Archive | March 2024

New Jersey school apologizes for anti-Israel Ramadan letter

New Jersey school apologizes for anti-Israel Ramadan letter

JERUSALEM POST STAFF


The widely circulated note, which offered seemingly innocent information regarding the month of Ramadan, included some anti-Israel comments.

.
A ‘Welcome to New Jersey’ sign /  (photo credit: FAMARTIN/WIKIMEDIA COMMONS)

A New Jersey school district issued an apology after a letter on Ramadan with anti-Israel content had been sent by an assistant principal, NBC New York reported earlier this week.

According to the report, the assistant principal of Columbia High School in Maplewood, New Jersey shared a widely circulated note, which offered seemingly innocent information regarding the month of Ramadan, but also included some anti-Israel comments.

Against the backdrop of the Israel-Hamas war, the letter stated the US is “co-conspiring” with the Jewish State to bar “Muslim Palestinians from partaking in Ramadan.”

The letter further noted that “the Israeli Zionist occupation enacts a genocide against” Palestinians.

Palestinians mount a national flag in a protest on the last Friday of Ramadan ahead of the prayer in front of the Dome of the Rock, in the compound known to Muslims as Noble Sanctuary and to Jews as Temple Mount, in Jerusalem’s Old City April 29, 2022. (credit: AMMAR AWAD)

The note incurred severe criticism and parents’ complaints. 

New Jersey school responds to Ramadan letter incident 

“The document was not reviewed or approved by any district office or personnel,”  school Superintendent Dr. Kevin Gilbert said later in response. 

“While the intention of sharing the document was to provide a resource, serious content was overlooked,” he added. 

“This resource contained language that, at any time, would be inflammatory but, particularly now, is deeply problematic and inappropriate for our schools.”

“The language in the document does not reflect what we believe creates a community that values inclusivity and belonging,” Gilbert concluded.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

Odwaga białej flagi i mój Poznań

Papież Franciuszek (ten w białej sukience), z prezydentem Brazylii Luizem Ignacio Lulą da Silva rozmawiający o pokojowym zakończeniu wojny „między” Rosją a Ukrainą. (Źródło: Wikipedia.)


Odwaga białej flagi i mój Poznań

Andrzej Koraszewski


Papież Franciszek powiedział w wywiadzie, że Ukraina powinna wykazać się – jak to określił – odwagą wywieszenia białej flagi i negocjowania zakończenia wojny z Rosją. Reakcje wydają się dość jednolite i, delikatne mówiąc, niepochlebne. Trudno sobie wyobrazić, żeby ten chrześcijanin powiedział to samo, ale kierując swoje słowa do Hamasu. Mam wrażenie, że opinie byłyby bardziej podzielone, jestem również pewien, że byłoby wiele głosów potępienia. Papież oczekuje zawieszenia broni w Gazie, ale rozumie przez to wywieszenie białej flagi przez Izrael i umożliwienie Hamasowi przetrwanie.

Papież nie jest decydentem, jest celebrytą i producentem opinii. Amerykanie też mają opinie i przekonują, że głównym celem izraelskiego rządu powinna być troska o Palestyńczyków. Uświadamianie im, że głównym celem każdego uczciwego rządu na  świecie jest bezpieczeństwo własnych obywateli, jest bez sensu, bo oni mówią to co mówią nie dlatego, że tak myślą, a dlatego, iż sądzą, że to jest słuszne z punktu widzenia ich kampanii prezydenckiej. Uczciwie mówiąc nie wiemy co myślą ludzie, którzy mówią, że myślą to, czy tamto.

Kiedy dziennikarz pisze o zagrożeniu planety z powodu ocieplenia klimatu i ilustruje swoje przemyślenia malunkiem statui wolności zalanej przez morze do samej pochodni, mamy powody do zastanawiania się nad ilorazem inteligencji osób zarabiających na chleb i kawior informowaniem nas o świecie. Kiedy nasza „Gazeta Wyborcza” informuje nas, że Palestyńczycy jedzą trawę i ilustruje swoją „informację” zdjęciem potężnego tłumu z wielkimi workami mąki z międzynarodowej pomocy, to nie musimy nawet szukać dalej.

Wiemy, że dziennikarka nigdy nie oglądała miejsc, gdzie jak pisał Norwid ludzie „mrą z głodu” i wiemy również, że nigdy nie widziano zdjęć takich tłumów z workami żywności w żadnym miejscu, gdzie jest prawdziwy kryzys żywnościowy. Nie ma wątpliwości, że nie tylko otrzymujemy informacje od niepoinformowanych, ale również, że jest to informacja głęboko skażona uprzedzeniami i mająca na celu podżeganie do nienawiści.

W Gazie nie ma głodu, chociaż mogą być rodziny mające poważnie utrudniony dostęp do żywności dostarczanej przez międzynarodowe organizacje. Ponieważ troska o naprawdę umierających z głodu w innych miejscach jest śladowa, a o mieszkańców Gazy jest to troska sztandarowa, więc domaganie aby Hamas wywiesił białą flagę, natychmiast i bezwarunkowo zwrócił porwanych i zaczął negocjować warunki zakończenia wojny, uważane byłoby przez wielu za niemoralne.

Amerykański redaktor żydowskiego magazynu pisze:

Jedynym powodem, dla którego mieszkańcy Gazy w dalszym ciągu cierpią, jest właśnie to, że społeczność międzynarodowa, media i rząd USA zostały przekonane, aby traktować wpływ wojny (która rozpoczęła się 7 października) na Palestyńczyków, jako ważniejszy niż jej przyczyna. Jedyny sposób, by to się naprawdę skończyło to całkowita porażka Hamasu.”

Osobiście nie znam przypadku tak intensywnej pomocy dla ludności poszkodowanej przez wojnę, jak w wojnie Izraela z ludobójczą organizacją. Nie jest pewne, czy to efekt współczucia, czy wyłącznie troski o przetrwanie terrorystów. Jeśli założymy autentyczne współczucie, powinniśmy zauważyć (a może nawet oburzać się) nie tylko na kradzież żywności przez Hamas, nie tylko na dalsze ostrzeliwanie Izraela rakietami, ale również na terroryzowanie i mordowanie Palestyńczyków wyrażających gotowość zawarcia pokoju z Izraelem.

Rządy Hamasu są rządami terroru skierowanego również przeciw własnej ludności. Wiemy, że znaczna część mieszkańców Gazy popiera Hamas, wiemy, że gazańska ulica na rzeź Izraelczyków 7 października zareagowała orgią radości, ale wiemy również, że w przeszłości Palestyńczycy, którzy odważali się protestować przeciw Hamasowi byli więzieni, torturowani i mordowani, że dla odstraszenia innych ciała Palestyńczyków „podejrzanych o kolaborację”, ciągnięte były za motocyklami ulicami Gazy. Bestialstwo Hamasu nie jest ograniczone do Izraelczyków.

Dziś, w obliczu klęski, ten terror wobec własnej ludności nasilił się jeszcze bardziej.

W styczniu władze izraelskie przedstawiły plan, według którego po wyeliminowaniu Hamasu Izrael pozostałby w Gazie odpowiedziany za bezpieczeństwo, natomiast administracja cywilna byłaby stopniowo przekazywana ludności lokalnej, głównie poprzez miejscowe klany. Ten plan wywołał natychmiastowe ostrzeżenia i groźby ze strony Hamasu. W czwartek 14 marca źródła palestyńskie powiedziały, że Hamas dokonał egzekucji „księcia” jednego z klanów w mieście Gaza. Jak pisze izraelski dziennikarz Khaled Abu Toameh, jest to ostrzeżenie dla tych, którzy rozważają współpracę z Izraelem. Podczas gdy arabskie media powiązane z Katarem i Iranem zapewniają, że nie ma na taką współpracę chętnych, Toameh, (który jest Arabem i ma w Gazie źródła niepowiązane z Hamasem) twierdzi, że są klany, które zaczęły rzucać wyzwania Hamasowi, że niektóre są dobrze zorganizowane i uzbrojone i zaczynają przejmować rolę straży obywatelskiej zapobiegającej grabieżom i anarchii gangów przestępczych. Podobno tylko raz odnotowano eskortę ciężarówki z pomocą humanitarną. Chwilowo terror Hamasu nadal odstrasza od takich prób.

W Niemczech jeszcze w kwietniu 1945 roku panowało przekonanie, że wszyscy Niemcy popierają Hitlera. Po 8 maja objawiły się tysiące przeciwników, a w rok później trudno było spotkać kogokolwiek przyznającego się do popierania nazizmu.

Jaki jest dziś rozkład postaw i poglądów mieszkańców Gazy tego nie wie nikt i jak długo działa terror Hamasu żadne badania tego nie pokażą.

Jaka jest różnica między Niemcami w 1945 roku i Gazą w 2024 roku? Niemiecki nazizm budził odrazę całego zachodniego świata, nazizm Hamasu budzi odrażającą sympatię ludzi bardziej i mniej wykształconych z lewej i z prawej strony sceny politycznej. Kefija stała się symbolem poparcia dla nazistowskiego barbarzyństwa. W najbogatszych krajach świata setki tysięcy ludzi wychodzą na ulice z żądaniem zawieszenia broni bez oddania porwanych Izraelczyków, bez złożenia broni przez Hamas, bez propozycji, żeby Hamas podniósł białą flagę, bez oskarżeń pod adresem nazistowskiej organizacji. Przeciwnie ze wszystkich stron słyszy się głosy próbujące ukryć lub wybielić zbrodnie Hamasu.

Polska wydaje się wzorować na bardziej rozwiniętych i bardziej cywilizowanych krajach. Poparcie dla Hamasu jest na naszych ulicach mniej liczne, w gazetach mniej jednoznaczne. Potępienia Hamasu, Iranu, Hezbollahu są skromne i niepewne, obrona Izraela jest uważana za naganną. Pytanie jakiegokolwiek dziennikarza mediów głównego nurtu, ile rakiet wystrzelono w tym tygodniu na Izrael spotkałoby się ze zdziwionym wzrokiem i pochrząkiwaniem charakterystycznym dla tego gatunku. Ostatnio mieliśmy mało znaczący, a jednak bardzo znamienny przypadek.

W Poznaniu zarząd Trzeciej Drogi podjął decyzję o usunięciu z partii i z list wyborczych do Rady Miejskiej Pawła Norberta Strzeleckiego. Czym zgrzeszył? Otóż młody poznański prawnik zamieścił na swoim koncie X następujący wpis:

Ile razy Izrael od 1948 r. proponował Palestyńczykom trwały pokój? Te prymitywy z Gazy wybrały wieczne przegrywanie wojen przegranych trzy pokolenia temu. Ich przywódcy terroryści muszą zginąć – napisał na swoim koncie w serwisie X.”

Wiem ile razy Palestyńczycy mogli mieć swoje państwo i znam zbyt wiele głosów Palestyńczyków z Gazy przeklinających Hamas, żeby mnie ten wpis w najmniejszym stopniu mógł oburzyć. (Chociaż autor jako prawnik mógłby postarać się o większą precyzję językową.)

Przedstawiciel partii „Razem” Michał Kucharski zinterpretował to po swojemu i napisał do przewodzącego Trzeciej Drodze w Poznaniu mecenasa Przemysława Plewińskiego (z kopią do prasy):

Naprawdę chcecie na listach człowieka, który domaga się eksterminacji innego narodu?

No cóż, nie wiem jak Michał Kucharski doszedł do wniosku, że słowa „ich przywódcy terroryści muszą zginąć” stanowią wezwanie do eksterminacji narodu? Nie jest takim wezwaniem nawet napisane później wezwanie: „Zabić wszystkich terrorystów”.  Interpretując to jako wezwanie do eksterminacji narodu palestyńskiego, Kucharski wydaje się sądzić, że wszyscy Palestyńczycy to terroryści.

Polscy parlamentarzyści z udziałem przedstawicieli partii „Razem” pielgrzymowali przed dwoma laty do grobu Arafata, a z Poznania towarzyszył im ówczesny poseł do Sejmu Franciszek Starczewski. Partia „Razem” nie ukrywa swojej sympatii ani dla Organizacji Wyzwolenia Palestyny, ani dla Hamasu. Oczywiście nie cytują ani statutu OWP ani Karty Hamasu, ale chętnie powtarzają ludobójcze hasło „od rzeki do morza Palestyna będzie wolna”. To hasło jest faktycznym wezwaniem do ludobójstwa całego narodu, zaś przywódcy palestyńscy nie tylko wychowują młode pokolenie na fanatycznych morderców, nie tylko zachęcają do ciągłego ostrzeliwania izraelskich cywilów, zamachów na życie, do podpaleń i zniszczeń, ale 7 października pokazali, że codzienne ataki to tylko przygrywka do planowanego ludobójstwa na pełną skalę.

Poznańscy członkowie partii „Razem” wiecują na rzecz wolnej Palestyny (Źródło: Facebook 17 maja 2021r.)Poznańscy członkowie partii „Razem” wiecują na rzecz wolnej Palestyny (Źródło: Facebook 17 maja 2021r.)

Interpretacja wpisu kandydata Trzeciej Drogi przez kogoś z partii „Razem” nie wywołuje zdziwienia. Gorzej, że zarząd poznańskiego oddziału Trzeciej Drogi i starający się o urząd prezydenta miasta Poznania mecenas Przemysław Plewiński doszli do wniosku, że jedyną drogą jest połączenie się w tej sprawie razem z kolegami z partii „Razem” i wydalenie swojego kandydata.

W sprawie Izraela niesłychanie często jesteśmy świadkami, jak ludzie otwarcie deklarujący zamiar ludobójstwa zarzucają ludobójstwo tym, których zabijają i obiecują wymordować do ostatniego. W Islamskiej Republice Iranu oddziały Strażników Rewolucji Islamskiej pozdrawiają się nazistowskim salutem. Ten salut jest używany przez wszystkie milicje wspierane przez Iran. Hezbollah, Huti, Hamas i inne. Trzeba bardzo dużo złej woli, żeby zarzucać Izraelowi zamiar eksterminacji narodu palestyńskiego, ale w tym przypadku nawet nie o to chodzi. Chodzi o interpretację zdania, którego człowiek z „Razem” nie umiał poprawnie przeczytać, a ludzie z Trzeciej Drogi albo dali się sterroryzować, albo też podzielają te same sentymenty.

Mimo wszystko sprawa jest znacznie poważniejsza niżby się mogło zdawać. „Głos Wielkopolski” poinformował, że Paweł Strzelecki wykasował swój wpis (dając tym samym do zrozumienia, że sam uznał, iż racja moralna jest po stronie oskarżycieli). Okazało się jednak, że nie miał takiego zamiaru, nigdy wpisu nie kasował, algorytm firmy META ograniczył jego widoczność. (Nie jest to pierwszy przypadek działania algorytmu z silnymi przekonaniami.)

Izrael walczy dziś o przetrwanie, zniszczenie terrorystów Hamasu jest konieczne przed czekającą go wojną ze znacznie silniejszym wrogiem, jakim jest Hezbollah, z tyłu jest Iran, Katar i inni. Paweł Strzelecki mógł napisać to, co pisze dziś wielu Palestyńczyków: „Wyzwolić Gazę od Hamasu”, mógł powiedzieć to, co mógł powiedzieć papież Franciszek, że Hamas powinien podnieść biała flagę i rozpocząć negocjacje o wyjściu z Gazy. Przedstawiciela partii „Razem” prawdopodobnie oburzyłoby to tak samo i nadal twierdziłby, że to wezwanie do eksterminacji narodu palestyńskiego.

Poznań był przed wojną do bólu endecki  Nie wiem, ile z tego zostało. Prezydent Jacek Jaśkowiak jest przeciwieństwem tamtej tradycji, chociaż zapewne dla poznańskich wyborców liczy się przede wszystkim jego gospodarność i poznańska rzetelność. Ponownie startuje w wyborach i niebawem zmierzy się ze swoimi konkurentami. Jednym z nich będzie mecenas Przemysław Plewiński z Trzeciej Drogi. Nie wiem jakie są jego szanse w starciu z Jaśkowiakiem, wyrzucając Pawła Strzeleckiego z partii zapewne sądził, że wzmacnia swoje szanse wyborcze. Czy ta sprawa ma jakiekolwiek znaczenie?

Mieszkałem w Poznaniu tylko do matury, potem wyjechałem na studia do Warszawy i do Poznania już nie wróciłem, ale to jest nadal mój Poznań, w którym jeszcze przed wojną członkowie mojej rodziny przeciwstawiali się antysemickiej orgii endeków. Dyskusja wokół tej sprawy nie powinna się zakończyć wywieszeniem białej flagi przez tych, którzy widzą o co toczy się gra.

P.S. W sobotę 3 grudnia 1932 „Dziennik Poznański” opublikował list profesora geografii gospodarczej Stanisława Nowakowskiego, w który autor pisał:

Dziś – znaczy odłam studentów reprezentuje i głosi hasła wstecznictwa i obskurantyzmu, troglodytyzmu i nienawiści rasowej. Na każdym kroku spotykamy się dziś z burdami ulicznymi, biciem i znęcaniem się nad kolegami o innych przekonaniach politycznych i religijnych.
Dochodzi do tego, że nawet studentki znęcają się nad swoimi koleżankami-żydówkami, jak to niedawno miało miejsce w Poznaniu.  Odnosi się wrażenie, że celem pewnego odłamu młodzieży akademickiej jest nie nauka, lecz wstecznictwo i walka z Państwem, które im dało swobodę i byt.
Jestem głęboko przekonany, że nastąpi dzień kiedy młodzież nasza obudzi się i zrozumie, że jest zatruwana fałszywymi hasłami, że została oszukana, zrozumie, że prowadząc destrukcyjną robotę i reprezentując zoologiczną nienawiść rasową, przynosi krzywdę państwu i społeczeństwu.


Ten list poznańskiego profesora był wyrazem podziękowania dla dwóch studentów, którzy poprzedniego dnia uratowali go przed napaścią przez, jak pisze „młodzieńców z zielonymi wstążeczkami”. Jednym z tych studentów występujących w obronie profesora, który nie zamierzał ulegać terrorowi szlachetnych antysemitów, był wymieniony przez niego z nazwiska Tadeusz Jasiński (brat mojej matki). Jest powód do lęku, że tamte czasy znów wracają.

Demonstracja w Poznaniu w dniu 17 października ubiegłego roku. Uczestnicy demonstracji trzymali  banery, na których dało się zauważyć hasła, jak: \Demonstracja w Poznaniu w dniu 17 października ubiegłego roku. Uczestnicy demonstracji trzymali  banery, na których dało się zauważyć hasła, jak: “Wolna Palestyna”, “Stop ludobójstwu”, “Stop okupacji Palestyny”, czy “Gaza to więzienie”. Zdjęcie Waldemar Wylegalski (Źródło zdjęcia: zrzut z ekranu „Głos Wielkopolski” 18 października 2023r, 11 dniu po największym pogromie od Holokaustu)

90 lat temu na ulicach Poznania i innych miast Polski rozbrzmiewało hasło: Żydzi do Palestyny”, dziś słyszymy hasło „Wolna Palestyna”, „Stop okupacji Palestyny”. Wiecujący zazwyczaj nie mówią wyraźnie, że żądają Palestyny wolnej od Żydów, ani co rozumieją przez „okupację Palestyny”.


Andrzej KOraszewski – Publicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny. Ur. 26 marca 1940 w Szymbarku, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej „Kultury”. Więcej w Wikipedii.  Facebook


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Saving Sinwar

Saving Sinwar

JUDITH MILLER


An Israeli who spent ‘hundreds of hours’ with his country’s most deadly foe assesses his next move

.
Yahya Sinwar in Gaza, 2022 / YOUSEF MASOUD/SOPA IMAGES/LIGHTROCKET VIA GETTY IMAGES

The Palestinian in the clinic at one of Israel’s highest security prisons near Beersheba had a persistent pain in the back of his neck. He trembled and had trouble walking. Yuval Bitton, then a 28-year-old dentist just a year out of medical school, suspected that his patient might be suffering from a C.V.A., an ischemic cerebrovascular accident, resulting from a life-threatening brain tumor. “He needs to be hospitalized, immediately,” Bitton advised the prison doctors.

Dr. Bitton’s diagnosis was quickly confirmed at the Soroka Medical Center in Beersheba. The surgery took hours. The prisoner survived. When he returned to the prison, he thanked Bitton and the rest of the prison medical staff for having saved his life—in excellent Hebrew.

The year was 2004. The patient was Yahya Sinwar, the Palestinian who in 2017 would become the leader of Hamas in Gaza and subsequently the mastermind of the Oct. 7 attack in southern Israel in which 1,200 mostly Israeli civilians died and 240 were taken hostage.

Bitton described the fateful incident and what he said were “hundreds of hours” of conversations with Sinwar in prison in the ensuing years when I met him last week in a peaceful garden in a Tel Aviv suburb, a world away from the Israeli prisons in which the Hamas leader was held for 22 years prior to his release in 2011.

‘Sinwar didn’t care how many Palestinians would die for their cause. There was no flexibility, no room for compromise.’

“Even then, he looked and carried himself like a leader,” Bitton recalled. “He was thin, tough, and very extreme.” There was tension in jail between the militant Islamists of Gaza and those from the West Bank, which was ruled by the Palestinian Authority initially headed by Yasser Arafat and then by his successor, Mahmoud Abbas. Sinwar viewed even the most militant members of the Palestinian Authority as soft and undisciplined. Above all, they were traitors to Islam for having agreed to share with the Jews holy land that God had given exclusively to Muslims.

Sinwar and his lieutenants, Tawfik Abu Naim and Rawhi Mushtaha, now all senior Hamas figures, were “like an army” inside the prison, Bitton recalled. An Islamic band of brothers, they enforced rules, gave orders, and held secret elections for Hamas’ “majlis,” its ruling council inside the prison. They communicated with one another and with fellow militants outside the jail through messages and tiny plastic cellphones smuggled into the jail by visitors—lawyers, wives, babies. The contraband was concealed in diapers, in women’s bras, and in their vaginas.

“In those days, we didn’t routinely or thoroughly search women or babies or even surveil conversations between lawyers and their clients,” Bitton said, recalling these early examples of suicidal democracy. “We were so naive.”

Sinwar studied his enemy assiduously. He read Israeli newspapers, took classes in Jewish history through the prison’s “open university,” and spoke to Bitton about Hamas’ goals—the expulsion of all Jews from Palestine, the duty to implement God’s laws as given to Muhammad on all sacred Muslim soil. Numerous efforts to recruit him in prison failed. “The struggle continued inside the prison,” Bitton said. Sinwar was not married then, and he had few visitors. “Hamas and the struggle were his life.”

Sinwar’s life has been shaped by the Palestinian-Israeli conflict. Born in 1962 in the Khan Younis refugee camp in Egyptian-ruled Gaza, he got his bachelor’s degree in Arabic studies from the Islamic University of Gaza, which was founded in 1978 by two men who a decade later would create Hamas. He grew close to one of them—Sheikh Ahmed Yassin, Hamas’ co-founder and spiritual guide—and rose quickly in the Hamas ranks.

Judith Miller, Tablet Magazine’s theater critic, is a former New York Times Cairo bureau chief and investigative reporter. She is also the author of the memoir The Story: A Reporter’s Journey.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


IDF prepares for Rafah offensive; Netanyahu rebukes world leaders’ short-memory

IDF prepares for Rafah offensive; Netanyahu rebukes world leaders

TV7 Israel News


1) Israeli Premier Benjamin Netanyahu rejects foreign calls for early elections during a time of war.
2) IDF Chief of General Staff Lieutenant General Herzi Halevi stresses that failure to eradicate Hamas, including in Rafah, would be a mistake.
3) U.S. President Joe Biden voices support for Senate Majority Leader Chuck Schumer, referring to his unprecedented criticism of Israel as “a good speech”.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


JAK CZŁOWIEKA – ROZMOWA Z HENRYKIEM GRYNBERGIEM


JAK CZŁOWIEKA – ROZMOWA Z HENRYKIEM GRYNBERGIEM

GNIESZKA SOWIŃSKA


Pośrednio piszę o złu w większości moich utworów, włącznie z wierszami. Wiem, że niektórych ludzi zło fascynuje. Ja czuję do niego tylko wstręt. Zło nie lubi, żeby je obnażać – dlatego to robię.

.

AGNIESZKA SOWIŃSKA: „Pogodny, chłodny poranek po tygodniu upałów, podnoszę oczy znad komputera i widzę pod moim oknem gości: ta brązowa, która utyka, i płowy, młody koziołek stoją i liżą sobie wzajemnie szyje”. Sarny wciąż do Pana przychodzą?

HENRYK GRYNBERG: Od kilku miesięcy ich nie widzę, bo zaszły zmiany w moim najbliższym sąsiedztwie. Piszę o tym w bieżącym „Pamiętniku” – jest już ciąg dalszy.

„Media twierdzą, że ich za dużo, że za dużo zjadają, że trzeba odstrzeliwać, choć gołym okiem widać, że to ludzi za dużo i że to my za dużo zjadamy”.

Albo zwierzęta, albo my. Niestety, coraz bardziej my. W domu mojej zmarłej sąsiadki, Sumiko, mieszkają teraz młodzi ludzie…

Henryk Grynberg / archiwum prywatne

Ci z małymi dziećmi…

Otóż to. Ich matka krząta się koło domu, w dodatku jest już znowu w ciąży. Na podjeździe stoją zawsze dwa albo trzy samochody. Sarny nie lubią samochodów. Do drugiej sąsiadki, która długo mieszkała tylko z córką, sprowadził się ostatnio mężczyzna z dwojgiem dzieci w wieku jej córki. Rozpięto z tyłu domu trampolinę i ci wcześni nastolatkowie skaczą, krzyczą, śmieją się. Sarny omijają takie miejsca z daleka. Lis przebiega mi czasem drogę, gdy jestem na spacerze, ale na moim yardzie też już sią nie pojawia. Tylko ptaszki nadal mi zaglądają przez okno i patrzą, co piszę. No i wiewiórki skaczą jak dawniej, bo wciąż mają wysokie dęby i nikogo się nie boją.

W latach 80. odliczał Pan czas do przejścia na emeryturę. Pewnie ma Pan teraz dużo czasu. Na pisanie, obserwację saren…

Pierwszego listopada będę radośnie obchodził dwudziestą rocznicę mojej emerytury, czyli wolności, ale ani przez chwile nie czułem się w tym czasie jak emeryt. Przeciwnie. Teraz nawet więcej pracuję. W biurze nie było dużo pracy i często można było nic nie robić, a u siebie nie można. Pracuję intensywnie przez pół dnia. Potem załatwiam korespondencję, telefony i inne sprawy związane z moim warsztatem. Notuję o każdej porze dnia, często nawet nocy, gdy jakaś myśl, zdanie mnie obudzi ze snu. Notes leży na nocnym stoliku. Pismo mam już coraz szkaradniejsze, z trudem je odczytuję. Muszę rano czym prędzej przepisać, bo po paru dniach nie mógłbym odczytać.

„Polański kręcił uniwersalne filmy, Komeda pisał uniwersalną muzykę […], ja kontynuowałem swoją polsko-żydowską historię, […] która szła za mną wszędzie jak pies” – napisał Pan o swoim emigracyjnym losie w „Uchodźcach”.

To ciężki obowiązek. Pisanie mojej polsko-żydowskiej historii nie sprawia mi przyjemności ani nie daje satysfakcji. Czasem zdarza mi się napisać wiersz na całkiem inny temat i wtedy jestem szczęśliwy. Co najmniej połowa moich wierszy jest ponadżydowska, liryczna, uniwersalna, bo poezja jest bardziej abstrakcyjna niż proza.

A jednak nie może Pan przestać opowiadać. W „Pamiętniku” pisze Pan, że dawał dzieciom swoje opowieści w przekładzie na angielski i pokazał im film „Miejsce urodzenia” o zamordowaniu ich dziadka, a one odpowiadały milczeniem.

Bały się mojego bólu i tego, że mogą go powiększyć zadawaniem pytań.  Ale – jak piszę w „Pamiętniku” – trzeba znać prawdę, wiedzieć, kim jest człowiek i czego można się po nim spodziewać.

Od czterdziestu kilku lat mieszka Pan w Ameryce...

Przywykłem do niej i przywiązałem się. W Ameryce czuję się jak normalny człowiek i tak jestem traktowany, nawet wtedy, gdy ludzie mniej więcej wiedzą, kim jestem. Nikt nie ma problemu z tym, że jestem Żydem.

„Żyd może zostać bohaterem, świętym, zbawicielem świata, tylko nie zwyczajnym człowiekiem” – brzmi motto „Pamiętnika”.

Autor tego zdania, Aleksandr Mielichow, ma rację. Mogę tylko dodać, że Żydowi NIE POZWALA SIĘ  być zwyczajnym człowiekiem. Już po oddaniu „Pamiętnika” do druku czytałem antologię Adama Michnika „Przeciw antysemityzmowi 1936-2009”. Proszę zwrócić uwagę, 1936…

…to pański rok urodzenia.

Podkreślam to, żeby nikt się nie dziwił, że jestem, najogólniej mówiąc, pisarzem zajmującym się antysemityzmem. Nie tyle Holokaustem i jego skutkami, co właśnie antysemityzmem, któremu nie ma końca.

„Pamiętnik” pełen jest polemik, tekstów krytycznych, piętnujących antysemityzm, m.in. w „Innym świecie” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, który należy do obowiązkowych lektur szkolnych.

Wszyscy Żydzi w są tam karykaturalnie odczłowieczeni i wstrętni. Bardziej antysemickiej polskiej książki jeszcze nie czytałem. Niektórzy Żydzi tak bardzo nie chcą być Żydami, że nienawidzą Żydów, bo „przez nich” są uważani za Żydów i okupują się antysemitom kosztem innych Żydów. Herling-Grudziński to klasyk.

„Pamiętnik” pokazuje Pana życie jako nieustającą walkę.

Kiedy mi się wydaje, że nie mam już nic do zrobienia, pojawia się znowu coś, na co muszę zareagować.

Ma Pan jeszcze siłę?

Czasem ręce mi opadają, ale muszę. To mój obowiązek. Wracając do antologii. We wstępie Michnik cytuje Gombrowicza, który bardzo przekonująco rozwija to, co zaznaczył Mielichow: że Żyd nie może być zwyczajnym człowiekiem. Gombrowicz pisze m.in.: „Żyd zbyt uporczywie domagający się aby go traktowano «jak człowieka», to jest, jakby niczym nie różnił się od innych, wydaje mi się Żydem nie dość świadomym swojego żydostwa”.

„Bardzo mało używam fikcji, a jeśli, to przeważnie wtedy, gdy chcę napisać coś pocieszającego”.

Czasami wydaje mi się, że fikcja jest niezbędna, żeby pocieszyć czytelnika. Dajmy na to w „Żydowskiej wojnie” opisałem sytuację, gdy podczas wojny musieliśmy z matką uciekać z mieszkania jej znajomej, w którym się ukrywaliśmy. Nie mamy co ze sobą zrobić, więc jeździmy tam i z powrotem tramwajami. Zbliża się godzina policyjna i mama mówi, że chyba pójdziemy do Wisły, a ja proszę, żebyśmy zrobili jeszcze jedną pętlę tramwajem. Wysiadamy na Grochowie. Mama podchodzi do nieznajomych, mówi im, kim jesteśmy i że mogą z nami zrobić co chcą: pomóc, albo zaprowadzić do Niemców. I oni nam pomagają.

Tak nie było?

Ale mogło się tak zdarzyć. Zresztą szlachetni ludzie, państwo Orlińscy, którzy nam w końcu pomogli, mogli się właśnie tak zachować. Myśmy się u nich znaleźli za pośrednictwem kobiety, która nas znała. Nie powiedziała im, kim naprawdę jesteśmy, ale może to było ciche porozumienie. Oni się domyślali. Pani Orlińska raz mnie sprawdziła.

Jak?

Leżałem już w łóżku, pod kołdrą, zaczęła mnie łaskotać tu i tam… Czuwała nad sytuacją, w jakiej znalazła się jej rodzina. Oni wszyscy byli w konspiracji. To był najgorszy okres, bo Niemcy po powstaniu w getcie intensywnie szukali Żydów. Pani Orlińska podsunęła mamie myśl, żebyśmy wyjechali na „letnisko” pod Wołominem. Dzięki niej znaleźliśmy się poza Warszawą zanim wybuchło powstanie.

Henryk Grynberg, „Pamiętnik” Świat Książki, Warszawa, 848 stron, księgarniach od września 2011

Pan – ocalony – ocala w swojej twórczości nazwiska, imiona Żydów, po których najczęściej zostały już tylko ułamki wspomnień. Przywraca im Pan istnienie w symbolicznej formie.

To nie jest literatura dla literatury. Ja czasem tylko odnotowuję. Czasem ktoś, kto przeżył, może się z tych strzępków dowiedzieć czegoś o swoich bliskich. W „Pamiętniku” umieściłem wypisy z amerykańskiego czasopisma ocaleńców  „Together”. Ktoś tam wciąż jeszcze kogoś poszukuje. Wątpię, czy odnajdzie żywych ludzi, ale będzie przynajmniej wiadomo, że istnieli.

Skończył Pan w Polsce studia dziennikarskie, ale nigdy nie pracował w tzw. „zawodzie”.

Wdałem się w Teatr Żydowski i niemal równocześnie zadebiutowałem jako pisarz, publikując opowiadania, które w 1963 roku wyszły w zbiorze „Ekipa Antygona”. Dziewięć lat grałem u Idy Kamińskiej. Nie zależało mi na karierze aktorskiej, bo wypowiadałem się w moich utworach, ale kochałem teatr w ogóle, a ten był dla mnie niszą żydowskiej kultury, której było mi w tym okresie bardzo brak. Choć chodziłem sześć lat do szkoły żydowskiej, dopiero w Teatrze Żydowskim nauczyłem się naprawdę języka jidisz. Równocześnie publikowałem: w 1964 tomik wierszy „Święto kamieni”, w 1965 opowieść  „Żydowska wojna”.

Jarosław Iwaszkiewicz napisał świetną recenzję z „Żydowskiej wojny”.

Wtedy zdawało mi się, że znalazłem swoje miejsce na ziemi.

Ale w 1967 roku wyemigrował pan do Ameryki.

Uciekłem do Ameryki. Nie od komunizmu, ale od komunistycznego antysemityzmu. Gdyby reżym Gomułki i Moczara nie wszczął bezwstydnej nagonki na Żydów, zostałbym w Polsce. Po prostu po tym, co ja i moja rodzina przeżyliśmy podczas okupacji, nie mogłem łobuzom politycznym pozwolić, żeby mi pluli w twarz. Ktoś wtedy w prasie reżymowej napisał, że się wypiąłem na kraj. Owszem, wypiąłem, ale na pewną część kraju.

Nigdy nie chciał Pan wyjechać do „ziemi obiecanej”?

Myślałem o wyjeździe do Izraela, jak piszę w „Pamiętniku”. Zwłaszcza że po studiach dziennikarskich nie wiedziałem, co z sobą zrobić – nie chciałem być dziennikarzem. Później moja matka zamieszkała w Kalifornii i oczywiste było, że w razie potrzeby ucieknę do Ameryki. Ale gdyby nie to, wyjechałbym do Izraela. I wyznam coś, czego nie ma w „Pamiętniku”, bo to sprawa osobista. Gdy miałem się rozstać z żoną, zgłosiłem się do takiego specjalnego przedstawicielstwa izraelskiego, które ułatwia imigrację.

A jednak Pan został?

Rozmyśliłem się. Żonę mogłem zostawić, ale nie dzieci.

Nie czuł się Pan nigdy samotnie jako pisarz na emigracji? Oderwanie od języka było największą tragedią dla węgierskiego pisarza, Sandora Maraiego, i wielu innych. Pan pisze w „Pamiętniku”, że nawet Pana dzieci nie mówią po polsku…

Tak, czasem uważałem się nawet za umarłego pisarza. Wyglądało to tak, jakby moje książki ukazywały się po mojej śmierci. Nie widziałem recenzji, reakcji czytelników, nie korzystałem z honorariów, z uśmiechów kobiet.

Ale mimo to Pan pisał.

Wykonywałem swój obowiązek. Nie tylko wobec zmarłych, wobec samego siebie. To był – i jest – sens mojego życia. Byłem w trochę lepszym położeniu niż Marai, bo bywałem wśród ludzi znajdujących się podobnym położeniu. W Kalifornii miałem grupę, którą nazwałem w „Uchodźcach” SPATIF-em na emigracji. Byli tam Marek Hłasko, Roman Polański, Elżbieta Czyżewska, Krzysztof Komeda, Jerzy Abratowski, Wojciech Frykowski. Gdy potem dostałem pracę w Waszyngtonie, w wydawanym po polsku miesięczniku „Ameryka” i później w polskiej sekcji Głosu Ameryki, znów się znalazłem w takim małym getcie polskich emigrantów. Nie bardzo byłem tym gettem zachwycony i chciałem się z niego wydostać, ale na samotność nie mogłem narzekać.

Pracował Pan i jednocześnie cały czas pisał i publikował w londyńskich „Wiadomościach” czy paryskiej „Kulturze”.

„Wiadomości” mnie całkowicie akceptowały. Zwłaszcza pani Stefania Kosowska. Natomiast z redaktorem Giedroyciem miałem trudności, ale – jak mi powiedział Miłosz – kto ich nie miał?

No tak, mity tworzą się później.

Giedroyć był ważnym działaczem emigracyjnym i przede wszystkim politykiem, a polityk ma swój nadrzędny cel i akceptuje tylko to, co mu odpowiada, a co nie, to odrzuca. Oczywiście jako redaktor miał prawo to robić, ale trudno było z nim współpracować.

Skracał Panu teksty, zmieniał…

Przede wszystkim odrzucał (śmiech). Ja w takich wypadkach zaraz je posyłałem do Londynu, z czego był bardzo niezadowolony. Uważał, że on ma prawo wyboru, a ja nie (śmiech).

Wydał pan „Zwycięstwo” w Instytucie Literackim Jerzego Gierdroycia. Ale miał pan również mecenasów, którzy pomagali pokryć koszty wydań książek.

Pomogli mi kilkakrotnie Józef i Janina Haubenstockowie. On był dosłownie mecenasem, bo skończył prawo na UJ. Sam mi zaoferował swoją pomoc, był dobrze usytuowany finansowo. Za jego pieniądze wydałem w Berlinie Zachodnim „Prawdę nieartystyczną”. Wyłożył 10 tysięcy marek. Polski wydawca wydał za te pieniądze dwie książki: moją i Wirpszy. Janina Haubenstock, wdowa po Józefie, sfinansowała wydanie mojego najlepszego chyba tomiku wierszy „Rysuję w pamięci” u Krynickich, a także „Pamiętnika Marii Koper” w Znaku. Znak przyrzekł wydrukować 3000 egzemplarzy, ale wydrukował tylko 2000. Pewno dlatego, że to krakusy…

Do Polski przyjechał Pan pierwszy raz od emigracji dopiero w 1992 roku, kręcić film dokumentalny w reż. Pawła Łozińskiego – „Miejsce urodzenia”. Pojechał pan z ekipą do Radoszyny, Dobrego – okolic, w których i wokół których, m.in. w ziemiance, ukrywała się pańska rodzina, gdzie został zamordowany również Pana ojciec.


Opisałem to w „Dziedzictwie” i „Monologu polsko-żydowskim”, nie chcę więcej o tym mówić.

Nie obawia się Pan, że pisząc o złu, powiela Pan je w świecie? Zło potrafi fascynować.


Pisałem o tym bezpośrednio w eseju  „Nowoczesne wielkie zło”, który znajduje się w trzecim i czwartym wydaniu „Prawdy nieartystycznej”. A pośrednio piszę o złu w większości moich utworów, włącznie z wierszami. Wiem, że niektórych ludzi zło fascynuje. Ja czuję do niego tylko wstręt. Zło nie lubi, żeby je obnażać – dlatego to robię. I dlatego jestem „kontrowersyjny”. I nie mam nic przeciwko temu.

Film „Miejsce urodzenia” jest zapraszany na festiwale, organizowane są specjalne pokazy. Często Pan z nim występuje. Przyznam, że ja nie byłabym w stanie obejrzeć go drugi raz.

Ja też go więcej nie oglądam. Czekam na zewnątrz, aż film się skończy i dopiero wtedy wchodzę. Reakcje widzów są różne. W szkole średniej w McLean, gdzie mieszkam, film wywołał bardzo żywą dyskusję. Uczniowie zadawali inteligentne pytania. A McLean jest dosyć typową amerykańską suburbią. Pokazano również ten film w żydowskiej szkole średniej, też w okolicach Waszyngtonu. Gdy po pokazie wszedłem do sali, uczniowie siedzieli z opuszczonymi głowami i milczeli – jak moje dzieci. Nauczycielka robiła co mogła, żeby ich wciągnąć w rozmowę, ale nic z tego nie wyszło, nie zadali ani jednego pytania.

Był Pan po realizacji tego filmu kiedykolwiek w Dobrem lub Radoszynie?


Nie i nie zamierzam. Nawet gdyby mnie zapraszano. Ktoś mógłby zaprosić mnie w dobrej wierze, a ktoś podły mógłby to wykorzystać w innym celu. Pewna nauczycielka chciała, żebym przyjechał do Garwolina. Spytałem, czy może mieć pewność, że będę dobrze przyjęty? Ze złem trzeba się liczyć.


Henryk Grynberg –  Pisarz, poeta, dramaturg, eseista. Urodził się 4 lipca 1936 roku. Wojnę przeżył ukrywając się z rodzicami w okolicach wsi Radoszyny, następnie na aryjskich papierach z matką w Warszawie. Jego ojciec został zamorodowany przez Polaka. W dokumentalnym filmie Pawła Łozińskiego „Miejsce urodzenia” pisarz jedzie do wsi, w których ukrywali się wraz z rodziną i rozmawia z ludźmi o swoim zamordowanym ojcu, rozmawia także z jednym z morderców ojca oraz ekshumuje jego zwłoki. Ukończył dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim, był aktorem Teatru Żydowskiego. Od 1967 roku mieszka w USA. Pracował w U.S. Information Agency i rozgłośni Głos Ameryki w Waszyngtonie. Publikował w londyńskich „Wiadomościach” oraz paryskiej „Kulturze”. Jego twórczość jest w dużej mierze autobiograficzna. Zajmuje go szeroko pojęty antysemityzm. Napisał m.in. książki: „Dziedzictwo”, „Monolog polsko-żydowski”, „Drohobycz, Drohobycz”, „Żydowska wojna”, „Zwycięstwo”, „Ojczyzna”, „Memorbuch”, „Kalifornijski kadisz”, „Uchodźcy”, „Ciąg dalszy”.

W wydawnictwie Świat Książki ukazał się właśnie jego „Pamiętnik” obejmujący lata 1957-2009.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com