Chcę przewietrzyć teatr, ale bez przeciągu
Redakcja – Poludnie

Z Gołdą Tencer rozmawia Rafał Dajbor
– Od niedawna jest Pani dyrektorem naczelnym i artystycznym Teatru Żydowskiego w Warszawie, z którym związana jest Pani od niemal półwiecza. Jak się Pani czuje w tej nowej roli?
– To dla mnie faktycznie nowa rola i chyba jeszcze tak do końca nie wiem, jak się w niej czuję. Od kiedy pamiętam swoje dorosłe życie jestem cząstką tego teatru, a ten teatr jest najważniejszą chyba cząstką mnie. Znam język jidysz, znam kulturę i literaturę żydowską, jestem wychowana na pograniczu dwóch kultur – żydowskiej i polskiej. Odbyłam niedawno spotkanie z zespołem aktorskim teatru i poczułam ogromne poparcie ze strony zespołu. Było mi to bardzo potrzebne. To był moment, który upewnił mnie, że jako dyrektor Teatru Żydowskiego jestem właściwym człowiekiem na właściwym miejscu.
– Jakie cele stawia sobie Pani jako nowy dyrektor?
– Mam oczywiście swoją wizję teatru. Pragnę kontynuować tradycje moich wielkich poprzedników, czyli Idy Kamińskiej i Szymona Szurmieja. Obok tego chcę jednak zaznaczyć swoją własną indywidualność. Pierwszą sztuką, która doczeka się premiery za mojej dyrekcji, będzie „Dybuk” Szymona An-skiego w opracowaniu Łukasza Chotkowskiego i reżyserii Mai Kleczewskiej. Rozmawiając z Mają Kleczewską powiedziałam do niej wprost: „Maju, chcę przewietrzyć ten teatr, ale bez robienia przeciągu”. Myślę, że to zdanie w znacznym stopniu oddaje to, w jaki sposób myślę o swojej dyrekcji.
– Maja Kleczewska w Teatrze Żydowskim… To może być wydarzenie sezonu.
– Sama jestem zafascynowana tym, jak Łukasz Chotkowski i Maja Kleczewska widzą „Dybuka”, ich wizją tej granej wielokrotnie w naszym teatrze klasycznej sztuki An-skiego, w której sama przecież grałam Leę, a potem – w Teatrze Telewizji – Surę Bas Tojwim. Cieszę się, że przedstawienie to grane będzie w trzech językach, z których dwa – jidysz i polski – są w naszym teatrze obecne od lat, ale trzeci, a będzie nim język hebrajski, zagości w Teatrze Żydowskim właściwie po raz pierwszy. Prawdopodobnie, ale tu muszę odpukać, bo jestem przesądna, jesienią zawieziemy naszego „Dybuka” na festiwal teatralny do Izraela.
– „Dybuk” ma otworzyć obchody 65-lecia polskiego Teatru Żydowskiego. Jak – poza tą premierą – teatr zamierza uczcić swoją rocznicę?
– Od razu mogę powiedzieć, że honorowy patronat nad obchodami objęły pani Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, profesor Małgorzata Omilanowska oraz pani Prezydent m.st. Warszawy, Hanna Gronkiewicz-Waltz. Wielu naszych zasłużonych artystów doczeka się odznaczeń. Ale te obchody, to przede wszystkim premiery: „Dybuk”, następnie sceniczne słuchowisko o trzecim pokoleniu po Holokauście w reżyserii Wojtka Klemma, przedstawienie Anny Smolar o aktorach Teatru Żydowskiego, musical o wydarzeniach marcowych w opracowaniu Moniki Strzępki i Michała Demirskiego oraz wiele innych, mniejszych przedstawień, które znajdą swoje miejsce na małej scenie. Pragniemy wydać album, który prezentowałby dorobek tego sześćdziesięciopięciolecia. Organizujemy też konferencję naukową pod hasłem „Teatr Żydowski w XXI wieku”. Naszym marzeniem jest zaproszenie nielicznych żyjących aktorów, którzy grali jeszcze w teatrze Idy Kamińskiej. Wreszcie – drugi już raz lecimy z którymś z naszych przedstawień do Nowego Jorku. To będzie rok naprawdę niezwykle bogaty w wydarzenia.
– Teatr Żydowski przez lata wypracował swój styl i prezentował pewien specyficzny typ repertuaru. Z jednej strony na teatr spadała nieraz krytyka, z drugiej widownia teatru jest od kilkunastu lat zawsze wypełniona po brzegi…
– Wydaje mi się, że już od paru lat teatr stara się otworzyć na nowych, młodych widzów, stąd wśród reżyserów, których zapraszał do współpracy jeszcze dyrektor Szurmiej znaleźli się m.in. Piotr Cieplak czy Michał Zadara. Czasem jesteśmy krytykowani za to, że pewne sztuki o charakterze rozrywkowym, taneczno-muzyczno-kabaretowym widnieją w repertuarze latami. Dzieje się tak na przykład w przypadku „Kamienicy na Nalewkach”, której premiera odbyła się w grudniu 2000 roku. Tylko że, gdy ostatnio graliśmy „Kamienicę na Nalewkach” trzykrotnie, dzień po dniu, w piątek, sobotę i niedzielę, na wszystkich trzech wieczorach mieliśmy bite komplety na widowni oraz oklaski na stojąco na końcu. Pytam więc tych krytykujących: jakim prawem, a przede wszystkim dlaczego i po co miałabym zdjąć to przedstawienie? Staramy się naszym repertuarem trafić w tzw. target, czyli być teatrem, w którym znajdzie swoje miejsce zarówno ten widz, który od lat do nas przychodzi i kocha „swoje” przedstawienia, jak i widz szukający czegoś nowego. Stąd w naszym repertuarze przedstawienia takie, jak „Skrzypek na dachu” czy wspomniana już „Kamienica na Nalewkach”, sąsiadują i sąsiadować będą z przedstawieniami reżyserów eksperymentujących, poszukujących. Mamy fantastyczny, nagradzany na festiwalach zespół aktorski, który jest w stanie sprostać tak zmiennemu repertuarowi. I będziemy z tego w pełni korzystać.
– A w jaki sposób teatr zamierza upamiętnić zmarłego w lipcu 2014 roku wieloletniego dyrektora, Szymona Szurmieja?
– Pragniemy stworzyć festiwal teatralny jego imienia. Prace nad tym projektem trwają, jednak na razie niczego nie chcę zdradzać.
– Przez wiele lat mieszkała Pani pod Warszawą, ale kilka lat temu przeprowadziła się Pani do Centrum. Tendencja jest raczej odwrotna – aktorzy uciekają z Centrum i osiedlają się na peryferiach. Dlaczego Pani postąpiła odwrotnie?
– Jak patrzę na swoje życie, to wydaje mi się, że ja zawsze szłam pod prąd. Urodziłam się i mieszkałam w Łodzi, gdy zaczęłam grać w Teatrze Żydowskim zamieszkałam w centrum Warszawy, a gdy urodził mi się syn – chciałam, by miał zieleń i przestrzeń, wyprowadziłam się więc pod Warszawę. Z czasem okazało się, że dom służy mi właściwie wyłącznie do spania, bo w obawie przed korkami, po codziennych zajęciach już do domu nie wracałam, bojąc się spóźnić na wieczorne przedstawienie. W podjęciu decyzji o powrocie do Śródmieścia pomogła mi audycja, w której mieszkający w Nadarzynie Tomek Raczek opowiadał, że jak tak sobie policzy, to wychodzi mu, że większość życia spędza w samochodzie. Zrozumiałam, że mam tak samo. Zdecydowałam więc o przeprowadzce do Centrum, zamieszkałam trzy minuty pieszo od teatru i nigdy tej przeprowadzki nie żałowałam.
– Pani filmografia nie jest zbyt bogata, poza tym więcej na niej chyba filmów zagranicznych niż polskich. Dlaczego tak się stało?
– Rzeczywiście więcej grałam w filmach zagranicznych – niemieckich i amerykańskich – niż w polskich, ale dlaczego tak się działo, to pytanie nie do mnie, ale do reżyserów. Niestety prawda jest też taka, że wielu polskich reżyserów filmowych proponowało mi role przekupek biegających z koszykiem po żydowskim targu, a ja nie jestem zainteresowana statystowaniem, więc odmawiałam. A może byłam za mało utalentowana? (śmiech)
– Będąc dyrektorem Teatru Żydowskiego wciąż też jest Pani kierownikiem artystycznym stworzonego przez siebie festiwalu Warszawa Singera. Czy może już Pani uchylić rąbka tajemnicy i zdradzić, jakie atrakcje czekają na warszawiaków w tym roku podczas festiwalu?
– Mogę i chcę przede wszystkim pochwalić się tym, że wystąpi wybitny artysta zza oceanu – Matisyahu, który od lat łączy w swojej twórczości elementy tradycyjnej muzyki klezmerskiej z jazzem, rockiem, reggae i hip-hopem. To jest raper światowego formatu, ceniony tak samo przez znawców muzyki żydowskiej, jak i przez hip-hopowców. Koncertował m.in. w USA, Kanadzie, Izraelu i całej Europie. Przez cztery lata o niego zabiegaliśmy, a teraz to on nas zawiadomił, że chce przyjechać i zagrać na festiwalu. Już teraz zapraszam na ten wyjątkowy koncert. Podobnie jak i na cały festiwal.
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com