Archive | November 2022

Canadian-Israeli Yeshiva Student Killed in Jerusalem Bombing Laid to Rest: ‘He Was Beloved by All’

Canadian-Israeli Yeshiva Student Killed in Jerusalem Bombing Laid to Rest: ‘He Was Beloved by All’

Algemeiner Staff


Haredi Jewish men look at the scene of an explosion at a bus stop in Jerusalem, Israel, on Nov. 23, 2022. Photo: Reuters/Ammar Awad

Hundreds of mourners gathered in Jerusalem on Wednesday to pay their final respects to a Canadian-Israeli yeshiva student  murdered in a bombing in the Israeli capital earlier in the day.

Aryeh Shechopek, 16, was heading to his yeshiva at Moshav Beit Meir outside Jerusalem when the first of two explosive devices — both embedded with nails and marbles to maximize damage — were detonated remotely near a bus stop by the entrance to Jerusalem. He was declared dead after being evacuated to Shaare Zedek Medical Center.

Some 26 people were reported injured, some seriously, in the twin bombings, including a friend of Shechopek’s who was traveling with him.

“I just want to say bye to my son Aryeh,” said his father, Moshe Shechopek, to a somber crowd. “Only one thing comes to mind, what’s important and what’s not. To appreciate every minute with the child and with the family.”

Rabbi Naftali Schreiber, the head of Shechopek’s yeshiva, said the teenager was initially feeling unwell in the morning and considered staying at home with his supervisor’s encouragement, before overcoming his condition and deciding to go to school. A young man “who fought hard with all his strength, set himself on a good path, had a future for greatness,” said Schreiber. “No one ever saw anger in this boy, he didn’t know what anger was. He would walk in the street and help anyone possible, he was beloved by all.”

Rabbi Yehuda Moshkovich, also of Shechopek’s yeshiva, remembered the student as “a charming guy” who “fought like a lion for every goal he took on.”

Shechopek was also mourned by Israeli leaders, with Prime Minister Yair Lapid describing him as “a boy who never wronged anyone in the world.”

“He was murdered simply because he was Jewish,” said Lapid in a statement on the attack.

In a statement on social media, Canadian Prime Minister Justin Trudeau sent his “deepest condolences” to Shechopek’s family and friends, saying he was “incredibly saddened” to learn of his death. “Canada condemns this violence in the strongest possible terms.”

The Israeli military’s chief of staff, Lt. Gen. Aviv Kochavi, cut short his visit to the United States following the Jerusalem bombings, the latest in a string of terrorist attacks that have killed more than two dozen of Israelis since spring and left scores more injured.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Polka ateistka kontra Polak katolik

Polka ateistka kontra Polak katolik

Karolina Wigura
rozmawia z Tomaszem Terlikowskim


„Skoro Kościół jest dla ciebie elementem drogi, narzędziem – to ma sens, że w nim pozostajesz. Mam jednak zasadnicze wątpliwości co do Kościoła katolickiego jako wspólnoty. Co do tego, czy instytucja tak przeżarta skandalami może być jeszcze elementem drogi, narzędziem, jak je nazywasz. Czy ona tej drogi, o której mówisz, nie wypacza” – mówi Karolina Wigura w rozmowie z Tomaszem Terlikowskim. Publikujemy przedpremierowo fragment książki „Polka ateistka kontra Polak katolik”, która wkrótce ukaże się w serii Biblioteka Kultury Liberalnej.


Tomasz Terlikowski: Czym jest dla ciebie Kościół katolicki? 

Karolina Wigura: Pytasz mnie o doświadczenie osobiste czy o analizę socjologiczną?

TT: Najpierw to pierwsze, a potem drugie. 

KW: Kościół jest ważną częścią mojej socjalizacji i jeszcze ważniejszym rozczarowaniem. 

TT: Dlaczego tak jest?

KW: Do końca szkoły podstawowej byłam wychowywana w katolicyzmie. Częściowo ze względów rodzinnych. Moi rodzice są niewierzący, ale moja babcia, która odgrywała istotną rolę w moim wychowaniu, gdy byłam dzieckiem, regularnie chodziła do kościoła. Była wierząca, więc zabierała mnie ze sobą, uczyła mnie modlitw i dużo o tym rozmawiałyśmy. 

Jako czternastolatka – dobrze to pamiętam – zdałam sobie sprawę, że nie wierzę w Boga. Byłam jednak ochrzczona, bo moja mama chciała, żebym chodziła na religię i rekolekcje, a także, żebym poszła do pierwszej komunii. Obawiała się, że z moimi poglądami będę dyskryminowana.

TT: A byłaś?

KW: Wielokrotnie tak, ale o tym za chwilę. Natomiast ze względu na tę wczesną socjalizację, na to, że jako dziecko byłam w kościele często, katolicyzm uważam za coś swojego. Może to dlatego, mimo że w swoim życiu odżeglowałam bardzo daleko od Kościoła, nie mam potrzeby dokonania oficjalnego aktu apostazji. Kiedy wchodzę do kościoła, rozpoznaję wszystkie znajdujące się w nim symbole, każdy obraz, każde słowo liturgii, każdy zapach. 

TT: A twoje dzieci?

KW: Zgodnie z naszymi przekonaniami nasze dzieci nie są ochrzczone. Tak jak mówiłam, osobiście spotkałam się wielokrotnie z dyskryminacją. Siostra zakonna prowadząca lekcje religii w ostatnich klasach podstawówki, gdy zgłaszałam swoje wątpliwości, przy wszystkich uczniach mówiła o tym, że wynikają z nieumiejętności logicznego myślenia i braku łaski wiary. Katoliccy znajomi bez ogródek wyrażali się z pogardą na temat moich poglądów. Panowało jakieś przyzwolenie na robienie tego publicznie, bez próby zrozumienia drugiego człowieka. To tylko kilka z wielu przykładów. Stąd, gdy słyszę dziś, że to ludzie wierzący są w Polsce dyskryminowani, jest to dla mnie szokujące, bo przeczy mojemu doświadczeniu. 

Ale Polska – i tutaj przechodzę już do diagnozy socjologicznej – bardzo zmieniła się od czasów mojej wczesnej młodości. Kościół katolicki stopniowo traci swoją centralną rolę dla życia ludzi i dla polskiej tożsamości. Szczególnie gdy mieszka się w dużym mieście, światopogląd ateistyczny, zsekularyzowany sposób życia, to dziś sprawy po prostu normalne. Nasze dzieci nie potrzebują socjalizacji katolickiej, tylko wiedzy na temat katolicyzmu i chrześcijaństwa jako części naszej kultury. I to od nas otrzymują. 

TT: Słucham z uwagą tego, co mówisz, jak ważną częścią twojej socjalizacji jest Kościół. Dlaczego w takim razie zdecydowałaś się wyruszyć w inną drogę? 

KW: To splot trzech czynników. Są to po pierwsze czynniki nierefleksyjne, czysto socjologiczne. Rodzice mają wielki wpływ na światopogląd swoich dzieci. Moi rodzice są niewierzący, a ja to, używając terminu socjologicznego, reprodukuję. Zmiana pozycji Kościoła w Polsce i polskiej kulturze pozwala mi to zrobić jeszcze bardziej konsekwentnie. 

TT: A drugi czynnik?

KW: Ty często odcinasz się od osób, które krytykują Kościół katolicki za różne skandale i ze względu na nie od niego odchodzą. Zrobiłeś tak ostatnio, gdy papież Franciszek powiedział, że NATO sprowokowało Władimira Putina do napadnięcia na Ukrainę „swoim szczekaniem”. Napisałeś wtedy, że nie zgadzasz się z tymi, którzy ze względu na tę wypowiedź wychodzą z Kościoła, bo jesteś w Kościele ze względu na to, że wierzysz w Jezusa, a nie dlatego, że ten czy inny papież ci się podoba. 

TT: A ty się z tym zgadzasz?

KW: Dla osób takich jak ja jakość kleru jest zasadniczą sprawą. Są rzeczy bulwersujące, które podważają bycie w Kościele. Są tak bulwersujące, że rozumiem osoby, które wierzą w Jezusa, ale w Kościele być nie chcą. Pamiętam księdza, który prowadził religię w mojej podstawówce, w czwartej lub piątej klasie. To był ksiądz, który lubił głaskać dziewczynki po udach i obejmować je w talii. Robił to publicznie, przy wszystkich. Nigdy nie robił tego mnie, a zawsze bardziej rozwiniętym cieleśnie dziewczynkom. Pamiętam jednak swoje myśli. Uważałam, że pewnie mnie nie lubi, a je tak. 

To był prawdziwy koszmar, bo dopiero jako dorosła osoba zrozumiałam, że ofiarami jego zachowania były moje koleżanki, ale ja także. I że molestowanie seksualne wytwarza patologiczne relacje nie tylko między molestującym a molestowanymi, lecz także między nimi a biernymi obserwatorami. To były inne czasy. Nikt z nami wtedy o tym nie rozmawiał. Nie potrafiliśmy tego nazwać. Sala do religii znajdowała się obok gabinetu dyrektorki szkoły, ale nie wiedzieliśmy, że powinniśmy natychmiast pójść do niej na skargę. Po swojemu, po dziecięcemu, mściliśmy się na nim. Przezywaliśmy go „Batmanem”, zakłócaliśmy mu lekcje. Ale nie muszę ci tłumaczyć, że to nie była równa gra. Chodziłam jeszcze wtedy do kościoła i pamiętam, jak się bałam, że trafię na niego przy spowiedzi. 

Nie mówię, że moje spotkania z klerem były wyłącznie takie. W liceum czasem chodziłam jeszcze na religię, głównie, żeby pospierać się z księdzem – buntowałam się wtedy, potrzebowałam punktów odniesienia. Ten z kolei był inteligentny, szanował mnie, nie bał się brać udziału w tych dyskusjach. Ale to był chwalebny wyjątek na tle słabego poziomu wszystkich innych, ich obojętności, niegrzeczności i patologii takiej, jak w przypadku tego księdza molestatora. No i jest jeszcze trzeci czynnik, który jest decydujący. 

TT: Zanim do niego przejdziesz, pozwól, że odniosę się choć krótko do tego, o czym mówiłaś. To nie jest tak, że nie rozumiem osób, które odchodzą z Kościoła, bo dotyka je jakość duchownych albo braki instytucji. Mnie też one dotykają. Im dłużej zajmuję się zagadnieniem nadużyć, tym bardziej mam świadomość, że wiele z nich wynika nie tylko z – ujmijmy to po świecku – „słabości kadr”, czy – bardziej religijnie – z grzechu jednostek, ale z problemów instytucjonalnych, z modelu religii oraz instytucji, w jakim żyjemy, z czegoś, co można określić instytucjonalną pychą, sakralizacją władzy i kompletnym brakiem kontroli. To jest także prawda o tej instytucji. 

Jednak zarazem nie wierzę w trwanie historycznej wiary i religijności bez jakiejś formy instytucjonalnej. Ona może być lżejsza lub cięższa, bardziej hierarchiczna albo mniej, ale zawsze konieczna jest jakaś instytucja. Dotyczy to nie tylko chrześcijaństwa, ale w istocie każdej religijności. W chrześcijaństwie jest zaś ona jeszcze istotniejsza, bo chrześcijaństwo zaczyna się od wspólnoty wiary w Chrystusa i wydarzenia, którego owa wspólnota doświadcza, czyli pustego grobu. Od tamtego momentu ta wspólnota owo doświadczenie przekazuje, uobecnia, analizuje. Bez owej wspólnoty nie ma więc przekazu wiary. I to dlatego jestem w Kościele. Ale wróćmy do tego, co mówiłaś o czynnikach twojego odejścia od wiary. Jaki jest ten trzeci czynnik?

KW: Filozoficzny. Bez niego dwa pierwsze czynniki nie byłyby trwałe. Wracałam do Kościoła choćby w chwilach zwątpienia, kłopotów osobistych, ze względu na stary nawyk. Próbowałam tak robić, nawet jeszcze mając dwadzieścia lat. To, że potem przestałam, było skutkiem domyślenia mojego światopoglądu do końca. Mam zasadniczą filozoficzną trudność, aby zaakceptować wiarę w Boga osobowego. Nie rozumiem wiary w Mesjasza, którym miał być ponoć Jezus. To wątpliwa historycznie opowieść, napisana przez ludzi żyjących sto, a nawet dwieście lat po śmierci tego, kto miał tego Mesjasza uosabiać. Zbyt wiele jest w tych przekazach sprzeczności, a już temat teodycei, czyli istnienia zła w świecie stworzonym przez dobrego Boga, jest absolutnie nie do zaakceptowania z punktu widzenia intelektualnego. Dalej, chrześcijaństwo udaje tylko religię monoteistyczną – Bóg istnieje przecież w trzech osobach, a w katolicyzmie mamy w dodatku całe zastępy świętych. Trudno wreszcie chrześcijańską opowieść pogodzić także ze stanem nowoczesnej nauki, a szczególnie z naszą wiedzą o kosmosie. Znacznie bliższy jest mi światopogląd, o którym opowiadałam ci w rozmowie o ateizmie, czyli spinozjańska wizja świata bez Boga osobowego, ale niewykluczająca duchowości. Natomiast bez tych dziwnych i dla mnie bardzo naiwnych wierzeń. 

TT: Z ciekawością słucham twojej historii. Moja jest inna. Moi rodzice byli praktykujący, choć szczerze mówiąc, nie wiem, czy bardzo wierzący. Nigdy razem się nie modliliśmy. Słyszę od wielu przyjaciół, że w dzieciństwie modlili się z rodzicami albo z dziadkami. U nas nie było takiego zwyczaju. Moją mamę widywałem modlącą się dopiero jako starszą osobę, po śmierci ojca. 

Mimo wszystko rodzice jednak praktykowali, byli co niedzielę w kościele, tata spowiadał się na śluby i chrzciny swoich wnucząt – więc rzadko, ale mama częściej. W dużej mierze to ja wciągałem rodziców w praktyki religijne. To był też bardzo po „kongresówkowemu” – od Królestwa Kongresowego, z którego pochodziła moja rodzina – dom antyklerykalny, nie radykalnie, ale nie było w nim przesadnej miłości do księży. 

Na swojej drodze spotkałem wielu naprawdę dobrych księży. Choć przyznam, że niekiedy okazywało się, iż niektórzy z nich mieli bardzo nieciekawą przeszłość, na przykład lustracyjną, przez lata donosili lub na przykład nadużywali swojej pozycji wobec kobiet. Jako młodego chłopaka to mnie nie gorszyło, ale kiedy wszystko sobie przemyślałem i poukładałem w głowie, zrozumiałem, że to było po prostu złe. 

Potem poszedłem na studia filozoficzne, na Akademię Teologii Katolickiej, obecnie Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego, i tam naprawdę poznałem fajnych księży. Wciąż jednak przypominam sobie takie powiedzenie, że to prawdziwy dar, żeby skończyć uczelnię katolicką i zachować wiarę w Boga. 

KW: Tak się kiedyś żartowało, ale w istocie to nie żart. 

TT: Dokładnie. Ale gdybym miał powiedzieć, jak wyglądała moja droga, to jednak najważniejsza jest dla mnie także refleksja filozoficzna. Na studiach bardzo dużo zastanawiałem się, jak wygląda nasz świat. Czy jest jakiś sens tego wszystkiego. Bardzo długo zadawałem sobie pytanie, czy na pewno powinienem być katolikiem. Miałem duże ciągoty prawosławne, wschodnie, tłumaczyłem nawet teologię prawosławną. 

KW: Myślałam, że mógł ciągnąć cię protestantyzm. 

TT: To nie tak, że mnie nie ciągnął. Czytałem wiele o protestantach, natomiast przyznam, że od czasów licealnych fundamentalnym pytaniem było dla mnie to o predestynację, czyli jak pogodzić wolność człowieka z wszechwiedzą Boga. To mnie od dawna bardzo dręczyło. W wersji prawosławnej to pytanie jest obecne najłagodniej, tylko że prawosławie jest semipelagiańskie, to znaczy, że kładzie dużo większy nacisk na wybory człowieka i na łaskę, natomiast klasyczny protestantyzm, szczególnie w wydaniu kalwińskim, był dla mnie przerażający w tym właśnie aspekcie, że wszystko jest z góry zadecydowane, gdy chodzi o nasze zbawienie. 

KW: Tutaj właśnie zaczynają się moje filozoficzne zdziwienia. Mówiłam wcześniej o Spinozie. Podkreślam to, bo jestem przeciwniczką głębokiego materializmu, który zakłada, że nie istnieje żadna duchowość. U Spinozy cały świat przesycony jest duchowością, siłami, zasadami Natury – to właśnie życie i oddziałujące na nas wszystkich siły. Natomiast nie jestem w stanie ułożyć sobie w głowie tego, co ty mówisz o religii. 

Jesteś z jednej strony filozofem, a z drugiej katolikiem. Zastanawiam się, czy to nie buduje w tobie zasadniczego napięcia. Wiara w Jezusa i w Boga osobowego w ogóle – czy to nie jest zbytnie uproszczenie dla ciebie? Często, kiedy rozmawiamy, mam wrażenie, że myślisz filozoficznie, logicznie, do momentu, gdy pojawia się wiara. Wtedy przestawiasz myślenie na zupełnie inne – mistyczne, niepoparte dowodami. Utrudnia to rozmowę osobom takim jak ja, które poruszają się tylko po pierwszej płaszczyźnie, drugą uznając za intelektualnie niezadowalającą. 

TT: Wiara pozostaje racjonalna, inaczej przeradza się w fundamentalizm. Tyle że oczywiście jest to nieco odmienny model racjonalności niż ten, który proponują Spinoza czy jego następcy. Myślenie mistyczne jest podparte dowodami, a przynajmniej argumentami, choć one – co oczywiste – nie podlegają prostej empirycznej weryfikacji czy falsyfikacji, jedynym, co może je potwierdzać lub im zaprzeczać, jest ich własna spójność, a także – w wymiarze egzystencjalnym – to, czy mają one moc zmieniać człowieka. To oczywiście jest zawsze nieempiryczne i nieweryfikowalne, ale to wcale nie oznacza, że nieracjonalne. 

Ja sam nigdy nie odczuwałem napięcia, o którym mówisz. Dlatego, że moja pobożność, religijność, myślenie skupione były na Stwórcy. Teologicznie powiedzielibyśmy – Bogu Ojcu, Bogu Izraela. Moje wczesne studia to lektura Pseudo-Dionizego Areopagity, który mówi wprost: wszystko, co mówimy, jest tak samo prawdą i nieprawdą, bo Bóg jest całkowicie niepoznawalny, bo my jesteśmy skończeni, a On nieskończony. To mi zupełnie nie kolidowało z tym, że Bóg jest osobą. Nie taką osobą, jak ja, ale że mogę z Nim wejść w jakąś relację, że On przez historię narodu wybranego i moją historię jakoś do mnie przychodzi. Nigdy nie byłem religijny w takim sensie, żeby Bóg do mnie mówił, jak w objawieniach prywatnych. Raczej to było mówienie przez tekst, przez spotkanie, w wiecznym niedopowiedzeniu i wiecznej niepewności. Na studiach byłem bombardowany teologią tomistyczną, choć uciekałem przed nią w czytanie Paula Tillicha, a także żydowskich filozofów – Levinasa, Rosenzweiga. 

Natomiast to nie były główne pytania, które mnie interesowały. O wiele bardziej zajmowały mnie pytania antropologiczne: jeśli Bóg istnieje, to jaka jest relacja między Jego wszechwiedzą a moją wolnością? Kiedy byłem bardzo młody, pojechałem z przyjaciółmi do Kalwarii Zebrzydowskiej. Oprowadzał nas pewien młody kleryk. Pamiętam, że zadałem mu pytanie: Skoro Bóg jest wszechwiedzący, to wiedział, że Adam i Ewa upadną, stwarzając ich. W takim razie, za co zostali ukarani? Albo to jest wszystko zaplanowane, jak mówi Kalwin, albo jednak mamy wolną wolę. A ty rozumujesz inaczej.

KW: Całkowicie – podobnie jak moje lektury były zupełnie inne niż twoje. Wielkich teologów przerabialiśmy oczywiście na studiach w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Jednak od samego początku nasiąkłam bardziej Arystotelesem niż świętym Tomaszem, a późniejsze zajmowanie się historią idei w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego sprawiło, że przede wszystkim czytałam Kartezjusza, Tomasza Hobbesa, Spinozę, Monteskiusza. 

Moje myślenie, tak jak twoje, zaczyna się od założeń dotyczących natury świata, ale są one inne. Nie ma powodu, aby uważać, że istnieje osobowy Bóg. Jego istnienie w jakiś sposób podpowiadają nam nasze zmysły, a także nasze mózgi, które – dowodzą współcześni neurobiolodzy – we wszystkim doszukują się sensu, spójnej opowieści, choć tej spójnej opowieści najczęściej w ogóle nie ma. Spójność jest złudzeniem, ale mózg wytwarza je, nazwijmy to, w celach ewolucyjnych. Czyli po to, abyśmy trwali jako organizmy. To dlatego w każdej rzeczy szukamy przyczyny, która byłaby związana z nami. Istnienie takich przyczyn jest jednak złudzeniem. Dlatego błędem jest twierdzenie, że istnieje Bóg, który jest podobny do nas, kocha świat i sprawuje nad nim władzę. Dobrze ujął to brytyjski fizyk, Stephen Hawking, pisząc w „Krótkiej historii czasu”, że człowiek stworzył Boga na swoje podobieństwo. 

Z takimi założeniami dotyczącymi świata mam zupełnie inną odpowiedź na temat wolności niż ty. Nasza wolność jest ograniczona, choć chcielibyśmy myśleć inaczej. Jeśli istnieje coś takiego, jak wola, to znów, jest to przede wszystkim opowieść, którą snuje ludzki mózg. To złudzenie kierowania swoim postępowaniem w stu procentach, któremu ulega każdy z nas. Zasadniczo nasza wolność sprowadza się do tego, że możemy myśleć, rozumieć świat, a także, że możemy pracować nad sobą – nad swoimi uczuciami, wiedzą, doświadczeniem i w konsekwencji do pewnego stopnia nad działaniem. To dość minimalistyczna wizja, ale ja preferuję minimalistyczne wizje jako bardziej realistyczne. Jak widzisz, z tymi założeniami filozoficznymi, trudno należeć do jakiegokolwiek Kościoła.

TT: A z moimi trudno do niego nie należeć. Jednym z najmocniejszych fundamentów moich przekonań jest doświadczenie ogromnej racjonalności świata, jego matematyczności. To dla mnie niezwykłe potwierdzenie słów z prologu Ewangelii świętego Jana: „Na początku było Słowo” (J 1,1). Słowo, czyli właśnie Sens, Język, Rozum, ostatecznie zaś Bóg. Świat jest racjonalny nie swoją racjonalnością, ale właśnie Sensem Bożym. Mam świadomość, że można to interpretować zupełnie inaczej, że można powiedzieć, że ów sens zawarty jest ostatecznie nie w świecie, a w naszym jego poznaniu, albo w ogóle spoglądać na świat bardziej z perspektywy walki i chaosu. Jednak ów sens wraca, a jego pragnienie jest zawarte gdzieś w głębi naszego myślenia. 

Ksiądz Michał Heller wyraża to tak: „człowiek – cały, wraz ze swoją świadomością – jest częścią kosmicznej struktury. Również świadomość stanowi produkt ewolucyjnego procesu. A więc i ludzkie zmagania ze swoim losem są sprawą kosmiczną, lub mniej metaforycznie – należą do wszechświata. A jeżeli tak, to bezsens ludzkiego istnienia byłby także bezsensem wszechświata. Poprzez człowieka bezsens wdzierałby się do wszechświata. Nie można wykluczyć, że tak właśnie jest, gdyż sens wszechświata, o którym pisałem w poprzednim paragrafie, i sens człowieka, który rozważam obecnie, to dwa różne sensy i nie można wykluczyć, że sens wszechświata może współistnieć z bezsensem człowieka. W takim współistnieniu nie widać logicznej sprzeczności. Ale jest, jak już wyżej wspomniałem, pewien dysonans. Harmonia wszechświata byłaby niewątpliwie większa, gdyby ludzkie istnienie – wtopione przecież we wszechświat jako w swoją nadstrukturę – miało sens. I znowu, nie można wykluczyć, że tak właśnie jest, tylko że my tego sensu nie dostrzegamy. Gdyby tak było, bezsens zostałby zastąpiony Tajemnicą”. I te słowa Hellera mogę uznać za swoje. To jest racjonalny fundament naszej wiary – i to, że neurobiolodzy odkrywają w naszych mózgach pragnienie spójności, wcale nie musi oznaczać, że to tylko działanie mózgu, ale również „ślad transcendencji”.

KW: To piękne słowa Hellera, w których inne miejsca niż dla ciebie wydają mi się prawdziwe. Im więcej wiemy o pozaziemskich światach, im więcej sond kosmicznych leci w odległe rejony naszego Układu Słonecznego, tym większe mam przekonanie o tym, że Wszechświat jest pozbawiony sensu w znaczeniu, o którym mówisz. Owszem, jest napisany językiem matematyki, czy też jak twierdzą laureaci jednej z Nagród Nobla w 2022 roku, językiem mechaniki kwantowej. Ale nie ma wymiaru moralnego, nie ma sensu w znaczeniu moralnego celu, który jest ściśle wpisany w myślenie religijne o świecie. Życie ludzkie, z tego punktu widzenia, także nie ma żadnego odgórnie narzuconego sensu, celu. Celem biologicznym jest oczywiście przekazanie DNA, ale trudno byłoby taki sens wytrzymać i nie popaść w nihilizm. Zatem możemy – my, sami – taki sens swojemu życiu nadać. Warto go nadać. Warto, aby podporządkować życie na przykład byciu pomocnym dla swojej wspólnoty, dla innych. Ale to jest sens nadawany przez nas.

TT: Jedno nas natomiast łączy: większe zainteresowanie aspektem intelektualnym niż emocjonalnym myślenia o świecie. Powiedziałaś, że z Kościoła wypchnął cię ostatecznie światopogląd. Ja z kolei, z moim światopoglądem, nigdy nie miałem poczucia, że muszę Kościół zostawić. Nigdy nie miałem momentu, w którym bym poczuł, że muszę wyjść. Nie miałem żadnych przeżyć egzystencjalnych. Raczej chodzi u mnie o takie, a nie inne postrzeganie świata, które łączy się z praktyką religijną. 

W polskim katolicyzmie jest oczywiście także pewien element lękowy, od którego nie jestem całkiem wolny. Ale to jest inna historia. Kościół jest dla mnie raczej narzędziem, elementem drogi, a nie czymś stojącym w centrum. Spotykałem różnych księży – świetnych, odważnych, mądrych, ale też buców, beznadziejnych klerykałów. Nie przeczę, że były u mnie momenty rozczarowania. Pierwszym była sprawa arcybiskupa Juliusza Paetza, któremu zostały postawione poważne oskarżenia o molestowanie seksualne. Później była sprawa biskupa Stanisława Wielgusa, który był tajnym współpracownikiem peerelowskiej bezpieki. Ale to wszystko nie było w stanie mnie zniechęcić. 

KW: Do pewnego stopnia zgadzam się, że skoro Kościół jest dla ciebie elementem drogi, jak mówisz, narzędziem – to ma sens, że w nim pozostajesz. Mam jednak zasadnicze wątpliwości co do Kościoła katolickiego jako wspólnoty. Co do tego, czy instytucja tak przeżarta skandalami może być jeszcze elementem drogi, narzędziem, jak je nazywasz. Czy ona tej drogi, o której mówisz, nie wypacza. Sam wspomniałeś, że to wspólnota w wielkiej mierze oparta na lęku. Wspomniałeś także o skandalach. 

TT: Jest sprawą dobrze znaną, że jestem zaangażowany w piętnowanie błędów w Kościele. To fakt, że my – polscy katolicy – jesteśmy dobrze wytrenowani w pewnej postawie. To zaczyna się od księży: nauczyli się, że wychylanie źle się kończy. Ta lekcja rozpoczęła się wraz z księdzem Isakowiczem-Zaleskim. Z tym, jak prymas Józef Glemp mówił o nim, że jest „nadUBowcem”, od UB, czyli komunistycznej służby bezpieczeństwa. Biskupi na spotkaniach z duchowieństwem wyzywają go, poniżają, a on ma nakaz milczenia. Był też ksiądz profesor Adam Świeżyński, który z dnia na dzień dowiedział się, że nie ma już gdzie mieszkać i gdzie wykładać. A ostatnio była sprawa księży Daniela Wachowiaka i Adama Pawłowskiego, którzy podpisali się pod listem, aby nie chować arcybiskupa Paetza w katedrze. Natychmiast nałożono na nich nakaz milczenia. 


Karolina Wigura

członkini zarządu Fundacji Kultura Liberalna. Adiunkt w Instytucie Socjologii UW. Research associate na Freie Universität Berlin. Twitter: @KarolinaWigura

Tomasz Terlikowski

doktor filozofii, publicysta, tłumacz, pisarz i działacz katolicki. W 2021 roku przewodniczył komisji do zbadania sprawy o. Pawła M. w zakonie dominikanów. Był m.in. redaktorem naczelnym portalu fronda.pl oraz redaktorem naczelnym i dyrektorem programowym Telewizji Republika.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Alcohol, PDAs and LGBTQ+ support: What else is banned in Qatar World Cup?

Alcohol, PDAs and LGBTQ+ support: What else is banned in Qatar World Cup?

JERUSALEM POST STAFF


‘No beer’ is not the only local law travelers to Qatar will have to adhere to in the conservative Muslim state.

.
Participants display placards as LGBT+ associations protest in front of FIFA World Football Museum, as Qatar is set to host the 2022 World Cup, in Zurich, Switzerland November 8, 2022 / (photo credit: REUTERS/ARND WIEGMANN)

The 2022 FIFA World Cup kicked off on Sunday in Qatar amid plenty of controversy and international scrutiny surrounding the host’s questionable human rights record, especially the country’s treatment of foreign workers and LGBTQֹֹּּּ+ rights.

The Muslim-majority Gulf country infamously banned alcoholic drinks from being sold at World Cup stadiums in a last-minute decision that drew ire from fans around the world that had traveled to Qatar to watch the matches.

Soccer fans, who were told by Qatari and FIFA officials to ‘respect local rules and customs,’ raised concerns over Qatar’s ability to fulfill its promises to visiting fans on “accommodation, transport or cultural issues.”

Qatar’s tournament organizers have said in the lead-up to the World Cup that alcohol would be widely accessible to fans at the tournament. However, the ban from stadiums means the only place supporters can legally obtain alcoholic drinks is at the official World Cup Fanzone.

However, ‘no beer’ is not the only local law travelers to Qatar will have to adhere to in the conservative Muslim state.

A Qatar 2022 logo is seen in front of the skyline of the West Bay in Doha ahead of the FIFA World Cup, November 10, 2022. (credit: REUTERS/JOHN SIBLEY/FILE PHOTO)

What else is banned in Qatar?

Perhaps the most shocking infringement of human rights in Qatar is its treatment of LGBTQ+ individuals, with homosexuality being illegal and punishable by law. An LGBTQ+ individual can be sentenced to up to five years in prison in Qatar for homosexual acts.

Qatari organizers of the World Cup have also warned visitors against public displays of affection but say that everyone, no matter their sexual orientation or background, is welcome at the event.

Rainbow flags, shirts and armbands banned by Qatar

FIFA and Qatar have both made unprecedented efforts to stop nations from expressing public support for the LGBTQ+ community. The soccer federations of England, Wales, Belgium, the Netherlands, Switzerland, Germany and Denmark all backed down on Monday from a plan to have their captains wear the ‘One Love’ armband during World Cup matches in protests of the treatment of the LGBTQ+ community in Qatar.

The national associations backtracked after FIFA warned them that wearing the multi-colored armband, whose design does not explicitly state support for the gay community, would result in the yellow-carding of players, a sporting punishment described by the German soccer association (DFB) as “extreme blackmail.”

One US journalist also reported that he was briefly detained on Monday when attempting to enter a World Cup stadium while wearing a rainbow shirt. He said his phone was taken away when he tweeted about the incident.



In another bizarre decision by soccer’s world governing body, the Belgian national team’s away kit was rejected because the word “love,” combined with a rainbow-colored trim on the shirt, was stitched onto the collar. FIFA said that if the word ‘love’ is removed, Belgium would be allowed to wear the shirt during the tournament.

England’s Declan Rice and Jude Bellingham take a knee before the match against Iran, FIFA World Cup in Khalifa International Stadium, Doha, Qatar on November 21, 2022 (credit: REUTERS/CARL RECINE)

Qatar bans non-halal, Kosher foods

The Muslim nation also banned the public carrying of all pork-based products, in keeping with the nationwide ban on non-halal foods.



Furthermore, despite previous promises made to Jewish organizations, it was revealed by The Jerusalem Post earlier this week that Qatar won’t allow any cooked kosher food to be sold or offered to visitors.

Sources in Jewish organizations further told the Post that Qatar broke another promise to allow Jewish prayer services in Doha during the games, claiming it couldn’t secure this type of activity and then banned it completely.


Reuters contributed to this report.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


ILTV News Flash – November 22, 2022

ILTV News Flash – November 22, 2022


ILTV Israel News


1. CAR-BOMBING IN JUDEA & SAMARIA

2. IRAN PLOTTING ATTACK ON THE WORLD CUP?

3. COALITION TALKS ADVANCING


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Profesor Bender, dr Ryba i ksiądz Guz nie wzięli się znikąd. KUL od początku był ostoją endeków i antysemitów

Minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek podczas inauguracji roku akademickiego 2022/2023 na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, 16.10.2022 r. (Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl)


Profesor Bender, dr Ryba i ksiądz Guz nie wzięli się znikąd. KUL od początku był ostoją endeków i antysemitów


Lubelski ksiądz o KUL: – Kiedyś był to uniwersytet. Później tylko katolicki. A teraz zaledwie lubelski.


W połowie lutego 2021 r. zmarł  w Szczecinie ks. Andrzej Dymer, seksualny drapieżnik i pedofil. Jego winy Kościół znał od ćwierć wieku, lecz był chroniony przed odpowiedzialnością m.in. przez abp. Andrzeja Dzięgę, od 2009 r. szefa metropolii szczecińsko-kamieńskiej. Dymer był ceniony, bo umiał zdobywać pieniądze.

Dzięga, z wykształcenia prawnik, to profesor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, był nawet dziekanem wydziału prawa. W 2002 r. Jan Paweł II mianował go biskupem sandomierskim. Tam również odkryto przestępstwa pedofilskie, wobec których Dzięga nie wszczął postępowania, a jedynie przeniósł oskarżonego księdza na drugi koniec diecezji, gdzie był proboszczem i uczył religii w szkole podstawowej. W śledztwie zaginął kluczowy dowód – nagranie. Sprawdzano, czy za zaginięcie, ukrycie lub zniszczenie nagrania odpowiada arcybiskup. Nie udało się tego wyjaśnić.

Żeby było zabawniej, tenże Dzięga przewodniczył radzie prawnej, która przygotowywała wytyczne Episkopatu, jak postępować w przypadkach wykorzystywania małoletnich przez duchownych. Pierwsze instrukcje uchwalono w 2009 r., lecz ich nie opublikowano. Zaważyło zdanie arcybiskupa, który uznał to za zbyteczne.

Abp Andrzej Dzięga
Abp Andrzej Dzięga  Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl

Dzięga był również kanclerzem kurii polowej, ma stopień pułkownika. Kurii szefował wówczas abp Sławoj Leszek Głódź, generał, a wtedy także metropolita gdański. Został ukarany przez Watykan za krycie pedofilów, obłożony zakazem mieszkania w swojej byłej diecezji.

Zbigniew Nosowski, naczelny miesięcznika „Więź”, socjolog i teolog oraz działacz katolicki, pisał: „W kwietniu br. [2022] metropolita szczecińsko-kamieński odebrał na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Nagrodę im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego Prymasa Tysiąclecia. Nagrodę przyznało abp. Dziędze Stowarzyszenie Absolwentów i Przyjaciół Wydziału Prawa KUL, którego prezesem jest ks. prof. Mirosław Sitarz, prawnik kanonista, prorektor KUL, a także obrońca oskarżonego o wykorzystywanie małoletnich szczecińskiego duchownego ks. Andrzeja Dymera w karnym procesie kanonicznym”. Dodatkowo Sitarz jest pełnomocnikiem Dzięgi w sprawie o ukrywanie przestępstw seksualnych toczącej się w diecezji pelplińskiej, w metropolii gdańskiej.

 – Dzięga zna Sitarza jeszcze z czasów lubelskiej uczelni – mówi ksiądz posługujący wiele lat w Lublinie. –  Mógł wpływać na dochodzenie pelplińskie, bo zna się z Głódziem jeszcze z wojska. Obu obwiniono o krycie pedofilów, więc mają inne wspólne doświadczenie. Tak działa mafia.

– Powie to ksiądz pod nazwiskiem?

– Nie.

– Dlaczego?

– Dzięga to filar Episkopatu, KUL jest pod szczególną protekcją Kościoła i władzy, ministra Czarnka. Znają się jak w rodzie Corleone.

– To wpływowa oraz majętna sitwa – dopowiada absolwent KUL, profesor. – Tak wygląda polski Kościół pchający się do polityki i narodowo-katolicka władza, więc KUL jest taki sam. Nie zbuduje sobie naukowej pozycji i przyszłości, ale na pozór ma się świetnie, rząd daje pieniądze, np. na wydział medyczny. Może będą nauczać, że in vitro jest złe, a kalendarzyk małżeński dobry.

Gen uległości wobec władzy

Lubelski uniwersytet powstał przed wojną jako uczelnia prywatna. Utrzymywał się z prywatnych i państwowych funduszy. Był pierwszym działającym uniwersytetem na terenach wyzwolonych spod niemieckiej okupacji. Pracowali tam profesorowie z kresowych uczelni Jana Kazimierza i Stefana Batorego.

Ale – czytam w Wikipedii – „w 1949 roku zabroniono przyjmowania nowych studentów na niektóre świeckie kierunki, pozbawiono funkcji rektora ks. Słomkowskiego – za to, że nie chciał zalegalizować na uczelni komórki młodzieżowej organizacji komunistycznej. Uniwersytet był stale inwigilowany przez Służbę Bezpieczeństwa, utrudniano życie studentom i wykładowcom, cenzurowano publikacje uczelni. Dopiero lata 90. przyniosły poprawę sytuacji”.

To wielce nieprawdziwie. KUL wcale nie podlegał szczególnym represjom, a jeśli poszczególni studenci i wykładowcy uczestniczyli w opozycji, to poza uczelnią.

– KUL od zawsze nosi w sobie gen uległości wobec władzy – mówi Wojciech Samoliński, absolwent uczelni i kiedyś jej pracownik, w PRL opozycjonista. – Ale wtedy miał jakąś kindersztubę. Nie wyobrażam sobie, żeby za rektora Mieczysława Krąpca funkcjonował tak jak dzisiaj.

Dominikanin został rektorem w 1970 r. Postanowił, że zabezpieczy byt uczelni. Dlatego – nie był wśród rektorów wyjątkiem – współpracował z władzą i SB.

– Poprzednik poradził mu: „Mieciu, jak masz się puszczać, to z hrabianką, a nie z pokojówką” – mówił mi Tomasz Dostatni, współbrat z zakonu dominikanów. – Krąpiec gadał z wysokimi funkcjonariuszami SB i PZPR, nie zajmował się lubelską drobnicą. Powiedział mi, że na uniwersytetach są dwie drogi kariery, obie przez dupę. Pierwsza: siedzisz na dupie, studiujesz, czytasz, piszesz i może ktoś cię dojrzy. Druga: dajesz dupy i na pewno cię zobaczą. To nie dotyczyło tylko KUL, ale na tej uczelni zaciążyło szczególnie.

Lublin, czerwiec 1994 rok. Prof. Stanisław Wielgus, biskup lubelski Bolesław Pylak i były rektor KUL prof. Mieczysław Krąpiec podczas uroczystości 75 lecia Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.
Lublin, czerwiec 1994 rok. Prof. Stanisław Wielgus, biskup lubelski Bolesław Pylak i były rektor KUL prof. Mieczysław Krąpiec podczas uroczystości 75 lecia Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.  Fot. Iwona Burdzanowska / Agencja Wyborcza.pl

Krąpiec zatrudniał, podobnie jak poprzednicy, profesorów z szemranymi z punktu widzenia władzy ludowej biografiami: Stefana Świeżawskiego, Jerzego Kłoczowskiego, Władysława Bartoszewskiego, Adama i Tomasza Strzęboszów, Krzysztofa Kozłowskiego. Próbował otwierać nowe kierunki studiów. Uważał, że wodzi bezpiekę za nos. Lecz bezpieka trzymała go na krótkiej smyczy. Gdy w 1973 r. komuniści scalali ruch studencki, postanowili, że Socjalistyczny Związek Studentów Polskich powstanie również na KUL. Rektor – w imię obrony substancji – był bardzo za. Kilku studentów otwarcie przeciw. Pojechali do Warszawy prosić o wsparcie prymasa Wyszyńskiego. Kardynał nie lubił jakichkolwiek buntowników, więc przyjął ich chłodno. Byli pewni, że wyjeżdżają z niczym. A tu szpas – Wyszyński zabronił SZSP na KUL.

– Pamiętam spory Krąpca z Januszem Krupskim, opozycjonistą związanym z pismem „Spotkania” – mówi Wojciech Samoliński. – Krąpiec przekonywał, że potrzebuje blachy na pokrycie dachu, a Janusz, że w dupie ma blachę, tu idzie o Polskę. Krąpiec dbał o istnienie uczelni, ale poszedł w tym zdecydowanie za daleko.

Bowiem – zdaniem Samolińskiego – rektor Krąpiec był pragmatykiem. Dach przeciekał, więc potrzebna była blacha, w imię suchej podłogi rektor robił rzeczy bardzo brzydkie. Ale, zgódźmy się, lepsza sucha podłoga niż zalana deszczówką. Nadmierna brzydota zyskiwała usprawiedliwienie, bo blachą dachową handlowało komunistyczne państwo, więc gdyby Krąpiec się jeżył, blachy by nie było. Tu jest różnica między Krąpcem a obecnymi władzami uczelni. Blachę można kupić na wolnym rynku, lecz oni wolą dostać ją od władzy, bo to ich z władzą jeszcze bardziej zwiąże.

Na czym polega rola kobiety na KUL

Seweryn Blumsztajn pojawił się na KUL w 1970 r.: – Byłem po więzieniu za Marzec ’68, polecony do Adama Stanowskiego [powstaniec warszawski, więzień polityczny w latach 50., działacz katolicki, pedagog], miałem studiować na wydziale filozoficznym.

Zaraz po przyjeździe Blumsztajn ze Stanowskim wchodzą do dużej sali. Stanowski znika za drzwiami z plakietką „dziekan”, po chwili wychodzi i mówi, że jeśli Blumsztajn nie ma wilczego biletu, który wówczas dostawali wszyscy studenci skreśleni dyscyplinarnie, to go przyjmą. Ktoś więc sprawdza, czy władza przysłała bilet, a jakaś pani objaśnia, jakie dokumenty są potrzebne do przyjęcia. Biletu nie było, ale też nie było świadectwa chrztu. Nagle zza drzwi dziekańskich wychodzi duży facet w białym habicie, obejmuje Sewka i mówi: „Jakoś sobie z tym poradzimy”. To był Mieczysław Krąpiec.

Krąpiec ściskał Blumsztajna jeszcze kilka razy, zwłaszcza gdy wrócił z USA, gdzie kwestował na zniszczony fronton uczelni.

– Gdy na korytarzu zobaczył mnie lub Basię Toruńczyk [uczestniczka Marca ’68, za co odsiedziała rok, później działaczka Komitetu Obrony Robotników, założycielka i wieloletnia naczelna „Zeszytów Literackich”], witał się bardzo serdecznie – wspomina Blumsztajn. – Myślę, że w Stanach zobaczył, że marcowcy stanowią dla niego kapitał polityczny, a może nawet dostał za nasze studiowanie jakiś datek.

Blumsztajn wkroczył w kompletnie nieznany sobie świat księży i zakonnic, zresztą strasznie traktowanych przez duchownych. Prowincjonalizm, mierny poziom studentów i wydziału filozoficznego, książki do egzaminów zupełnie inne od tych, które czytał przed Marcem ’68 na Uniwersytecie Warszawskim, rządzi neotomizm dostosowany do polskiego ludowego katolicyzmu.

– UW był uczelnią na świetnym poziomie – opowiada. – Zdawałem egzaminy u prof. Bronisława Baczki, chodziłem na wykłady do Leszka Kołakowskiego. Porównanie z Warszawą nie wypadało dobrze dla KUL. Przed jakimś egzaminem razem z Basią Toruńczyk czytaliśmy książkę, a tam pytanie: „Na czym polega rola kobiety w rodzinie?”, oraz odpowiedź: „Rola kobiety w rodzinie polega na stróżowaniu domowego ogniska”. Ze śmiechu nie mogliśmy wejść na egzamin.

W tamtym czasie etyką kierował Karol Wojtyła. KUL – wspomina Blumsztajn – zlewał go w sposób doskonały, bo Wojtyła uczył się u znakomitego fenomenologa Romana Ingardena, o którym w Lublinie pewnie mało kto słyszał.

– Gdy przyszło do egzaminu, dostałem od jednego z doktorów przedwojenny podręcznik; co akapit, to opis postępku, który jest grzechem śmiertelnym. Nie chciałem z tego odpowiadać. W zastępstwie dostałem „Miłość i odpowiedzialność” Wojtyły. Napisane po ludzku, ale na końcu coś o kalendarzyku małżeńskim. KUL to był katolicyzm zaścianka. Z miłym katolicyzmem i otwartym Kościołem złapałem kontakt w Warszawie, a nie w Lublinie – opowiada.

Na KUL byli już ludzie z Marca, gdy pojawiła się grupa hipisów. Przewodził im „Pies”, czyli Ryszard Terlecki. Fatalnie przyjęli ich inni studenci, ale nie marcowcy. Ich relacje z hipisami opierały się na zasadach handlu wymiennego: za książki paryskiej “Kultury” dostawali marihuanę. I tak, ze szkodą dla wielu, Terlecki zainteresował się polityką.

– W tej marnej naukowo i prowincjonalnej duchocie była jedna rzecz unikalna i piękna, wówczas niedostępna w innych szkołach wyższych – wspomina Blumsztajn. – To atmosfera wolności. Pisałem pracę magisterską z walterowców. Nikomu to nie przeszkadzało.

– A antysemityzm?

– Moje nazwisko jest jak gwiazda Dawida przyszyta do rękawa, a jednak nigdy nie spotkałem się na KUL z antysemickimi odzywkami.

Niezachwiana kariera profesora Bendera

– Krąpiec, jak większość polskiego Kościoła, był dość radykalnym endekiem  – opowiada ksiądz zasiedziały w Lublinie. – Miał jeszcze z dawnych czasów kumpli z Narodowych Sił Zbrojnych. Wiedział, jaki w PRL był ich los, więc się z endeckością na KUL nie wychylano. Gdy zabrakło komunistycznego straszaka, to pohulano na całego.

– To była uczelnia po swojemu demokratyczna – opowiada jej absolwent z lat 90., profesor. – Odtwarzała kompletnie absurdalne w naszych czasach podziały przeniesione z II Rzeczypospolitej. Narodowcy wiedli spory z piłsudczykami, pojawiali się socjaliści jak z dawnego PPS, a nawet anarchiści. Miało to swój szarm.

Nie zawsze, bo profesor wspomina również, że na KUL pierwszy raz w życiu zetknął się z polskim faszyzmem, usłyszał poglądy antysemickie i skrajnie nacjonalistyczne. Nie wstydzono się ich, a nawet głoszono z katedr.

– Oglądałem, jak trumny Dmowskiego i Piłsudskiego awanturują się między sobą. Miałem wrażenie, że patrzę na zombie. Byłem w błędzie. Na KUL odżyła skamielina i ma się dobrze do dziś.

W 1996 r. Władysław Bartoszewski dostał Nagrodę im. Heinricha Braunsa, przyznaną przez biskupa Huberta Luthego z Essen za zasługi dla katolickiej nauki społecznej. Nie było czemu dziwić: Bartoszewski był w Niemczech podziwiany, a na KUL wykładał przez wiele lat.

Tymczasem dziesięciu profesorów uczelni wystosowało do niemieckiego biskupa list szkalujący Bartoszewskiego. Jego inspiratorem i głównym autorem był Ryszard Bender, poseł na Sejm PRL w latach 80., a w wyborach 4 czerwca 1989 r. kandydat startujący przeciwko “Solidarności”. W liście znalazły się oskarżenia wobec Bartoszewskiego o przywłaszczenie sobie tytułu profesora. Według autorów światowy rozgłos Bartoszewski zawdzięczał „gadulstwu dostosowanemu do upodobań słuchaczy”.

Pojawił się również donos obyczajowy: jak Bartoszewski śmie być katolikiem, skoro jest rozwiedziony.

A wszystko to podlane litrami wazeliny wobec niemieckiego hierarchy.

Zaprotestował Episkopat, przepraszał senat uczelni. Nic nie pomogło. W 2005 r. pojawiły się kolejne oskarżenia wobec Bartoszewskiego, miały uniemożliwić mu otrzymanie doktoratu honoris causa KUL. Wśród tradycyjnego wachlarza zarzutów pojawił się nowy: „wychwalanie kanclerza Niemiec Helmuta Kohla, znanego polakożercy”. Tym razem oskarżenia i skarżących skrytykował metropolita lubelski abp Józef Życiński.

– Gdy w latach 80. Bender wykładał na KUL, przyklejano mu na drzwiach gabinetu kartki z napisem „kolaborant” – wspomina absolwent lat 90., profesor. – Był oceniany jako lichy profesor, marny polityk, antysemita i intrygant. 

Ryszard BenderRyszard Bender  Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl

– Przy Okrągłym Stole Bender był reprezentantem “Solidarności”, a potem zwyczajnie zdradził, wystąpił przeciwko naszemu kandydatowi do sejmu kontraktowego – wspomina Wojciech Samoliński. – Dobijał się o poparcie Wałęsy, ale nic nie wskórał. A jednak okazało się, że dla KUL był wartościowy, miał na uczelni zwolenników i sojuszników. W taki sposób zachodziła zmiana.

– Bender to zaprzeczenie zasady, że o zmarłych to albo dobrze, albo wcale – mówi ksiądz zasiedziały w Lublinie. – Niestety, o nim można tylko źle. Mam wrażenie, że Jan Paweł II mianował Życińskiego na lubelskiego metropolitę również dlatego, by jakoś odwojować KUL z rąk ludzi klasy Bendera. Przegrał.

Zielony nazizm neguje Boga

Dziś jedną z największych medialnych gwiazd KUL jest publikujący i występujący u Rydzyka ks. Tadeusz Guz. W zasadzie ksiądz profesor, bo tytuł naukowy nadał mu prezydent Andrzej Duda.

Filozof i teolog Guz nie wierzy w atak Al-Kaidy na World Trade Center: „Żaden z samolotów amerykańskich nie uderzył w Twin Towers. To były symulacje medialne. Na prywatne komóreczki się rozesłało coś, co się zrobiło pod publiczkę”.

W koronawirusa też nie wierzy. Publicznie twierdził, iż nie można zakazić się podczas mszy, bo „konsekrowane dłonie kapłana nie staną się przyczyną czyjegoś zarażenia”. Szczepionki na COVID-19 powstały – w to akurat wierzy – w wyniku śmierci setek tysięcy nienarodzonych i dlatego „nikomu z Bożych ludzi nie wolno brać udziału w takim procederze w jakiejkolwiek formie, bo my utracimy nasze życie wieczne na wieki”. Guz porównuje szczepienia do zbrodni nazistowskich.

Wydawało się, że w tym wypadku ksiądz dostanie po uszach. Rzecznicy KUL oraz archidiecezji lubelskiej wydali wspólne oświadczenie: „Wykorzystywanie autorytetu kapłana oraz profesora do promowania postaw stanowiących zagrożenie dla życia i zdrowia w obliczu pandemii koronawirusa jest nadużyciem i należy je traktować jako naganne oraz skrajnie nieodpowiedzialne. Osoby zachęcające do zachowań zagrażających życiu i zdrowiu, a tym samym sprzecznych z piątym przykazaniem Dekalogu, nie reprezentują ani świata akademickiego, ani tym bardziej Kościoła”.

I na tym się skończyło.

Ks. prof. Tadeusz Guz, wykładowca KULKs. prof. Tadeusz Guz, wykładowca KUL  Fot. Krzysztof Ćwik / Agencja Wyborcza.pl

Guz nadal głosi swoje poglądy. Na przykład o protestantyzmie, który uważa za „totalną herezję”. Nie przeszkadza mu sprzeciw kolegów z Instytutu Ekumenicznego KUL: „Wygłaszając swoje tezy, ks. prof. Guz udowadnia, że jego znajomość teologii Lutra jest – najdelikatniej mówiąc – bardzo powierzchowna i fragmentaryczna. Jest rzeczą oczywistą, że katolicy nie przyjmują poglądów Lutra. Jednak przekręcanie sensu jego wypowiedzi, aby wysnuć na tej podstawie bardzo daleko idące wnioski, mające zdezawuować już nie tylko wiarę dziś żyjących luteranów, ale także katolicki episkopat niemiecki, jest po prostu nieuczciwe”.

Guz pożalił się w Radiu Maryja, że przełożeni zabronili mu publicznie mówić o protestantyzmie i o Lutrze.

A co ksiądz profesor myśli o ekologii? To „ateistyczny, materialistyczny i nihilistyczny neokomunizm”, „zielony nazizm”, celem ekologii jest negacja Boga.

Władze KUL oświadczyły, że „wypowiedzi ks. prof. T. Guza są wyrazem jego indywidualnych poglądów o charakterze pozanaukowym”.

Jeszcze zabawniej zareagowały na stwierdzenie Guza, że przypisywane Żydom przez antysemitów mordy rytualne były faktem i „nie da się ich wymazać z historii”. Zaprotestowały organizacje żydowskie, Muzeum Polin oraz Polska Rada Chrześcijan i Żydów: poglądy Guza są antysemickie, sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem oraz z historią. Arcybiskup lubelski i rektor KUL uznali wypowiedzi Guza „za niedopuszczalne” i ksiądz profesor stanął przed komisją dyscyplinarną uniwersytetu. Ta jednak uznała, że jego poglądy wpisują się w „nierozstrzygniętą dyskusję naukową”, i sprawę umorzyła.

Romuald Jakub Weksler-Waszkinel, były pracownik naukowy KUL i były ksiądz, który u progu lat 90. ujawnił swoje żydowskie pochodzenie, mówił mi, że uczelniany antysemityzm był jednym z powodów jego odejścia: – To prawda, że byłem już w wieku emerytalnym. Ale znałem ich, wiedziałem, co myślą o Żydach, i źle się z tym czułem. Moim zdaniem antysemitą był rektor Krąpiec. Z nim jednak jeszcze jakoś dało się wytrzymać.

W książce Dariusza Rosiaka „Człowiek o twardym karku” Weksler-Waszkinel opowiada: „Słyszałem [od nich], jak to fajnie było przed wojną: idzie człowiek ulicą, a tu naprzeciwko żydek – machnie człowiek ręką, żydek leży. A wie pan dlaczego? Bo w rękawie nosiło się woreczek z piaskiem. Jak żydek dostał po łbie tym woreczkiem, to natychmiast leżał. Takie historie opowiadali sobie w mojej obecności”.

Zbigniew Nosowski rozmawiał o ks. Guzie z ks. prof. Mirosławem Kalinowskim, obecnym rektorem KUL. W tym, że poglądy Guza na mord rytualny uczelnia uznała za „nierozstrzygniętą dyskusję naukową”, rektor nie widzi nic kompromitującego.

Katolicka uczelnia i jej autorytety

Dr hab. Mieczysław Ryba z KUL, wykładowca uczelni Rydzyka i doradca ministra Czarnka, wydał niedawno książkę „Kościół i państwo na kresach południowo-wschodnich II RP”. Promowali ją oprócz autora ludzie KUL, historycy i prawnicy, łącznie z Czarnkiem.

Badacze zajmujący się tematem uznali książkę za marnie udokumentowaną i napisaną bez należytej kwerendy. Ryba cytuje obszernie dzieła produkowane przez ludzi, którzy z historią nie mieli nic wspólnego, za to z komunistyczną bezpieką – jak najbardziej. To np. Edward Prus, człowiek wielu biografii. Za PRL szczycił się przynależnością do NKWD i donosił bezpiece na środowiska polskich Ukraińców. W III RP NKWD zamienił na Szare Szeregi, lecz w stosunku do Ukraińców był stały w uczuciach i nadal szkodził, rozpowszechniając stworzone przez siebie antyukraińskie fałszywki. Opowieści Prusa o tajnych knowaniach Ukraińców były jakby podyktowane przez FSB, spadkobierczynię bezpieki Dzierżyńskiego, Berii i Andropowa.

Książkę Ryby promowała debata w IPN z udziałem prof. Andrzeja Gila, oczywiście z KUL, który oznajmił, że polski katolicyzm to nie tylko jedynie słuszna wiara, ale też nośnik prawdziwej cywilizacji, gdyż bez polskich księży nie byłoby na Kresach czystych domów i ludzie najpewniej się nie myli. Według Gila razem z księdzem do kresowych wiosek zawitało również mydło. Poinformował też, że Ukraińcy w II RP, a także dzisiejsza Ukraina to twór sowiecki z wpływami nacjonalistów od Stepana Bandery.

Prof. Igor Hałagida z Uniwersytetu Gdańskiego, specjalista od ukraińskiej historii, uznał książkę Ryby za niekompetentną, a w warstwie językowej tak „zdumiewająco infantylną”, że aż wywołującą uśmiech politowania. „Ale z punktu widzenia historyka ten uśmiech staje się mocno gorzki, gdy ma się świadomość, że naukowa rzetelność ustępuje aż takiej ignorancji” – podsumował.

Gdański badacz wytknął Rybie elementarny brak warsztatu oraz ideologiczne zacietrzewienie, czego dowodzi powoływanie się na właśnie na Prusa, a także na przedwojennego historyka i antysemickiego historiozofa Feliksa Konecznego.

Absolwent KUL, profesor: – Ta książka to dzisiejszy KUL w pigułce. Pseudonaukowiec i antysemita Koneczny czy ukrainożerca Prus to autorytety, bo liczy się prawicowo-narodowa ideologia.

Tak pojmowaną naukę można przekuć na polityczny sukces, czego przykładem jest Czarnek. Albo Mirosław Piotrowski, KUL-owiec, trzykrotny europoseł i eksfaworyt Rydzyka; zwinięto mu parasol ochronny, gdy w 2020 r. bez pytania patrona postanowił kandydować na prezydenta. Dzisiaj tłumaczy wojnę w Ukrainie strachem Rosji przed rozszerzeniem NATO.

Miernoty są na każdej uczelni, ale dzisiaj w Lublinie mają swój czas. Wielu KUL-owców z tytułami, zwłaszcza w naukach społecznych, ledwie broni doktoraty i habilitacje. Kandydaci na doktorów dostają krytyczne recenzje swoich prac, lecz z pozytywną konkluzją: „promować”. Bo recenzent boi się, że koledzy recenzowanego mogą się odegrać, uwalą mu jakiś projekt, odbiorą grant. KUL stał się  centrum lizusostwa i konformizmu.

Rektor przerywa wywiad

Ks. prof. Alfred Wierzbicki, wybitny filozof i etyk, kilka tygodni temu odszedł z KUL. Na własnych warunkach, gdy komisja dyscyplinarna oznajmiła, że: „został uniewinniony wobec postawionych mu zarzutów dotyczących krytyki osób i instytucji, zaś postępowanie w kwestiach światopoglądowych i religijnych jest umorzone”.

Co nabroił Wierzbicki? Otóż wypowiedział się o przemyśleniach ks. Guza na temat mordu rytualnego: „Można być profesorem, ale można być też skończonym durniem”. Poręczył za aresztowaną Margot, transseksualną aktywistkę z kolektywu Stop Bzdurom. Poręczył jako chrześcijanin, bo postawa władzy wobec ludzi LGBT + wydaje mu się represyjna i wykluczająca. Skrytykował bałamutne i obelżywe stanowisko Episkopatu w sprawie LGBT.

Po niby korzystnym, lecz w istocie obelżywym wyroku komisji Wierzbicki doszedł do wniosku, że nie chce mieć do czynienia ze środowiskiem dominującym dziś na uczelni: – Zdałem sobie sprawę, że KUL utracił akademicką powagę. Bez żenady mnie upokorzono i wyszydzano. W żadnym postępowaniu nie mieści się, aby rzecznik dyscyplinarny podważał czyjś dorobek naukowy i nagrody. Pomyślałem wtedy – ceniąc dorobek i 

Katolicki Uniwersytet Lubelski, 1961 rokKatolicki Uniwersytet Lubelski, 1961 rok  Fot. Tadeusz Rolke / Agencja Wyborcza.pl

Wierzbicki nie oszczędzał też ministra edukacji: – Czarnek wyrasta z tradycji katolicyzmu endeckiego, bogoojczyźnianego. Instrumentalizuje wiarę w celach politycznych. Moment, w którym Czarnek kieruje MEN, jest korzystny dla KUL finansowo, jednocześnie oznacza zapaść intelektualno-moralną uczelni.

Co na to ks. rektor Kalinowski? Stwierdza, że opinie Wierzbickiego „przedstawiają wyłącznie jego prywatne poglądy i w żadnym przypadku nie można utożsamiać ich ze stanowiskiem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II. KUL od ponad 100 lat kształtuje kolejne pokolenia studentów w duchu nauki społecznej i moralności Kościoła katolickiego, pozostając areną wymiany opinii i dyskusji. W kwestiach związanych z LGBT+ nasz uniwersytet w pełni utożsamia się ze stanowiskiem Konferencji Episkopatu Polski”.

Szykany wobec Wierzbickiego były także przyczyną odejścia z KUL w 2020 r. ks. prof. Andrzeja Szostka. Były rektor napisał do obecnego: „Nie potrafię kontynuować współpracy z uczelnią, której władze tak krzywdząco traktują swego profesora – i to etyka, który ma odwagę zabierać głos w sprawach moralnie doniosłych w Polsce i w Kościele”.

O Wierzbickiego próbował podpytywać rektora Zbigniew Nosowski, ale wywiad został przerwany, bo – zdaniem Kalinowskiego – redaktor naczelny „Więzi” stawiał złe pytania. W sprawie Wierzbickiego rektor nie miał sobie nic do zarzucenia, podobnie jak w przypadku ks. Guza.

– Naprawdę źle zaczęło się dziać, gdy Przemysław Czarnek został ministrem, a Mirosław Kalinowski rektorem – mówi mi ks. Wierzbicki. – Gdyby ministrem był ktoś z innym charakterem i temperamentem, Kalinowski zachowywałby się inaczej. Ale jest pragmatykiem, a ta władza dosypuje uczelni worki pieniędzy. Dzisiaj wpisuje się ona w projekt wymiany elit wymyślony przez PiS. Trucizna w postaci endeckiego katolicyzmu, antyekumenizmu, antysemityzmu i wykluczania była na KUL obecna niemal zawsze. Za rektora Krąpca ludzie pokroju Bendera chcieli tu przejąć władzę. Krąpiec, choć sam umoczony po uszy, stawiał opór. Kalinowski raczej niczemu się nie oprze. Minister Czarnek jest wychowankiem uczelni i jej urlopowanym pracownikiem. Ma państwowe pieniądze. Już jako wojewoda lubelski inspirował “strefy wolne od LGBT”, występował publicznie pod banerami ONR. Kalinowskiemu to nie przeszkadza.

– Bo może Kalinowski to żaden pragmatyk, ale konformista?

– Pragmatyzm często kończy się konformizmem. Następnym etapem jest cynizm. To równia pochyła. Jakiś czas temu zaszedłem do studenckiej stołówki. Młodzież wiwatowała na cześć Trumpa. Są na KUL ludzie rozsądni i przyzwoici, ale jest również trumpizm po polsku.

Poziom szkółki parafialnej

Czym jest obecnie KUL?

Ksiądz z Lublina: – Kiedyś był to uniwersytet. Później tylko katolicki. A dzisiaj zaledwie lubelski.

Nosowski napisał w „Więzi”: „Już obecnie KUL staje się przedmiotem nie tylko krytyki, ale nawet ostracyzmu ze strony poważnych uczonych. Znam deklaracje środowisk żydowskich, które nie chcą podejmować żadnej współpracy z KUL ani nawet indywidualnie z profesorami tego uniwersytetu. Błyskawicznie znika opinia o KUL jako oazie wolności myślenia w PRL (taką poznałem tę uczelnię 40 lat temu i mam wiele wspaniałych wspomnień z nią związanych, również po 1989 r.), a jej miejsce zajmuje wizerunek lubelskiego uniwersytetu jako uczelni zaściankowej, która stacza się do poziomu przysłowiowej szkółki parafialnej”.

Absolwent KUL, profesor: – KUL skarlał na skutek wolnej Polski. Przestał być atrakcyjny w stosunku do innych uczelni również dlatego, że gdzie indziej można było studiować np. teologię. Zaczął absorbować ludzi niezdolnych, miałkich, zbędnych. Mogły umościć się tu osoby skrajne, ale ambitne, chore na władzę. Minister Czarnek, jeszcze jako student i młody pracownik KUL, nosił teczkę za najbardziej zajadłymi endekami i ONR-owcami. Dzisiaj to oni noszą ją za nim.

Wojciech Samoliński: – Przedwojenny rektor Józef Kruszyński był wściekłym antysemitą. Rektor Krąpiec był endekiem, a pośród wielu księży wykładowców krążył od zawsze pogląd, że Żydzi mącą i rządzą. Ale życie kulturalne poza KUL było naprawdę OK.

– Gdy zostałem internowany, KUL skreślił mnie z listy studentów – wspomina. – Gdy wyszedłem, decyzję podtrzymano. Ale po tym wszystkim rektorzy uczelni w ostatnim dniu swojego urzędowania dali mi etat. KUL przed władzą merdał ogonem, ale przynajmniej udawał, że nie jest uczelnią dworską. Rektor Kalinowski przestał nawet udawać.

Ks. Andrzej Szostek, który pracuje dziś na lubelskim Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej, próbuje dostrzec jasne strony: – To nie jest tylko mierność i zło. Chcę się upomnieć o kilku prawników, historyków, a nawet filozofów i teologów.

– Są tam również naukowcy jak Guz i Ryba.

– O Jezu…

– Może relacja KUL i władzy to legalna, zgodna z prawem państwowa korupcja?

– Niekoniecznie minister od szkół wyższych winien być urlopowanym pracownikiem uczelni. Ale nie uważam, że z powodu rządowego stanowiska winno się takiego zwolnić. Rzecz nie jest w regule, ale w Czarnku. Związek minister Czarnek – uczelnia szkodzi KUL na dłuższą metę. Dzisiaj mają pieniądze, ale te się rozejdą. Wstyd zostanie.

Minister Czarnek inauguruje rok akademicki na KUL
Minister Czarnek inauguruje rok akademicki na KUL  Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl

Zbigniew Nosowski: – Dziekan wydziału prawa KUL Andrzej Herbert był jednym z inicjatorów publicznej krytyki werdyktu Trybunału Konstytucyjnego odnośnie do obowiązywania w Polsce wyroków Trybunału Sprawiedliwości UE. Postąpił w zgodzie z regułami i wbrew rządowi oraz Czarnkowi, w końcu pracownikowi wydziału.

Myślano, by otworzyć na KUL podyplomowe studia z etyki. Ktoś z góry przysłał plan, za którym lobbował Czarnek, a nawet dał człowieka do jego wprowadzenia. Kiedy zaczęto upokarzać ks. Wierzbickiego, studia pozostały w strefie ministerialnych marzeń. KUL się postawił.

Swoją drogą to chichot historii. UMCS powstał jako komunistyczna odpowiedź na KUL, miał u swoich początków certyfikat bardzo złego pochodzenia. Tymczasem właśnie na UMCS etyką zajmują się dziś profesorowie Szostak i Wierzbicki, następcy Jana Pawła II w Katedrze Etyki KUL. Ta uczelnia ofiarowała im wolność, którą KUL próbował odebrać.

Łudząc się, że nie wszystko stracone, Nosowski wspomina też powstałe w ostatnich dniach Centrum Relacji Katolicko-Żydowskich im. Abrahama J. Heschela, które ma pogłębiać relacje katolicko-żydowskie w wymiarze międzynarodowym. Zrazu miał być to ośrodek zajmujący się Polakami ratującymi Żydów i Żydami ratującymi Polaków, ale ktoś poszedł po rozum do głowy i zakwestionował symetrię; Polaków ratujących Żydów było więcej z przyczyn oczywistych, więc znowu Żydzi okażą się tymi złymi. KUL obronił się przed kolejną wpadką.

– Może szukanie przyzwoitości w miejscu skażonym ciężkim grzechem to próba odnalezienia cnoty, która już dawno jest wytarta na amen? – spytałem Nosowskiego.

– Uczelnie mają to do siebie, że nie tracą cnoty na zawsze. Na KUL wiodą dziś rej koniunkturalni endecy i pospolici antysemici. Ich poglądy mogą profitować, bo taki w Polsce mamy czas polityczny i tak wygląda znaczna część Kościoła. Brzydkie to, ale mało ideologiczne. Gdyby czas był inny, oni też byliby inni – podsumował.


Paweł Smoleński

Reporter, publicysta, od 1989 roku dziennikarz “Gazety Wyborczej”.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com