Archives

„Moje życie jest klęską”

„Moje życie jest klęską”

Andrzej Koraszewski


Dziś mija [14.09.2020] 20 rocznica śmierci Jerzego Giedroycia. Niektórzy nazywali go Księciem, dla wielu z nas to był po prostu Redaktor. Tak, Redaktor z dużej litery. On sam uważał, że prawdziwy redaktor nie powinien zajmować się pisaniem swoich artykułów, że jego rolą jest szukanie dobrych piór, inspirowanie, tworzenie linii pisma, które nie powinno mieć znamion partyjności. Przeciwnie, winno być forum starcia idei, łączyć sprawy polityczne z gospodarką i szeroko pojętą kulturą.

Dla polskich pisarzy, którzy znaleźli się na emigracji był zbawieniem. Pozwalał istnieć, docierać do kraju. Stworzył miejsce, w którym najlepsza literatura emigracyjna miała swoje centrum.

Mam wrażenie, że chociaż uważał literaturę za rzecz niesłychanie ważną, był głównie państwowcem, człowiekiem wiecznie szukającym idei wolnej, mądrze rządzonej, demokratycznej Polski. Może właśnie dlatego pod koniec życia, w dziesięć lat po upadku komunizmu, powtarzał często, że jego życie jest klęską.

Każde życie jest klęską. Leszek Kołakowski pod koniec życia powtarzał, że życie jest porażką. Mam jednak wrażenie, że poczucie klęski Jerzego Giedroycia miało znacznie mniej filozoficzny charakter. Było związane z Polską, tą Polską, która była znów niepodległa i znów wsiąkała w gombrowiczowskie samoupupienie.

Giedroyc patrzył na Polskę z perspektywy świata i wolał tłumić pamięć niż rozgrzebywać urazy. Nie chodziło tu oczywiście o amnezję, a o wyciszenie emocji i zdolność patrzenia w przyszłość.

Magdalena Grochowska w doskonałej książce o Jerzym Giedroyciu przypomina jego uwagę o wysiedlaniach Niemców z Polski po wojnie:

Problemem było wysiedlanie Niemców robione bez potrzeby w sposób nieludzki. Zapewne Niemcy bardzo okrutnie postępowali wobec Polaków, ale nie było powodu, by naśladować ich pod tym względem.

Kto wie, może powinniśmy Go pamiętać przede wszystkim jako humanistę, jako człowieka, który zawsze pamiętał o drobnych ważnych sprawach, o tym, że ktoś może nie mieć pieniędzy na przeżycie kolejnego miesiąca. W dziesiątkach książek, które o nim napisano, jest sporo wzmianek o tej Jego stałej pamięci komu trzeba pomóc i trosce, jak tę pomoc zorganizować, żeby była skuteczna. Ten Jego humanizm spoczywał na fundamencie spraw pozornie drobnych i praktycznych, a zwieńczony był ideą państwa trzymającego bezduszność i łajdactwo w szachu.

Od chwili upadku komunizmu patrzył z przerażeniem na wyczyny Kościoła i z obrzydzeniem na pchających się do władzy i obiecujących Kościołowi wszystko za każde wsparcie. Widział lepiej niż inni, jak politycy z lewa i z prawa próbują zdobyć rząd dusz przez zakrystię.

Czy można zmienić polską duszę, zneutralizować truciznę bzdurnej romantycznej literatury, pchnąć w kierunku humanizmu, rozsądnego budowania współpracy z innymi narodami, innego niż opartego na krótkowzrocznym egoizmie pojmowania patriotyzmu i dostrzeganiu interesu narodowego w dobrostanie składających się na ten naród jednostek? Jeśli pod koniec życia mówił, że jego życie jest klęską, to dlatego, że częściej zauważał cofanie się zegara niż jakiś postęp w tym kierunku.

Na długo, zanim polska opozycja dostrzegła znaczenie Europejskiej Wspólnoty, „Kultura” próbowała pokazywać doniosłość budowania Europy na pojednaniu, gospodarczej współpracy i obywatelskich swobodach.

Czy zauważył, kiedy ta europejska solidarność zaczęła się kruszyć? Nie wszystkie przesyłane teksty publikował, ale tylko jeden raz odrzucił mój artykuł, pisząc bardzo stanowczo, że się całkowicie ze mną nie zgadza. Pisałem wówczas, że kraje EWG powinny chociażby symbolicznie wesprzeć Niemcy w procesie zjednoczenia RFN i NRD. Do dziś sądzę, że jednak to ja miałem rację, że po latach budowania solidarności, po latach niemieckich inwestycji w wyrównanie poziomu gospodarczego krajów Wspólnoty, lęk przed zjednoczeniem i gniewna wręcz odmowa wsparcia ze wspólnego budżetu zwiastowała pęknięcie rzeczywistej solidarności i powrót do wzajemnej podejrzliwości. Gesty się liczą, czasem ich brak zostawia paskudną zadrę. Zjednoczenie Niemiec budziło potwory – zmorę tak niedawnej przeszłości, lęk przed zbyt silnymi Niemcami.

Jerzy Giedroyc, patrząc na Polskę w ostatniej dekadzie swojego życia, bał się, że wraca endecka paranoja wsparta przez katolicki, nacjonalistyczny Kościół. Patrzył z obrzydzeniem na kościelne rozbestwienie, na te setki nowych kościołów, w kraju nędznych płac służby zdrowia i nauczycieli.

Do polskiej lewicy miał pretensje o to, że jest ślepa, że nie walczy o rozdział Kościoła i państwa, że nie rozumie swojej roli, do dziennikarzy i polityków o to, że robią z Kościoła siłę, która zwyciężyła komunizm. Do historyków, że znów bawią się w pisanie historii na zamówienie władz.

Umierając miał poczucie klęski; kto wie, może wcześniej zbyt silnie wierzył w moc drukowanego słowa. Chciał wierzyć, że uczciwa debata i rzetelna informacja mogą choć trochę zmienić duszę narodu.

Pewnie nie mogą, ale mogą tworzyć wzory dla kolejnych Don Kichotów próbujących ocalić przyzwoitość i zdolność trzeźwego patrzenia na świat.

To ważne, bo niektóre klęski mogą być sensem życia. Być może w sprzyjających okolicznościach ta klęska znów będzie inspiracją.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Nick Cannon Claims Sephardic Jewish Family Roots

Nick Cannon Claims Sephardic Jewish Family Roots, Says Great-Grandfather Was Rabbi

Shiryn Ghermezian


Nick Cannon. Photo: Reuters / Mario Anzuoni / File.

American media personality Nick Cannon revealed that he was Jewish on his mother’s side during an appearance on Monday on the American Jewish Committee’s online program “AJC Advocacy Anywhere.”

“The Masked Singer” host apologized last month for voicing antisemitic conspiracy theories in the June 30 episode of his podcast “Cannon’s Class,” after he initially refused to back down from his comments that caused an uproar in the Jewish community.

In a conversation with Rabbi Noam Marans on the AJC program, Cannon said his mother had been calling him “every single day” since the controversy erupted to share information about their family history.

“My great-grandfather was a Spanish rabbi,” Cannon asserted. “He’s a Sephardic Jewish man. So, as much heat as I’ve been catching from the public and the outside, this hit home for my family in a real way because I come from a Black and Jewish family on my mother’s side.”

The 39-year-old, who is pursuing a PhD in Theology and Divinity at Howard University School of Divinity, said he had not wanted to publicly share information about his Jewish heritage earlier so that it would not seem like he was trying to find “an excuse” for his offensive remarks.

At the start of his hour-long conversation with Rabbi Marans, Cannon remarked, “I must first say, I’m sorry.” He then compared the predicament he was in regarding his antisemitic comments to when his kids, whom he shares with singer Mariah Carey, go outside and “throw rocks.”

“When a rock hits someone, the first thing you do is say ‘I apologize’ … and then we’ll deal with why you were throwing rocks,” Cannon explained. “My words hurt people.”

He added, “A lot of people may have been upset that I apologized, but I feel like that’s what someone of true character is actually supposed to do when they hurt someone. Now, let’s get through this process of truth and reconciliation.”

Cannon said his “goal” was to “break down the walls and barriers amongst communities and bring us closer together. It truly is time to get rid of all of the things that divide us and utilize this moment.”

Watch the AJC program below:


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


NIE POTRAFIĘ SIĘ ZATRZYMAĆ – ROZMOWA Z WANDĄ LACRAMPE

NIE POTRAFIĘ SIĘ ZATRZYMAĆ ROZMOWA Z WANDĄ LACRAMPE

ALEKSANDRA BOĆKOWSKA


fot. Mikołaj Długosz

Znajoma, szykując kawę, powiedziała wiele lat temu: „Pamiętaj, jak się dużo wkłada, to się dużo wyjmuje”. Tak mniej więcej jest z tymi kwerendami – trzeba bardzo dużo z siebie dać, żeby coś znaleźć – mówi dokumentalistka pracująca przy książkach, filmach i wystawach

* * *

LEKSANDRA BOĆKOWSKA: Autorki, dla których robiłaś kwerendy, mówią, że masz chwyt buldoga.

WANDA LACRAMPE: Raczej zamieniam się w psa gończego. Szukam do skutku, uparcie. Czasem trwa to kilka lat. Tak było na przykład z procesem podziemnej organizacji młodzieżowej, w którym w 1952 roku Jacek Kuroń uczestniczył jako delegat ZMP. Kuroń sam o tej sprawie opowiadał. Anna Bikont i Helena Łuczywo, które pisały jego biografię, chciały wiedzieć więcej. Podały mi nazwę organizacji – Wyzwolenie Polski, tak zapamiętał ją Kuroń. Przewertowałam mnóstwo książek o konspiracji młodzieżowej, nigdzie tego nie było. Ale w Archiwum Akt Nowych znalazłam raporty Ministerstwa Oświaty i kuratorium do Prezydium Rady Narodowej. Tam wreszcie, dzięki nazwisku przewodnika drużyny harcerskiej, zidentyfikowałam prawidłową nazwę organizacji – Polonia – i kluczowe fakty: że działała w szkole przy Otwockiej pod auspicjami księdza z bazyliki praskiej, daty aresztowania chłopców.

W opasłej biografii Kuronia ta historia zajmuje pół strony. 

Prace nad książką trwały z przerwami cztery lata. Ja znalazłam ten dokument, kiedy była już prawie gotowa do edycji. Szkoda, bo to, co znalazłam, umożliwiało dotarcie do akt procesowych.

Na czym polega twoja praca?

Robię kwerendy do książek, rzadziej wystaw czy filmów. Pracowałam między innymi przy „Sendlerowej” Anny Bikont, „Tancerce i Zagładzie. Historii Poli Nireńskiej” Weroniki Kostyrko, stałej ekspozycji w Pawilonie Józefa Czapskiego w Krakowie, francuskim serialu dokumentalnym „Zagłada Żydów Europy”. Czasem chodzi o zbadanie jednego wątku, czasem jakiegoś okresu z życia bohatera, bywa, że współpracuję z autorką przez cały czas powstawania książki, z innymi umawiam się na kilka miesięcy. Nie ma reguły.

Od czego się zaczęło?

Od spotkania w kawiarni z Teresą Torańską. To był wrzesień 2008 roku, z grupą znajomych wracaliśmy z festiwalu filmów żydowskich, usiedliśmy pogadać w Green Caffe przy hotelu Forum. Teresa robiła wtedy dla „Gazety Wyborczej” cykl „Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata” i zaproponowała mi współpracę. Podawała mi nazwiska, a ja w archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego wyszukiwałam informacje.

Miałaś doświadczenie w robieniu kwerend?

Miałam doświadczenie w szukaniu informacji, natomiast pracy w archiwach uczyłam się na bieżąco, metodą prób i błędów. Pomagało mi, że dobrze znam historię.

Przez wiele lat przygotowywałam dokumentacje do programów telewizyjnych, potem dla dziennikarzy w „Przekroju”. Od 1981 roku pracowałam przez 20 lat w TVP. Byłam wydawcą programów, więc szukałam informacji dla prezenterów, żeby mogli przygotować się do rozmów z gośćmi. Robiłam też, z przyjaciółką Ewą Czarnecką, cykle filmowe – o artystach, pisarzach, kobietach dwudziestolecia i programy monograficzne o systemach prezydenckich, historii dyplomacji, mody, farmacji, fotografii… Miałam życzliwe znajome w Instytucie Brytyjskim i Instytucie Francuskim, więc dostawałam stamtąd materiały, których normalnie nie wypożyczano – albumy malarstwa, wnętrz itp. To było bardzo ciekawe i kształcące. Gdy w 2001 roku wyrzucili mnie z telewizji, rozpaczałam, bo myślałam, że to koniec pracy. A okazało się, że najciekawsze dopiero przede mną.

Wkrótce trafiłam do „Przekroju”, gdzie kierowałam archiwum. Robiłam przeglądy zagranicznej prasy, researche do artykułów, czasem tłumaczyłam teksty. A potem spotkałam Teresę. 

Pracowałaś z nią ponad cztery lata.

Po „Sprawiedliwych” poprosiła mnie o kwerendę o Irenie Sendlerowej – zamierzała napisać o niej książkę i o rodzinie Michała Bristigera. Przeprowadziła z nim obszerną rozmowę do zbioru „Śmierć spóźnia się o minutę”, ale początkowo miała to być książka o nim i jego matce Julii Bristigerowej. To się nie udało, nie chciał być łączony z matką. Mógł długo mówić o muzyce, ale na temat matki i ojca – nie chciał. Nie interesowały go korzenie. Ja zaś, jak wciągam się w kwerendę, to nie mogę przestać. Zrekonstruowałam mu całą, rozrzuconą po Kresach, rodzinę. On grzecznościowo napisał: „Dziękuję”.

Jak rekonstruowałaś?

Znalazłam w internecie zdjęcie, na którym pięcioletni Michał siedzi na kolanach dziadka. Dziadek Herman Press był aptekarzem w Jagielnicy koło Tarnopola. Wiedziałam, że Żydzi po wojnie tworzyli księgi pamięci dla każdej miejscowości. Zaczęłam szukać, okazało się, że oprócz tych wydawanych w latach 40., 50., 60. i 70. w internecie powstały research groups, tworzone przez ludzi z trzeciego już czy czwartego pokolenia, głównie ze Stanów i z Kanady. Wstawiają stare zdjęcia, karty pocztowe, listy, dokumenty, artefakty, relacje. Jeżdżą do tych miejscowości, robią dokumentację na bieżąco. To swoją drogą niesamowite zjawisko, że po tylu latach każda najmniejsza miejscowość ma swoją research group – korzystałam z tego w późniejszych kwerendach. Można tam bardzo dużo znaleźć, w tym wypadku – wyszukać ludzi, którzy pamiętali jeszcze dziadka Michała.

O ojcu wiedzieliśmy, że był adwokatem we Lwowie i nazywał się Nuta Brystygier. Umarł, gdy Michał miał dziewięć, może dziesięć lat, czyli na początku lat 30. Zaczęłam od szukania nekrologów. Pierwszy znalazłam w „Chwili” – to był syjonistyczny dziennik wydawany we Lwowie po polsku. Następne w krakowskim „Nowym Dzienniku” i w prasie PPS-owskiej. Miałam więc już tropy, którymi mogłam podążać, by skompletować dossier. Ważne było też to, gdzie nekrologów nie było, na przykład w piśmie Związku Polskich Adwokatów we Lwowie. A on był przecież znanym adwokatem, kandydatem partii Hitachdut do Sejmu. To sporo mówi o zgodnym współżyciu narodów w II Rzeczpospolitej. Przy tej pracy padają wszystkie mity, jakie wkładano nam do głów, albo potwierdzają się przypuszczenia. 

Rozmowa Torańskiej z Bristigerem to głównie opowieść o jego losach wojennych. Musiałaś przewertować włoskie archiwa?

Tyle, ile było możliwe w internecie. Nie jeździłam do Włoch. Ale też, zupełnie przypadkiem, dotarłam do fotografii z tamtego czasu. Wychowawca mojego syna Antoniego z gimnazjum przy Raszyńskiej nazywał się Rafał Fanti – tak jak ludzie, którzy pomogli Michałowi w Bolonii. Okazało się, że to jego rodzina. Dostarczył Teresie zdjęcia do książki.

Często zdarza się, że znajdujesz coś, czego nie szukałaś?

Bywa, że robiąc nowe kwerendy, znajduję coś, co pasowałoby do już skończonych. Weronice Kostyrko do tej pory podsyłam czasem jakieś drobiazgi o Poli Nireńskiej. Raz, nie szukając, trafiłam na dokumenty dotyczące rodziny mojego syna.

Szukałam wiadomości o pierwszej żonie drugiego męża Ireny Sendlerowej. Stefan Zgrzembski przed wojną nazywał się Adam Celnikier. Przeglądając jego teczkę studencką w archiwum Uniwersytetu Warszawskiego, zobaczyłam, że w którymś momencie zmienił status na „żonaty”. Tym tropem pojechałam do Milanówka, gdzie jest filia Archiwum Państwowego w Warszawie i księgi meldunkowe. To cenne źródło, można sprawdzić nie tylko, kto mieszkał pod danym adresem, ale też skąd przybył i dokąd wybył. Wiedziałam, że Zgrzembski mieszkał przy Bałuckiego 18. Szczęśliwie księga zachowała się – w Warszawie, która była spalona, to nie jest oczywiste. Otwieram, patrzę: Partum. Andrzej Partum był moim partnerem, ojcem Antoniego. Wszystko tam było: jego ojciec, matka, siostra, gosposia, daty urodzenia, adresy, skąd przybyli i dokąd się wyprowadzili. Niesamowity zbieg okoliczności, żeby w milionowym mieście tak trafić.

No i znalazłam też nazwisko pierwszej żony Celnikiera. Dzięki temu odnalazłyśmy jej córkę w Stanach, to było przydatne.

fot. Mikołaj Długosz

„Sendlerową” ostatecznie napisała Anna Bikont. Jak trafiają do ciebie autorki?

Z Anią znamy się od lat, bo przyjaźnię się z jej siostrą Marysią Kruczkowską. Zanim była Sendlerowa, zaczęły się prace nad biografią Jacka Kuronia. W tej sprawie zadzwoniła do mnie Helena Łuczywo, bo zobaczyła w Archiwum Akt Nowych, że w metryczkach bardzo wielu teczek, które przegląda, powtarza się moje nazwisko. Ania poleciła mnie Marcelowi Łozińskiemu, gdy robił film „Tonia i jej dzieci”, on z kolei Krystynie Zachwatowicz, gdy pracowała nad wystawą w Pawilonie Czapskiego. Weronikę Kostyrko znałam z wakacji w Dębkach. Magda Budzińska z wydawnictwa Czarne, gdzie ukazały się „Sendlerowa” i „Jacek”, skierowała do mnie Monikę Sznajderman, Małgosię Czyńską i Agnieszkę Metelską. Znów Ania poleciła mnie Irenie Grudzińskiej-Gross, która przygotowuje biografię Aleksandra Weissberga-Cybulskiego. Ależ to jest ciekawa kwerenda!

Opowiedz.

Odtwarzam jego wojenne losy. On w „Wielkiej czystce” z fotograficzną pamięcią opisał sowieckie więzienia i działanie ówczesnego systemu. Spędził w ZSRR całe lata 30. Pojechał tam jako zaangażowany komunista. Był wybitnym fizykiem, pracował w Ukraińskim Instytucie Fizyczno-Technicznym w Charkowie, współpracował z przemysłem ciężkim. Aresztowano go w 1937 roku i pewnie zginąłby, gdyby nie pakt Ribbentrop-Mołotow. W 1940 roku był w grupie więźniów, którą NKWD – na mocy paktu – przekazało Niemcom. Urodzony w 1901 roku w Krakowie, mieszkał potem z rodzicami w Wiedniu i po anschlussie Austrii stał się obywatelem Trzeciej Rzeszy. Trafił do więzienia na zamku w Lublinie, a potem dostał nakaz osiedlenia się w Krakowie.

I tu zaczyna się moja praca. Zagadkowe jest to, że tak fenomenalnie opisał pobyt w ZSRR, a o okresie niemieckim ani dudu, nie zostawił żadnych wspomnień poza tym, co pisał w listach do przyjaciół. Układam więc puzzle porozrzucane w wielu miejscach.

Narodowe Archiwum w Krakowie ma kilka oddziałów – przy Siennej, Grodzkiej, Orzeszkowej. W archiwum Urzędu Miasta przeglądałam księgi meldunkowe. Jeden dokument prowadził do następnego i odtworzyłam jego krakowską drogę: Starowiślna, Św. Gertrudy, Zielona. Sprawdziłam, czyje to były mieszkania, kogo miał za współlokatorów, kim byli sąsiedzi. Obfotografowałam te miejsca.

Z Zieloną była śmieszna historia. To ważny adres, bo po pierwsze, to adres jego zamieszkania, a po drugie, siedzibę miała tam prowadzona przez jego przyjaciół firma, w której Weissberg robił podczas okupacji spektakularne interesy. Tyle że nikt nie wiedział, gdzie to jest. Wzięłam więc wielki plan Krakowa i znalazłam – het, za obozem w Płaszowie. Dojechałam jakimiś autobusami, a tam domki na obrzeżach osiedla, wokół pole, słowem – wygwizdów. To nie mogło być tam. Dopiero potem zobaczyłam w internecie, że Zielona to była okupacyjna nazwa ulicy Sarego łączącej Gertrudy z Dietla, w samym centrum miasta. A ja po tych polach ganiałam!

W internecie dużo znajdujesz?

Od internetu zaczynam kwerendę i poruszam się po nim dość sprawnie. Nauczyłam się odtwarzać losy przez wyszukiwarki Yad Vashem, Jewish Gen i Jewish Record Index. Tam znajduję świadectwa, które po wojnie złożyli bliscy ofiar, można dzięki temu dowiedzieć się, gdzie ktoś zginął, czasem odszukać rodzinę. W amerykańskim Holocaust Memorial Museum są dokumenty i zdjęcia. Te archiwa stają się coraz bardziej dostępne, wszędzie trwa intensywna digitalizacja. Gdy zaczynałam, nie było tak komfortowo jak teraz.

Co zabawne, kiedy odchodziłam z telewizji, nie umiałam obsługiwać komputera. Zgłoszenia emisyjne przygotowywały mi miłe panie sekretarki. Do dziś jest mi wstyd, gdy to wspominam. Dopiero gdy pojawiła się perspektywa pracy w „Przekroju”, wiedziałam, że nie mogę nawet się przyznać, że nie mam pojęcia o komputerze. Przeszkoliła mnie koleżanka córki, a z czasem przyszła wprawa.

Teraz, jak tylko dowiaduję się, co będę robić, natychmiast stukam w internecie. Przy Weissbergu, zanim odtworzyłam krakowską drogę, znalazłam na stronie Muzeum Powstania Warszawskiego relację profesor Ewy Teresy Skrzypczak, której babcia ukrywała Weissberga w kamienicy przy Smolnej 18, gdy uciekł z Krakowa do Warszawy. Pojechałam do niej z Michałem Januszańcem – kolegą mojego syna, który pomaga mi, gdy potrzebny jest materiał filmowy, i nagraliśmy z nią wywiad. Irena prezentowała go potem swoim studentom w Princeton.

Wywiady to też część twoich zadań?

Nieczęsto, ale zdarza się. Przy Kuroniu przeprowadziłam chyba ze 40 rozmów, między innymi z jego kolegami z czasów szkolnych, z harcerstwa, z drużyny walterowców, z ZMP. To wynikło pewnie z tego, że wiedziałam, jak ich znaleźć. Mówią o mnie, że jestem powsinogą – znam mnóstwo ludzi z różnych środowisk. Mam trzy siostry, a każda z nich ma swoich znajomych. To wydatnie zwiększa mój kapitał społeczny. Trochę żartuję, ale zupełnie poważnie mogę powiedzieć, właściwie powtórzyć za kimś, że w Polsce mamy wysoką kulturę przyjaźni. Ewa Bieńkowska napisała po śmierci naszej koleżanki Wiktorii Krzemień, że w niestabilnym, rozchwianym świecie związki przyjacielskie stanowią jedyną i najważniejszą stałą. Ja się z tym zgadzam. Mam 70 lat, a jestem w ścisłym kontakcie z przyjaciółkami z podstawówki.

Znajomości i przyjaźnie przydają się w tym, co robię, jednak w największej mierze moja praca polega na czytaniu, wertowaniu książek, dzienników, raportów, akt, szukaniu zdjęć – słowem, odnajdywaniu udokumentowanych śladów.

Jak długo odtwarzałaś krakowską drogę Weissberga?

Jeździłam do archiwów krakowskich cztery razy. Dwa razy na tydzień, raz na trzy tygodnie, raz na jeden dzień. Pracowałam od 9 do 19. Większość oddziałów zamykano o 15.30, ale Sienna była czynna do 19, więc popołudnia zawsze spędzałam tam. Potem przychodziła sobota i niedziela, mam w Krakowie wielu przyjaciół, ale z nikim się nie widywałam, bo jak jestem zakręcona kwerendą, to niczego innego nie chcę wiedzieć. Nie interesują mnie wystawy i premiery, choćby były najciekawsze. Chodziłam więc w weekendy do biblioteki wojewódzkiej przy Rajskiej czytać wszystko, co kiedykolwiek ukazało się na temat okupacji w Krakowie. To było nawet trochę frustrujące, bo przeczytałam, nie wiem, 40 czy 70 tytułów, głównie wspomnień i nikt, ani słowem, nie napomknął o Weissbergu. Wzruszający pamiętnik Haliny Nelken, w którym opisuje, jak – jako nastolatka – zakochała się w nim, znalazłam w internecie.

Wracasz po dniu, kiedy czytałaś 10 godzin i nic nie znalazłaś, i co?

I nic. Padam jak zwierzę. Nie mam siły na refleksję.

Zastanawiałaś się, jaka jest proporcja rzeczy przeczytanych do znalezionych?

Ciężko to przeliczyć. Czasami długo szukam i nie znajduję. Nie udało mi się na przykład odtworzyć losów sióstr Poli Nireńskiej. Znalazłam świadectwa w Yad Vashem i nic ponadto. Przy okazji tej samej kwerendy trafiłam w ŻiH na informację, że po wojnie w Centralnym Komitecie Żydowskim zarejestrowała się jedna z kuzynek Poli. Dla rodziny w Izraelu to było szokujące, bo świadectwa w Yad Vashem mówiły, że zginęła. Próbowałam jej szukać różnymi sposobami, pomagał mi zaprzyjaźniony archiwista z Gdańska, ale nie udało się. Przepadła.

fot. Mikołaj Długosz

W latach 70. mieszkałam w Paryżu u Loli Jagodzińskiej, swoją drogą – niesamowitej osoby – i ona, szykując kawę, powiedziała któregoś dnia: „Pamiętaj, jak się dużo wkłada, to się dużo wyjmuje”. Tak mniej więcej jest z tymi kwerendami – trzeba bardzo dużo z siebie dać, żeby coś znaleźć.

A co, jeśli znajdujesz bardzo dużo, a autorka lub autor wykorzystuje tylko trochę?

Nie mam nigdy pretensji do autorów, bo ich bardzo szanuję.

Kiedy robiłam dokumentację dla Marcela Łozińskiego, spędziłam wiele miesięcy w IPN. Bohaterka jego filmu Tonia Lechtman była żydowską komunistką – urodzona w Łodzi, potem wyjechała do Palestyny, lata 30. i wojnę przetrwała we Francji i Szwajcarii. Po wojnie przyjechała do Polski, pracowała w Piekarach Śląskich przy organizacji szpitala, aż w 1949 roku została aresztowana pod zarzutem szpiegostwa. Pięć lat siedziała w stalinowskim więzieniu. Zaprzyjaźniła się z kobietami z celi. Marcel chciał zrobić o nich film już w latach 70., wtedy jednak nie było to możliwe. Wrócił do tego pomysłu po blisko 40 latach, chciał opowiedzieć tę historię z perspektywy ich dzieci. Jednak nie wszystkie się zgodziły, więc zdecydował się na historię o Toni.

Ja znalazłam w IPN protokoły przesłuchań. Przepisałam je wszystkie ręcznie. Wtedy jeszcze nie można było robić zdjęć, więc jeździłam z zeszytem i dopiero potem przepisywałam do komputera. To był ogrom spraw, a Marcel wziął z tego niewiele. Ania Bikont mówiła mi potem, że bał się, że będę zła. Ale ja nie mam poczucia, że napracowałam się na próżno. Bo po pierwsze, dowiedziałam się wielu rzeczy, poszerzyłam swoją wiedzę, a to jest dla mnie główny napęd do tej pracy. Po drugie, poszerzyłam wiedzę o archiwach, a to przydaje się w kolejnych kwerendach.

Co ze znalezionych rzeczy przyniosło ci największą satysfakcję?

Podczas pracy nad Sendlerową, jeszcze dla Teresy Torańskiej, wpadłam na oryginalne dokumenty z getta warszawskiego. Tym większe to było odkrycie, że w opisie inwentarza nawet o nich nie wspomniano. Odnalazłam je w Archiwum m.st. Warszawy w zespole „Spuścizna dr Mikołaja Łąckiego”. Łącki był zastępcą komisarycznego burmistrza Warszawy Juliana Kulskiego, szefem stołecznej służby zdrowia. W jego spuściźnie znajdowały się oryginalne pisma warszawskiego Judenratu dotyczące transportów Żydów z okolicznych miejscowości do warszawskiego getta w okresie kwiecień – czerwiec 1941 roku. Na firmowym papierze, z pieczęciami itp. Co więcej, do pisma przewodniego dołączone były spisy. Na tzw. podaniowym papierze ktoś, może sam dr Mikołaj Łącki, wpisał ręcznie zielonym atramentem nazwy kilkunastu małych miejscowości i podał konkretne liczby nowo przybyłych Żydów.

polecił: Leon Rozenbaum

Kolejną wielką gratką było odnalezienie w AAN, w zespole Komendy Głównej AK, czterech meldunków polskiego kontrwywiadu tzw. Dwójki na temat Aleksandra Weissberga. Weissberg miał dużą skłonność do konfabulacji, więc nigdy nie było pewności, co jest prawdą, a co zmyśleniem. Raporty polskiego wywiadu potwierdziły niektóre ważne fakty znane wcześniej tylko z listów do przyjaciół.

Pytałam kilku autorek, jak się z tobą pracuje. Poza tym że chwalą, mówią, że wysyłasz tysiące maili ze wszystkim, co znajdziesz.

To prawda, działam superimpulsywnie. Nawet moje dzieci mówią, żebym przestała spamować. Ale na koniec podsumowuję to wszystko, wyciągam z dokumentów najważniejsze rzeczy. Niedawno pomyślałam, że już nie będę spamować. Profesor Joannie Tokarskiej-Bakir napisałam, że wyślę dopiero gotowy materiał, żeby nie burzyć jej spokoju tym mailowym ping-pongiem. A ona: „Wysyłaj wszystko, bo to jest ważne”. No więc wysyłam.

Ta impulsywność wynika u mnie z tego, o czym już mówiłam – że jak zaczynam szukać, to nie potrafię się zatrzymać. Na wystawę w Pawilonie Czapskiego szukałam materiału filmowego, który miał być ilustracją dla jego życiorysu. Jeździłam do Wytwórni Filmów Dokumentalnych, tam było wtedy tradycyjne archiwum z szufladkami i fiszkami – z tego wybierałyśmy, co chcemy obejrzeć. Na szczęście robiłam to z Ewą Czarnecką, która mnie pilnowała. Ona już w naszych telewizyjnych czasach była tą osobą, która przez 20 lat mówiła: „Stop, wyjdź już z tej biblioteki”. To jest jej wielka zasługa. Sama pewnie zgubiłabym się w tych kasetkach i nie dotrzymała terminu. Taką mam naturę, że wszystko mnie wciąga.

Jakie cechy czy umiejętności, poza ciekawością i cierpliwością, musi mieć dobry researcher?

Trzeba dobrze znać historię. Na przykład IPN jest fantastycznym źródłem informacji, pod warunkiem że umie się czytać te dokumenty. Trzeba się na tym znać, czuć dany okres historyczny, żeby weryfikować, co jest fałszywką, co oficer sobie wymyślił albo dopisał.

Ja długo miałam wybitnie dobrą pamięć. To się na pewno przydaje, choć kwerendy są dla pamięci dużym obciążeniem – zawsze jest ogrom materiału – dat, nazwisk, szczegółów, nad którymi trzeba zapanować. Dlatego na poważnie mogę robić jedną. Te, które trwały kilka lat, dotyczące Sendlerowej, Kuronia czy Weissberga, działy się z przerwami. Inaczej nie dałabym rady.  

Jak wyglądają twoje relacje z autorkami?

Ja podziwiam wszystkie osoby, z którymi pracuję. Wszystkie są bardzo profesjonalne, supermetodyczne, zdyscyplinowane, odpowiedzialne, zaangażowane. Nie mam takiej, która robi to na zimno. To mnie z nimi łączy, bo ja też mam emocjonalny stosunek do bohaterów. Gdy zabieram się za kwerendę, zaczynam żyć ich historiami.

Wielką przygodą było móc pracować z panią Krystyną Zachwatowicz. Miałam szczęście być w domu państwa Wajdów, widzieć, jak oni wzajemnie się szanują, kochają, przyjaźnią. No i zobaczyć ją przy pracy. Pawilon Czapskiego to przecież szalone przedsięwzięcie – supernowoczesne, multimedialne. Ona wspaniale zawiadywała ogromnym zespołem ludzi, potrafiła doskonale porozumieć się ze stolarzem i z magikiem od najnowszych technologii.

Wszystkie te spotkania pionizują i motywują do pracy.

Motywuje cię też chęć pogłębiania wiedzy. To wynika z twojej historii rodzinnej? Dorastałaś w domu, w którym działa się historia.

Zastanawiałam się, skąd wzięła się moja pasja do historii. I tak, absolutnie mam to z domu, po ojcu Edwardzie Ochabie. Jeszcze w podstawówce czytałam biuletyny PAP-owskie z tłumaczeniami z prasy zagranicznej i przeglądem wydarzeń, wtedy to było redagowane na świetnym poziomie. Nasłuchiwałam, co się dzieje, o czym mówią rodzice. Oni zresztą nie chronili nas przed informacjami, nie było zamykania drzwi, ściszania głosów, żadnego „dzieci, wyjdźcie z pokoju”. W okresie Marca ’68 puszczali wodę z kranu, ale nie ze względu na nas.

W mojej pracy więcej niż historii politycznej PRL jest badań związanych z Zagładą. To mnie interesuje nie tylko ze względów poznawczych. Chodzi też o przywracanie pamięci, o przywracanie zgładzonym ludziom imion i nazwisk, przypominanie, że istnieli. W książkach Teresy Torańskiej, Anny Bikont, Weroniki Kostyrko wszyscy mają imiona i nazwiska. Dla mnie to bardzo ważne.

Obciąża cię waga tematów, którymi się zajmujesz?

Nie. Pięć lat temu na potrzeby serialu „Zagłada Żydów Europy” w reżyserii Williama Karela dla francuskiej telewizji szukałam oryginalnych zdjęć i dokumentów ilustrujących Zagładę. Korzystałam z ogromnych zbiorów fotografii Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, które znajdują się w IPN, a także online z archiwów niemieckich, brytyjskich czy amerykańskich.

Przypomniałam sobie wtedy bohatera filmu „Wybór Zofii”, który wiesza sobie na ścianie fotografie z Zagłady. I nagle zobaczyłam w nim siebie. Trochę jak lekarz, który pracuje z ciężko chorymi, nauczyłam się pracować z materiałem w taki sposób, że mnie to nie obciąża. To jest po prostu moja codzienność.

Myślisz czasem o własnej książce?

Czasem. Ale nie wiem, czy mam do tego charakter. Bywam bardzo pewna siebie, potrafię pójść, gdzie nikt nie pójdzie, i wyrzucona drzwiami wrócić oknem. Ale bywam też bardzo niepewna i tak jest z pisaniem. Kilka osób, których zdanie cenię, chwaliło moje teksty, namawiają mnie do pisania. Ale czym innym jest napisać tekst, jakieś wspomnienie, a czym innym zbudować książkę.

Może kiedyś…


Dziennikarka, współpracuje m.in z  „Gazetą Wyborczą”, „Wysokimi Obcasami Extra” i „Vogue”. Autorka książki o schyłku PRL: „Można wybierać. 4 czerwca 1989 roku” i wcześniejszych „To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL” i „Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL” (wyd. Czarne).


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Popłoch wśród uzależnionych od wojny z syjonizmem.

Popłoch wśród uzależnionych od wojny z syjonizmem


Jonathan S. Tobin
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


W dniu, w którym dzieje się coś historycznego i w oczywisty sposób pozytywnego, zawsze pouczające może być słuchanie tych, którzy nie przyłączają się do aplauzu. Choć nawet wielu krytyków prezydenta Donalda Trumpa i izraelskiego premiera Benjamina Netanjahu oklaskiwało sponsorowaną przez USA umowę między Izraelem a Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi o „pełnej normalizacji stosunków” nadal są tacy, którzy ją potępiają.

Autonomia Palestyńska i ich rywale z Hamasu jednogłośnie określili porozumienie jako “zdradę” i “czarny dzień w historii Palestyny”. Są wściekli na decyzję rządu państwa arabskiego, że nie będzie dłużej zakładnikiem trwającej od stu lat wojny Arabów z syjonizmem.

Równie wystraszeni są niektórzy ludzie na żydowskiej lewicy. Antysyjonistyczne grupy, takie jak Jewish Voice for Peace i IfNotNow oznajmiły o swojej solidarności z palestyńskimi negacjonistami. Reprezentantka Rashida Tlaib (D-Mich.), kongresmenka, która popiera antysemicki ruch BDS, tweetowała, że jest to “cicha zmowa” i, używając języka bardzo podobnego do oświadczenia wydanego przez Hamas, powiedziała, że to tylko przedłuży izraelski “apartheid” i “kradzież ziemi”.

Także niektórzy z tych, którzy aprobują gotowość Zjednoczonych Emiratów Arabskich do normalizacji stosunków z Izraelem, nie potrafili zrobić tego całym sercem. J Street powiedziała, że choć ucieszyła ją decyzja Netanjahu zawieszenia planu rozciągnięcia suwerenności na części Zachodniego Brzegu, złe jest „wyłączenie Palestyńczyków”. W innych miejscach na lewicy słyszymy tę samą retorykę o “okupacji” i “apartheidzie” ze strony, na przykład, przedstawicieli byłej administracji Obamy.

Mimo całego poruszenia wokół planu błędnie określanego jako “aneksja” (kraj nie może przecież anektować ziemi, która nie należy prawnie do żadnego innego kraju lub do której naród tego kraju ma prawo, jak to jest w wypadku Żydów i Zachodniego Brzegu), nie zmieniłoby to niczego w terenie. Ani też chwilowe odroczenie tego niczego nie zmieni.

Tymczasem formalne uznanie istnienia Izraela przez państwo z Zatoki, które zrobiło to jako pierwsze państwo arabskie po Egipcie i Jordanii, jest trzęsieniem ziemi. Podczas gdy większość świata arabskiego już ma silne, choć ukryte, stosunki z Izraelem w sprawach bezpieczeństwa i ekonomii, sformalizowanie ich jest kolejnym wyłomem w formalnie solidnym murze odrzucenia żydowskiego państwa przez świat islamski.

Przez dziesięciolecia Autonomia Palestyńska przypisywała sobie prawo nie tylko odmowy pójścia na jakikolwiek kompromis z Żydami; żądali także i otrzymywali zgodę na to stanowisko od reszty regionu i od innych muzułmanów. Rezolucja z Chartumu podjęta po wojnie sześciodniowej 1967 roku (często nazywana konferencją “Trzech NIE”) umocniła podejście świata arabskiego, mówiąc „nie dla pokoju, nie dla uznania, nie dla negocjacji” z Izraelem. Czyniło to jasnym, że ich wojna nie może zakończyć się niczym innym poza zniszczeniem żydowskiego państwa i wygnaniem lub wymordowaniem jego obywateli.

Egipt był pierwszym krajem arabskim, który odzyskał rozsądek i zrozumiał, że dalsze wojny dlatego, że Palestyńczycy odmawiają zaakceptowania werdyktu historii, są bezsensowną utratą krwi i majątku. Egipski prezydent, Anwar Sadat, tworzył historię, kiedy w 1977 roku przybył do Jerozolimy, by zawrzeć pokój ze swoim sąsiadem.

Wydawało się, że Palestyńczycy doszli do tego samego wniosku, kiedy podpisali Umowy z Oslo w 1993 roku, lub tak sądziła większość obserwatorów. Izraelczycy wkrótce jednak dowiedzieli się, że palestyński przywódca, Jaser Arafat, nie miał najmniejszego zamiaru zawarcia autentycznego pokoju. Jego nieustanne wspieranie terroryzmu i odmowa uznania prawomocności żydowskiego państwa, niezależnie od tego, gdzie miały być jego granice (co okazało się jasne przez odrzucenie przez Arafata i jego następcę, Mahmouda Abbasa, terytorialnych ofert, które dałyby im niepodległe państwo), przekonały większość Izraelczyków, że pokój nie jest możliwy w dającej się przewidzieć przyszłości.

Wtedy właśnie wielu w świecie arabskim zaczęło dochodzić do tego samego wniosku: że Izrael jest i pozostanie. Ponadto, militarna siła Izraela nie była dla nich zagrożeniem, ale mogła służyć jako pomoc w odstraszeniu coraz bardziej agresywnego i wrogiego Iranu. Państwa Zatoki zrozumiały także, że odrzucanie najbardziej rozwiniętej gospodarki w regionie po prostu jest głupie.

Choć świat arabski jest nadal głęboko skażony antysemityzmem i mogą być tam niektóre kraje (jak Arabia Saudyjska, która uważa się za strażnika islamskich miejsc świętych), które prawdopodobnie nigdy otwarcie nie uznają Izraela, większość z nich zdecydowała, że ich interesy nie muszą być dłużej podporządkowane palestyńskim urojeniom o zniszczeniu Izraela.

Ta umowa jest także głębokim szokiem dla żydowskiej lewicy, która głosi, że Izrael nigdy nie może zaznać dobrobytu, bezpieczeństwa i pokoju, dopóki nie uzyska zgody Palestyńczyków na kontynuowanie swojego istnienia. Nienormalna sytuacja na Zachodnim Brzegu, w której Palestyńczycy mają autonomię nad większością ziemi, ale nie mają suwerenności ani nie panują nad bezpieczeństwem, nie zadowala nikogo. Przeciwnicy Izraela, jak również część spośród tych, którzy twierdzą, że są jego przyjaciółmi, prorokowali od 1967 roku, że Izrael jest skazany na izolację i zniszczenie, jeśli nie uda mu się przekonać Palestyńczyków, by zaakceptowali rozwiązanie w postaci dwóch państw.

Te proroctwa okazały się jednak błędne. Mimo braku pokoju z Palestyńczykami Izrael był coraz silniejszy.

W regionie jest militarnym supermocarstwem i rozwinął gospodarkę do poziomu pierwszego świata – osiągnięcia, które w 1967 roku uważano by za fantazje. Obecnie, ze światem arabskim odmawiającym podążania za palestyńskim negacjonizmem, amerykańska polityka zaprojektowana do ciągłego wywierania presji na Izrael, by czynił samobójcze ustępstwa dla własnego dobra – by „uratować Izrael przed samym sobą” (jak wierzył prezydent Barack Obama), jest w równym stopniu zbankrutowana.

Izrael może sobie teraz pozwolić na czekanie, niezależnie od tego jak długo to potrwa, by któregoś dnia Palestyńczycy odzyskali rozsądek i ogłosili pokój.

Czy Palestyńczycy zrozumieją – wbrew ich zadawnionej i głębokiej wierze o tym, że żydowskie państwo zostanie w końcu wymazane z mapy – że czas nie jest po ich stronie? Niestety, palestyńskie poczucie narodowej tożsamości jest nierozerwalnie związane z wojną z syjonizmem. Nie mogą zakończyć konfliktu, ponieważ cała ich koncepcja palestyńskiej narodowości nie ma sensu, jeśli oznacza życie w pokoju obok państwa żydowskiego.

I czy lewicowi Żydzi zrozumieją, że realia konfliktu obaliły ich krytykę? Niestety, oni także tyle zainwestowali we własny mit o dwóch państwach i tak źle ocenili palestyńskie kierownictwo jako ludzi chcących pokoju, że będą czepiać się swojej wiary, mimo że tych bardzo niewielu Izraelczyków, którzy podzielają ich poglądy, to polityczny margines.

Nie jest też prawdopodobne, że uznają zasługi administracji Trumpa w propagowaniu wizji regionu, która podkreśla dobre stosunki między Izraelem i światem arabskim, która to wizja doprowadziła do tego porozumienia. Można tylko mieć nadzieję, że jeśli Demokraci pokonają Trumpa w listopadzie, nie będą starali się sabotować tego przez powrót do prowadzącej do ślepego zaułka polityki Obamy nacisków na Izrael, która tylko wzmacniała palestyński negacjonizm, jak też do polityki ugłaskiwania Iranu.

Jest tragedią, że palestyńskie kierownictwo, jak również ich zagraniczni cheerleaderzy i pomagierzy, są zamroczeni ideologiami i błędnym postrzeganiem rzeczywistości, które podsycały ten konflikt przez całe stulecie. Można mieć nadzieję, że z czasem uwolnią się od uzależnienia od wojny z syjonizmem. Czy jednak zrobią to, czy nie, i kiedy mogłoby się to zdarzyć, fakt, że ludzie na Bliskim Wschodzie rozumieją, że pokój z Izraelem jest dobry dla wszystkich w regionie, jest czymś, co warto świętować.


Jonathan S. Tobin

Amerykański dziennikarz, redaktor naczelny JNS.org, (Jewish News Syndicate). Komentuje również na łamach National Review, New York Post, The Federalist, w prasie izraelskiej m. in. na łamach Haaretz.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Współczesne niewolnictwo i “przebudzona” hipokryzja

Współczesne niewolnictwo i “przebudzona” hipokryzja

Judith Bergman< Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska/strong>


Podczas gdy Black Lives Matter (BLM) i jego sykofanci bez końca debatują o zmianach nazw ulic i usuwaniu pomników, ignorują osłupiające 40 milionów ofiar rzeczywistego niewolnictwa w dzisiejszym świecie, włącznie z oszacowanymi 9,2 milionami mężczyzn, kobiet i dzieci obecnie żyjącym jako niewolnicy w Afryce. Na zdjęciu: Wandale próbują obalić pomnik prezydenta USA, Andrew Jackson na Lafayette Square, 22 czerwca 2020, w pobliżu Białego Domu w Waszyngtonie. (Zdjęcie: Tasos Katopodis/Getty Images)

Wiadomości pełne są informacji o zwolennikach Black Lives Matter (BLM), którzy dewastują i demolują pomniki handlarzy niewolnikami, właścicieli niewolników i każdego, kogo uważają za historycznie związanego z niewolnictwem. W Bristolu w Anglii obalono pomnik handlarza niewolnikami, Edwarda Colstona i wrzucono go do morza. W Belgii wymalowano graffiti na pomnikach króla Leopolda .

Z powodu tych akcji część władz lokalnych zaczęła rozważać, czy wszystkie pomniki, postrzegane jako obraźliwe dla obecnej wrażliwości, powinny zostać usunięte. Burmistrz Londynu, Sadiq Khan ogłosił decyzję o ustanowieniu komisji, która zbada pomniki i nazwy ulic w stolicy Wielkiej Brytanii.

Zupełnie nie jest oczywiste, jak atakowanie starych pomników dawno zmarłych ludzi ma pomóc komukolwiek, szczególnie milionom czarnych i nie czarnych ludzi, którzy są nadal niewolnikami dzisiaj. Wydaje się, że “przebudzeni” aktywiści BLM i ich klękający zwolennicy nie dbają o los nowoczesnych niewolników, których liczbę ocenia się na gigantyczne 40 milionów. Najwyraźniej jest znacznie łatwiej i przypuszczalnie również przyjemniej, niszczenie historycznych pomników Zachodu niż zajęcie się trudną pracą rzeczywistego likwidowania nowoczesnego niewolnictwa.

W samej Wielkiej Brytanii jest wiele nowoczesnego niewolnictwa, coś co miejscowi “przebudzeni” radośnie ignorują, kiedy odważnie atakują pomniki z kamienia i metalu. Według raportu rządu brytyjskiego z 2019 roku, Annual Report on Modern Slavery, W Wielkiej Brytanii jest co najmniej 13 tysięcy potencjalnych ofiar niewolnictwa, chociaż ta liczba jest wątpliwa, bo dane są za rok 2014. Według Global Slavery Index z 2018 roku 136 tysięcy ludzi żyje w warunkach nowoczesnego niewolnictwa w samej Wielkiej Brytanii.

Niewolnictwo w Wielkiej Brytanii ma postać pracy przymusowej oraz wykorzystywania seksualnego. Albańczycy i Wietnamczycy należą do grup, które stanowią większość wśród niewolników. Brytyjskie media publikowały wiele artykułów o ocenianych na tysiące Wietnamczykach, z których połowa jest poniżej 18 lat, którzy są porywani i sprzedawani do Wielkiej Brytanii, gdzie zmusza się ich do pracy na farmach marihuany. Tworzą tam małą część “olbrzymiej machiny przestępczej, która zaopatruje brytyjski rynek marihuany, wart 2,6 miliarda funtów”. Ci, którzy nie trafiają do przemysłu marihuany, są zmuszani do pracy w “salonach pielęgnacji paznokci, burdelach i restauracjach lub trzymani jako służba domowa za drzwiami prywatnych rezydencji”. W styczniu BBC nadała historię wietnamskiego chłopca o imieniu Ba, którego porwał chiński gang i sprzedał do Wielkiej Brytanii, gdzie jego chiński boss głodził go i bił, kiedy tylko jakaś roślina marihuany zwiędła.

Życie Wietnamczyków w Wielkiej Brytanii może niezbyt obchodzić BLM – w końcu chodzi im tylko o życie czarnych, co więc z czarnymi niewolnikami w Afryce? Obecnie ocenia się, że 9,2 miliona mężczyzn, kobiet i dzieci żyje w Afryce w nowoczesnym niewolnictwie, jak podaje Global Slavery Index, co obejmuje przymusową pracę, przymusowe wykorzystywanie seksualne i przymusowe małżeństwa.

“Według Międzynarodowej Organizacji Pracy ONZ (ILO), jest dzisiaj ponad trzykrotnie więcej ludzi zmuszanych do pracy przymusowej niż porwano i sprzedano przez 350 lat transatlantyckiego handlu niewolnikami” – informował “Time Magazine” w marcu 2019. Według ILO, nowoczesne niewolnictwo obejmuje 25 milionów ludzi w niewolnictwie za długi i 15 milionów w przymusowym małżeństwie.

Szacuje się, że nowoczesne niewolnictwo zarabia dla sieci przestępczych 150 miliardów dolarów rocznie, tylko nieco mniej niż szmuglowanie narkotyków i handel bronią. “Nowoczesne niewolnictwo przynosi obecnie dużo większe zyski niż kiedykolwiek w historii ludzkości” – powiedział Siddharth Kara, ekonomista z Carr Center for Human Rights Policy. Według Global Slavery Index z 2018 roku, “kraje G-20 importują co roku produkty wartości około 354 miliardy dolarów, które mogą być produkowane przez nowoczesnych niewolników”.

W 2017 roku pojawił się szokujący materiał filmowy z aukcji niewolników w Libii: CNN udokumentowała wydarzenie, w którym arabskojęzyczny mężczyzna sprzedawał dwunastu Nigeryjczyków. W 2019 roku “Time Magazine” przeprowadziła wywiad z afrykańskim migrantem, o nazwisku Iabarot, którego sprzedano do niewoli, kiedy był w drodze do Europy:

“Kiedy Iabarot dotarł do południowej granicy Libii, spotkał pozornie przyjaznego taksówkarza, który zaoferował, że zawiezie go do stolicy, Trypolisu, za darmo. Tam sprzedał go ‘białemu Libijczykowi’, czyli Arabowi, za 200 dolarów. Musiał odpracować ten ‘dług’ na budowie, a ten wzór powtarzał się za każdym razem, kiedy sprzedawano go ponownie”.

Handel kobietami stanowi znaczącą część nowoczesnego niewolnictwa. Na przykład, nigeryjska mafia, według doniesienia “Washington Post” z 2019 roku, sprzedaje kobiety dziesiątkami tysięcy:

“Niektórzy eksperci mówią, że aż 20 tysięcy nigeryjskich kobiet, z których część jest nieletnia, przybyła na Sycylię między 2016 a 2018 rokiem, sprzedane we współpracy między Nigeryjczykami we Włoszech, a Nigeryjczykami w kraju”.

Według raportu International Organization for Migration ONZ (IOM) z lipca 2017 roku:

“Przez ostatnie trzy lata IOM Italy zanotowała 600 procentowy wzrost liczby potencjalnych ofiar handlu kobietami, przewożonymi do Włoch drogą morską. Ten rosnący trend trwał przez pierwszych sześć miesięcy 2017 roku, z większością ofiar przybywajacych z Nigerii”. W raporcie IOM ocenia, że 80 procent dziewcząt, często nieletnich, przybywających z Nigerii – których liczby radykalnie poszybowały w górę od 1454 w 2014 roku do 11009 w 2016 roku — były “potencjalnymi ofiarami handlu do wykorzystania seksualnego”.

W częściach afrykańskiego kontynentu, szczególnie w Sahelu, niewolnictwo jest nadal zakorzenione w tradycyjnej kulturze, mimo że oficjalnie niewolnictwo zostało zdelegalizowane. W krajach takich jak Mali i Mauritania jest nadal praktykowane tak zwane niewolnictwo z pochodzenia lub niewolnictwo “oparte na kaście” – w którym status niewolnika jest przekazywany z pokolenia na pokolenie, tak że niewolnicy rodzą się do swojego losu.

W 2013 roku oceniano, że około 250 tysięcy ludzi żyje w niewolniczych warunkach w Mali, gdzie niewolnictwo jest nielegalne. Pewna malijska niewolnica, Raichatou, powiedziała gazecie “Guardian” w 2013 roku, że została niewolnicą w wieku siedmiu lat, kiedy umarła jej matka. “Mój ojciec mógł tylko patrzeć bezradnie, kiedy pan mojej matki przyszedł i zażądał mnie i moich braci” – powiedziała. Pracowała bez zapłaty dla tej rodziny przez 20 lat i zmuszono ją do małżeństwa z innym niewolnikiem, którego nie znała, żeby mogła dostarczyć swojemu panu więcej niewolników.


Ocenia się
, że w Mauretanii do 20% populacji jest zniewolona, chociaż niewolnictwo zostało oficjalnie zdelegalizowane w 1981 roku. Niewolnicy pochodzą głównie z mniejszości Haratine, którzy są czarnymi Afrykanami, w odróżnieniu od niemal połowy populacji, którzy są Arabami lub Berberami. Według artykułu w “Guardianie” z 2018 roku:

“Niewolnictwo ma długą historię w tym północno afrykańskim, pustynnym kraju. Przez stulecia arabskojęzyczni Maurowie najeżdżali afrykańskie wioski, czego wynikiem jest sztywny system kastowy, który istnieje do dzisiaj, z ciemnoskórymi mieszkańcami podporządkowanymi ich “panom” o jaśniejszej skórze. Status niewolnika przechodzi z matki na dziecko, a działacze przeciwko niewolnictwu są regularnie aresztowani i torturowani. Niemniej rząd konsekwentnie zaprzecza, by niewolnictwo istniało w Mauretanii, chwaląc się wyplenieniem tej praktyki”.

Artykuł opisuje także koszmarny los niewolników Haratine:

“Aichetou Mint M’barack była niewolnicą z pochodzenia w okręgu Rosso. Podobnie jak jej siostrę, zabrano ją matce i dano członkowi rodziny pana na służącą. Wyszła za mąż w domu swojego pana i miała ośmioro dzieci, z których dwoje zabrano jej, by były niewolnikami w innych rodzinach. W 2010 roku starszej siostrze Aichetou udało się ją uwolnić… po tym, jak sama uciekła od swoich panów, kiedy rzucili żarzące się popioły na jej niemowlę, zabijając je”.

BLM i wielu dyrektorów korporacji, profesorów uniwersytetów, mediów, osobistości ze sportu i kultury, którzy klękają dziś przed BLM i przepraszają, wydają się całkowicie, obojętni na los ludzi takich jak Aichetou. Co bardziej prawdopodobne, nigdy nie słyszeli o niej ani o wielu innych ofiarach takich jak ona. Są to najwyraźniej czarni, których życie nie liczy się – dla nikogo, poza odważnymi ludźmi, którzy pracują w miejscowych organizacjach przeciwko niewolnictwu.

Zamiast tego Black Lives Matter (BLM) i jego sykofanci bez końca debatują o zmianach nazw ulic i usuwaniu pomników, a wszystko to jest niczym więcej jak infantylnym sygnalizowaniem cnoty. Marnują czas na debaty, czy ludzie, którzy nigdy nie byli niewolnikami, powinni otrzymać reparacje od ludzi, którzy nigdy nie mieli niewolników

Angażowanie się w całe to pozerstwo przy równoczesnym ignorowaniu osłupiających 40 milionów obecnych ofiar rzeczywistego niewolnictwa, nie tylko pokazuje niezmierną głębię hipokryzji “przebudzonych” , ale stanowi skrajną obrazę dla tych, którzy w milczeniu cierpią w niewolnictwie, powoli umierając z powodu fizycznego, seksualnego i emocjonalnego maltretowania, jakie muszą znosić. Jeśli cokolwiek jest “obraźliwe”, to właśnie ta hipokryzja.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com