Michał Górczyński z lewej, fot. Daniel Hawryluk
PIOTR SZWED
William Blake najpierw w latach 50. został bohaterem beatników, rozpropagowanym przede wszystkim przez Allena Ginsberga. W kolejnej dekadzie przeniknął do zbiorowej wyobraźni dzięki obecności w tekstach ikon piosenki tamtych czasów – Boba Dylana i Jima Morrisona. To uruchomiło prawdziwą lawinę inspiracji, niedawno podsumowaną wystawą „William Blake and the Age of Aquarius” zorganizowaną w amerykańskim Block Museum of Art. Pokazywała ona ledwie wycinek tego, jak autor „Pieśni doświadczenia” wpłynął na XX-wiecznych i XXI-wiecznych muzyków. Jego popularność przetrwała bowiem wśród nich zmierzch hipisowskiej Ery Wodnika. Po nagraniach psychodelicznych The Fugs przyszedł czas na Williama Blake’a w wersji tak różnorodnych artystów jak m.in. Loretta McKennitt, Bruce Dickinson, U2, Coil, John Zorn czy Cherry Poppin’ Daddies.
Zainteresowanie muzyków klasykiem brytyjskiej poezji ma z pewnością wiele źródeł, choćby fascynujący w jego dziele splot różnych dziedzin sztuki – malarstwa, literatury i muzyki. Być może najważniejszym z nich jest właśnie niezwykła, wymykająca się nawet najlepszym przekładom, muzyczność jego poezji.
Muzyczność poezji Williama Blake’a wymyka się nawet najlepszym przekładom
Zasłuchany w nią jest z pewnością Michał Górczyński – klarnecista, wcześniej związany z takimi zespołami jak m.in. Pole, Ircha i Kwartludium, autor wydanej na początku października płyty „William’s Things”. Album poświęcony Blake’owi to kontynuacja projektu „Muzyka do języków”. Od 2013 roku Górczyński, współpracując z wieloma postaciami sceny nie tylko jazzowej, ponawia próby dźwiękowego odzwierciedlania poezji. Zaczęło się od płyty „Preparing To Dance”, której tematem były pisane w jidisz teksty Yermiyahu Ahrona Tauba. Następnie w 2015 roku wraz z krążkiem „Utsuroi” przyszła kolej na lirykę japońską (Yashihiro Harady i Kawahigashiego Hekigoto), a rok później dźwiękową interpretację perskich mistycznych wierszy Dżalaluddina Rumiego (album „Zin do hezaran…”). Przed paroma miesiącami ukazało się „Bidadari” powstałe we współpracy z Warszawską Grupą Gamelanową, skupione na indonezyjskich utworach Sahnila Arifa Farabionsaha.
Dotychczasowe nagrania projektu Górczyńskiego, choć stylistycznie i tematycznie różnorodne, łączy szczególna relacja słowo–dźwięk, o której artysta opowiedział w wywiadzie dla serwisu PopUpMusic. Wspomniał tam, że „język generuje trzy poziomy inspiracji”. Pierwszym są obrazy poetyckie, drugim rytm i melodia słów, które pozwalają przekładać język na konstrukcję utworu, trzecim – intuicje i skojarzenia związane z określoną kulturą. Górczyński, który muzycznie lubi nie tylko podróżować w przestrzeni, ale i w czasie (rok temu współtworzył na albumie „Bastarda” chwaloną interpretację średniowiecznej muzyki Piotra z Grudziądza), w swoich kompozycjach często przyjmuje postawę kreatywnego tłumacza, kogoś, kto poszukuje nowych doświadczeń po to, by przełożyć je na własny, muzyczny język – łącząc inwencję z równie istotną precyzją.
Górczyński w swoich kompozycjach często przyjmuje postawę kreatywnego tłumacza, kogoś, kto poszukuje nowych doświadczeń po to, by przełożyć je na własny, muzyczny język
Na „William’s Things” bardzo dobrze słychać wyczucie towarzyszące wsłuchiwaniu się w teksty Williama Blake’a. O wierszu „The Little Boy Lost” często pisano, podkreślając jego bardzo prosty, regularny rytm, zaakcentowany wyraźną średniówką:
The night was dark, no father was there;
The child was wet with dew;
The mire was deep, & the child did weep,
And away the vapour flew.
Górczyński odnajduje dla takiej poetyki odpowiednią muzyczną formę – jedynie cztery dźwięki, które mogą się kojarzyć z wprawką dziecka rozpoczynającego swoją przygodę z instrumentem muzycznym. Klarnecista do końca zachowuje tę minimalistyczną strukturę. Operuje dynamiką, zmieniając niepokój w rozpacz, tworząc przejmujący utwór o dziecięcej bezradności, tęsknocie i bezsilnym gniewie zamkniętym w obrębie powtarzanych rozpaczliwie gestów.
Podobne zależności widać choćby w „Spring” – niezwykle zmysłowej próbie oddania rodzącej się harmonii wyrażonej poprzez współbrzmienie słów:
Sound the flute!
Now it’s mute.
Birds delight
Day and night;
Nightingale
In the dale,
Lark in sky,
Merrily,
Merrily, merrily, to welcome in the year.
Jak zagrać na klarnecie parzysty układ rymów i wersy składające się z dwóch, trzech wyrazów? Rozwiązaniem okazuje się kilkusekundowy loop, na którego tle pianino Tomasza Wirackiego szkicuje dźwięki kojarzące się z niektórymi delikatniejszymi nagraniami producenta minimal techno Murcofa. Splot ambientu, minimalistycznego jazzu i poezji to rozwiązanie pozwalające wydobyć z słów ich wieloznaczność. W „Spring” Blake opisuje stopniowe rozkwitanie świata, a Górczyński z Wirackim zapewniają odpowiednie warunki do niespiesznego dojrzewania sensów.
Splot ambientu, minimalistycznego jazzu i poezji to rozwiązanie pozwalające wydobyć z słów ich wieloznaczność
Płytę taką jak „William’s Things” – opartą na wyrazistym brzmieniu klarnetu kontrabasowego – łatwo można skazać na niszowość. Jest to o tyle niesprawiedliwe, że jazzowe czy elektroniczne motywy współistnieją tu z naprawdę doskonałymi, różnorodnymi piosenkami. Ich atutem są melodie zaśpiewane przez Seana Palmera. Wokalista, znany widzom Teatru Wielkiego i Teatru Dramatycznego w Warszawie ze spektaklów takich jak „Oresteia” Michała Zadary czy „Śmierć i dziewczyna. Dramaty księżniczek Elfriede Jelinek” Agnieszki Korytkowskiej-Mazur, pokazuje imponujące aktorskie możliwości. W „My Pretty Rose-Tree” jego interpretacja przywodzi na myśl wczesne nagrania Antony and The Johnsons, a w „The Blossom” na granicy karykaturalności, ale jednocześnie naprawdę dobrze wchodzi w rolę Toma Waitsa.
.
.
Zdarza się, że Palmer brzmi jak wściekły Marc Almond („The Little Boy Lost”), by w finałowym „The Clod and the Pebble” pójść tropem późnego, wyciszonego Nicka Cave’a. Początkowo trudno uwierzyć, że Górczyński współpracuje na tej płycie z tylko jednym, cały czas tym samym wokalistą. Oczywiście można zarzucić mu manieryczność, ale nawet ona nie przeszkadza, stając się środkiem wyrazu niezwykłego monodramu – pozwalającego zaistnieć na płycie wielu postaciom, emocjom, perspektywom.
Wielkim atutem płyty są melodie zaśpiewane przez Seana Palmera. Zdarza się, że wokalista brzmi jak wściekły Marc Almond
Każdy wybór poezji jest jakąś jej interpretacją. Górczyński przemieszał ze sobą utwory pochodzące z „Pieśni niewinności” i „Pieśni doświadczenia”. Na płycie dominuje jednak (i to zdecydowanie) nastrój tego drugiego, późniejszego i bardziej pesymistycznego tomu Blake’a. Mniej na tej płycie mistyki – a więcej namacalnych doświadczeń, zmysłowości i grozy przemijania. Dlatego właśnie doskonałym pomysłem jest zakończenie tego minizbioru poezji Williama Blake’a utworem o grudce ziemi i kamyku.
PIOTR SZWED – Literaturoznawca zajmujący się krytyką muzyczną, na co dzień przede wszystkim nauczyciel, autor książki „Oddaleniec. Poezja Bolesława Leśmiana wobec romantyzmu polskiego”. Publikował m.in. w „Pamiętniku Literackim” i „Res Publice Nowej”. Od 2006 roku związany z serwisem Screenagers, w latach 2015-2016 jego redaktor naczelny. Twórca wielu adnotacji oraz edytor działający na portalu Genius, poświęconym interpretacjom tekstów piosenek.