowy. Martwiły go nastroje w samym Związku Radzieckim. „Niepokoiła go możliwość niepokojów podobnych do tych, które miały miejsce w Nowoczerkasku w 1962 r. Bunt polskich robotników kazał Andropowowi zastanowić się, na ile starczy cierpliwości radzieckiej klasie pracującej” – pisał rosyjski historyk Władysław Zubok. Szef KGB, który wcześniej optował za interwencjami na Węgrzech, w Czechosłowacji i w Afganistanie, teraz mówił, że limit interwencji zagranicznych został wyczerpany. Szykował się do przejęcia schedy po Breżniewie i nie chciał, by ten zostawił mu w spadku jeszcze jedną kosztowną wojenną awanturę. Teraz był zwolennikiem umiarkowania i delikatnej liberalizacji – trochę jak Ławrientij Beria po śmierci Stalina.

Inna sprawa, czy Breżniew był na siłach podejmować jeszcze jakieś decyzje. Tu relacje są sprzeczne. Jedni twierdzą, że ostatnie lata gensek był właściwie warzywem. Podczas rozmów coś bełkotał, często przysypiał. Inni zaś, że w ostatnich miesiącach odzyskał kondycję. Borys Sokołow uważa, że śmierć Breżniewa przyspieszył wypadek w Taszkiencie wiosną 1982 r. Tam na Breżniewa, podczas odwiedzin w jednej z fabryk, pod naporem tłumu zwaliła się drewniana trybuna. Breżniew wyszedł z tego ze złamanym obojczykiem. Był także w szoku. Gdy wkrótce potem wygłaszał transmitowane przez telewizje przemówienie – dziwnie się ruszał i dziwnie mówił. Wszyscy wokoło pytali – ile dał w szyję? Bo że dał – wszyscy byli pewni.

Stara gwardia odchodzi

Nawet krytycy Breżniewa przyznają, że jego zasługą był brak walki o schedę po nim. Rzeczywiście, Jurij Andropow płynnie przejął stery państwa. Wcześniej to się nie zdarzało. Po śmierci Stalina brutalnie rozprawiono się z Ławrientijem Berią, Chruszczowa też trzeba było zmusić do odejścia.

Breżniew jednak wcześniej namaścił Andropowa i zapewnił mu poparcie najważniejszych polityków. Gdy z początkiem 1982 r. zmarł Michaił Susłow, Breżniew poprosił Andropowa, by wygłosił referat z okazji urodzin Lenina. Taki przywilej był namaszczeniem go na stanowisko drugiego sekretarza KC, w przyszłości na następcę – Leonid Iljicz swoją wolę objawił, polecając Andropowowi prowadzić posiedzenia Sekretariatu KC.

Andropow utrzymał się u sterów ZSRR bardzo krótko. Od końca 1982 roku do początku 1984
Andropow utrzymał się u sterów ZSRR bardzo krótko. Od końca 1982 roku do początku 1984  domena publiczna

Co prawda pojawiła się teoria, że to Andropow stał za śmiercią Breżniewa, ale nie została ona udowodniona. Tym bardziej że po śmierci Breżniewa wszystko poszło zgodnie z planem. Był za to inny problem: Andropow był tylko osiem lat młodszy od poprzednika, ale przejmował władzę w wieku już znacznie poważniejszym. Breżniew w 1964 r. był dziarskim 58-latkiem, Jurij Władimirowicz w czerwcu 1982 r. skończył 68 lat. I był ciężko chory na nerki.

Zmarł dwa lata później, a jego następca, starszy odeń o trzy lata Konstantin Czernienko, rządził jedynie 14 miesięcy.

Trzy pogrzeby w trzy lata – to najlepiej oddawało stan państwa.

Tak naprawdę początek epoki starców zapoczątkowały śmierci premiera Aleksieja Kosygina w 1980 r. oraz ideologa partyjnego i strażnika doktryny Michaiła Susłowa. Obaj byli na szczytach władzy od czasów Stalina. Jak pisał Andriej Graczow, „śmierć Susłowa nie tylko przypomniała pozostałym członkom Biura Politycznego, jego rówieśnikom, o kruchości ich ziemskiego istnienia, ale postawiła pytanie o następcę generalnego sekretarza”.

To pytanie odsuwano, jak długo tylko się dało. Miało to swoje przyczyny. Najbliższe otoczenie Breżniewa stanowili jego rówieśnicy. Pytanie o jego sprawność fizyczną i umysłową w takim samym stopniu dotyczyło więc ich. Dlatego woleli nie dostrzegać niedomagań kolegi.

Leonid Breżniew na otwarciu XVIII Zjazdu Komsomołu. Kremlowski Pałac Kongresów, 25 kwietnia 1978 r.

Leonid Breżniew na otwarciu XVIII Zjazdu Komsomołu. Kremlowski Pałac Kongresów, 25 kwietnia 1978 r.  RIA Novosti archive, image #417888 / Yuryi Abramochkin / CC-BY-SA 3.0, CC BY-SA 3.0

Nie jest tak, że w ocenie historyków ludzie ci nie mieli żadnych zasług. Zubok uważa, że po inwazji na Czechosłowację właśnie oni zrozumieli, iż możliwości imperium są ograniczone. „Pomimo grożącego »starej gwardii« starczego uwiądu, zdołała ona dokładnie zweryfikować radzieckie interesy i cele polityki zagranicznej. Jednak dokonawszy tego, dalej już nie była w stanie pójść. W poszukiwaniu wyjścia z sytuacji starzejący się liderzy ZSRR wciąż patrzyli wstecz, a nie do przodu i wyjścia nie dostrzegli”.

Strach przed Reaganem

Nie widział go też Andropow, który od 12 listopada 1982 r. oficjalnie przejął stery w partii i w państwie. Ten wieloletni szef KGB stał się symbolem wszechmocy służb. Co prawda, nie stosował już masowych represji i rozstrzeliwań, ale cofnął zmiany, które dokonały się za Chruszczowa. W pełnej inwigilacji społeczeństwa pomagała mu technika, której Beria nie miał. Ponoć wpadł na pomysł, by podsłuchiwać wszystkie telefoniczne rozmowy w Moskwie. Specjaliście mieli jednak mu powiedzieć, że choć technicznie to byłoby wykonalne, to jednak na spisywanie tych rozmów z taśm potrzebny byłby personel większy, niż KGB ma w całym kraju.

Andropow największe zagrożenie widział w Ronaldzie Reaganie i jego antykomunistycznej retoryce. To właśnie wtedy prezydent USA nazwał Związek Radziecki „imperium zła” i ogłosił nowy wyścig zbrojeń. Waszyngton po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce wprowadził sankcje wobec Związku Radzieckiego i namawiał do nich kraje Europy Zachodniej. To zagrażało budowie rurociągów, a więc bezpośrednio finansom Kremla.

W Moskwie bano się Reagana – Andropow widział w nim zwolennika nowej krucjaty Zachodu. Już Breżniew i Ustinow w 1982 r. publicznie zapewniali, że nie zamierzają pierwsi użyć broni jądrowej, a Amerykanie, ignorując to, szykowali się do wojny. Nie była to prawda – Reagan wysyłał pokojowe sygnały, ale zaślepiony Andropow ignorował je. Sytuację pogorszyło zestrzelenie 1 września 1983 r. południowokoreańskiego samolotu pasażerskiego, który obrona radziecka wzięła za amerykański samolot szpiegowski. Zginęło wówczas 269 pasażerów.

Andropow początkowo chciał sprawę wyjaśnić. Był wściekły na tępych wojskowych, którzy spowodowali tragedię, ale Ustinow miał go przekonać, że nikomu nie uda się dojść prawdziwych przyczyn katastrofy. Cały Zachód jednak obwiniał Moskwę za śmierć niewinnych ludzi. Ameryka przodowała w moralnym potępianiu „imperium zła”. W odpowiedzi Andropow – niewychodzący właściwie już ze szpitala i szykujący się na tamten świat – pod koniec września 1983 r. opublikował w „Prawdzie” tekst, w którym oskarżył USA o pozbawioną wszelkich hamulców politykę imperialną, która lada chwila może przekroczyć granicę i przed którą powinien zatrzymać się każdy myślący człowiek.

„Było to uznanie przez Biuro Polityczne i Andropowa, że obecny kryzys w relacjach radziecko-amerykańskich jest największym od czasów kryzysu kubańskiego” – ocenia Zubok.

I choć Reagan wysyłał pojednawcze sygnały, na Kremlu wciąż uważano, że ten prowadzi przeciw Związkowi Radzieckiemu krucjatę. Już po śmierci Andropowa Andriej Gromyko, który spotkał się z prezydentem USA, twierdził, że „faszyzm podnosi głowę w Ameryce”, a Reagan chce zniszczyć obóz socjalistyczny. Wytworzyła się poniekąd śmieszna sytuacja, w której obie strony chciały złagodzenia napięć, ale do tego stopnia nie ufały sobie nawzajem, że tylko eskalowały konflikt.

Andriej Gromyko przemawia w Sztokholmie na konferencji na temat środków budowy zaufania, bezpieczeństwa i rozbrojenia w Europie, 1984 r.Andriej Gromyko przemawia w Sztokholmie na konferencji na temat środków budowy zaufania, bezpieczeństwa i rozbrojenia w Europie, 1984 r.  RIA Novosti archive, image #404643 / Sizov / CC-BY-SA 3.0, CC BY-SA 3.0

Amerykański program zbrojeń wyglądał efektownie w zapowiedziach. W rzeczywistości „gwiezdne wojny” pozostawały kwestią przyszłości. Tego jednak radzieccy przywódcy nie wiedzieli. Wiedzieli natomiast, że nie mają już środków, by odpowiedzieć adekwatnie.

To idzie młodość

Andropow wiedział, że gospodarka ledwo zipie. Jego pomysły czasem przełamywały ideologiczne ramy narzucone przez ludzi takich jak Susłow. Na początku urzędowania ogłosił kilka kampanii społecznych mających na celu zwiększenie dyscypliny w pracy, zwalczanie korupcji i ogólne patriotyczne wzmożenie. Poniósł jednak porażkę, bo nowe pokolenia obywateli radzieckich już nie traktowały serio partyjnych haseł i wezwań. Nawet jego image srogiego kagiebisty nie sprawił, by obywateli ogarnął zapał. Bardziej zajmowały ich kłopoty z zaopatrzeniem.

Andropow nie zreformował Związku Radzieckiego, za to przeszedł do historii jako ten, który namaścił Michaiła Gorbaczowa na przywódcę ZSRR. Znał młodszego towarzysza od dawna i poniekąd przyuczał go do wielkiej polityki. Wiosną 1983 r. wskazał młodego sekretarza ze Stawropolu jako mówcę podczas kolejnej rocznicy Lenina. Ale przyszły twórca pierestrojki nie był jedynym. „Nie można zaprzeczyć, że główną zasługą krótkich rządów Jurija Władimirowicza było pozyskanie dla kierownictwa kraju nowego pokolenia” – uważa Andriej Graczow. Ludzie ci „byli gotowi zerwać z breżniewizmem” i posunąć się dalej niż sam Andropow obarczony brzemieniem dawnych czasów.

Czas młodego pokolenia nie przyszedł od razu – na następcę Andropowa wybrano 70-letniego Konstantina Czernienkę. Dopiero jego śmierć sprawiła, że aparat partyjny dojrzał do pokoleniowej zmiany.

Andropow po śmierci miał więcej szczęścia od swego poprzednika, a także następcy. Jeszcze w 1982 r. imieniem Breżniewa nazwano miasto Nabierieżnyje Czełny, w którym produkowano słynne Kamazy, oraz wiele różnych fabryk. Jednak jeszcze w czasach pierestrojki przywrócono starą nazwę, zaś samego Breżniewa pozbawiono pośmiertnie wielu odznaczeń. Podobnie było z Czernienką. Po śmierci Andropowa przemianowano na jego cześć miasto Rybinsk i choć wkrótce przywrócono starą nazwę, to były szef KGB dalej jednak ma swoje ulice w miastach Rosji z Moskwą na czele. „Za Gorbaczowa i Jelcyna z Jurija Władimirowicza robiono reformatora, za Putina zaś zaczęto podkreślać obraz Andropowa jako władcy z silną ręką. Za każdym razem przeciwstawiano go Breżniewowi, choć przecież należał do jego ekipy, a gdy został gensekiem, był tak samo schorowany jak Breżniew” – pisał z goryczą Sokołow.

Sokołow, pisząc swą książkę 20 lat temu, nie mógł zrozumieć, dlaczego w demokratycznej Rosji czczono człowieka, który prześladował dysydentów i zaostrzał cenzurę. Dziś by się temu już nie dziwił.


Korzystałem m.in. Andrzej Graczow, “Gorbaczow: (Warszawa 2001), Borys Sokołow, “Leonid Breżniew. Zołotaja epocha” (Moskwa 2004), Władisław Zubok, Nieudawszajsja Imperja. Sowietskij Sojuz w chołodnoj wojnie ot Stalina do Gorbaczewa (Moskwa 2011).


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Israel unearths ivory comb from 1700 BCE inscribed with plea to stop lice

Israel unearths ivory comb from 1700 BCE inscribed with plea to stop lice

JUDY SIEGEL-ITZKOVICH


‘May this [ivory] tusk root out the lice of the hair and the beard’ is the first sentence written in the Canaanite language to be discovered at Tel Lachish.
.

The ivory comb.
(photo credit: DAFNA GAZIT/ISRAEL ANTIQUITIES AUTHORITY)

Ancient Canaanites suffered from lice, pediculus humanus capitis, on their beards and not just on their heads as do young children in Israeli schools today. The first sentence ever written in their language from 1700 BCE appears on an ivory comb inscribed with a hopeful plea to wipe out the lice: “May this [ivory] tusk root out the lice of the hair and the beard.”

The alphabet was invented around a century before and was used by the Canaanites and later included in most other languages in the world. Until recently, no meaningful Canaanite inscriptions had been discovered in the Land of Israel, except for two or three words here and there.

The comb was dug up at Israel’s Tel Lachish by a team from the Hebrew University of Jerusalem (HU) and Southern Adventist University in Tennessee under the direction of professors Yosef Garfinkel, Michael Hasel and Martin Klingbeil. The inscription was deciphered by semitic epigraphist Dr. Daniel Vainstub at Ben-Gurion University of the Negev (BGU) in Beersheba. The ivory was tested by HU Prof. Rivka Rabinovich and BGU Prof. Yuval Goren and found to originate from an elephant tusk.

Their findings were published in the peer-reviewed journal Jerusalem Journal of Archaeology under the title “A Canaanite’s Wish to Eradicate Lice on an Inscribed Ivory Comb from Lachish.”

Aerial view of Tel Lachish. (credit: EMIL ALADJEM/ISRAEL ANTIQUITIES AUTHORITY)

Where was Lachish?

Lachish was an ancient Canaanite and Israelite city in the lowlands of Judea on the southern bank of the Lakhish River. It was mentioned several times in the Hebrew Bible. To date, 10 Canaanite inscriptions have been found there, more than at any other site in Israel. The city was the major center for the use and preservation of the alphabet for more than 600 years, from about 1800 BCE to 1150 BCE.

In the Book of Joshua, it is mentioned as one of the cities destroyed by the Israelites for joining the league against the Gibeonites (Joshua 10:31-33). The territory was later assigned to the tribe of Judah (15:39) and became part of the United Kingdom of Israel. Following the kingdom’s partition, Lachish emerged as one of the most important cities in the Kingdom of Judah, second only to the capital, Jerusalem.

Today, Lachish is a national park run and cared for by the Israel Nature and Parks Authority.

The letters of the inscription were engraved in a very shallow manner. It was excavated in 2017, but the letters were noticed only in subsequent post-processing in 2022 by Dr. Madeleine Mumcuoglu, a research associate at HU’s Institute of Archaeology. It was cleaned and preserved by Miriam Lavi.

The ivory comb is small, measuring roughly 3.5 by 2.5 centimeters. The comb has teeth on both sides. Although their bases are still visible, the comb teeth were broken in antiquity. The central part of the comb is somewhat eroded, possibly by the pressure of fingers holding the comb during haircare or removal of lice from the head or beard. The side of the comb with six thick teeth was used to untangle knots in the hair, while the other side, with 14 fine teeth, was used to remove lice and their eggs, much like the two-sided lice combs sold today in Israeli pharmacies and other stores.

There are 17 Canaanite letters – archaic in form from the first stage of the invention of the alphabet script – on the comb, and they form seven words in Canaanite.

“This is the first sentence ever found in the Canaanite language in Israel,” the researchers wrote. “There are Canaanites in Ugarit in Syria, but they write in a different script – not the alphabet that is used today. The Canaanite cities are mentioned in Egyptian documents, the Amarna letters that were written in Akkadian and in the Hebrew Bible. Amarna letters are an archive written on clay tablets primarily consisting of diplomatic correspondence between the Egyptian administration and its representatives in Canaan and Amurru or neighboring kingdom leaders, during the New Kingdom, spanning a period of just three decades from 1360 BCE.”

The comb’s inscription is direct evidence for the use of the alphabet in daily activities some 3,700 years ago.

“This is a landmark in the history of the human ability to write,” Garfinkel said.

Ancient combs were made from wood, bone or ivory, which was a very expensive material and likely an imported luxury object. As there were no elephants in Canaan during that time period, the comb likely came from nearby Egypt. These factors indicate that even people of high social status suffered from lice.

The research team analyzed the comb for the presence of lice under a microscope, and photographs were taken of both sides. Remains of head lice, 0.5 to 0.6 millimeters in size, were found on the second tooth. The climatic conditions of Lachish, however, did not allow the preservation of whole head lice but only those of the outer chitin (polymer) membrane of the nymph-stage head louse.

Despite its small size, the inscription on the comb from Lachish has very special features, some of which are unique and fill in gaps in our knowledge of many aspects of the culture of Canaan in the Bronze Age.

For the first time, we have an entire verbal sentence written in the dialect spoken by the Canaanite inhabitants of Lachish, making it possible for us to compare this language in all its aspects with the other sources for it. Second, the inscription on the comb sheds light on some aspects of the routine of life at the time that were unknown until now, including haircare and dealing with lice.

It is also the first discovery in the region of an inscription referring to the purpose of the object on which it was written, unlike dedicatory or ownership inscriptions on objects.

The engraver’s skill in successfully executing such tiny letters is a fact that from now on should be taken into account in any attempt to summarize and draw conclusions on literacy in Canaan in the Bronze Age, the archaeologists wrote.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


TV7 Israel News


TV7 Israel News

TV7 Israel News


1) IDF Chief of General Staff Lieutenant General Aviv Kochavi reveals that many dozens of terror operatives were killed since the month of March, as Operation Waves Breaker continues to yield operational fruit.
2) The United States deplores Jewish Power Chairman Itamar Ben-Gvir for attending a memorial ceremony commemorating Rabbi Meir Kahane, slain leader of the Kach faction, which is a designated terror organization.
3) The International Atomic Energy Agency Director General Rafael Mariano Grossi voices the alarm over Iran’s nuclear advances and refusal to cooperate.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Wojciech Jaruzelski nazwał to inteligentnym internowaniem. Doświadczyłem tego na własnej skórze

‘Dziagany’ z Karnej Kompanii ‘Solidarności’ w Strzemieszycach wiosną 1983 r. Autor siedzi pierwszy z prawej (FOT. ARCHIWUM PRYWATNE)


Wojciech Jaruzelski nazwał to inteligentnym internowaniem. Doświadczyłem tego na własnej skórze

Janusz Kędracki


Inteligentnie internowani – tak nazwał nas generał Jaruzelski. Gdy jesienią 1982 r. podziemna “Solidarność” ogłosiła strajk generalny, komuniści wcielili do wojska najaktywniejszych działaczy opozycyjnych z zakładów pracy i innych środowisk. Także mnie.

.
8 października 1982 r. Sejm PRL uchwalił nowelizację ustawy o związkach zawodowych, która oznaczała delegalizację NSZZ „Solidarność” i innych organizacji związkowych działających przed stanem wojennym. Następnego dnia podziemna Tymczasowa Komisja Koordynacyjna „S” wezwała do 4-godzinnego strajku generalnego 10 listopada, w drugą rocznicę rejestracji związku.

W oficjalnej propagandzie obowiązywał przekaz o normalizacji życia w kraju. W obozach internowania pozostawała już tylko garstka działaczy solidarnościowej opozycji. Komuniści nie chcieli zamykać kolejnych, aby uniknąć oskarżeń o nasilanie represji. Ale zapowiedź strajku 10 listopada potraktowali poważnie. Znaleźli więc sposób odizolowania z dużych zakładów pracy i opozycyjnych środowisk najaktywniejszych osób.

Akcję przeprowadziły w ekspresowym tempie MON i MSW. 21 października zapadła decyzja, aby powołać na trzymiesięczne ćwiczenia rezerwy oraz do dwuletniej zasadniczej służby wojskowej ponad półtora tysiąca osób wytypowanych przez Służbę Bezpieczeństwa i Wojskową Służbę Wewnętrzną. Mieli stawić się do jednostek 5-6 listopada i być szkoleni przez „szczególnie dobraną kadrę”.

KAMASZE ZAMIAST STUDIÓW

Wezwania doręczali żołnierze WSW, wojskowi gońcy, milicjanci, a nawet esbecy. Mnie przywiozła milicja. Miałem się stawić w Wojskowej Komendzie Uzupełnień w celu „uzupełnienia danych”. Normalny jesienny pobór do wojska już się zakończył, nie podejrzewałem, że dostanę „bilet” na 5 listopada. Argumentów, że mam trudną sytuację rodzinną, że chcę studiować, nie chcieli słuchać. W porywie szczerości jeden z oficerów powiedział coś w stylu: „Nie trzeba się było tym zajmować”.

Byłem przewodniczącym Niezależnego Zrzeszenia Studentów w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Kielcach. 13 grudnia 1981 r. zostałem internowany na ponad pół roku. Po zwolnieniu chciałem wrócić na studia, początkowo władze uczelni nie widziały problemu, ale we wrześniu zostałem skreślony z listy studentów. Rektor radził odwołać się do Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego. Mówił, że on nic nie może zrobić, bo zanim sprawa do niego trafi, z „wiadomego urzędu” już dzwonią, jak ją załatwić.

W meldunkach o sytuacji na uczelni SB chwaliła się później, że także z jej inspiracji zostałem powołany do odbycia zasadniczej służby wojskowej w Jednostce Wojskowej 1991 w Chełmie Lubelskim. Do ostatniej chwili próbowałem się wybronić, ale szans nie było; 6 listopada byłem w koszarach, wraz z mniej więcej setką takich jak ja. Większość w trudnej sytuacji. Niektórzy wcześniej uzyskali odroczenie od służby wojskowej jako jedyni żywiciele rodziny, ale i tak zostali powołani.

W GIPSIE DO KOSZAR

Przeszkodą nie był też zły stan zdrowia. W jednostce znaleźli się i ci, których komisje wojskowe uznały za niezdolnych do służby wojskowej. Pewien krakowianin, powołany za udział w demonstracjach w Nowej Hucie, posiadał sądowe orzeczenie o niepoczytalności. Podczas zbiórki, gdy dowódca beształ go za niewykonanie komendy, oświadczył, że ma „żółte papiery”, i wyjął z kieszeni ten dokument. Kadra nie wiedziała, jak z nim postępować. Czasem wojsko bawiło go, wykonywał ćwiczenia, czasem się denerwował. Kiedy zmęczył się w marszu, rzucił karabin i plecak na drogę, zaklął i stwierdził, że dalej nie idzie. W końcu poszedł, ale kapral musiał nieść jego broń i oporządzenie. Dopiero po trzech miesiącach został zwolniony.

Podczas przyjmowania rezerwistów w Chełmnie (dziś woj. kujawsko-pomorskie) dochodziło do dramatycznych sytuacji. Lekarz jednostki, zeznając przed prokuratorem IPN, stwierdził, że izba chorych szybko się zapełniła, ponieważ wśród powołanych byli ludzie tuż po operacjach, „jeszcze w opatrunkach gipsowych”, a nawet „osoba, która miała gips od kręgosłupa szyjnego do lędźwiowego i była praktycznie unieruchomiona”.

Narzekający na zdrowie słyszeli często od dowódców, że wojsko ich wyleczy. Chorobom sprzyjały fatalne warunki – w Chełmnie ponad 300 rezerwistów od 8 listopada do 24 grudnia umieszczono na poligonie Kępa Panieńska, w brezentowych namiotach rozstawionych między wałem powodziowym a korytem Wisły. Ogrzewane były tylko w nocy małymi piecykami węglowymi, tzw. kozami.

W namiotach zakwaterowani zostali również wcieleni do jednostek w Brzegu, Gorzowie Wielkopolskim i Rawiczu. W Czerwonym Borze koło Łomży, gdzie skierowano najwięcej, bo około 400 rezerwistów, mieszkali w barakach z wagonów kolejowych obitych deskami, również ogrzewanych „kozami”.

„Po tygodniu palenia, a grzały tylko wtedy, gdy płonął w nich ogień, zużyliśmy, według słów kadry, przydział węgla za cały okres ćwiczeń. Odtąd zadaniem wyznaczonych przez nas samych dyżurnych było »zorganizować«, czyli ukraść węgiel sprzed kotłowni mimo stojącej tam warty lub ściąć jakieś drzewo na opał” – wspominał Stanisław Alot, wówczas szeregowy rezerwy, nauczyciel i działacz „S” z Rzeszowa, a kilkanaście lat później działacz AWS i prezes ZUS.

Śpiący najbliżej piecyków mieli gorąco jak w saunie, a śpiącym najdalej koce przymarzały do ściany wagonu.

POD ESBECKIM NADZOREM

W jednostkach rezerwiści i odbywający służbę zasadniczą byli izolowani od pozostałego wojska. Innym żołnierzom mówiono, że to kryminaliści pozwalniani z więzień. Znaleźli się też pod szczególnym nadzorem, ulokowani wśród nich zostali tajni współpracownicy WSW i SB, śledzili ich też przełożeni. W niektórych jednostkach stosowano podsłuchy, wykryli je i zdemontowali podsłuchiwani w Rawiczu. W Chełmnie z rezerwistami zakwaterowano w namiotach dowódców drużyn i plutonów, którzy mieli donosić, o czym rozmawiają i jak się zachowują.

Rezerwiści, a także my ze służby zasadniczej byliśmy często wzywani na „rozmowy” nie tylko z oficerami kontrwywiadu wojskowego, ale też esbekami. Jedni i drudzy namawiali do współpracy, stosując szantaż i zastraszanie.

Obozowisko z namiotami w Chełmnie nie było ogrodzone, jego granice wyznaczała grabiona kilka razy dziennie droga, a jej przekroczenie traktowane było jak dezercja. Rezerwiści zostali ostrzeżeni, że patrole WSW będą strzelać do każdego, kto spróbuje się oddalić.

Powszechne były rewizje osobiste i w pomieszczeniach. Byliśmy też śledzeni na przepustkach i urlopach. Po latach z meldunków SB dowiedziałem się, że kiedy jechałem na urlop do domu, zawiadamiali o tym najbliższy posterunek MO, byłem też poddawany „wzmożonej kontroli operacyjnej, m.in. poprzez osobowe źródła informacji”.

CISZA NA PRZYSIĘDZE

Mimo takiego nadzoru mieliśmy dostęp do podziemnej prasy, a w jednostkach powstawały też okolicznościowe stemple, krzyże i pamiątki, które przeniknęły potem na zewnątrz.

Dochodziło też do zorganizowanych protestów. W Czerwonym Borze 10 listopada, czyli w dzień zapowiedzianego strajku generalnego, rezerwiści odmówili spożycia obiadu. Uznani za „prowodyrów” tej akcji Maciej Belin i Zdzisław Bełczowski ze Stalowej Woli, Jerzy Las z Sandomierza i Ryszard Kuczera z Lublina stanęli przed sądem wojskowym. „Prokuratura starała się nam udowodnić, że niezjedzenie porcji kaszy wojskowej w znacznym stopniu osłabia obronność kraju, a nawet całego Układu Warszawskiego. Świadkowie tej naszej demonstracyjnej odmowy pogubili się w zeznaniach i sąd nie miał innego wyjścia, jak tylko nas uniewinnić” – wspominał po latach Bełczowski.

W Chełmie zaprotestowaliśmy 13 grudnia, w rocznicę stanu wojennego. Odmówiliśmy zjedzenia śniadania, z całej kompanii tylko kilku się wyłamało. Wszystkich pogonili w pełnym oporządzeniu na wyrobisko po żwirowni, gdzie w maskach przeciwgazowych musieliśmy wielokrotnie „zdobywać” wzgórze. Przez kilka dni panowała zaostrzona dyscyplina, dostaliśmy w kość, ale innych konsekwencji nie było.

Do przysięgi mieliśmy intensywne szkolenia z musztry, częste wymarsze i ćwiczenia w terenie, a także szkolenie polityczne. Przydzielili nam kałasznikowy, dwa razy strzelaliśmy z nich ostrymi nabojami do tarczy w pozycji leżąc. Nad każdym stał wtedy oficer, trzymając dłoń na otwartej kaburze z pistoletem.

Podczas przysięgi 9 stycznia 1983 r. słowa o „staniu nieugięcie na straży władzy ludowej i dochowaniu wierności rządowi PRL” powtórzyło niewielu. A gdy prowadzący odczytał, że mamy „stać nieugięcie na straży pokoju w bratnim przymierzu z Armią Radziecką i innymi sojuszniczymi armiami”, zapanowała cisza. Przerwał ją śmiech przybyłych na uroczystość krewnych i znajomych.

Występujący na koniec Adam Guzik ze Skawiny zamiast przemówienia, które dał mu oficer polityczny, z deklaracjami typu „dołożymy cegiełkę do budowy socjalizmu”, odczytał nasze z zapewnieniem rodzin, że nie będą się za nas wstydzić. Skończyło się na tym, że skrócili nam spotkanie z bliskimi.

KOPANIE ROWÓW DLA SPORTU

Rezerwiści w siedmiu z dziesięciu jednostek w ogóle nie dostali broni. Większość nosiła mundury bez dystynkcji, choć byli wśród nich podoficerowie. W Chełmnie zajmowali się m.in. budową mostów pontonowych na Wiśle, choć nie byli do tego przygotowani. „To, że nikt nie zginął ani nie zrobił sobie krzywdy, zawdzięczać można niektórym rozsądnym oficerom w kompaniach” – mówił po latach prokuratorowi IPN jeden z tych „pontonierów”.

Kopali też rowy wzdłuż Wisły, które następnie zasypywali.

Do takich bezsensownych prac rezerwiści zmuszani byli we wszystkich jednostkach. Chodziło głównie o fizyczne znęcanie się i upokorzenie ludzi.

Na początku lutego 1983 r. rezerwiści zostali zwolnieni. Powołanych do służby zasadniczej (prócz Chełma także do jednostek w Jarosławiu i Węgorzewie) przenieśli po przysiędze do jednostek kolejowo-drogowych. Było takich dziewięć w PRL, a służących w nich wykorzystywano jako tanią siłę roboczą do najcięższych prac na torach i drogach.

Z Chełma trafiliśmy do takiej jednostki w Przemyślu, a właściwie na jej zgrupowania polowe – najpierw do Łaz koło Zawiercia, a potem do Strzemieszyc (część Dąbrowy Górniczej). Codziennie pracowaliśmy na węźle kolejowym Jaworzno Szczakowa. Najczęściej wymienialiśmy żwirową podsypkę pod podkładami toru, same podkłady i szyny, a także rozładowywaliśmy wagony z węglem i innymi towarami. Gdy trzeba było przyspieszyć z robotą, urządzano nam tzw. alarmy robocze – od świtu do zmroku.

Nasze podstawowe „uzbrojenie” stanowiły łopaty i kilofy. Od gwarowej nazwy tych ostatnich staliśmy się „Dziaganami”. Na stanie mieliśmy też stare pistolety maszynowe PPS-43, które podczas alarmów trzeba było brać ze sobą, a potem złożyć w wyznaczonym miejscu. Wystarczyło kilka kropli deszczu i pokrywały się rdzą. Po powrocie musieliśmy je czyścić. Strzelaliśmy z tej broni kilka razy w ciągu prawie dwóch lat służby.

Koledzy, którzy mieli problemy zdrowotne, cierpieli przy robotach na torach. Niektórzy stanęli przed komisją lekarską i udało się im wyjść wcześniej do cywila. Jednym ze sposobów były sfingowane i nie próby samobójstw.

KOMPANIA KARNA „SOLIDARNOŚCI”

Jeszcze przed przysięgą przywrócono mi prawa studenta i chciałem wrócić na uczelnię, ale nie było to możliwe. Do cywila wyszedłem 25 września 1984 r., na pięć dni przed rozpoczęciem roku akademickiego. Reszta kolegów z Karnej Kompanii „Solidarności”, jak ją nazywaliśmy, trzy tygodnie później.

IPN ustalił nazwiska 264 osób ze specjalnego poboru powołanych na dwa lata do wojska. Rezerwistów doliczono się 1447. Prócz wymienionych jednostek trzymiesięczne „ćwiczenia” odbywali oni w Budowie-Złocieńcu, Czarnem k. Człuchowa, Głogowie, Trzebiatowie i Unieściu k. Koszalina. Nie mieli wątpliwości, że był to rodzaj internowania. Takie określenia pojawiały się też w podziemnej prasie. Józefowi Pinterze, działaczowi „S” z Bydgoszczy, nawet w książeczce wojskowej wpisano: „JW 1636, internowany, Chełmno 5.12.82″.

Gen. Wojciech Jaruzelski, w stanie wojennym I sekretarz KC PZPR, premier i minister obrony narodowej, na przesłuchaniu w 2011 r. w IPN nazwał ten pobór opozycjonistów do wojska „inteligentnym internowaniem”.

Marcin Dąbrowski, który jako jeden z pierwszych historyków zajął się badaniem tej formy represji, stwierdził, że spełnia ona kryteria definicji internowania, ponieważ pobyt w jednostkach nie miał nic wspólnego z podnoszeniem kwalifikacji wojskowych. Podkreślił jednak, że „ten sposób odosobnienia należy uznać za dużo uciążliwszy niż normalne internowanie”.


Korzystałem z publikacji IPN: „Inteligentna forma internowania. Ćwiczenia i powołania do Ludowego Wojska Polskiego jako forma represji po 13 grudnia 1981 r.” pod redakcją Grzegorza Majchrzaka, Warszawa 2016, z której pochodzą także cytaty.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com