Archive | March 2024

Wybory wartości w globalnej wiosce

Źródło: Twitter


Wybory wartości w globalnej wiosce

Andrzej Koraszewski


Amerykańskie wybory prezydenckie dopiero w listopadzie, ale ich wynik jest z każdym, dniem bardziej przewidywalny. Na pytanie, na kogo bym, głosował, gdybym mieszkał w Ameryce odpowiadam, że nie wiem, bo byłbym posiadaczem innego życiorysu. Jako obserwator z zewnątrz mam wrażenie, że dla Ameryki i dla świata byłoby najlepiej, gdyby wygrała Nikki Haley, bo rokowałoby nadzieję na względny powrót umiarkowania i rozsądku, ale już wypadła z gry. Nie mam jednak na to wszystko nawet tak małego wpływu jak jednostkowy głos wyborcy. Wygrana Trumpa jest wysoce prawdopodobna, więc patrząc na to z Polski na pierwszym miejscu zastanawiam się, jaki to będzie miało wpływ na wsparcie USA dla Ukrainy, jaką politykę będzie prowadził wobec Iranu i Kataru, jak się ułożą stosunki z Unią Europejską? Sprawy wewnętrzne też ważne, ale w amerykańskiej polityce wewnętrznej jego działania wydają się łatwiejsze do przewidzenia. Antyaborcyjny obłęd będzie postępował (chociaż w samej partii Republikańskiej pojawiają się głosy sprzeciwu, dalsza polaryzacja też jest murowana (i to niekoniecznie z winy Republikanów).

Końca świata nie będzie, ale akurat na tym stanowisku wolałbym widzieć kogoś mniej kopniętego niż Donald Trump. Znacznie wcześniej, bo już na przełomie kwietnia i maja będziemy mieli wybory w Indiach, które rozwijają się szybko i mogą być ważną przeciwwagą Chin. 

Wielu ludzi twierdzi dziś, że zachodnia cywilizacja nie tylko straciła swój monopol na polu nauki i techniki, przestała być konkurencyjna w produkcji skomplikowanych towarów technicznych, ale (co może okazać się ostatnim gwoździem do trumny), przestała być dumna ze swoich wartości. Donald Trump jako strażnik wartości oświeceniowych jest ryzykowny, Nikki Haley byłaby zdecydowanie lepsza, ale to już tylko teoria.

Rozumienie tego, co dzieje się w Indiach, jest z pewnością bardzo ważne, ale ponieważ informacje o tym kraju czytam okazjonalnie, więc czuję się na tym polu bardzo niepewnie. Z tego co widać, zwycięstwo Modiego jest właściwie pewne, co wielu komentatorów ogromnie martwi. Porównywanie Modiego do Trumpa zakrawa mi mocno na ekspercki nikiforyzm, ale pokora wymaga stosowania ostrożnych kwantyfikatorów.                

Amerykański magazyn „Foreign Affers” w obszernym eseju informuje o zbliżających się wyborach powszechnych w Indiach w artykule pod tytułem Indyjskie nogi z gliny. Autor, Ramachandra Guha, historyk Indii z Krea Univerisity w stanie Andhra Pradesz, już w podtytule pisze, że Narenda Modi jest przeszkodą w rozwoju kraju, więc  czytelnik jest ostrzeżony i bezstronności nie oczekuje.

Jeśli Modi wygra, będzie to już trzecia kadencja polityka, który jest bardzo emocjonalnie oceniany tak w samych Indiach, jak i w świecie zachodnim. Jedni go podziwiają, inni wręcz przeciwnie.

Modi zakończył epokę dziedzicznych socjalistów, którzy przewodzili Indyjskiemu Kongresowi Narodowemu, Nehru, jego córka Indira Gandhi i kolejni potomkowie.

Narenda Modi przewodzi partii Bharatiya Janata (BJP), która spędziła wiele lat w opozycji i w końcu ubiegłego stulecia po raz pierwszy zdobyła władzę, rządząc początkowo w koalicji z innymi partiami. Dopiero pod przewodnictwem Modiego BJP zdobyła samodzielną większość parlamentarną i po 10 latach jego partia jest silniejsza niż była w 2014 roku.

Jak pisze autor artykułu w FA, ”główna różnica ideologiczna między Kongresem a BJP polega na ich podejściu do relacji między wiarą a państwem.” Inni twierdzą że główną różnicą jest podejście do ekonomii. Kongres był socjalistyczny, BJP optuje za gospodarką rynkową.    

Problem religii jest istotnie bardzo ważny. W Indiach mieszka 200 milionów muzułmanów – w kraju, który ma prawie półtora miliarda mieszkańców. Już podczas walki o niepodległość ujawniły się ostre konflikty religijne, które doprowadziły do podziału na Indie i Pakistan, mimo tolerancyjnej polityki państwa agresywność muzułmanów narastała od dziesięcioleci (co wydaje się być raczej związane z wzrastającymi wpływami politycznego islamu niż z polityką wewnętrzną Indii).

Sam Modi argumentuje, że pora wrócić do hinduskich korzeni, że Indie były przez 1200 lat pod okrutnym panowaniem muzułmanów, potem były kolonią brytyjską, czas wyzwolić się z postkolonialnej mentalności.

Czy BJP jest partią hinduskich nacjonalistów, czy raczej partią neoliberałów, czy może jedno i drugie? To zależy z której strony na to patrzeć.

Jak pisze Guha o Modim: 

„Lewicowi intelektualiści odrzucają go jako zwykłego demagoga. Są w wielkim błędzie. Pod względem zaangażowania i inteligencji znacznie przewyższa swoich populistycznych odpowiedników, takich jak były prezydent USA Donald Trump, były prezydent Brazylii Jair Bolsonaro czy były premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson.”

Modi ma dużą popularność wśród biedoty, ze względu na programy socjalne (dotowana żywność i gaz kuchenny dla najuboższych), walka z systemem kastowym, walka o prawa kobiet.

Czy niedawna ustawa rządzonego przez BJP stanu Uttarakhand odzwierciedla dążenia polityków tej partii w całym kraju, czy jest balonem próbnym, czy tylko stanową decyzją, która nie ma związku z polityką federalnego rządu? Jest to mały stan, na północy Indii, ma tylko nieco ponad 10 milionów mieszkańców, przytłaczająca większość hinduska i nieco ponad 13 procent muzułmanów. Na początku lutego władze tego stanu wprowadziły jednolity kodeks prawa cywilnego, zakazując równocześnie stosowania prawa szariatu, czyli poligamii i małżeństw z nieletnimi, wprowadzając obowiązek rejestrowania małżeństw i rozwodów w państwowych urzędach stanu oraz wprowadzając jednolity system dziedziczenia, zakazujący dyskryminacji kobiet.       

Jak informował 7 lutego Reuters:

„Jednolity kodeks cywilny zapewni każdemu prawo do równości bez jakiejkolwiek dyskryminacji. […] Musimy przejść do historii, oczyszczając ją” – powiedział Pushkar Singh Dhami, premier rządu stanu Uttarakhand, tuż przed głosowaniem nad tą ustawą.

Ciekawy krok, który wydaje się być zapowiedzią większej stanowczości w walce z uporczywym domaganiem się wyższości praw religijnych nad prawami stanowionymi.    

Ramachandra Guha przyznaje, że Modi stawiając na cyfryzację poważnie ograniczył korupcję związaną z programami opieki społecznej i znacząco unowocześnił infrastrukturę kraju, co jest istotne dla rozwoju przedsiębiorczości.     

Indie są już piątą gospodarką świata i mają roczne tempo wzrostu PKP powyżej 8 procent. Zdaniem Guha zagrożeniem tego różowego obrazu są narastające konflikty religijne i regionalne. (Autor zupełnie nie zauważa islamskiej agresywności i wydaje się być przekonany, że nieustające ustępstwa przynoszą lepsze owoce niż stanowcze egzekwowanie prawa.) Innym zarzutem jest kwestia degradacji środowiska w efekcie parcia do wzrostu gospodarczego (i walki z biedą). Zarzuty dotyczące kultu jednostki i podważania instytucji demokratycznych wymagałyby znajomości szczegółów, bo tak jak są przedstawione w cytowanym artykule, zakrawają na insynuacje w walce politycznej. Autor twierdzi, że Modi i jego partia niszczą pluralizm polityczny i kulturowy Indii.      

To ciekawy problem i trudno ustalić, na ile rząd federalny ogranicza dziś kompetencje rządów stanowych (o ile się orientuję zmian konstytucyjnych nie było, natomiast silna dominacja BJP w parlamencie krajowym i w większości władz stanowych otwiera drogę do marginalizowania innych programów. W tak wielkim kraju, z wielością grup etnicznych, języków i religii to jest poważny problem.)         

Jak pisze Ramachandra Guha:

„Próba narzucenia hinduskiej hegemonii teraźniejszości i przyszłości Indii składa się z dwóch uzupełniających się elementów. Pierwsza to elektorat, czyli utworzenie skonsolidowanego hinduskiego banku głosów. Hinduizm nie ma pojedynczej struktury religii abrahamowych, takich jak chrześcijaństwo czy islam. Nie ma jednego tekstu religijnego (takiego jak Biblia czy Koran) ani jednego świętego miasta (takiego jak Rzym czy Mekka). W hinduizmie jest wielu bogów, wiele świętych miejsc i wiele stylów kultu. Ale choć rytualny wszechświat hinduizmu jest pluralistyczny, jego system społeczny jest historycznie wysoce nierówny, naznaczony hierarchicznie zorganizowanymi grupami statusowymi, zwanymi kastami, których członkowie rzadko zawierają małżeństwa lub nawet łamią się ze sobą chlebem.

BJP pod rządami Modiego próbowała przezwyciężyć pluralizm hinduizmu, starając się przezwyciężyć różnice kastowe i doktrynalne między różnymi grupami Hindusów.”

To może być w równym stopniu zarzutem, jak i pochwałą. Wszystko wskazuje na to, że BJP ponownie zdobędzie solidną większość w indyjskim parlamencie, natomiast pytanie, czy ponowne zwycięstwo Modiego zahamuje, czy przyspieszy dalszy rozwój Indii pozostaje otwarte. Problemów z pewnością będzie wiele, chociaż niektóre mogą być wyolbrzymiane. Zarzut, że Modi dławi wolność prasy, wydaje mi się mocno naciągany, nawet pobieżny przegląd indyjskich mediów wskazuje niedwuznacznie, że krytyki rządu i samego Modiego w nich nie brakuje. Indie są nadal demokracją i mogą się okazać ważnym wsparciem dla obrony wartości oświeceniowych atakowanych przez coraz bardziej agresywny islam i tyrańskich autokratów takich jak władca Chin Xi i Putin.

Podczas gdy wynik wyborów w Indiach dla Putina wydaje się być obojętny, Chiny uważają Indie za wrogi kraj, a Modiego jako zagrożenie. Rząd chiński zgłasza poważne roszczenia terytorialne wobec Chin i blisko współpracuje z Pakistanem wspólnie wspierając zbrojne grupy terrorystyczne działające na terenie Indii, próbując równocześnie podkopać wizerunek Indii na arenie międzynarodowej.    

Jak informował w listopadzie ubiegłego roku raport MEMRI:

„W Arunachal Pradesh, stanie w północno-wschodnich Indiach, Chiny przyjęły agresywne podejście i zmieniły ponad 26 nazw obszarów na mapie na nazwy chińskie, co stanowi rażące naruszenie integralności terytorialnej Indii. Chiny inwestują znaczne kwoty w budowę torów kolejowych, infrastruktury drogowej, baz wojskowych i systemu nadzoru na obszarach przygranicznych. […]

W kwietniu 2023 r. dziennik ‘Decan Herald’ donosił: „Pekin rości sobie prawa do 2000 km2 powierzchni w indyjskich stanach Himachal Pradesh i Uttarakhand.” 

Nie mamy wpływu na wyniki wyborów w Indiach, jednak wiele sił próbuje kształtować nasze opinie i nie jest łatwo być mądrym, ale można próbować być ostrożnym. 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Fani Willis Is Probably Guilty of Perjury: Who Will Prosecute the Prosecutors?

Fani Willis Is Probably Guilty of Perjury: Who Will Prosecute the Prosecutors?

Alan M. Dershowitz


  • If Fulton County District Attorney Fani Willis were prosecuting citizen Fani Willis and her former boyfriend Nathan Wade for perjury, conspiracy and obstruction of justice, she would have an extremely strong case.
  • Based on this and other incriminating evidence, the real issue is not whether this pair should be allowed to continue to prosecute the case against Trump, but instead whether this pair should be investigated, indicted and convicted of serious crimes.
  • The presiding judge in the case has no power to commence a criminal investigation or prosecution. But other law enforcement authorities do. If they fail, they will be damaging the rule of law, the integrity of the US legal system and the waning trust that many Americans already have in equal justice.

.
If Fulton County District Attorney Fani Willis were prosecuting citizen Fani Willis and her former boyfriend Nathan Wade for perjury, conspiracy and obstruction of justice, she would have an extremely strong case. Pictured: Willis takes the stand as a witness in a hearing at the Fulton County Courthouse on February 15, 2024 in Atlanta, Georgia. (Photo by Alyssa Pointer/Pool/Getty Images)

If Fulton County District Attorney Fani Willis were prosecuting citizen Fani Willis and her former boyfriend Nathan Wade for perjury, conspiracy and obstruction of justice, she would have an extremely strong case. The evidence of perjury is overwhelming; many individuals have been convicted on far less evidence.

Recall that Willis and Wade testified under oath to the material fact that Willis did not hire Wade as special prosecutor while they were having a romantic relationship. They both testified that the romantic relationship began after the hiring decision was made. If that was a deliberate lie, it satisfies all the elements of perjury.

Let us look at the evidence. First, there is the testimony of two witnesses, both of whom have provided evidence that the relationship began before Wade’s appointment as special prosecutor. As Willis herself reminded us when she was challenged about having no corroboration that she paid Wade back in cash, the testimony of one witness is evidence – meaning her own self-serving testimony – certainly, the testimony of two witnesses is even better evidence. In addition, there is the text by another witness confirming that the relationship began earlier than testified to.

All of this eye and ear testimony is corroborated by indisputable scientific evidence through cell phone records showing that Wade was in the area of Willis’ apartment in the middle of the night. The cell phone pings placed Wade traveling from his home in the direction of Willis’ home in late evening, then making a phone call to Willis. Then the pinging stops for several hours and resumes early in the morning. This and other cell phone documentation constitutes strong circumstantial evidence proving that Wade was in Willis’ apartment before he was hired – at a time of night when sex is more likely than Scrabble.

A client of mine is currently in prison for murder on far less compelling circumstantial evidence; Willis has no doubt successfully prosecuted many defendants on far less compelling evidence.

Then there is their testimony that, although Wade paid for numerous vacations by credit card, Willis paid every penny back in cash. No reasonable jury would believe such testimony about cash payments allegedly made by a lawyer who was under a legal obligation to report any gifts given to her. She knew that she might someday have to prove that she made these cash payments in order to establish that she did not violate the rule. Yet she claimed she kept no records relating to these cash payments – no bank withdrawals or deposits, no photographs of her paying the money, not even a notation in a diary. Her only evidence is testimony that she once paid cash at a California wine-tasting.

All in all, the far more likely scenario is that Willis and Wade began their sexual relationship well before she hired him, that she received thousands of dollars of vacation benefits from Wade which she did not pay back, and that the two of them conspired together to come up with a cock-and-bull story that would allow them to continue to prosecute former President Donald Trump. Her basic defense seems to come right out of a Marx Brothers movie: “Who are you going to believe: me or your own eyes?”

Based on this and other incriminating evidence, the real issue is not whether this pair should be allowed to continue to prosecute the case against Trump, but instead whether this pair should be investigated, indicted and convicted of serious crimes.

Who will guard the guardians? More specifically, who will prosecute the prosecutors? The facts of this case demand criminal investigation. This is especially true since so many Americans were able to see and hear the compelling evidence on television and other media. I doubt that very many viewers believed the self-serving testimony of Willis and Wade.

The presiding judge in the case has no power to commence a criminal investigation or prosecution. But other law enforcement authorities do. If they fail, they will be damaging the rule of law, the integrity of the US legal system and the waning trust that many Americans already have in equal justice.


Alan M. Dershowitz is the Felix Frankfurter Professor of Law, Emeritus at Harvard Law School, and the author most recently of War Against the Jews: How to End Hamas Barbarism. He is the Jack Roth Charitable Foundation Fellow at Gatestone Institute, and is also the host of “The Dershow” podcast.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Netanyahu counters Biden: Most Americans support Israel

Netanyahu counters Biden: Most Americans support Israel

UPDATE DESK U.S.-Israel Relations


Biden said that the Jewish state’s “incredibly conservative government” risked losing it international support.

.
U.S. President Joe Biden and Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu in Tel Aviv, Oct. 18, 2023. Photo by Avi Ohayon/GPO.

Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu on Tuesday night hit back at U.S. President Joe Biden for claiming that the Jewish state’s “incredibly conservative government” risked losing it international support.

“Since the start of the war, I have been leading a diplomatic campaign to block pressure designed to end the war prematurely and to secure strong support for Israel,” said Netanyahu in a video message.

“We have had considerable success. Today, a Harvard-Harris poll was published which shows that 82% of the American public supports Israel, meaning that four out of five U.S. citizens support Israel and not Hamas,” he continued.

“This will help us continue the campaign until total victory,” added the premier.

Speaking with Seth Meyer on NBC’s “Late Night on Monday,” Biden noted that the Israel Defense Forces campaign against Hamas in Gaza has so far “had the overwhelming support of the vast majority of nations.”

However, “if it keeps this up without [changing]—this incredibly conservative government they have, and [National Security Minister Itamar] Ben-Gvir and others, most—I’ve known every major foreign policy leader in Israel since Golda Meir—they’re going to lose support from around the world. And that is not in Israel’s interest,” said Biden.

The American president also signaled that a ceasefire in Gaza could be imminent, claiming that Israel had agreed to pause its military offensive during the Islamic holy month of Ramadan, which begins in early March.

“There’s a process underway that I think if we get that—that temporary ceasefire, we’re going to be able to move in a direction where we can change the dynamic and not have a two-state solution immediately, but a process to get to a two-state solution, a process to guarantee Israel’s security and the independence of the Palestinians,” stated Biden.

However, Israel’s Ynet quoted senior Israeli officials on Tuesday morning as saying that they do not understand “what the American president‘s optimism is based on.”

A spokesman for the Qatari Foreign Ministry said on Tuesday that there has been no breakthrough in the negotiations, while Doha is “optimistic” that a deal can be reached even though gaps remain between the sides.

The Hamas terrorist group also weighed in on Biden’s comments, with a source telling Reuters that the statement was premature and did not align with the situation on the ground.

Disagreements over the war against Hamas are driving Biden towards a “breach” with Netanyahu, who he believes can no longer be “influenced even in private,” The Washington Post reported earlier this month, citing insiders in Washington.

Quoting “19 senior administration officials and outside advisers,” the newspaper said that Biden’s mounting frustration with Netanyahu has led some White House aides to suggest that the president ramp up public criticism of the IDF operation in Gaza.

The Wall Street Journal reported on Feb. 1 that Biden is frustrated over the number of casualties in Gaza, the displacement of civilians from their homes “and the lack of a road map for ending the fighting.”

On Feb. 11, a senior Biden administration official told NBC News that “there is a growing divide between the U.S. and Israel,” specifically over the looming IDF offensive in Rafah.

Politico has reported that Biden is “deeply suspicious” of Israel’s leader and had said privately that Netanyahu was a “bad f–ing guy.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


O PISANIU Z GŁĘBI TRZEWI – ROZMOWA Z ETGAREM KERETEM

fot. Yanai Yechiel


O PISANIU Z GŁĘBI TRZEWI – ROZMOWA Z ETGAREM KERETEM

ZOFIA ZALESKA


Gdyby kosmici obejrzeli filmy Larsa von Triera, postanowiliby zniszczyć ludzkość. Nie sądzę, żeby nabrali takiej ochoty po przeczytaniu moich opowiadań – z okazji otwarcia w Warszawie „Domu Kereta” przypominamy wywiad z pisarzem

.
ZOFIA ZALESKA: Przyjechałeś do Polski w związku z festiwalem Łódź Czterech Kultur i pokazem filmu „$9.99”, który według twojego scenariusza wyreżyserowała Tatia Rosenthal. Inspirujesz wielu twórców, na podstawie twoich opowiadań powstało już ponad czterdzieści filmów krótkometrażowych. Jak myślisz, co sprawia, że twoje teksty są tak interesujące dla filmowców?

ETGAR KERET: Każdy pisarz ma jakiś dominujący zmysł, którym się kieruje. Dla mnie, przy konstruowaniu tekstu, najważniejsze są obrazy i dialogi, czyli dwie rzeczy, które tworzą film. Wiele opowiadań rozpoczynam od nakreślenia scenerii, wizualnego tła wydarzeń. Filmowcy łatwo mogą przełożyć te obrazy na swój język. Wydaje mi się też, że wielu z nich sięga po moje opowiadania, ponieważ ich minimalistyczna forma pozostawia im sporo miejsca na własne pomysły i interpretacje. Na przykład opowiadanie „Szalony klej” z debiutanckiego tomu „Rury” doczekało się przynajmniej dziesięciu adaptacji filmowych. Jedna z nich – bardzo dobra – powstała w szkole filmowej w Łodzi. „Szalony klej” filmowali twórcy z całego świata – to samo opowiadanie posłużyło im do nakręcenia kompletnie odmiennych filmów: komedii romantycznej, horroru, dramatu psychologicznego, a nawet filmu fantasy. Moje opowiadania działają podobnie jak skoncentrowany sok owocowy – dodasz go do wody i masz jedną rzecz, zmieszasz z wódką i dostajesz coś zupełnie innego.

Sam też stawałeś za kamerą. Co cię pociąga w robieniu filmów?

Uważam się nie tyle za pisarza, ile za kogoś, kto opowiada historie. Pisanie jest dla mnie najważniejszą i najbardziej naturalną formą ekspresji, ale tym, co mnie do pisania popycha, jest  potrzeba snucia opowieści. Mogę to robić także za pomocą innych mediów. U podstaw mojego zainteresowania filmem leżało na pewno pragnienie przezwyciężenia samotności, związanej z pracą pisarza. W zbiorowym działaniu na planie filmowym jest coś bardzo pociągającego. I nie chodzi tylko o to, że ludzie spędzają razem czas. Jest taki wspaniały moment, po zakończeniu pracy, gdy cała ekipa ogląda stworzony film: patrzysz na ekran i widzisz wspólnie wykonane dzieło. Zawsze powtarzam, że robienie filmów jest jak orgia, tylko bez seksu. Przy kręceniu filmu wytwarza się ogromna zażyłość i intymność, film jest jak wspólne dziecko. To dziecko ma oczy matki i uśmiech ojca, wszyscy się w nim rozpoznają.

Lubisz ludzi?


Tak, ogromnie. Zawsze dążę do bliskiego kontaktu z innymi ludźmi. Gdy byłem młody, ta potrzeba była tak silna, że wiele osób odbierało ją jako coś nienormalnego. Wiele razy zdarzało mi się, że rozmawiałem z dziewczynami, a one myślały, że je podrywam. Tymczasem ja nie miałem takiej intencji, nie chciałem się z nimi żenić ani kochać, chciałem tylko być blisko.
Nie palę papierosów. A trawkę zacząłem palić – to prawdziwa, choć niezbyt legalna historia – bo pociągał mnie specyficzny rytuał palenia. Gdy podajesz kolejnej osobie jointa, twoje palce stykają się na chwilę z jej palcami. Oczywiście – upalasz się wspólnie, ale ważniejsze jest to, że dzielisz z innymi pewien sekret i bliskość. Ten wspólnotowy aspekt pociągał mnie zawsze na równi z samym paleniem.

Twoje pierwsze opowiadanie, zatytułowane „Rury”, pochodzące z debiutanckiego tomu o tym samym tytule z 1992 roku, to historia człowieka, który w ukryciu buduje gigantyczną rurę, aby uciec przez nią z tego świata. Uczucie niedopasowania i zagubienia towarzyszy wielu twoim bohaterom. Prześladują ich najróżniejsze lęki, stale walczą ze smutkiem, w jednym z twoich opowiadań nawet ryba ma depresję. Jesteś pesymistą?


Nie. Moje opowiadania są bardzo smutne, ale nie sądzę, żeby były pesymistyczne. Jeśli jesteś pesymistą i przydarza Ci się coś złego, to nie masz się czym smucić. Jesteś przecież pesymistą – wiedziałeś, że tak się stanie. Gdy wierzysz w ludzkość i jej potencjał, przeciwnie – masz wiele powodów do smutku, bo wciąż doznajesz rozczarowań. Dla mnie pesymistą jest Lars von Trier. Pesymista nie wierzy w ludzkość i nie lubi innych ludzi. Tymczasem moje opowiadania przepełnione są współczuciem. Opowiadają o przepaści między tym, co robimy, a tym, co chcielibyśmy robić, między tym, kim jesteśmy, i kim moglibyśmy być. Wypełnia je swoista tęsknota za nami innymi. A tęsknoty i pragnienia są świadectwem tego, że możemy stać się lepszymi ludźmi. Gdyby kosmici przybyli na Ziemię i obejrzeli filmy Larsa von Triera, z pewnością postanowiliby zniszczyć ludzkość. Nie sądzę, żeby nabrali takiej ochoty po przeczytaniu moich opowiadań. Moje teksty są smutne, bo w byciu człowiekiem jest coś zasadniczo smutnego. Ale jednocześnie – wiele pięknego i radosnego. Te rzeczy się wzajemnie nie wykluczają.

W twoich opowiadaniach widać, że nieodłączną częścią smutku jest humor.

Tak, smutek i humor tworzą nierozerwalny związek. Nie znam dobrego humoru, który nie byłby w jakimś sensie smutny. Charlie Chaplin, Woody Allen, John Cleese – to wszystko melancholijne i depresyjne postaci. Nie boję się być smutnym, to jedna z części mojego życiowego doświadczenia. Gdy ktoś jest zawsze wesoły, to znaczy, że coś jest z nim nie w porządku, jest w nim coś nieprawdziwego. Ktoś taki być może jest szczęściarzem, ale nie jest normalny.

W wielu wywiadach mówiłeś, że zacząłeś pisać, aby poradzić sobie ze śmiercią bliskiego przyjaciela, który popełnił samobójstwo podczas waszej wspólnej służby w wojsku. Wspominałeś, że pisanie pozwala Ci poznać i zrozumieć swoje emocje oraz swoją przeszłość. Nadal tak jest?


Tak. Mój brat, po przeczytaniu wszystkich moich opowiadań, powiedział mi kiedyś coś takiego: w twojej pierwszej książce wiele historii rozgrywa się w autobusie, w drugiej – w taksówce, a w trzeciej – w samolocie; na ich podstawie można prześledzić, jak zmieniał się twój status ekonomiczny, ale można również zobaczyć, że twoje życie wcale nie stało się łatwiejsze.

Moja potrzeba pisania narodziła się z poczucia, że jest we mnie coś, czego nie rozumiem, że trudno mi wyrażać uczucia i emocje. Ale gdy byłem młody, pisałem niemal obsesyjnie. Teraz piszę dużo mniej.

Może dlatego, że robisz tak wiele innych rzeczy – kręcisz filmy, piszesz scenariusze, tworzysz komiksy, bajki dla dzieci, pracujesz dla telewizji?


Nie, przyczyna tkwi we mnie, w rozmowie, którą prowadzę sam ze sobą. To już inny dialog. Gdyby użyć metafory, że opowiadania są jak moje dzieci, to sytuacja wyglądałaby tak, że dawniej mieszkały one z rodzicami, a teraz tylko czasem wpadają mnie odwiedzać. Na początku pisanie miało dla mnie aspekt przetrwania – czułem, że gdybym przez kilka dni nie pisał, to bym umarł. Dziś już tak nie jest. Zdałem sobie sprawę, jak wiele się od tamtego czasu nauczyłem o sobie i swoich emocjach. Nie jestem już tak uzależniony od pisania jak kiedyś.
W ostatnich latach piszę dużo więcej esejów i artykułów. Zmusiły mnie do tego wydarzenia i demonstracje, które przetoczyły się niedawno przez Izrael. Może to zabrzmi arogancko, ale muszę powiedzieć, że pisanie opowiadań sprawia mi dużą frajdę, natomiast pisanie esejów to dla mnie przyjemność porównywalna do zabiegu kolonoskopii. Nie lubię tego. Takie teksty piszę ze względów pragmatycznych. Czułem, że muszę jakoś zareagować. Być może emocje minionego roku spowodują, że w końcu napiszę powieść.

Jak oceniasz sytuację, w której Izrael znalazł się po zmianach, jakie na Bliskim Wschodzie przyniosła arabska wiosna ludów? Wobec obecnego kryzysu w relacjach z Turcją i Egiptem, nad krajem zawisła groźba dyplomatycznej izolacji.


Izolacja naszego kraju jest związana nie tylko z ostatnimi zmianami w regionie, ale też z błędami w polityce samego Izraela. Nie zrobiliśmy wiele, aby zyskać przyjaźń i lojalność sąsiednich krajów. Przez lata bezrefleksyjnie uważaliśmy Egipt za naszego wiecznego sojusznika, rząd pogrążał się w stagnacji i nie przejawiał poważnego zaangażowania w pokojowe negocjacje z Palestyńczykami. Nie mówię, że gdyby starali się bardziej, to poszłoby łatwo, ale w minionej dekadzie nie zauważyłem nawet drobnego wysiłku ze strony władz Izraela, aby osiągnąć porozumienie. W sytuacji, gdy w jednym rejonie panuje stagnacja, a w drugim zachodzi tak wiele zmian, trudno przewidzieć przyszłość. Oczywiście, jeśli spojrzeć z perspektywy lokalnej, to widać wyraźnie, że zmiany i napięcia na Bliskim Wschodzie mają konkretne polityczne przyczyny. Europa nie ma monopolu na antysemityzm. Nie przejawia się on też jedynie w konflikcie izraelsko-palestyńskim. W Egipcie zaraz będą wybory i jednym ze sposobów, w który Bractwo Muzułmańskie może zyskać poparcie i władzę, jest podsycanie nienawiści wobec Izraela. Podobnie jest z Turcją, która ma poważne wewnętrzne problemy. Zawsze panowało tam duże napięcie między społecznością religijną i świecką. Sprawa Izraela pomaga Erdoğanowi odwrócić uwagę od tych napięć, wzbudzić dumę narodową i kreować się na silnego polityka.

Myślisz, że Natanjahu powinien poprzeć uznanie państwa palestyńskiego przez ONZ? Taki ruch pewnie zyskałby mu przychylność liderów państw arabskich.


Natanjahu w ogóle nie myśli w takiej perspektywie, on nie chce zyskiwać niczyjej przychylności. Jego politykę napędza ogromny lęk. W czerwcu przeprowadzałem z nim wywiad i wszystko, co mówił, wynikało ze strachu. Nie wydaje mi się, aby Natanjahu miał jakikolwiek plan negocjacyjny, nie sądzę, aby w ogóle chciał negocjować. Myślę, że on nie wierzy w możliwość pokoju między Izraelczykami i Palestyńczykami. Jego polityka polega tylko na zdobywaniu czasu, na przeczekiwaniu. A nie znam żadnego kraju, który uzyskałby silną pozycję przez zaniechanie wszelkich działań. Uważam, że mamy beznadziejny rząd, a Natanjahu jest fatalnym premierem.
Świat jest dziś pogrążony w kryzysie ekonomicznym i w kryzysie przywództwa. W Izraelu kryzys przywództwa jest wyraźnie widoczny. Krajem rządzą politycy bez wizji i jakiejkolwiek charyzmy. Myślę, że to było jedną z przyczyn silnych protestów, które przetoczyły się przez Izrael tego lata. Byłem w nie bardzo zaangażowany. Na zewnątrz mogło się wydawać, że demonstrantom chodzi głównie o ceny mieszkań, ale podczas manifestacji ludzie głośno dopominali się o szeroko rozumianą sprawiedliwość społeczną. Mówili o wyalienowaniu rządu, o tym, że politykom brak serca i współczucia, o braku dialogu między rządem a społeczeństwem.

W swoich książkach opisujesz problemy współczesnych Izraelczyków, ale nie podpowiadasz swoim czytelnikom, jakich wyborów powinni dokonywać, jak mają żyć.


Myślę, że jestem moralistą, ale według mnie bycie moralistą nie oznacza wmuszania swoich poglądów czytelnikom. Chciałbym wierzyć, że ludzie, którzy czytają moje teksty, stają się odrobinę lepsi, a na pewno nie gorsi. Jest jednak znacząca różnica między tą nadzieją, a narzucaniem konkretnych wzorów i tworzeniem odgórnych autorytetów. Nie uczę w ten sposób moich studentów ani tak nie piszę. Wnioski, które wyciągamy samodzielnie są nam bliskie. A te wnioski, które nam podyktowano – łatwo jest porzucić. Nie promuję idei moralnych tak, jak gwiazdy kina promują coca-colę. Takie zachowanie oznaczałoby brak szacunku dla tych idei i dla czytelników.
Ci, którzy zarzucają mi, że moja proza nie niesie żadnego przesłania, po prostu nie czytają jej uważnie. Można rewolucjonizować jakieś konkretne fakty, można też walczyć o zmianę sposobu mówienia o rzeczywistości. Mnie interesuje to drugie. Czytając „Dialogi” Platona niektórzy mogliby odnieść wrażenie, że Sokrates to facet, który lubi się kłócić i niczego ważnego nie mówi. Dla mnie sokratejska postawa jest bardzo ważna, niesie ze sobą wiele bliskich mi moralnych wartości. Zostałem wychowany w społeczeństwie, w którym wszystko jest bardzo mocno artykułowane i jasne. To sprawiło, że czuję silną potrzebę wprowadzania do otaczającej mnie rzeczywistości pewnej niejednoznaczności i anarchii. Mogę być kolejną osobą, która powie: bądźmy dobrzy, a nie źli, szanujmy się nawzajem. Tylko po co? Wolę zabrać kogoś w swoistą podróż, która pozwoli mu doświadczyć czegoś autentycznego, przeżyć jakieś emocje i spojrzeć na świat nieco inaczej. To daje dużo lepsze efekty niż głoszenie kazań i powtarzanie: bądźmy dobrymi ludźmi.

Czy kiedykolwiek rozważałeś mieszkanie poza Izraelem? Na przykład w Polsce? Architekt Jakub Szczęsny zaprojektował dla ciebie w Warszawie niezwykły tymczasowy dom, instalację artystyczną. Dom powstaje w bardzo wąskiej szczelinie między blokiem i kamienicą i będzie miał tylko 155 cm szerokości. Zamierzasz z niego skorzystać?


Jednym z naszych największych wrogów jest siła inercji. Ja lubię nowe doświadczenia i sytuacje, dlatego na pewno odwiedzę ten dom, być może coś tam napiszę. Polska to jedno z moich ulubionych miejsc na świecie. Gdy myślę o jakimś kraju, pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to nie architektura czy krajobraz, ale ludzie. A Polaków bardzo lubię. I nie wydaje mi się, że dotychczas spotykałem tu po prostu samych fajnych ludzi – to coś ważniejszego. Dzielimy historię, nosimy te same blizny, zadajemy sobie podobne pytania o tożsamość, a to wszystko szczególnie mnie interesuje. Bardzo lubię tu przyjeżdżać, ale trudno mi sobie wyobrazić życie gdziekolwiek indziej niż w Izraelu. Moi rodzice zawsze mi powtarzali, jak ważne jest, aby żyć w kraju, w którym twoje miejsce nie jest kwestionowane. Jako ocaleńcy z Holocaustu traktowali to bardzo poważnie. Ostro krytykuję izraelski rząd, ale to jest mój rząd, nikt mi nie powie, że mam stąd wyjechać, że nie mam tu nic do roboty. Możemy się spierać o idee, możemy się kłócić i dyskutować, ale nikt nie może podać w wątpliwość mojego  prawa do uczestniczenia w tych sporach. To dla mnie bardzo istotne. Z drugiej strony muszę przyznać, że odkąd mam dziecko, bardziej się martwię. Niepokoje się, gdy myślę o przyszłości mojego syna, o kraju i świecie, w którym będzie żył. Pozostaje mi mieć nadzieję, że będzie lepiej i sytuacja w Izraelu się ustabilizuje.

W Stanach prowadziłeś zajęcia z kreatywnego pisania. Jakie pisarskie sztuczki przekazywałeś swoim studentom? Wierzysz, że pisanie to umiejętność, której można uczyć?


To, co mi przeszkadzało w Stanach, to fakt, że tam zawsze traktowano pisanie jak rzemiosło. W takim podejściu jest coś bardzo sterylizującego, oni piszą tak samo, jak budują stoły. Dla mnie najważniejszą rzeczą w opisywanej historii jest pasja, która się za nią skrywa. Amerykanie zawsze mówią o koncepcie dobrze napisanej historii. A ja chcę wprowadzić koncept źle napisanej dobrej historii. Forma nie powinna być w centrum. Treść, znaczenie, tęsknota, pasja – to są rzeczy ważne dla pisarza. W programach rozrywkowych, takich jak na przykład Idol, ludzie często wykonują piosenki Boba Dylana, ale my i tak wolimy oryginalne wersje tych kawałków. Może ten gość z Idola śpiewa technicznie lepiej niż Dylan, ale różnica polega na tym, że Dylan przeżywa to, o czym śpiewa, a gość z Idola myśli przede wszystkim o tym, żeby zaśpiewać dobrze. W wyznawanym przez świat anglosaski koncepcie dobrze napisanej historii jest coś, co sprawia, że ludzie piszą tak, jakby brali udział w Idolu.

Ważne jest, żeby opisać historię, która cię obchodzi, a nie taką, która ci się wydaje warta literatury. W pisaniu chodzi bardziej o zapominanie o świecie niż o dopasowywanie się do jego reguł. Ja mam na przykład bardzo duży problem z opowiadaniami z „New Yorkera”. Są przewidywalne. Mogę zmyślić takie opowiadanie na poczekaniu: dwójka starszych ludzi wybiera się w rejs, mężczyzna cierpi na starcze zaniki pamięci, co sprawia, że zachowuje się nieodpowiedzialnie i powoduje niebezpieczne sytuacje. Nie chce jednak przyznać, że coś jest nie tak. Kłóci się przez to z żoną, a na koniec mamy pojednanie. Nic się nie dzieje, siedzą razem na pokładzie, zamykają oczy i czują, jak promienie słońca przenikają przez ich przymknięte powieki. Czytam taką historię i myślę – kogo to obchodzi? Na pewno nie tego, kto to napisał. To tylko pusty popis możliwości, który ma udowodnić, że autor potrafi nakreślić cały wachlarz ludzkich zachowań. Mogę wynająć taką osobę jako fachowca, ale nie wiem, co naprawdę ją interesuje. Jej celem było na pewno stworzenie czegoś pięknego, perfekcyjnego i inteligentnego, a wyszło coś, co przypomina misternie ułożoną kompozycję kwiatową. A kompozycja kwiatowa nigdy nie poruszy cię do szpiku kości.


ZOFIA ZALESKA – Ur. 1981, absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim i Szkoły Nauk Społecznych przy Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Pracowała w „Gazecie Wyborczej”, publikowała m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Zeszytach Literackich” i „Dwutygodniku”. Autorka książki pod tytułem „Przejęzyczenie. Rozmowy o przekładzie”. Stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Mieszka w Warszawie. Stale współpracuje z dwutygodnik.com.

Etgar Keret – Urodzony w 1967 roku w Tel Awiwie jeden z najpopularniejszych dziś pisarzy izraelskich. Przez światową krytykę uznany za mistrza krótkiej formy i okrzyknięty „izraelskim Quentinem Tarantino”. Pierwszy tom opowiadań Kereta zatytułowany „Rury” ukazał się w 1992 roku. Od tamtej pory jego książki zostały przetłumaczone na ponad trzydzieści języków, w tym na arabski. W Polsce, poza debiutanckim tomem, ukazało się pięć zbiorów jego opowiadań, m.in.: „Gaza blues”, „8% z niczego” i „Tęskniąc za Kissingerem”. Poza pisaniem Keret zajmuje się także tworzeniem filmów, scenariuszy filmowych oraz bajek dla dzieci, jest też współautorem komiksów i telewizyjnego programu satyrycznego. W 2007 roku, razem z żoną Shirą Geffen, wyreżyserował film „Meduzy”, nagrodzony Złotą Kamerą na festiwalu w Canne.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Jews Provoked the Holocaust, Palestinian Leaders Say (Again)

Jews Provoked the Holocaust, Palestinian Leaders Say (Again)

Rafael Medoff / JNS.org


President Mahmoud Abbas

Palestinian Arab leaders can’t seem to make up their minds about the Holocaust. Sometimes they say it never happened. Sometimes they say it did happen, but Israel’s behavior is even worse. And sometimes—such as last week—they say the Jews themselves provoked the Holocaust.

Yasser Abu Sido, a senior official of the Palestinian Authority’s ruling party, Fatah, said on an Egyptian television program on Feb. 23 that “Hitler had obvious reasons” for perpetrating the Holocaust.

The Jews’ own provocative behavior was the reason, according to Abu Sido. “They planned to take control of Germany. They started to bring down Germany in terms of the economy and moral values.” That was why “Hitler reacted by making the Jews go on the streets and lick the sidewalks. They know this very well.”

Abu Sido’s blame-the-Jews approach to the Holocaust echoes words spoken repeatedly by P.A. chairman Mahmoud Abbas.

In an April 30, 2018 speech to the Palestinian National Council, Abbas explained the “reasons” why Jews were massacred throughout history, from the pogroms of the Middle Ages to the Holocaust. He began by dismissing the idea that antisemitism had anything to do with it. “Why did this happen? They say ‘it is because we are Jews,’ but that must be false,” he said, because “there were Jews in Arab countries. Why wasn’t there ever one incident against Jews [there] because they’re Jews? Not even once.” (An obvious falsehood.)

The real reason for the Holocaust, Abbas said, was the Jews’ own “social behavior, [charging] interest and financial matters.” Those Jewish actions are what provoked the Nazis, he claimed.

Just last year, the P.A. chairman repeated that perspective in a speech to Fatah’s Revolutionary Council (on Aug. 24, 2023). “They say that Hitler killed the Jews because they were Jews and that Europe hated the Jews because they were Jews. Not true,” Abbas asserted. “[The Nazis] fought [the Jews] because of their social role, and not their religion… The [Nazis] fought against these people because of their role in society, which had to do with usury, money and so on and so forth.”

Somehow, that train of thought coexists peacefully in Abbas’s mind alongside the view he articulated in his infamous PhD dissertation-turned-book, “The Other Side: The Secret Relationship Between Nazism and Zionism,” published in 1984. There he argued that fewer than one million Jews were killed by the Nazis, and they were the victims of a secret partnership between David Ben-Gurion and Adolf Hitler. Asked about the book by a Lebanese television interviewer in 2013, Abbas insisted that he stands by what he wrote, and even has written “seventy more books that I still haven’t published” on the topic.

It’s bad enough that mainstream P.A. leaders such as Abbas and Abu Sido believe such crazy things. But what is at stake is more than just a grotesque distortion of history; their rhetoric can help set the stage for further atrocities—because the logic behind the Holocaust comments by Abbas and Abu Sido is remarkably similar to the position that they and their P.A. colleagues have taken regarding the Oct. 7 pogrom.

Abbas and other P.A. leaders have characterized Oct. 7 as a “response to the occupation.” They have said the attack “did not happen in a vacuum.” They have portrayed Gaza as a “prison” from which Hamas was trying to “break free.” Every such justification is another way of saying that Israel’s own behavior was to blame for provoking the attack.

In a sense, Abbas is being consistent: The Jews provoked the pogroms of the Middle Ages. The Jews provoked the Holocaust. And the Jews provoked the murders, gang-rapes and beheadings of Oct. 7. That’s the common thread in all of his thinking on these subjects.

Blaming the Jews for their persecutors’ actions is not just adding insult to the injuries that the pogromists inflicted. It incites further violence by justifying whatever Arab terrorists do to Jews in the future. Such an extreme and irrational perspective—which is promulgated by P.A. leaders, disseminated by the P.A.-controlled media and taught in the P.A.’s schools—may be the single greatest threat to hopes for Arab-Israeli peace.


Originally published by The Jewish Journal.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com