Po seansie dokumentu Włast-Matuszak miał wygłosić – w dość agresywny sposób – antysemickie, krytyczne wobec filmu i bohaterki komentarze. – Producent zadzwonił do mnie po kolaudacji, był roztrzęsiony, prawie płakał. Nigdy nie widziałam go w takim stanie – relacjonuje Grudzińska. – Ekspert z PISF wrzeszczał na Rafaela. Mówił, że zrobiliśmy antypolski film i ukradliśmy pieniądze, bo budżetu nie widać na ekranie. Kazał wyciąć scenę ze Strajku Kobiet i scenę z udziałem Józefa Hena. Mówił, że Ginczanka była komunistką, co jest bzdurą.Dlaczego wspomniana scena z udziałem Józefa Hena jest problematyczna? Autor “Nikt nie woła” czyta w filmie – napisany w przededniu wybuchu II wojny światowej – wiersz “Łowy”, w którym Ginczanka wykorzystuje metaforę polowania na dziką zwierzynę do opisania nagonki na Żydów pod koniec lat 30. w Polsce. “Jakie aktualne” – puentuje Hen, nawiązując prawdopodobnie do nagonki PiS na społeczność LGBT+.– Ekspert mówił podczas kolaudacji: “Po co ta scena? Hen jest taki stary, nie wie, co mówi”. Nieprawda, Hen doskonale wie, co mówi – przekonuje Grudzińska. Hen pamięta lata 30. – urodził się 8 listopada 1923 r. w Warszawie w rodzinie żydowskiej.Dlaczego Włast-Matuszak w ogóle uczestniczył w kolaudacji? Nie wiadomo, kto odpowiadał za tę decyzję. Wiadomo za to, że prawicowy publicysta jest zaufanym człowiekiem ministra kultury Piotra Glińskiego. Włast-Matuszak bywał – chociażby w 2018, 2020 i 2022 r. – ekspertem dzielącym publiczne pieniądze w ramach programu “Film” Ministerstwa Kultury. Z kolei były dyrektor artystyczny Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych Tomasz Kolankiewicz ujawnił, że wiceminister kultury Jarosław Sellin sugerował mu dokooptowanie Własta-Matuszaka do Zespołu Selekcyjnego, który doradza dyrektorowi w wyborze filmów biorących udział w Konkursie Głównym. Kolankiewicz odmówił powołania publicysty do grona doradców.A jak PISF ocenia pracę swojego eksperta? “PISF nie zajmuje się komentowaniem pracy poszczególnych ekspertów. Jeśli twórca poczuł się urażony, w imieniu PISF przepraszamy. Równocześnie cieszymy się, że film wywołuje jakieś emocje” – czytamy w odpowiedzi przesłanej nam przez Aleksandrę Świerczewską, rzeczniczkę prasową instytutu.
Problematyczny Strajk Kobiet
Twórcy otrzymali uwagi na piśmie od instytutu dopiero po kilku tygodniach od pierwszej kolaudacji. PISF zarzucił twórcom, że zrealizowali film niezgodnie ze scenariuszem, a ostatnia scena “nie znajduje wytłumaczenia w wykorzystaniu” i “została pozostawiona bez komentarza przez historyków i badaczy życiorysu i twórczości bohaterki”. – PISF postawił nas przed wyborem: albo zmienimy montaż albo będziemy musieli zwrócić dotację – mówi Grudzińska.
2 czerwca odbyła się druga kolaudacja filmu, w której – poza Rafaelem Lewandowskim – uczestniczyli kierowniczka produkcji Małgorzata Brzeczkowska i Agnieszka Haska, konsultantka historyczna z Centrum Badań nad Zagładą Żydów. – Spodziewaliśmy się merytorycznej rozmowy, ale po pokazie filmu przedstawicielka PISF [chodzi o Kamilę Morgisz, kierowniczkę Działu Produkcji Filmowej i Rozwoju Projektów Filmowych] powiedziała, że nie przyjmuje filmu i nie widzi pola do dyskusji – mówi Agnieszka Haska. – Próbowaliśmy dyskutować, zadawać pytania, ale ona wygłosiła oświadczenie i na tym rozmowa się skończyła. To była nieprzyjemna sytuacja.
Uwagi były zbieżne z wcześniejszymi opiniami instytutu – Kamila Morgisz zwróciła uwagę na to, że scena ze Strajku Kobiet nie była zapisana w scenariuszu i że na ekranie nie widać pieniędzy wydanych na film.
– W scenariuszu nie było Strajku Kobiet. Któż by się spodziewał wielotysięcznych strajków? Rozumiem, że wszystkie wydarzenia z przyszłości powinny być zawarte w scenariuszu, który był napisany kilka lat wcześniej. Dobrze, że reżyserka nie została oskarżona o zorganizowanie protestu po to, żeby nakręcić scenę do filmu – ironizuje Agnieszka Haska.
PISF: To notacja, nie film
A jak odrzucenie filmu komentuje PISF? Z odpowiedzi instytutu wynika, że Strajk Kobiet wcale nie był najpoważniejszym problemem.
“Zarówno przy pierwszej jak i drugiej kolaudacji stwierdzono, że przedsięwzięcie nie zostało zrealizowane zgodnie z umową z PISF – czytamy w odpowiedzi instytutu. – Najważniejszy zarzut do zrealizowanej produkcji to niewyobrażalna wręcz nuda oraz nieudane elementy tańca, które miały tworzyć artystyczną stronę filmu. Uznano przy tym, że zaprezentowanemu filmowi bliżej do notacji historycznej niż do filmu dokumentalnego. Dołączenie ujęć z protestów z Strajku Kobiet nie ma nic wspólnego z historią opowiadaną w filmie i wygląda raczej na desperacką próbę wpisania wydarzeń o zabarwieniu politycznym do filmu w celu przypisania mu ważnych walorów społecznych. PISF nie zgadza się na prowadzenie polityki w oparciu o kinematografię, w dodatku w tak siermiężny sposób”.
W czerwcu producenci otrzymali lakoniczny mail z Instytutu, informujący, że dyrektor Radosław Śmigulski nie zezwala na używanie logo PISF w czołówce. “Film wciąż nie został przyjęty przez Instytut, a o stosowaniu i użyciu logotypu PISF stanowią odpowiednie postanowienia umowy” – komentuje PISF.
Trwa impas – twórcy nie zamierzają usuwać problematycznych dla PISF-u scen, PISF nie zamierza zaakceptować filmu w obecnej formie. A dokument nie może być prezentowany w Polsce bez zatwierdzenia jego ostatecznej wersji przez instytut.
Dokument Grudzińskiej widziała za to spora publiczność we Francji. Film miał premierę w lipcu na międzynarodowym festiwalu filmowym w Marsylii, był także prezentowany m.in. w Muzeum Pamięci Shoah w Paryżu w ramach miesiąca filmów dokumentalnych i na festiwalu Art et Patrimoine au cinéma w Saint-Palais-sur-Mer.
Ginczanki są wśród nas
– To było jasne, że jestem zainteresowana feminizmem Ginczanki, nie ukrywałam swoich poglądów politycznych – mówi Grudzińska, którą pytam o powód wykorzystania w filmie scen ze Strajku Kobiet. – Pandemia przypominała wojenną sytuację, wiele osób bało się wychodzić z domów. Kobiety odważyły się wówczas walczyć o swoje prawa. Wszystko łączyło mi się z Zuzanną, która jest symbolem odwagi, młodości, kobiecości.
Grudzińska podkreśla, że walka o prawa kobiet doskonale rymuje się z poezją Ginczanki. – Jej wiersze opowiadają o ciele, seksualności, orgazmie. Wolność słowa Ginczanki znalazła swoje odbicie w dzisiejszej Polsce. Wiedziałam, że na manifach mogę spotkać setki Ginczanek – jej wartości i poglądy są wyrażane przez dzisiejsze kobiety – mówi Grudzińska.
Reżyserka uważa jednak, że scena ze Strajku Kobiet może być tylko pretekstem do ocenzurowania niewygodnej historii związanej ze wspomnianą zdradą, której Ginczanka doświadczyła ze strony polskiej dozorczyni kamienicy we Lwowie.
– Władza chce filmów, w których Polacy są bohaterami i na nikogo nie donosili. Rzeczywistość była jednak inna – mówi Grudzińska. – Wiersz o sąsiadce, która ją zdradziła, mówi wiele o ówczesnym świecie; pokazuje, jakie były stosunki polsko-żydowskie, jak wyglądała wojna.
Reżyserka zwraca uwagę na paradoks związany z odrzuceniem przez państwowy Instytut filmu o poetce. – Ginczanka była wychowywana przez rosyjskojęzyczną babcię w wielonarodowym Równem. Kultura polska nie była jej macierzystą. Poetka świadomie wybrała polski język, ukochała polską kulturę i ta kultura ją zdradziła – mówi Grudzińska. – Ginczanka jest częścią naszej kultury, jest Polką – dobrze by było, żeby Polska ją w końcu zaakceptowała.
Jakie są szanse, że film w końcu trafi do polskich kin? – Producent realizujący dane przedsięwzięcie, które otrzymało dofinansowanie z PISF, jest związany postanowieniami umowy, które określają prawa i obowiązki stron. A zatem realizacja przedsięwzięcia zgodnie z zapisami tejże umowy wypełni wzajemne uzgodnienia stron. Zwracamy przy tym uwagę, że zawarcie umowy o dofinansowanie danego przedsięwzięcia z PISF jest częścią złożonego procesu, jakim jest produkcja filmu. PISF nie jest podmiotem odpowiedzialnym za późniejszą eksploatację filmu – odpowiada w dość enigmatyczny sposób PISF.
Producent filmu Rafael Lewandowski nie chce komentować sprawy.
PISF oskarżany o cenzurę
To nie pierwszy raz, gdy PISF nie akceptuje ostatecznej wersji filmu, sugerując twórcom wprowadzenie zmian montażowych.
W lipcu 2022 r. opisaliśmy sprawę polsko-izraelskiego filmu dokumentalnego “Dani Karavan. Bez taryfy ulgowej” o światowej sławy izraelskim rzeźbiarzu. Reżyser filmu Barak Heymann oskarżył instytut o cenzurę. Podczas kolaudacji miało dojść do “pyskówki”. – Dyrektor PISF po 30 minutach przerwał projekcję i zaczął wrzeszczeć. Zarzucił mi, że film jest mową nienawiści i nie ma możliwości, żeby PISF go wsparł. Zrozumiałem, że Śmigulski nie jest partnerem do dialogu – mówił Heymann.
Dlaczego film nie spodobał się przedstawicielom instytutu? Eksperci wypowiadający się w filmie podkreślają, że obecna władza wykorzystuje narrację o polskich Sprawiedliwych do fałszowania historii. Problematyczna była m.in. wypowiedź izraelskiego historyka prof. Yehudy Bauera, który powiedział: “Możemy przypuszczać, że jedynie ok. 100 tys. Polaków nie żywiło wrogości do Żydów”.
Radosław Śmigulski apelował o wprowadzenie zmian w filmie. – Było kilka alternatywnych rozwiązań. Jeżeli w filmie są tak ostre opinie historyczne, to powinny pojawić się opinie polemiczne – mówił “Wyborczej”. – Twórcy nie zrobili nic w tym temacie i uważają, że są poszkodowani. Sam reżyser powiedział, że nie jest od dialogu polsko-izraelskiego. Przykro mi, że ma tak agresywne nastawienie, bo uważam, że taki dialog jest potrzebny.