
Sprawdzanie źródeł informacji
Elder of Ziyon
Idee i argumenty nie powstają w próżni. Sam argument jest ważny, ale bierze się skądś. Zanim ocenisz to, co mówi dane źródło, ważne jest, by wiedzieć, skąd „to” zostało wzięte.
Ocena źródła jest pierwszym krokiem w tej sekwencji, stosowanym przed wszystkimi pozostałymi, ponieważ wpływa na sposób patrzenia na wszystko jest dalej. Twierdzenie oceniane bez wiedzy o tym, kto je formułuje, dlaczego może to robić i jak postępował z podobnymi twierdzeniami w przeszłości, jest twierdzeniem ocenianym po omacku. Możesz mimo to dojść do właściwego wniosku. Ale utrudniłeś sobie zadanie bardziej, niż było to konieczne, i porzuciłeś najbardziej dostępne narzędzie, jakie masz.
Jakie bodźce działają na to źródło — co zyskuje, jeśli ludzie mu uwierzą, i co traci, jeśli zaczną wątpić? Jak wygląda jego dotychczasowy dorobek w odniesieniu do twierdzeń tego rodzaju, w tej dziedzinie, na tym poziomie szczegółowości? Jaką rzeczywistą wiedzę ekspercką posiada, w odróżnieniu od pokrewnych kwalifikacji, których autorytet pośrednio wykorzystuje? Czy coś opisuje, czy coś promuje? A kiedy wcześniej się myliło — bo każdy kiedyś się myli — jak zareagowało?
To ostatnie pytanie jest najważniejsze i jednocześnie zadawane najrzadziej.
Na tym polega ocena źródła. Jest pierwszym narzędziem, ponieważ jest najtańsza — informacje są prawie zawsze dostępne, nie kosztują nic poza decyzją, by sprawdzić, i mówią więcej niż jakikolwiek pojedynczy ruch o tym, z czym naprawdę masz do czynienia.
Źródła stronnicze nie są automatycznie zdyskwalifikowane. Wszyscy są stronniczy. Ale warto rozumieć ekosystem otaczający dane twierdzenie — czy istnieją jakieś słowa-kody, które dla ciebie nic nie znaczą, ale dla stałych odbiorców znaczą wszystko, oraz czy dane źródło potrafi się korygować, czy nie.
Test podatności na korektę
Źródła zachowują się różnie, kiedy pojawia się odpowiedzialność, a to zachowanie jest bardziej wymowne niż sam pierwotny błąd. Na jednym końcu spektrum znajduje się natychmiastowa, bezpośrednia, jasno sformułowana korekta. „Myliliśmy się w sprawie X. Oto co teraz wiemy.” Na drugim końcu jest gwałtowne zaprzeczanie, często połączone z oburzeniem, że ktokolwiek w ogóle może podawać dane twierdzenie w wątpliwość, oraz częstym oskarżaniem o spisek. Kiedy dowody stają się niepodważalne, przechodzi to w milczenie albo w jego bliskiego kuzyna: napisane przez prawników pseudo-przeprosiny, które technicznie uznają istnienie problemu, ale rozpraszają odpowiedzialność tak szeroko, że nikt faktycznie za nic nie odpowiada.
Pomiędzy tymi biegunami znajduje się całe spektrum zachowań, które warto nauczyć się rozpoznawać. Korekta ukryta trzy dni później w czternastym akapicie internetowej wersji artykułu mówi coś innego niż korekta opublikowana tam, gdzie ukazał się oryginał. „Doprecyzowanie”, które zmienia znaczenie twierdzenia bez przyznania, że pierwotne znaczenie było błędne, jest zarządzaniem reputacją przebranym za transparentność. Notka redakcyjna brzmiąca „ten artykuł został zaktualizowany o dodatkowe ustalenia” – bez sprecyzowania, co się zmieniło, dlaczego i co zawierała poprzednia wersja – jest sygnałem, że dla instytucji ważniejszy jest pozór odpowiedzialności niż sama praktyka odpowiedzialności. A ogromna liczba internetowych materiałów typu breaking news jest zmieniana co godzinę bez jakiejkolwiek informacji o zmianach.
Instytucje działające pod presją dokonują wyborów, a te wybory ujawniają priorytety. Medium, które szybko, wyraźnie i prostym językiem poprawia błędy, zdecydowało, że dokładność jest ważniejsza niż wstyd związany z pomyłką. Medium, które poprawia błędy niechętnie, minimalnie i językiem mającym zaciemnić to, co się wydarzyło, zdecydowało odwrotnie. Sam błąd mówi ci coś; forma korekty mówi znacznie więcej.
„The New York Times” w ciągu ostatnich dwóch dekad pokazał zarówno zdolność do korekty, jak i zdumiewający jej brak. Niestety, w ostatnich latach zmierza w niewłaściwym kierunku.
W maju 2003 roku „New York Times” opublikował liczący 7500 słów raport o śledztwie na pierwszej stronie dotyczącym własnego reportera, Jaysona Blaira, który przez lata pracy fabrykował i plagiatował dziesiątki artykułów. Tekst wymieniał Blaira z nazwiska, wskazywał redaktorów, których nadzór zawiódł, opisywał konkretne instytucjonalne zaniedbania na wielu poziomach i nie przypisywał ich pechowi ani nieporozumieniu. Redaktor naczelny Howell Raines i redaktor zarządzający Gerald Boyd zrezygnowali w ciągu kilku tygodni. Korekta pojawiła się, gdy historia wciąż była świeża – kiedy „Times” nadal miał możliwość inaczej zarządzać reakcją – i była bezpośrednia, samooskarżająca oraz pełna. Instytucja zdolna do takiego rozliczenia zasługuje na rzeczywiste uznanie.
Szesnaście lat później ta sama instytucja opublikowała „The 1619 Project”, którego główny esej zawierał twierdzenie, że ochrona niewolnictwa była jedną z głównych motywacji amerykańskiej rewolucji. Znani historycy zakwestionowali to twierdzenie natychmiast i konkretnie, kilku z nich bez żadnego ideologicznego interesu w podważaniu szerszej tezy projektu. „Times” bronił tego twierdzenia, a następnie po cichu zmienił sformułowanie w wersji internetowej – „one of the primary reasons” stało się „one of the reasons” – bez ogłoszenia i bez przyznania się do zmiany. Własny fact-checker gazety stwierdził później, że pierwotnego twierdzenia nie potwierdzały dowody. Redaktorka projektu opisała zmianę jako „doprecyzowanie”. Pierwotne sformułowanie nie zostało zachowane w opublikowanym tekście, by czytelnicy mogli je porównać.
Sam spór historyczny jest osobną kwestią – historycy mogą debatować nad przyczynami rewolucji, a rozsądni ludzie analizujący te same dowody mogą dochodzić do różnych wniosków. To, co ujawnia sposób dokonania korekty, jest niezależne od tego sporu. Istotne twierdzenie faktyczne zostało zakwestionowane przez ekspertów posiadających odpowiednie kwalifikacje, zarzut okazał się zasadny, sformułowanie zmieniono bez przyznania się do tego, a instytucja opisała zmianę językiem dobranym tak, by zminimalizować wagę tego, co się wydarzyło. Zestaw to z reakcją w sprawie Blaira, a otrzymasz obraz instytucji zdolnej do rzeczywistej odpowiedzialności, kiedy błąd dotyczy osobistego wykroczenia reportera, ale uciekającej w zarządzanie reputacją, gdy błąd jest ideologicznie niewygodny. Oba te przypadki powinny znaleźć się w twojej ocenie „New YorkTimesa” jako źródła.
Praktyczny wniosek brzmi: pytaj nie o to, czy źródło jest ekspertem, ale w czym konkretnie jest ekspertem i jak ma się to do konkretnego twierdzenia, które czytasz. Opinia kardiologa na temat wpływu leku na układ sercowo-naczyniowy jest znacznie więcej warta niż jego opinia o wpływie tego samego leku na funkcje poznawcze. Analiza danych rynku pracy dokonana przez ekonomistę jest znacznie cenniejsza niż jego analiza przebiegu epidemii choroby zakaźnej. Organizacja praw człowieka może formułować twierdzenia o prawie międzynarodowym bardziej w oparciu o cele własnej kampanii niż o rzeczywistą treść prawa. Eksperci mogą mieć wartościowe poglądy poza własną specjalizacją; kwalifikacje związane są z ekspertyzą w danej dziedzinie, a nie z ogólnym autorytetem osoby, i ignorowanie tego prowadzi na manowce.
Problem staje się najbardziej dotkliwy wtedy, gdy eksperci wypowiadają się o kwestiach politycznych związanych z ich dziedziną, ale nie mieszczących się całkowicie w jej granicach. Epidemiolog może z autorytetem modelować rozprzestrzenianie się choroby. To, czy ekonomiczne i społeczne koszty konkretnej polityki ograniczeń są warte poniesienia, nie jest już pytaniem epidemiologicznym — wymaga ważenia wartości i dowodów z wielu dziedzin, a kwalifikacje epidemiologa nie rozciągają się automatycznie na ten obszar. W okresie COVID-19 to rozróżnienie niemal całkowicie zanikło w debacie publicznej. Ekspertów od transmisji chorób regularnie traktowano jako autorytety w sprawach kompromisów ekonomicznych, polityki edukacyjnej i swobód obywatelskich — kwestii, do oceniania których ich wykształcenie nie dawało im szczególnych kompetencji. Odbiorcy najbardziej ufający ekspertom byli pod tym względem najbardziej systematycznie wprowadzani w błąd – nie dlatego, że eksperci kłamali, ale dlatego, że ani eksperci, ani ich odbiorcy nie pytali, czy dane kwalifikacje rzeczywiście mają tu zastosowanie.
Kiedy instytucja już zdecydowała, co znajdzie
Pojedyncze źródła można oceniać pod kątem kompetencji, bodźców i historii wcześniejszych działań. Instytucje stanowią ten sam problem w większej skali, z dodatkowym utrudnieniem: kiedy wnioski instytucji konsekwentnie pokrywają się z interesami jej sponsorów lub ideologicznymi zobowiązaniami w wielu badaniach i przez wiele lat, sam ten wzorzec staje się dowodem, niezależnie od jakości jakiejkolwiek pojedynczej pracy.
Najbardziej klarowny udokumentowany przykład pochodzi z przemysłu tytoniowego. Począwszy od lat 50., a szczególnie intensywnie od lat 60., koncerny tytoniowe finansowały badania zaprojektowane wprost po to, by produkować wątpliwości dotyczące związku między paleniem a chorobami. Wewnętrzne memoranda, później ujawnione w procesach sądowych, pokazały, że naukowcy pracujący dla branży rozumieli skutki zdrowotne palenia i zorganizowali kampanię mającą je zaciemniać – finansując badania zaprojektowane tak, by dawały niejednoznaczne wyniki, umieszczając przychylnych naukowców w radach redakcyjnych i budując publiczną narrację o trwającej naukowej niepewności, mimo że własne prywatne badania branży od dawna rozstrzygnęły tę kwestię. Council for Tobacco Research, przedstawiana publicznie jako niezależna instytucja naukowa, istniała po to, by tworzyć pozory legalnych badań naukowych, podczas gdy jej wnioski były przesądzone z góry. To jest spisek w ścisłym znaczeniu tego słowa: skoordynowany, intencjonalny i udokumentowany.
Problem stronniczości w publikacjach finansowanych przez przemysł farmaceutyczny nie ma porównywalnego „dymiącego pistoletu”, ale jest co najmniej równie istotny. Badania kliniczne z pozytywnymi wynikami — pokazujące, że lek działa zgodnie z oczekiwaniami – trafiają do publikacji, są akceptowane przez czasopisma szukające istotnych odkryć i wchodzą do literatury medycznej. Badania z wynikami negatywnymi lub zerowymi – pokazujące, że lek nie działa albo działa gorzej niż alternatywa – często pozostają nieopublikowane. Nie potrzeba centralnej dyrektywy; wystarcząją same bodźce. Badacz, którego eksperyment dał wynik zerowy, dysponuje artykułem, który czasopisma mniej chętnie przyjmą, odkryciem, które nie rozwija kariery, i wynikiem, którego sponsor może nie chcieć nagłaśniać. Pomnóż te indywidualne decyzje przez tysiące badaczy i dekady pracy, a opublikowana literatura zacznie systematycznie zawyżać skuteczność leków względem pełnej bazy dowodowej – nie dlatego, że ktoś postanowił manipulować wynikami, ale dlatego, że presja selekcyjna dotycząca tego, co zostaje opublikowane, nie jest neutralna.
Poniżej tego znajduje się jeszcze trzecia warstwa, niewymagająca ani nacisków sponsorów, ani kalkulacji kariery. Badacze generalnie nie publikują prac obalających ich własne hipotezy. Naukowiec, który projektuje eksperyment, przeprowadza go i odkrywa, że jego hipoteza była błędna, otrzymuje wynik o ograniczonych szansach publikacji, niewielkiej wartości zawodowej i realnym koszcie psychologicznym. Wiedza społeczności naukowej budowana jest z podzbioru badań, które zostają opisane, zgłoszone i opublikowane – wyselekcjonowanej próbki całej wykonanej pracy, przesuniętej w stronę potwierdzeń, pozytywnych wyników i rezultatów wystarczająco „czystych”, by nadawały się do publikacji. Cała zbiorowa wiedza danej dziedziny opiera się na archiwum zawierającym sukcesy i ukrywającym porażki, co oznacza, że baza wiedzy jest bardziej pewna siebie i mniej trafna, niż uzasadniałyby to pełne dowody. Właśnie dlatego istnieją replikacje, metaanalizy i przeglądy systematyczne – by korygować ten problem – ale tylko w tych dziedzinach, gdzie narzędzia te stosuje się rygorystycznie i gdzie kumulujące się wyniki negatywne mogą ostatecznie wymusić rozliczenie z tym, co pierwotna literatura ukrywała.
Zadaniem czytelnika, oceniającego wnioski instytucji, jest pytanie: jakie presje selekcyjne działają na wyniki tej instytucji i jaki kierunek zniekształceń można by na tej podstawie przewidzieć? Wzorzec wniosków konsekwentnie korzystnych dla sponsorów, konsekwentnie unikających odkryć zagrażających relacjom instytucjonalnym i konsekwentnie przedstawiających niepewność w sposób służący preferowanym rezultatom jest istotną informacją. Prawdziwe spiski na skalę przemysłu tytoniowego są rzadkie, ale instytucjonalna stronniczość wpływająca na to, co przedstawia się jako obiektywne badania, jest zjawiskiem powszechnym.
Triangulacja
Kiedy samo środowisko medialne jest skażone – gdy media po przeciwnych stronach politycznych barykad wzmacniają własne narracje i tłumią fakty komplikujące ich przekaz – nadal pozostaje dostępna pewna metoda, choć wymaga więcej pracy niż czytanie jednego zaufanego źródła.
Trzeba ustalić, co każda ze stron mówi o tym samym wydarzeniu. Następnie wyodrębnić fakty, które obie strony przyznają mimo przeciwstawnych interesów. To wspólne pole należy traktować jako najbardziej wiarygodny rdzeń historii, ponieważ są to fakty, które przetrwały najbardziej wrogą możliwą kontrolę – każda ze stron miała wszelkie powody, by je ukryć, i nie mogła tego zrobić.
Począwszy od protestów po śmierci George’a Floyda w Minneapolis, a następnie w Portland, Kenoshy i dziesiątkach innych miast w kolejnych miesiącach, relacje medialne podzieliły się niemal idealnie według linii ideologicznych. Media lewicowe podkreślały skalę i pokojowy charakter demonstracji, zasadność podstawowych postulatów oraz prowokacje poprzedzające konkretne akty przemocy. Media prawicowe podkreślały niszczenie mienia, pożary, ataki na policję i niezdolność lokalnych władz do utrzymania porządku. Każda z tych relacji była, we własnych ramach interpretacyjnych, możliwa do obrony. Każda pomijała to, co dokumentowała druga strona.
Czytelnik konsumujący wyłącznie media lewicowe otrzymywał obraz w zasadzie pokojowych protestów sporadycznie zakłócanych odosobnioną przemocą. To odpowiadało statystycznemu faktowi, że większość demonstrantów na większości wydarzeń nie uczestniczyła w przemocy – ale pomijało długotrwałe zniszczenia w konkretnych miejscach przez dłuższy czas. Czytelnik konsumujący wyłącznie media prawicowe otrzymywał obraz miejskiego chaosu i instytucjonalnej kapitulacji wobec przemocy tłumu. To odpowiadało udokumentowanym przypadkom spalonych budynków i posterunków policji – ale pomijało pokojową większość, dzięki której agresywna mniejszość pozostawała właśnie mniejszością, a nie reprezentacją całości.
Fakty, które obie strony musiały uznać, ponieważ żadna nie mogła ich ukryć bez oczywistej złej wiary, były następujące: demonstracje odbyły się w setkach miast; w znaczącej mniejszości lokalizacji doszło do poważnych zniszczeń mienia i przemocy; przytłaczająca większość protestujących na przytłaczającej większości wydarzeń nie uczestniczyła w przemocy; konkretne miejsca – szczególnie Portland przez dłuższy okres – doświadczały trwałych konfliktów wykraczających daleko poza pojedynczą noc. Czytelnik, który wyodrębnił te wspólne punkty, otrzymywał obraz bliższy rzeczywistości niż ktoś ufający wyłącznie jednej narracji.
Metoda ta ma jednak istotne ograniczenie. Triangulacja działa tylko wtedy, gdy dwa źródła są rzeczywiście wobec siebie antagonistyczne i niezależnie zbierają informacje. Dwa media korzystające z tej samej agencji prasowej są jednym źródłem pod dwoma różnymi nagłówkami. Liczba organizacji medialnych mogących sobie pozwolić na własne krajowe lub zagraniczne relacje dramatycznie spadła. Czytelnik, który widzi trzy redakcje publikujące tę samą informację i uznaje, że została ona potwierdzona przez trzy niezależne źródła, mógł w rzeczywistości zobaczyć jedną depeszę Associated Press przedrukowaną w trzech miejscach. Niezależność musi być rzeczywista – osobne łańcuchy reporterskie, osobne źródła, osobne instytucjonalne bodźce – inaczej triangulacja tworzy fałszywe poczucie pewności zamiast rzeczywistego potwierdzenia.
Kiedy dobra wiara nie jest uzasadniona
Cały schemat przedstawiony w tym rozdziale opiera się na założeniu, które warto wyrazić wprost: że oceniane źródła przynajmniej próbują odnosić się do rzeczywistości. Większość opisanych narzędzi – ocena podatności na korektę, analiza bodźców, triangulacja, rozpoznawanie wzorców – służy kalibrowaniu stopnia zaufania wobec źródła działającego w dobrej wierze, choć niedoskonale. Są one mniej użyteczne, a czasem wręcz przeciwskuteczne, gdy stosuje się je wobec źródeł, które nie działają w dobrej wierze.
Zachodnia tradycja intelektualna opiera się na założeniu szczerego zaangażowania. Debata, recenzja naukowa, dziennikarstwo i system kontradyktoryjny w prawie generalnie zakładają, że rozmówca rzeczywiście próbuje ustalić prawdę i jest — przynajmniej w zasadzie — otwarty na korektę w świetle dowodów. To założenie jest fundamentalne i zazwyczaj uzasadnione. W określonych kontekstach staje się jednak słabością.
W latach 90. negacjoniści Holokaustu odkryli Usenet — publiczne fora dyskusyjne wczesnego internetu — i zaczęli rozpowszechniać swoje kłamstwa. Prawdziwi eksperci odpowiadali, wykazując ich błędy. Nastąpił jednak proces iteracyjnego rozwoju argumentacji negacjonistów. Każde staranne obalenie pokazywało im, które argumenty są słabe, a które wytrzymują krytykę. Każde historyczne źródło, które im przedstawiano, pozwalało opracować bardziej wyrafinowane odpowiedzi na to źródło. Każdy logiczny błąd wskazany w ich rozumowaniu był z czasem „łatany”. Ludzie poświęcający godziny na metodyczne rozbijanie argumentów negacjonistów nie tylko marnowali czas na samych negacjonistów – negacjoniści czerpali z tych dyskusji. Efektem było, już po kilku miesiącach tego procesu, znacznie bardziej wyrafinowane ciało literatury negacjonistycznej niż wcześniej.
Negacjoniści nie byli podatni na przekonanie. Nie prowadzili sporu po to, by znaleźć prawdę. Prowadzili go po to, by stać się bardziej przekonującymi, a dobra wiara ich przeciwników była zasobem, który im to umożliwiał.
Źródło, które wykazało udokumentowany wzorzec fabrykacji – publikowało twierdzenia wykazane jako fizycznie niemożliwe albo jawnie fałszywe i nigdy ich nie korygowało, nadal produkując podobne twierdzenia służące tej samej agendzie – utraciło domniemanie dobrej wiary, które czyni zaangażowanie wartym wysiłku. Rozpoznanie tego nie jest tchórzostwem ani zamknięciem umysłu; jest trafną oceną tego, z czym ma się do czynienia, a działanie zgodnie z tą oceną jest właściwym zastosowaniem narzędzi opisanych w tym rozdziale.
Kiedy źródło zostaje zdyskwalifikowane, produktywną reakcją jest ujawnienie jego historii działań, a nie angażowanie się w konkretne bieżące twierdzenie. Pokazanie, że źródło publikowało oczywiste fałsze i nigdy ich nie poprawiało, jest dla uważnego odbiorcy bardziej użyteczne niż obalanie jego najnowszych twierdzeń – ponieważ przygotowuje odbiorcę do radzenia sobie z następnym twierdzeniem i kolejnym, bez konieczności każdorazowej eksperckiej analizy. Historia wcześniejszych działań jest argumentem. Konkretne twierdzenie schodzi na dalszy plan.
Zaangażowanie pozostaje uzasadnione pod jednym warunkiem: kiedy argumentacja prowadzona w złej wierze trafia do ludzi, których można jeszcze przekonać i którym bardziej pomoże zobaczenie odpowiedzi na argument niż samo usłyszenie, że źródło zostało zdyskwalifikowane. W takim przypadku celem argumentacji nie jest źródło działające w złej wierze – są nim ludzie odbierający jego przekaz, którzy mogą być całkowicie szczerzy i zasługują na prawdziwą odpowiedź. Argument prowadzi się dla nich, a nie dla źródła. Próba „naprawienia” samego źródła jest stratą czasu; uodpornienie odbiorców na uwierzenie temu źródłu jest bardzo wartościowe.
Powrót do Duke’a
W jaki sposób wszystko to pomaga w kwestii Davida Duke’a z rozdziału pierwszego?
Trzeba spojrzeć na całą historię Duke’a, a nie tylko na jego wywiad w NPR wyrwany z kontekstu.
Nawet jeśli uznamy, że Duke od dekad nie wiąże się już z Ku Klux Klanem, próba znalezienia jego tekstów jednoznacznie potępiających rasistowskie przekonania KKK zakończy się niepowodzeniem. Jego twierdzenie, że nie jest rasistą, wydaje się opierać na bardzo naciąganej definicji rasizmu, którą omówimy w kolejnych rozdziałach.
Jeśli zajrzeć na jego stronę DavidDuke.com, znajdzie się tam artykuły utrzymane w tonie całkowicie odmiennym od jego wywiadu dla NPR. Nagłówki obejmują między innymi: „The Giant Jewish Vampire Squid Criminal Bank With Its Blood Funnel Stuck Into the Face of Humanity!” odnoszący się do Goldman Sachs, oraz „Purim: A Festival of Hate and an Insight into How Jewish Supremacists View Gentiles”. Duke i współpracujący z nim autorzy piszą tam dla własnej publiczności, a przekaz znacząco różni się od tego, co Duke mówi w ogólnokrajowych mediach. Wykorzystuje NPR jako narzędzie rekrutacyjne. Można rozsądnie zakładać, że strona internetowa nosząca jego nazwisko jest bliższa jego rzeczywistym poglądom.
Historia jego działań umieszcza go, w kwestiach dotyczących Żydów i hierarchii rasowych, na dyskwalifikującym końcu spektrum. Jego argument w NPR, oceniany jako twierdzenie dotyczące tych tematów, pochodzi ze źródła, któremu nie przysługuje żadne znaczące domniemanie dobrej wiary w tej dziedzinie.
Mimo to argument Duke’a wymaga odpowiedzi — nie dla dobra samego Duke’a, ale dlatego, że nie należy już wyłącznie do niego. Istnieje wielu młodych ludzi powtarzających jego idee, nawet jeśli nigdy o nim nie słyszeli. Same argumenty krążą w mediach społecznościowych. Ludzie je powielający mogą być całkowicie szczerzy. Dyskwalifikacja Duke’a nie oznacza, że argument nie wymaga odpowiedzi, ponieważ argument oderwał się od swojego źródła.
Na razie ten rozdział dowodzi jedynie, że nie trzeba szanować Davida Duke’a ani zakładać, że jego argumentacja prowadzona jest w dobrej wierze. Ale same argumenty nadal trzeba obalić. Tym zajmiemy się w kolejnych rozdziałach.
Link do oryginału:
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com
