Archive | 2026/07/15

Francuska teoria:Jak czterech filozofów nauczyło Zachód dekonstrukcji samego siebie


Francuska teoria:Jak czterech filozofów nauczyło Zachód dekonstrukcji samego siebie

Pierre Rehov


Książka Fredrica Jamesona o tym, dlaczego świat wciąż potrzebuje francuskiej teorii

Wiosną 2024 roku studenci Uniwersytetu Columbia okupowali budynki, zastraszali żydowskich kolegów i koleżanki, wymachiwali flagami Hamasu oraz domagali się likwidacji jedynego na świecie państwa żydowskiego. Podobne sceny rozgrywały się na Harvardzie, UCLA, Yale i dziesiątkach innych kampusów. Większość z tych studentów nigdy nie czytała Jacques’a Derridy. Niewielu potrafiłoby wyjaśnić teorie Michela Foucaulta albo wskazać choć jedno dzieło Gilles’a Deleuze’a. A jednak intelektualne odruchy, które prezentowali – podział świata na ciemiężców i ciemiężonych, podejrzliwość wobec instytucji, przekonanie, że to władza definiuje prawdę, odrzucenie uniwersalnych wartości na rzecz konkurujących ze sobą narracji – zostały ukształtowane dziesięciolecia wcześniej przez garstkę francuskich filozofów. Hasła były nowe. Idee – nie.

Każda cywilizacja prędzej czy później staje wobec wrogów. Jedni przychodzą z armiami. Inni przychodzą z książkami. Historia pamięta o tych pierwszych. O tych drugich często zapomina.

Cesarstwo Rzymskie nie upadło wyłącznie dlatego, że barbarzyńskie plemiona przekroczyły jego granice. Zanim najeźdźcy przybyli, Rzym już zaczął tracić wiarę w samego siebie. Ten sam schemat można dziś dostrzec w znacznej części świata zachodniego. Kryzys nie zaczął się od Black Lives Matter, programów Diversity, Equity and Inclusion, aktywizmu osób transpłciowych, cancel culture ani eksplozji nastrojów antyzachodnich po 7 października. Nie są to źródła tego zjawiska. Są jego najbardziej widocznymi konsekwencjami. Intelektualne trzęsienie ziemi nastąpiło dziesięciolecia wcześniej, w salach wykładowych uniwersytetów, gdzie niewielka grupa francuskich myślicieli zakwestionowała filozoficzne założenia, które od czasów Oświecenia stanowiły fundament cywilizacji zachodniej.

Paradoksalnie to, co zaczęto określać mianem French Theory, nigdy nie przekształciło Francji tak głęboko, jak przekształciło Stany Zjednoczone. Ameryka odziedziczyła cywilizację opartą na przekonaniu, że istnieje obiektywna prawda, że rozum pozwala niedoskonałym ludziom zbliżać się do niej, że instytucje można ulepszać bez ich niszczenia oraz że ludzi należy oceniać według uniwersalnych zasad, a nie tożsamości plemiennych. Począwszy od lat 70. XX wieku amerykańskie uniwersytety z entuzjazmem przyjęły jednak inną tradycję intelektualną – taką, która podważała każde z tych założeń.

Ta przemiana była niemal niewidoczna. Rewolucje intelektualne rzadko zapowiadają się dramatycznymi przemówieniami. Posuwają się naprzód po cichu – poprzez książki, rozprawy doktorskie, konferencje, komisje przyznające stałe etaty akademickie oraz nominacje uniwersyteckie. Zanim ich konsekwencje stają się widoczne w polityce, dziennikarstwie, rozrywce i życiu korporacyjnym, filozoficzna bitwa jest już wygrana.

Jacques Derrida stał się najbardziej rozpoznawalną postacią tego ruchu. Jego teoria dekonstrukcji była przedstawiana jako metoda ujawniania ukrytych założeń obecnych w tekstach. Sama w sobie ambicja ta nie była ani nierozsądna, ani rewolucyjna. Każdy poważny czytelnik powinien poddawać w wątpliwość odziedziczone interpretacje. Trudność tkwiła w szerszych konsekwencjach. Jeśli znaczenia są zawsze niestabilne, jeśli język nigdy nie zapewnia bezpośredniego dostępu do rzeczywistości, jeśli każde pojęcie może być bez końca reinterpretowane, wówczas sama pewność staje się podejrzana. Prawda stopniowo przestaje być czymś odkrywanym dzięki dowodom i rozumowi. Staje się czymś negocjowanym poprzez konkurujące ze sobą interpretacje.

Just how 'French' is French Theory? | Al Majalla

Konsekwencje wykraczają daleko poza literaturę. Demokracje wymagają stabilnego języka, ponieważ konstytucje, umowy, ustawy i orzeczenia sądowe opierają się na powszechnie rozumianych znaczeniach. Badania naukowe zakładają, że obiektywne fakty istnieją niezależnie od ideologii. Debata publiczna opiera się na założeniu, że argumenty można oceniać na podstawie dowodów, a nie siły. Gdy zaufanie do samego języka zaczyna się rozpadać, nieuchronnie podąża za nim zaufanie do instytucji. Dekonstrukcja, początkowo ograniczona do wydziałów literaturoznawstwa, stopniowo wydostała się poza ich obręb i przeniknęła do polityki, edukacji, prawa, historii, religii, a ostatecznie do samej cywilizacji.

Michel Foucault dotarł do tego samego celu inną drogą. Jego centralna teza głosiła, że wiedzy i władzy nie da się od siebie oddzielić. Szkoły, szpitale, psychiatria, medycyna, więzienia, edukacja, seksualność – każda instytucja stała się podejrzana, ponieważ każda sprawowała władzę. Wcześniejsi myśliciele liberalni pytali, czy instytucje uczciwie wypełniają swoją misję. Foucault zachęcił całe pokolenia badaczy do zadawania pytania, czy sama ta misja nie jest jedynie wyrafinowanym mechanizmem dominacji. Podejrzliwość przestała być użytecznym narzędziem krytycznej analizy. Stała się domyślną postawą intelektualną.

Historia pokazała, dokąd taka logika może prowadzić. Funkcjonariuszy policji ocenia się już nie przede wszystkim pod kątem tego, czy uczciwie egzekwują prawo, lecz pod kątem tego, czy samo funkcjonowanie policji stanowi przejaw systemowego ucisku. Nauczyciele przestają przekazywać wiedzę i stają się narzędziami ideologicznej indoktrynacji. Granice stają się symbolami wykluczenia, a nie wyrazem suwerenności. Zasługi stają się przywilejem. Równość wobec prawa przestaje być wystarczająca, ponieważ nierówne rezultaty interpretuje się jako dowód strukturalnej niesprawiedliwości. Instytucje nie wymagają już reform, ponieważ reforma zakłada ich legitymizację. Wymagają demontażu, ponieważ sama ich legitymizacja została zakwestionowana.

What are 'transvestigations'? Inside the ugly conspiracy | Advocate.com

Nieufność Foucaulta wobec autorytetu moralnego nie ograniczała się do filozofii abstrakcyjnej. W latach 70. wraz z kilkoma innymi czołowymi francuskimi intelektualistami podpisał petycje wzywające do uchylenia lub radykalnej zmiany francuskich przepisów określających wiek wyrażenia zgody na kontakty seksualne. Argumentację przedstawiano w języku wyzwolenia: twierdzono, że państwo nie powinno ingerować w dobrowolne relacje seksualne tylko dlatego, że jeden z uczestników nie osiągnął ustawowego wieku. Czytane dzisiaj teksty te budzą głęboki niepokój. Pokazują, jak schemat intelektualny traktujący każdy zakaz moralny jako formę kontroli społecznej mógł ostatecznie doprowadzić do kwestionowania zabezpieczeń, które większość społeczeństw uznaje za niezbędne. Gdy każdą normę z góry uznaje się za opresyjną, nawet granice ustanowione w celu ochrony dzieci stają się podatne na ideologiczną dekonstrukcję. Był to jeden z najwyraźniejszych przykładów szerszej tendencji obecnej we French Theory: odziedziczone granice moralne zasługiwały na podejrzliwość tylko dlatego, że istniały.

Gilles Deleuze przeniósł ten sam impuls intelektualny na nowy obszar. Wraz z Félixem Guattarim przedkładał płynność nad trwałość, wielość nad spójność, pożądanie nad powściągliwość, fragmentaryczność nad ciągłość. Trwałe tożsamości stały się przeszkodami, a nie punktami oparcia. Kategorie niegdyś uznawane za niezbędne dla porządku społecznego coraz częściej zaczęły jawić się jako arbitralne i opresyjne. Dziesięciolecia później teorie utrzymujące, że tożsamości są nieskończenie plastyczne, a biologiczna lub kulturowa trwałość jest jedynie kolejną formą dominacji, wyłoniły się właśnie z tego krajobrazu intelektualnego. Wielu współczesnych aktywistów nigdy nie otworzyło Tysiąca plateau. Mimo to posługują się językiem głęboko przez to dzieło ukształtowanym.

Jean-Paul Sartre zajmował odmienne miejsce w tej konstelacji, jednak jego wpływ okazał się równie doniosły. Jego największym wkładem nie była dekonstrukcja języka ani instytucji, lecz moralna rehabilitacja polityki rewolucyjnej. Jeszcze długo po tym, jak zbrodnie stalinizmu stały się niezaprzeczalne, Sartre nadal umniejszał znaczenie komunistycznych represji lub je usprawiedliwiał, ponieważ sam projekt rewolucyjny zachowywał w jego oczach moralną legitymację. Fakty miały coraz mniejsze znaczenie niż słuszność sprawy. Ten sposób myślenia nie zniknął wraz z upadkiem Związku Radzieckiego. Po prostu przeniósł się do nowych sporów ideologicznych. Dziś dowody często ocenia się nie według ich trafności, lecz według tego, czy wspierają aprobowaną narrację moralną.

Rozpatrywani osobno filozofowie ci nie zgadzali się ze sobą w wielu kwestiach. Rozpatrywani łącznie przekształcili intelektualną atmosferę zachodniego świata akademickiego. Oświecenie postrzegało rozum jako najlepsze narzędzie człowieka do zbliżania się do prawdy. French Theory coraz częściej traktowała prawdę jako coś nierozdzielnie związanego z władzą. Wcześniejsze pokolenia krytykowały instytucje, ponieważ chciały je ulepszać. French Theory zachęcała studentów do zadawania pytania, czy instytucje te w ogóle zasługują na istnienie.

Gdyby idee te pozostały ograniczone do wydziałów filozofii, ich znaczenie historyczne byłoby niewielkie. Tak się jednak nie stało.

Wielkimi wzmacniaczami stały się amerykańskie uniwersytety.

Yale, Berkeley, Columbia, Harvard, Cornell, Stanford i dziesiątki innych uczelni włączyły myśl poststrukturalistyczną do literaturoznawstwa, socjologii, pedagogiki, antropologii, historii, prawa, kulturoznawstwa i teorii polityki. Całe dyscypliny akademickie powstały na fundamentach pojęciowych wypracowanych w powojennym Paryżu. Studenci przyswajali te założenia na długo przed zetknięciem się z oryginalnymi tekstami. Wielu kończyło studia w przekonaniu, że za każdą różnicą zdań kryje się ucisk, każda hierarchia odzwierciedla niesprawiedliwość, każda tradycja wymaga podejrzliwości, a każde odwołanie do obiektywności maskuje przywilej.

Uniwersytety nie produkują jedynie dorobku naukowego. Kształcą elity.

Elity te trafiły do redakcji, wydawnictw, studiów filmowych, szkół, fundacji, agencji rządowych, organizacji międzynarodowych oraz zarządów korporacji. Działy Human Resources stopniowo porzuciły równość na rzecz equity. Rozbudowane struktury biurokratyczne DEI rozprzestrzeniły się w instytucjach publicznych i międzynarodowych korporacjach. Dziennikarze coraz częściej ujmowali wydarzenia polityczne przez pryzmat kategorii przywileju i ucisku, a nie dowodów i indywidualnej odpowiedzialności. Hollywood zastąpiło opowiadanie historii ideologicznym przekazem. Muzea przepisały historię przede wszystkim jako katalog grzechów Zachodu. Zmienił się nawet sam język. Zasługi stały się przywilejem. Granice stały się wykluczeniem. Kobiety stały się „osobami rodzącymi”. Płeć biologiczna stała się „płcią przypisaną przy urodzeniu”. Każda innowacja językowa odzwierciedlała głębsze założenie filozoficzne odziedziczone po tej samej tradycji intelektualnej: sama rzeczywistość jest podporządkowana narracji.

Spór na Evergreen State College w 2017 roku był wczesnym sygnałem ostrzegawczym. Profesor biologii Bret Weinstein sprzeciwił się planowanemu wydarzeniu na kampusie, które zachęcało białych studentów do opuszczenia kampusu na jeden dzień ze względu na ich rasę. Zamiast odnieść się do jego argumentów, aktywiści potępili go jako ciemiężcę. Zajęcia przestały się odbywać. Administracja ustąpiła. Weinstein ostatecznie zrezygnował z pracy. Wydarzenie to ujawniło coś znacznie większego niż spór na kampusie. Racjonalna różnica zdań ustąpiła miejsca ideologicznej ortodoksji. Tożsamość przeważyła nad dowodami. Władza przeważyła nad argumentacją.

Śmierć George’a Floyda w 2020 roku przyspieszyła ten proces. Uzasadnione pytania dotyczące niewłaściwych działań policji szybko przerodziły się w całościowe potępienie kapitalizmu, rodziny nuklearnej, religii, edukacji, historii Zachodu oraz samego ustroju konstytucyjnego. Indywidualna odpowiedzialność zniknęła pod warstwą wyjaśnień strukturalnych. Całe instytucje zostały oskarżone, ponieważ nierówne rezultaty zaczęto uznawać za wystarczający dowód systemowej niesprawiedliwości. Ten intelektualny skok nie narodził się spontanicznie w Minneapolis. Był ćwiczony przez dziesięciolecia na wydziałach uniwersyteckich ukształtowanych przez French Theory.

Demonstracje antyizraelskie po 7 października jeszcze wyraźniej ujawniły ten sam schemat intelektualny. Na Columbii, Harvardzie, UCLA i innych uczelniach studenci często interpretowali jeden z najbardziej złożonych konfliktów w historii przez pryzmat binarnego podziału moralnego, dzielącego ludzkość na trwałych ciemiężców i trwałe ofiary. Kontekst historyczny zszedł na drugi plan wobec kategorii ideologicznych. Sama masakra była często przesłaniana przez teorie przedstawiające przemoc jako nieuchronną odpowiedź na struktury dominacji. Po raz kolejny słownictwo wydawało się współczesne. Jego konstrukcja została jednak zbudowana pół wieku wcześniej.

Śladem uniwersytetów podążyła korporacyjna Ameryka. Dyrektorzy, którzy nigdy nie czytali Derridy, wdrażali mimo to szkolenia oparte na założeniu, że język tworzy rzeczywistość. Menedżerowie nieznający Foucaulta przyjmowali polityki oparte na niewidzialnych systemach przywileju i ucisku. Disney coraz częściej podporządkowywał opowiadanie historii ideologicznemu przekazowi. Bud Light przekonał się, że aktywizm polityczny może zrazić właśnie tych konsumentów, od których zależy jego działalność. Inwestorzy ostatecznie zmusili kilka firm do wycofania się z tego kursu, jednak tempo, z jakim idee te rozprzestrzeniły się w zarządach przedsiębiorstw, pokazało, jak gruntownie świat akademicki przekształcił kulturę elit.

Być może największym osiągnięciem French Theory było oddziaływanie psychologiczne, a nie polityczne. Przekonała społeczeństwa zachodnie, że pewność siebie jest arogancją, patriotyzm jest ksenofobią, granice są dyskryminacją, dziedzictwo religijne jest nietolerancją, a osiągnięcia historyczne są niewiele więcej niż nagromadzonym uciskiem. Samokrytyka jest niezbędna dla wolnych społeczeństw. Cywilizacyjna pogarda wobec samego siebie jest czymś zupełnie innym. Żadna kultura nie przetrwa, jeśli każde pokolenie będzie uczone, że jego dziedzictwo zasługuje na przeprosiny, a nie na zachowanie.

Nic z tego nie oznacza, że Derrida, Foucault, Deleuze czy Sartre świadomie zaprojektowali otaczający nas dziś krajobraz ideologiczny. Idee rzadko poruszają się po prostych liniach. Ewoluują, mutują i często wykraczają poza intencje swoich twórców. Intelektualiści pozostają jednak odpowiedzialni za narzędzia pojęciowe, które wprowadzają do historii. Jeśli kolejnym pokoleniom wpaja się, że prawda jest niestabilna, moralność względna, instytucje są przede wszystkim narzędziami ucisku, a odziedziczone tradycje zasługują na systematyczną podejrzliwość, nie należy się dziwić, gdy pokolenia te ostatecznie spróbują zdemontować cywilizację, która przekazała im te tradycje.

Najgłębszej ironii nie sposób przeoczyć. Cywilizacja postawiona przez French Theory na ławie oskarżonych jest tą samą cywilizacją, która stworzyła wolność konstytucyjną, badania naukowe, wolność słowa, niezależne sądy, równość obywateli wobec prawa oraz wolność akademicką, dzięki której filozofowie ci mogli ją w ogóle zakwestionować. Zachód stał się wyjątkowy nie dlatego, że uważał się za bezbłędny, lecz dlatego, że wierzył w istnienie obiektywnej prawdy, znaczenie rozumu oraz możliwość naprawiania niedoskonałych instytucji bez ich niszczenia.

XX wiek nauczył nas, że rewolucje przeprowadzane za pomocą karabinów mogą niszczyć państwa. XXI wiek może nauczyć nas, że rewolucje przeprowadzane za pomocą idei mogą podważać cywilizacje znacznie ciszej – i znacznie trwalej.

French Theory nie najechała Zachodu.

To Zachód zaprosił ją do siebie.

Oklaskiwał ją.

Przyznawał jej etaty profesorskie.

Fundował katedry noszące jej imię.

Uczynił z niej lekturę obowiązkową.

Wychował pokolenia studentów, by nie ufały cywilizacji, która je wykształciła.

Czterej francuscy filozofowie dostarczyli intelektualnej amunicji.

Amerykańskie uniwersytety zbudowały artylerię.

Pół wieku później konsekwencje nie ograniczają się już do sal seminaryjnych. Kształtują klasy szkolne i akademickie, sale sądowe, zarządy przedsiębiorstw, redakcje oraz w coraz większym stopniu życie polityczne demokratycznego świata. Pytanie nie brzmi już, czy French Theory przekształciła Zachód. To jest oczywiste.

Pytanie brzmi teraz, czy Zachód wciąż posiada dość wiary we własne zasady, aby odbudować to, co dziesięciolecia dekonstrukcji nauczyły go podawać w wątpliwość.


Link do oryginału:

Pierre Rehov – The French Theory:
In the spring of 2024, students at Columbia University occupied buildings, intimidated Jewish classmates, waved Hamas flags, and demanded the dismantling of the world’s only Jewish state. Similar scenes unfolded at Harvard, UCLA, Yale, and dozens of other campuses. Most of those students had never read Jacques Derrida. Few could explain Michel Foucault’s theories or identify a single work by Gilles Deleuze. Yet the intellectual reflexes they displayed—the division of the world into oppressors and oppressed, the suspicion toward institutions, the belief that power defines truth, the rejection of universal values in favor of competing narratives—had all been forged decades earlier by a handful of French philosophers. The slogans were new.The ideas were not…

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Editor’s Notes: Countries didn’t ban athletes from flying to Israel, they let the paperwork do it


Editor’s Notes: Countries didn’t ban athletes from flying to Israel, they let the paperwork do it

ZVIKA KLEIN


A movement that began because Jews were shut out of a gym in Constantinople built games so Jews could always get in. This year, Jews who wanted in were kept out by paperwork of friendly governments.

Israeli participants at the 2026 Maccabiah games, Jerusalem, July 1, 2026. /  (photo credit: Chen G. Schimmel)

In 1930, a group of Jewish men got on motorcycles in Tel Aviv and rode to Europe.

The first Maccabiah was two years off, and there was no way to invite a scattered people to it. No television. Barely radio. So they rode, thousands of kilometers, community to community, knocking on doors: come to the Land of Israel, come compete. Yosef Yekutieli, the teenager who dreamed the games up in the first place, rode with one of the delegations.

A second group went out in 1931, over 9,000 km. to London and back. They went and fetched the Jewish people in person.

I thought about those riders on Wednesday night at Teddy Stadium, from row 9, where I sat with my two boys.

The ceremony was beautiful. It always is. This year’s torch even crossed the country by motorcycle convoy in tribute to those rides, which I’ll admit I only fully appreciated afterward, reading up on the history at one in the morning instead of sleeping.

The Maccabiah Games are back. (credit: RONEN ZVULUN/REUTERS)

Triumphant ceremony opens games

And by every account except mine, it was a triumph. Idan Raichel performed, and next to him sang Daniella Gilboa, who was a hostage in Gaza and on Wednesday stood in front of a full stadium singing to her people. Yuval Raphael, who survived Nova, opened the night. Edan Alexander got a wall of noise.

The Maccabiah banner came in with families of the 12 Druze children killed on the soccer field in Majdal Shams, and one of the torchbearers was Evyatar Zeituni, a paratrooper wounded on October 7 defending Kibbutz Kissufim.

President Isaac Herzog spoke. Prime Minister Benjamin Netanyahu spoke, and there were boos, some. The American section, around 900 of them, was so loud at points you couldn’t hear Michael Harpaz and Montana Tucker calling the parade.

My kids came for the singers, obviously. I came so they would absorb something they can’t get from me at the Shabbat table: that they belong to a people, that Judaism is bigger than our synagogue and our town, that there are Jews in places they’ve never heard of who care about the same things they do. They love sports. This was the night they learned the map that comes with it.

Which is why I couldn’t stop counting flags.

Austria: one athlete. One. Belgium, barely more. South Africa, which for decades sent big, noisy, proud delegations, was down to a handful. And Australia, usually among the largest teams at any Maccabiah, essentially wasn’t there.

The Australian story deserves to be told properly. Maccabi Australia withdrew its whole delegation, roughly 300 athletes and 60 staff who had trained for two years, because Canberra’s travel advice for Israel sits at “do not travel,” the most severe level.

The few Australians who marched came as individuals on borrowed teams. Remember, this is the community that buried four of its own after the bridge collapse at the 1997 games and still came back, game after game. For them, staying home is enormous.

In the stands Wednesday, I heard the rumor version: that some countries have banned their citizens from flying here. Not true, and I checked, because that’s the job.

No government has forbidden anyone anything. What they’ve done is raise advisories to “reconsider travel” or “do not travel,” which voids travel insurance, which makes it legally impossible for a national federation to send a team.

The athletes were never banned. The paperwork did it for everyone, quietly, and nobody had to say the word out loud.

Organizers put the parade at around 5,000 athletes from roughly 35 countries. Four years ago it was 10,000 from about 70. Israel marched more than 2,200, the biggest delegation on the field by a mile. The US came close to a thousand.

In 2022 they brought a sitting president; this time they didn’t need one. And here’s what those two delegations prove, between them: wherever Jews were free to come, they came, in force. So the missing didn’t stay home because their love ran out. An advisory made the trip uninsurable and a federation liable, and that was that.

Some history, because it changes how you read the whole night. The first Maccabi club was founded in 1895 in Constantinople, by Jewish gymnasts who were refused membership in a local sports club for being Jews. They built their own. Out of that came the movement, and out of the movement came the games, and the games of the 1930s picked up a nickname: the Aliyah Olympics. Athletes arrived and didn’t leave.

In 1935, the Bulgarian delegation sailed into Jaffa, 350 people and an orchestra, competed, and stayed. They shipped the equipment home without them. The Maccabiah was a side door into the land at the exact moment the world was bolting its front doors against us. You came for the games and the games became your way home.

There’s a precedent for a Maccabiah defined by absence, and it’s not a comforting one. The 1950 games, the first in the new state, the first after the Holocaust, opened with cannon fire and Yizkor at Ramat Gan.

The great delegations of Polish, Hungarian, Czech, German, Romanian Jews never came. Murdered, most of them. The survivors were behind the Iron Curtain, barred by their own governments from traveling to a Jewish state.

Historians of the games say you could watch the Jewish center of gravity physically move that year, out of Europe, toward the English-speaking world and Israel. Who marched told you where the Jewish people now lived.

Wednesday I stood in Teddy reading the same kind of map. In 1950 the missing were dead or caged by enemies. In 2026 they’re alive, free, and desperate to come, and what stopped them was a form.

There’s another way to read 1950, though. Those games happened in a state that was two years old. Rationing, austerity, survivors arriving faster than anyone could house them. Some of the athletes at Ramat Gan had been in the camps.

The country could barely feed itself, and it held a Maccabiah, because apparently gathering the Jewish people mattered that much even then. Especially then. And that’s the version of the games my kids saw on Wednesday, 76 years later: 2,200 Israelis on the field, a freed hostage on the stage.
Nobody watching the sad little parade of 1950 could have pictured it. Which makes me careful about reading too much doom into 35 flags. We’ve marched short-handed before. Last time it turned out we were just getting started.

Here’s the detail that actually keeps me up, though. Britain, Canada, and South Africa didn’t pull their adult teams first. They pulled the juniors first. The kids. And this is happening while Birthright cohorts and summer programs are suspended on the same insurance logic.

A bond can survive a bad year, fine. But the Maccabiah, like Birthright, is one of the machines that builds the bond in the first place, that takes a 16-year-old from Melbourne or Manchester and makes Israel unimaginable to live without.

Somewhere in Sydney there’s a father who wanted to give his sons the exact night I gave mine, and a risk department decided otherwise. Nobody chose this. That’s what bothers me most. There’s no villain to argue with, just fine print.

A movement that began because Jews were shut out of a gym in Constantinople built games so Jews could always get in. This year, Jews who wanted in were kept out by the paperwork of friendly governments.

The torch went up Wednesday like it always does, and my boys stood on their seats to see it, and it was beautiful, I mean that. On the way out, one of them asked me why some countries had only one athlete. I gave him the short answer. The long answer is this column, and I’m still not sure it’s a good enough one.

The riders of 1930 saw a scattered people and got on motorcycles. In 1950, they held games while new olim – immigrants to Israel – were still in transit camps. I’d like to believe we still have that in us. Watching my boys stand on their seats, I mostly do.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


San Antonio Mayor, 20 Local Jewish Groups Call for Cancellation of Kanye West July 4 Concert in Texas City


San Antonio Mayor, 20 Local Jewish Groups Call for Cancellation of Kanye West July 4 Concert in Texas City

Shiryn Ghermezian


Rapper Kanye West holds his first rally in support of his presidential bid in North Charleston, South Carolina, US, July 19, 2020. Photo: REUTERS/Randall Hill

The mayor of San Antonio, Texas, along with a coalition of 20 local Jewish organizations have called for the cancellation of a July 4 concert by Ye (formerly known as Kanye West) in the city, after several of his shows worldwide were cancelled due to his past antisemitic actions.

“Military City USA should not host someone with a record of hate speech and antisemitic comments in a city-funded facility like our Alamodome — not ever, and certainly not on July 4th, our Nation’s 250th birthday,” Mayor Gina Ortiz Jones wrote in a social media post on Saturday. “Standing up to antisemitism is exactly what it takes to achieve a more perfect Union.”

Tickets for the concert at the city-owned Alamodome went on sale Thursday and remain available for purchase on Ticketmaster and Ye’s website. The concert is part of Ye’s international tour promoting his new album, “Bully.”

A coalition of Jewish organizations — including the Jewish Federation of San Antonio, the Jewish Community Relations Council, and the Holocaust Memorial Museum of San Antonio – issued a joint statement on Monday urging the city of San Antonio and Alamodome management to “decline the use of the publicly owned venue” for Ye’s July 4 concert and to review the policies and procedures that led to booking the performance.

“This request is not a call for censorship,” the coalition explained in part. “We hold free speech among our most fundamental values, not despite our history, but because of it. Ye has the same constitutional rights as every other American. He is free to speak, and private venues are free to host him. The question before the city is not whether Ye may perform somewhere. It is whether public resources and a publicly owned facility should be used to host and elevate someone whose public conduct has been marked by repeated hate speech.”

“Accountability and growth are possible for anyone, but they must be demonstrated through conduct, not merely proclaimed,” they added. “San Antonio’s values of dignity, inclusion, and respect are best reflected when public institutions refuse to lend public resources to those who repeatedly promote antisemitism and hate.”

Ye will perform twice in Tampa, Florida, later this month before his San Antonio concert. The Grammy winner’s scheduled shows in Tampa have also faced calls for cancellation.

Ye postponed his scheduled performance this summer in Marseille, France, “until further notice” after local officials, including the city’s mayor, said they refused to let him perform. Earlier this month, Ye’s July 25 concert in Prague was cancelled when the venue set to host him pulled out. His scheduled performance this month in Poland was canceled in May by the venue due to “formal and legal reasons.” Poland’s Culture and Heritage Minister Marta Cienkowska supported the decision, saying: “In a country scarred by the history of the Holocaust, we cannot pretend this is just entertainment. Artistic freedom does not mean giving a free pass to everything. Culture cannot be a space for those who exploit it to spread bigotry.”

In April, the United Kingdom banned Ye from entering the country to headline the Wireless Festival in London that was planned for July and as a result, the festival was canceled. Ye was also denied a visa to enter Australia last year.

In a Wall Street Journal ad published in January, Ye apologized for his antisemitic rampage last year, during which he sold shirts with swastikas, released a song titled “Heil Hitler,” and published several antisemitic posts on social media, including one in which he declared, “I’m a Nazi.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com