Archives

Józef Lebenbaum. Mój polski obłęd

Józef Lebenbaum. Mój polski obłęd

Katarzyna Bielas


Gdybym nie wyjechał z Polski, aresztowano by mnie m.in. za współpracę z Wolną Europą. Żona nie chciała wyjechać, musiałem się rozwieść w ekspresowym tempie (Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

Siedziały na mnie SB i KGB. Sporo czasu zajmowało mi gubienie szpicli. Na szczęście dyskretnie chroniła mnie szwedzka policja

Józef Lebenbaum (ur. w 1930 roku, emigrant 1968, w latach 70. i 80. Organizator pomocy dla polskiej opozycji, współzałożyciel Komitetu Poparcia „Solidarności”, szef agencji fotograficznej IPA (Independent Polish Agency), światowy koordynator CSSO (Conference of „Solidarity” Support Organizations). W 2007 roku odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Mieszka w Lundzie i Warszawie)

Rozmowa Dużego Formatu z
Józefem Lebenbaumem, emigrantem 1968 roku, wieloletnim koordynatorem międzynarodowej pomocy dla polskiej opozycji

Wyjechałeś z Polski, bo się bałeś?

– Nie jestem tchórzem. Wyjechałem, bo się wkurwiłem. Tak odpowiedziałem na pytanie o wyjazd zadane w projekcie Krystyny Piotrowskiej w Zachęcie „Wyjechałam, wyjechałem z Polski, bo…” przygotowanym z okazji 40. rocznicy Marca.

Na wizytówce umieściłeś dwa adresy – Lund, gdzie trafiłeś jako emigrant 1968 roku, i Warszawę, w której się urodziłeś i przed wojną wychowałeś.

– Teraz dużo czasu spędzam w Warszawie, wynajmuję mieszkanie na Hożej.

Mimo że po 1968 roku przez 22 lata miałem szlaban na wjazd, o Szwecji nigdy nie powiedziałem: „u nas”. Nie byłem jak inni emigranci, którzy po dwóch latach chwalili się „swoją Szwecją”. Mój język to polski, szwedzkiego uczyłem się niechętnie, zmuszony sytuacją, moi przodkowie nie budowali katedry w Lundzie.

Katedry, w przedsionku której po wybuchu stanu wojennego pozwolono Polakom zorganizować strajk głodowy. Byłeś rzecznikiem prasowym głodujących.

– Dzięki moim staraniom w krypcie tej tysiącletniej katedry pierwszy raz od czasów reformacji odbyło się katolickie nabożeństwo. Za sprawę polską. Z kolei po niedzielnym, w katedrze, postawiliśmy puszki, Szwedzi ustawiali się do nich w kolejkach, zebraliśmy aż 26 tysięcy koron.

Ty zabiegałeś o nabożeństwo?

– Jestem ateistą, ale uważam, że dla ważnej sprawy trzeba umieć wyjść poza własne poglądy.

W czasie strajków – bo były dwa – zawiązał się oficjalnie szwedzki Komitet Poparcia „Solidarności”. Zostałem zastępcą przewodniczącego, Szweda Jana Axela Stolza, na skarbnika wziąłem Pawła Chylickiego, zięcia biskupa Lundu i członka rady kościelnej, żeby nie zaczęto krzyczeć, że Żydzi kradną. Obstawiłem się. Potem moim najbardziej zaufanym współpracownikiem w tajnych operacjach stał się Mirek Ancypo.

Od początku chciałem działać, coś robić dla Polski,
uważałem się za emigranta politycznego
.

Już w 1969 roku, kiedy byłem jeszcze w obozie na Marstrandzie, gdzie dawano mi 5 koron dziennie na drobne wydatki, wysupłałem parę groszy i pojechałem do Göteborga, żeby spotkać się z przewodniczącym studentów szwedzkich. Próbowałem namówić ich do jakiegoś uczczenia pierwszej rocznicy Marca, w końcu były to wydarzenia studenckie, ale powiedzieli, że to jest sprawa nieaktualna. Kiedy w 1976 roku powstał KOR i nareszcie był partner do działania, zobowiązałem się do wysyłania 100 koron miesięcznie dla represjonowanych.

Jeszcze przed wyjazdem z Polski współpracowałem z Wolną Europą.

Przed wyjazdem byłeś dziennikarzem łódzkiego „Głosu Robotniczego”, organu PZPR, sprawozdawcą sejmowym. Należałeś do partii.

– Pracowałem też w ZMP, po powrocie z ZSRR chciałem coś robić, działać.

W listopadzie 1939 roku wyjechałem z rodziną na wschód. Ojciec był w Białymstoku, przysłał list, że mamy natychmiast do niego dołączyć. Wzięliśmy tylko podręczny bagaż, mama też karakułowe futro, i chłopskim wozem pojechaliśmy do Małkini. Dalej pociągiem, niestety na miejscu okazało się, że ojciec przeniósł się do Wilna, do którego trzeba było przedzierać się nielegalnie przez granicę. Wilno było wtedy litewskim miastem, w czerwcu 1940 roku przyszli jednak bolszewicy, nastąpiła aneksja Litwy przez ZSRR i zaczęły się wywózki na Syberię. Nas na szczęście nie zesłano do łagru, pojechaliśmy na tzw. przesiedlenie do Kraju Ałtajskiego.

Najgorsze było zimno – kiedy się budziliśmy w naszej chałupce, woda w wiadrach była ścięta lodem. Prawie nie było chleba, żywiliśmy się tym, co udało się wyhodować w przydomowym ogródku, czyli głównie kartoflami.

Żeby pozbyć się wszy, zakopywało się w śniegu koszulę, zostawiwszy
na zewnątrz tylko kawałek – wszy się na nim gromadziły, wtedy się
je zgarniało. Na krótko, ale działało.

Dużo chorowałem, na malarię, tyfus… Na szczęście od 1943 roku mogłem pójść do polskiej szkoły, którą zorganizował mój ojciec. Wróciliśmy w 1946.

Z rodzicami w warszawskich Łazienkach, w rocznicę 3 maja, 1934 lub 1935 roku Archiwum Józefa Lebenbauma

I co dalej?

– Chodziłem do gimnazjum, potem zaliczyłem aż 30 miesięcy wojska, w czołgach, w tzw. Czarnej Dywizji w Żaganiu, to tam wstąpiłem do PZPR. Pracowałem w łódzkim ZMP jako kulturalno-oświatowy, kierowałem m.in. robotniczym zespołem pieśni i tańca, w którym występował Staszek Mikulski. Dużo wyjeżdżaliśmy, w czasie wakacji dawaliśmy koncerty, jeździliśmy na obozy wędrowne z występami.

W 1955 roku wyrzucili mnie, bo na zebraniu oskarżyłem kierownictwo o nieuczciwość, przekręty. Zlecali np., bardzo drogo, robienie dekoracji na akademie i pochody, można było o wiele taniej, ale zblatowani z nimi plastycy odpalali im połowę.

Zostałem bez pracy, uratował mnie mój znajomy Tadeusz Gutkowski, „woldenberczyk”, który jako naczelny „Głosu Robotniczego” przyjął mnie do pracy. Pisałem o polityce partyjnej, komentarze na temat spraw zagranicznych. Na fali odwilży popierałem dojście Gomułki do władzy, wybrano mnie wtedy do kolegium redakcyjnego, z którego wkrótce mnie usunięto. Dostawałem ostrzeżenia, upomnienia, nagany partyjne, cenzura mnie zdejmowała.

Za co?

– Nie podobało się na przykład, kiedy w czasie rewolucji węgierskiej 1956 roku postawiłem stolik z węgierską flagą pod siedzibą redakcji na Piotrkowskiej i zbierałem pieniądze na pomoc dla Węgrów. Albo kiedy oświadczyłem na zebraniu, że jako niewierzący nie wierzę też w to, że Beria przez 20 lat był agentem obcych wywiadów.

W 1968 roku wyrzucili mnie z PZPR. Nie udało się na zebraniu partyjnym w pracy, bo koledzy tego nie przegłosowali, choć wyrzucono wtedy wszystkich innych nieprawego pochodzenia. Widocznie koledzy mnie lubili, w przeddzień przyszli do mnie do domu z flaszką. „Jutro będziemy cię wyrzucać, a dziś się napijmy”.

Dokonała tego dopiero Wojewódzka Komisja Kontroli Partyjnej. Jeszcze 8 kwietnia byłem w Sejmie, ale mojego artykułu już nie podpisano.

Wiedziałem, że szykowane są procesy pokazowe, które mają udowodnić,
jak źli i szkodliwi dla Polski są syjoniści, i ja mam być bohaterem jednego z nich.

Atmosfera pomarcowa wokół mnie była nie do zniesienia, w Klubie Dziennikarza koledzy bali się ze mną przywitać. Potem zarząd zabronił takim jak ja wstępu do klubu.

Co z Wolną Europą?

– Zbierałem informacje do raportu o wydarzeniach marcowych.

Jak je przekazywałeś?

– Przez pośredników. Uważam, że jestem dalej zobowiązany do dochowania pewnych tajemnic. Nie pisałem całego raportu, RWE musiała mieć trzy niezależne źródła – ja opisywałem, co działo się w Łodzi, Krakowie, Warszawie.

Z tego, co wiem, gdybym nie wyjechał, aresztowano by mnie m.in. za tę współpracę. Żona nie chciała wyjechać, musiałem się rozwieść w ekspresowym tempie, co nie było łatwe, zostawiłem tu też córkę i chorą matkę.

Wsiadłem w pociąg do Wiednia, który ruszał ze słynnego z marcowych pożegnań warszawskiego Dworca Gdańskiego, ale dopiero w Koluszkach. Kiedy w Wiedniu wszedłem do pensjonatu, już czekali na mnie dwaj pracownicy RWE, Wacek Pomorski i Andrzej Chilecki. Zrelacjonowałem sytuację w Polsce, napisałem kilka sprawozdań. W 1969 roku mieszkałem w Sztokholmie, w skrytce RWE, mieszkaniu, na adres którego można było pisać z Polski. Moim zadaniem było dwa razy w tygodniu dostarczać im tę pocztę.

Opuszczając Polskę, wiedziałem, że nie chcę jechać do Izraela, nie zabrałem się więc z przedstawicielami agencji żydowskiej, którzy czekali na peronie w Wiedniu. Myślałem o Stanach, ale dowiedziałem się, że po obozach w Turcji i Włoszech akurat jeździ szwedzka komisja, wybiera uchodźców politycznych. Szwecja przyjmowała wtedy 1500 osób rocznie. Pojechałem do obozu Latina pod Rzymem, stanąłem przed komisją. Dostałem prawo wjazdu do Szwecji jako bezpaństwowiec, miałem włoski dokument podróży ze szwedzką wizą na pół roku. Zdecydowałem się na Szwecję, bo to kraj neutralny, blisko Polski, w której została moja 14-letnia córka. Po dwóch tygodniach byłem w Szwecji.

Dlaczego po wojnie nie wróciliście do Warszawy? Wasz dom się spalił?

– Ocalał, Sienna 43A, dziś na tyłach Złotych Tarasów. W 1946 roku mieliśmy w naszym mieszkaniu prawo do jednego pokoju.

Kiedy z mamą wróciliśmy do Polski, ojciec, który był wcześniej w armii Berlinga, siedział w więzieniu, oficjalnie za „współpracę z obcymi bandami”, a tak naprawdę za podniesienie głosu na burmistrza Łodzi. Jak go wypuścili, poszliśmy na Sienną, z powodów sentymentalnych. W trzech pokojach z kuchnią mieszkały teraz cztery rodziny, jedna w holu, ogrzewali się kozą. Otoczyła nas grupa wrogich ludzi, myśleli, że kogoś wyrzucimy. Powiedzieliśmy, że my tylko chcieliśmy zobaczyć, że mieszkamy teraz w Łodzi, wtedy pojawiła się herbata, zaczęliśmy rozmawiać. Na dole spotkaliśmy kuzyna dozorcy, który powiedział, że mieszkanie dostał niemiecki urzędnik, który w 1944 zabrał wszystkie nasze rzeczy do Niemiec, nie zostawił nawet kawałka krzesła.

Opowiedz o przedwojennej Warszawie.

– Tu się urodziłem, ale poczęty zostałem w Paryżu, gdzie rodzice wyjechali w celach zarobkowych. Był kryzys 1924 roku, ojciec nie miał pracy. W Paryżu mieszkali na stryszku, gdzie nie wolno było gotować. Ojciec w dzień pracował przy taśmie w Renault, a wieczorem studiował w Wyższej Szkole Handlowej, którą skończył, był dyplomowanym księgowym.

Kiedy matka zaszła w ciążę, wrócili. W Warszawie ojciec został szefem w firmie Goodopon, przedstawicielstwie amerykańskiego Goodyeara, w wielkiej kamienicy na rogu Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich, tam gdzie teraz jest Novotel. Mieli biuro na szóstym piętrze, na siódmym była centrala Falangi. Z ludźmi z Falangi spotykał się w windzie.

Ostatnie zdjęcie rodziców, Gustawy i Michała Lebenbaumów, na molo w Sopocie, 1960 roku Archiwum własne Józefa Lebenbauma

Rodzice wybrali Paryż, znali francuski?

– Znali języki. Ojciec urodził się w 1900 roku, matka w 1904, oboje w żydowskich rodzinach, ale skończyli już polskie gimnazja, mama – pensję, a ojciec – niepodległościowe gimnazjum Zgromadzenia Kupców i Przemysłowców na Lesznie, w którym w 1906 roku zaczął się strajk o polską mowę. W 1919 ojciec postanowił pójść na wojnę polsko-bolszewicką, zgłosił się do punktu w Stryju. Potem całe życie opowiadał, że chciał zostać bohaterem, ale mu nie wyszło, bo w podróży zgubił okulary. Powiedziano mu: „Chłopcze, wracaj do domu. W Stryju łatwiej o ochotnika niż o okulary”.

Mój dziadek ze strony ojca, który zmarł w 1929, rok przed moim urodzeniem, był kierownikiem administracji „Hajnta”, największej gazety w jidysz, która miała wydania paryskie, nowojorskie, kijowskie, była bardzo syjonistyczna. Pisał do niej Isaac Bashevis Singer. Kiedy dostał Nobla, byłem akurat w Uppsali, gdzie zgodnie z tradycją w Królewskiej Bibliotece laureaci mają spotkania, wykłady. Podszedłem i mówię: „Nazywam się Lebenbaum. To nazwisko mojego dziadka. Może pan je zna?”. A Singer: „Oczywiście, przecież on mi płacił”.

Rodzina dziadka była zasymilowana?

– Dziadek nie był religijny, ale poczuwał się do żydostwa. W piątek wieczór spotykała się u niego cała rodzina, grali w karty, pili wódkę, dyskutowali. Mieszkał na Ogrodowej 18, w ogromnym, sześciopokojowym mieszkaniu, miał siedmioro dzieci. Jeden z braci ojca był producentem filmowym, wyprodukował znane przed wojną filmy „Antek policmajster” i „Manewry miłosne”.

To była Ogrodowa po drugiej stronie sądów, które później stały się granicą getta. Jedna z sióstr ojca, 30-letnia Szoszana, była niepełnosprawna, podczas bombardowań zostawała na szóstym piętrze, nie mogła zejść do schronu. Raz wpadł do mieszkania pocisk, ale przeżyła.

Kiedy przenosili się do getta, Niemiec, który uznał, że znoszenie jej
nie ma sensu, po prostu ją zastrzelił, w fotelu, na oczach pozostałej
rodziny. Dowiedziałem się tego później. Słabo ją pamiętam.

Co najlepiej pamiętasz z dawnej Warszawy?

– Najmocniejsze wspomnienia mam z wojny. Do dzisiaj, kiedy idę Krakowskim Przedmieściem w stronę Zamku Królewskiego, to najpierw widzę dymiące, palące się skrzydło budynku, dopiero potem wyłania się dzisiejszy zamek. Wojenne wspomnienia w dużym stopniu wyparły poprzednie, choć kiedy wybuchła wojna, miałem dziewięć lat. Wielkim przeżyciem było oblężenie Warszawy, po raz pierwszy widziałem zabitych, zasypało nas w piwnicy. Przeżyłem ciężkie bombardowania. Niedaleko domu były składy drewna, które zapaliły się 8 września i płonęły do końca października, do tej pory mam w nosie zapach tej spalenizny.

Kiedy teraz chodzę ulicami Twardą, Sienną, Ogrodową albo w centrum Lwowską, Poznańską… zawsze towarzyszy mi zdziwienie, że los mnie tak uhonorował, że z dwóch wielkich rodzin ojca i matki tylko ja żyję i mogę tu spacerować.

Chodziliście na Nalewki?

– Czasami, dzielnicę żydowską pamiętam jak przez sen. Mieszkała tam straszliwa biedota, od piwnic aż po strychy tłoczyły się tłumy ludzi, wszystko było przetykane warsztatami, sklepami, magazynami. Ludzie, którzy funkcjonowali normalnie w mieście, w społeczeństwie, nie tylko żydowskim, uciekali do innych dzielnic.

Pamiętam pojedyncze epizody, np. przed świętami żydowskimi ojciec zabierał mnie na zakupy, koło nas, najpierw do Braci Jabłkowskich po zabawki, potem po słodycze, i z tym wszystkim szliśmy do sierocińca Korczaka na Krochmalnej.

Kiedyś odprowadzał mnie do szkoły, szliśmy od lekarza. Chyba na Twardej stali ludzie z kartkami z przodu i z tyłu: „Podejmę się każdej pracy”. Na chodniku leżał mężczyzna, który zasłabł z głodu, na brzuchu miał przyczepioną kartkę z zeszytu: „Jestem głodny”. Ojciec kazał mi oddać kanapki, które niosłem do szkoły, dał mu jakieś pieniądze.

W części „Paryża Północy”, jak nazywano Warszawę, była straszliwa nędza.

Ojciec dawał też na cele społeczne, na organizację pomocy więźniom politycznym, bo była już Bereza Kartuska. Taki był. Nocował w biurze Żydówki z dworca.

To znaczy?

– Ojciec przychodził pieszo do domu podczas przerwy w pracy, przynosił stos gazet, jadł szybko obiad, kładł się na sofie, dawał mi zegarek i kazał się obudzić za 20 minut. Leżałem na dywanie, a że od piątego roku życia umiałem czytać, pochłaniałem polskie gazety, już w dzieciństwie byłem obcykany politycznie. Pamiętam, jak po tej drzemce zabrał mnie do sklepu; to się zdarzyło parę razy. Z wyładowanymi jedzeniem torbami poszliśmy na Dworzec Główny, który był mniej więcej tam, gdzie teraz Dworzec Śródmieście. W hali dworcowej koczowały setki Żydów ze Zbąszynia.

Tych deportowanych w 1938 roku z Niemiec na granicę? Wcześniej Polska zaocznie pozbawiła ich obywatelstwa.

– Tak, Polacy nie dawali im paszportów, zrobili dla nich w Zbąszyniu prowizoryczny obóz, ale część przyjechała do Warszawy. Wiem, że ojciec zabierał z dworca do biura matki z małymi dziećmi, tam nocowały.

Co to znaczy, że jako dziecko byłeś obcykany politycznie?

– Wiedziałem, co to jest Falanga, kto to są komuniści, kto to są syjoniści. Znałem skład rządu i opowieści ojca o zamachu majowym.

Byłem zbuntowanym dzieckiem, mama przesiadywała w kawiarni, ojciec dużo jeździł, miał podobno kochanki, nie mieli dla mnie czasu. Nie chciałem siedzieć w domu ze służącą czy wychowawczynią ani uczyć się gry na skrzypcach u nauczyciela w dzielnicy żydowskiej. Uciekałem, biegałem po mieście. Pamiętam jak dziś demonstrację w 1938 roku na Brackiej, „Wodzu, prowadź nas na Kowno”, była wtedy silna propaganda antylitewska. Kiedy na wakacjach w Druskiennikach płynęliśmy z rodzicami statkiem wycieczkowym po Niemnie i statek się zepsuł, zaczął dryfować na litewską stronę, zdrętwiałem przerażony, że Litwini nas zabiją.

Pamiętam też radosną demonstrację z początku września, kiedy Francja i Anglia przystąpiły do wojny. W lipcu 1939 roku, na urodziny, dostałem rower, na którym przemierzałem Warszawę, pamiętam strach, kiedy potem wpadłem na nim na niemieckiego oficera. Kocham rower, jeździłem do niedawna, teraz nie mogę, bo po radioterapii coś mi się stało z błędnikiem.

Z antysemickich historii pamiętam tylko opowieści krewnego matki, który nazywał się Binstein. Pochodził z rodziny, która do I wojny światowej prowadziła wielkie, najlepsze w Królestwie Polskim gospodarstwo rolne w Sierpcu.

Przed II wojną światową chodził do Wyższej Szkoły Gospodarstwa Wiejskiego. Było tam chyba tylko trzech Żydów, więc ich tłukli. Nie rozstawał się z laseczką zakończoną główką z ołowiu. Kiedyś tak go pobili, że leżał w szpitalu poturbowany, ze złamaną ręką. Rodzina nad nim płakała, a on: „Czego płaczecie, w sąsiedniej sali leży dwóch endeków z rozbitymi głowami, to ja ich załatwiłem”. Przeżył wojnę, pamiętam go – wysoki, mocno zbudowany.

Dochodziły też do mnie opowieści o księdzu Trzeciaku, jak po mszy w kościele akademickim na placu Trzech Krzyży zbierali się studenci i szli na Nalewki bić Żydów, robić pogrom. Wiem, że w dzielnicy żydowskiej zebrała się samoobrona złożona z rzeźników, wozaków, tragarzy.

Wracając… Co miał dać strajk głodowy w Szwecji w 1981 roku?

– Chcieliśmy, żeby Szwecja zamroziła stosunki z reżimem Jaruzelskiego, zainteresowała się gwałceniem praw człowieka i posłała do Polski międzynarodową komisję.

I?

– Po kilku dniach zadzwonił do mnie zastępca premiera Olofa Palmego do spraw międzynarodowych i powiedział, że Palme prosi, a wręcz żąda, żebyśmy zakończyli strajk. Strajk był wydarzeniem spektakularnym, Szwecja nie lubi tego typu działań, woli cichą dyplomację. Odpowiedziałem, że Palme może wymagać od niego, ale nie od nas.

W tym czasie do Lundu przyjechali dziennikarze z całego świata, tam czekali na pierwszy prom z Polski do Ystad, nie mieli co robić, więc fotografowali głodujących w koszulkach „Solidarności”. Prom przypłynął dopiero 18 grudnia, prawie pusty, wyszło parę przestraszonych babin, nie chciały słowa powiedzieć, za nimi wyskoczył Marek Tarka, nasz łącznik z KOR-em, który miał przywieźć nowe dokumenty. Kiedy do nas podszedł, zobaczył, że przez okienko obserwuje go inny marynarz, agent SB. „Ja już nie mam po co wracać” – powiedział, koledzy wynieśli mu rzeczy i został z nami. Niestety miał ze sobą tylko stare ulotki, a tu dziennikarze czekają na newsy z zamkniętego kraju, na mrozie minus 15 stopni. Wtedy popełniłem grzech kłamstwa.

To znaczy?

– Wziąłem kartkę i odczytałem wymyślony na poczekaniu apel polskich stoczniowców do robotników całego świata z prośbą o wsparcie. Natychmiast podskoczyło do mnie dwóch osobników w skórzanych płaszczach, którzy też wyszli z promu. „Co pan tu za głupstwa wygaduje, nie ma żadnego apelu”. Poprosiłem o włączenie mikrofonu i powiedziałem: „Spierdalajcie natychmiast, bo wezwę policję, to jest szwedzka ziemia, jestem obywatelem Szwecji, groźby w stosunku do mnie są przestępstwem”. Posłuchali.

Pierwsza pomoc dla Polski po stanie wojennym?

– W styczniu 1982 roku spakowaliśmy sitodruki, farby, zszywki – wtedy nie wysyłaliśmy jeszcze dużych maszyn, powielaczy – do ciężarówki z pomocą humanitarną, która mogła jechać promem bez opłat. Później już tak nie robiłem, postanowiłem nie łączyć tych spraw. My, ze względu na ograniczone środki, zajmowaliśmy się tylko pomocą techniczną dla podziemia. Oczywiście najwięcej tego szło wcześniej, w karnawale „Solidarności”, też tony książek.

Płótno potrzebne do sitodruków, które kupiliśmy za zebrane w katedrze pieniądze, zostało wszyte pod podszewkę jesionek jadących do parafii. Niestety ksiądz się pomylił i te podszyte rozdał parafianom.

W pierwszą rocznicę stanu wojennego dostałem z Warszawy zdjęcie rozjechanego krzyża ułożonego z kwiatów przed Grobem Nieznanego Żołnierza, posłałem je do głowy Kościoła szwedzkiego z pytaniem, czy mogą upamiętnić rocznicę. Dostałem list, że zwróci się z prośbą do biskupów, żeby przed katedrami w niedzielę, w rocznicę, ułożyli symboliczne krzyże z kwiatów i wywiesili polskie flagi. Tak się stało.

Zdjęcia gromadziła IPA, Independent Polish Agency, istniejąca od 1983 roku agencja fotograficzna zwana „Lebenbaumówką”. Byłeś jej szefem.

 

– Ja ją wymyśliłem, jako przykrywkę dla przemytu i innej tajnej działalności, choć agencją fotograficzną też była. Komitet Poparcia „Solidarności” działał oficjalnie, odbywały się tam zebrania, odczyty, można było kupić emigracyjne książki, pióra, biało-czerwone świece, organizowaliśmy demonstracje. Ale potrzebne było też inne, nie tak dostępne dla wszystkich miejsce.

Zaczęło się od tego, że na początku 1982 roku przyjechała do mnie para angielskich dziennikarzy, prosząc o kontakt do podziemia w Polsce, chcieli zrobić wywiady, zdjęcia, których wtedy było bardzo mało, bo Polska była zamknięta. Powiedziałem: „Dam wam adresy, ale przyrzeknijcie, że wy dacie mi zdjęcia, odbitki”. Dotrzymali słowa, zrobiłem tak parę razy, postanowiłem zacząć tworzyć poważne archiwum.

Kiedy Jacek Kaczmarski śpiewał: „Zdjęcia w dupie przemyciłem,
patrz to gaz, tu dym, tu glina…”, chodziło o chłopaka, którego posłałem
do Gdańska. Przywiózł rolkę z manifestacji w pierwszą rocznicę stanu
wojennego, były tam ostre boje z milicją. Jacuś go poznał, był wtedy w Lundzie.

Długo służyliśmy tymi zdjęciami światowej prasie, wydaliśmy trzy albumy, z których jeden, „Wojna z narodem” ze wstępem Anki Kowalskiej, zrobił światową karierę, dotarł nawet do Reagana.

Józef Lebenbaum w Rzymie, z radiem kupionym na bazarze, potrzebnym do słuchania Wolnej Europy, październik 1968 roku, dwa miesiące przed wylotem do Szwecji Józef Lebenbaum w Rzymie, z radiem kupionym na bazarze, potrzebnym do słuchania Archiwum własne Józefa Lebenbauma

Z tą przykrywką to nie bardzo się chyba udało, byliście obserwowani.

– Wtedy attaché wojskowym był świętej pamięci Sławomir Petelicki, który ze względu na nas wynajął mieszkanie naprzeciwko agencji, z którego 24 godziny na dobę filmowano wejście, trwało to co najmniej dwa lata. Później, już w wolnej Polsce, spotkałem go na jakimś przyjęciu, podszedłem. „Pan generał to powinien znać moje nazwisko, byliśmy w tym samym czasie w Szwecji, choć w różnych rolach”. On: „Nie przypominam sobie”. „To może pamięta pan, ile kosztowało wynajęcie mieszkania po drugiej stronie ulicy?”. „Jestem bardzo zajęty, przepraszam” – powiedział i oddalił się.

Sporo czasu zajmowało mi gubienie szpicli. Na szczęście i w lecie, i w zimie jeździłem na rowerze, znałem wszystkie uliczki, przejścia. Mój dom też oczywiście obserwowano. Wiem, że dyskretnie chroniła mnie szwedzka policja, co jakiś czas koło mojego domu na uboczu przejeżdżał patrol. Ogólnie było nerwowo. Siedziały na mnie SB i KGB.

KGB też?

– Kilka razy zorganizowaliśmy przemyt książek do ZSRR. Na sowieckim statku wojennym, przerzuciłem m.in. 12 tysięcy Biblii w małym formacie, trochę mniejszym niż dzisiejsze smartfony. Od tamtej pory co roku przed Wielkanocą dzwoniła do mnie głowa Kościoła prawosławnego na świecie: „Józef, Christos woskries”, czyli „Chrystus zmartwychwstał”. Rozumiałem, że to było podziękowanie za te Biblie.

Jak to się udało?

– Znów nie chcę podawać szczegółów, bo ideowy oficer, który zorganizował przemyt, jeszcze żyje.

Pomagaliśmy nie tylko „Solidarności”; jeśli ktoś do nas dotarł, a było to możliwe, dostawał pomoc. Kiedy po latach przyjechałem do Polski, spotkałem się z pretensjami, że pomagaliśmy KPN-owi, Solidarności Walczącej, której byłem zaprzysiężonym członkiem. Ale ja chciałem działać na rzecz wszystkich, bez względu na polityczną barwę. Moje credo brzmiało: „My jesteśmy serwisem, politykę robi się w Polsce”.

Czasem zdarzały się też przykre historie. Np. jeden z kierowców zabrał tirem nakład książeczki „Mój zodiak”, którą z mojej inspiracji napisał Jacek Kaczmarski. Niestety kierowca stchórzył i wyrzucił do morza prawie cały nakład.

Wynajęliśmy też prawdziwego przemytnika, takiego od pralek i lodówek, który, jak się po pewnym czasie okazało, był agentem bezpieki. Doprowadził w 1988 roku do słynnej wpadki przyczepy ze sprzętem koło hotelu Marina w Gdańsku.

Gdzie zarabiałeś na życie?

– Pracowałem w fabryce polistyrenu, lodów, przy taśmie, uruchamiałem i spłukiwałem basen, byłem ratownikiem, sprzątałem szpital, całe dnie wkręcałem tam też na drabince żarówki. Dopiero w 1976 znalazłem państwową posadę jako pracownik archiwalny. To jest stanowisko stworzone specjalnie w czasie II wojny światowej z myślą o uciekinierach, intelektualistach, których w Szwecji było sporo, m.in. przyszły kanclerz Niemiec Willy Brand. Takim ludziom trudno było znaleźć pracę na wolnym rynku, więc zajęło się tym państwo.

Ja siedziałem w bibliotece uniwersyteckiej, byłem researcherem.
Zbierałem materiały do prac naukowych dwóch profesorów. Jeden,
nieżyjący już prof. Haken Nilson, powiedział: „Wiem, co robisz dla
»Solidarności«. To ważniejsze niż praca dla mnie, przychodź co dwa
tygodnie, pogadamy przy kawie, podpiszę ci obecność”.

W jaki sposób łączyłeś tak intensywną działalność dla podziemia z pracą zarobkową i życiem rodzinnym? Miałeś w Szwecji troje dzieci.

Obliczono, że samych książek przerzuciłeś z kolegami do Polski około 60 tysięcy.

– Nie znałem pojęcia zmęczenia, wystarczały mi cztery godziny snu. Polska to był mój obłęd, kończyłem pracę, kładłem dzieci spać i zaczynała się rewolucja. Pracowałem do drugiej, trzeciej w nocy, czasem później dzwonili jeszcze amerykańscy biskupi, bo im się mylił czas. Zrywali mnie nieprzytomnego po proszku nasennym, bo na stresy reaguję bezsennością, a było ich sporo.

Bałem się o ludzi, których wysyłałem z transportami, sam byłem stale pod nadzorem szpicli. Raz mieli mnie porwać, raz nawet zabić, o czym powiedział mi Zbigniew Brzeziński. Na szczęście po dwóch latach zadzwonił: „Panie Józefie, doszła do nas wiadomość, że tej mokrej roboty nie wykonają”.

Pamiętam, jak w październiku 1981 roku wróciłem do domu po nieprzespanej nocy, bo ładowałem sprzęt na jacht, który przypłynął nielegalnie do Simrishamn. Wziąłem prysznic, pojechałem do pracy na uniwersytecie, a po powrocie wreszcie spać. A po pół godzinie żona zaczyna mnie budzić: „Słuchaj, rodzę”, a ja: „Nie teraz, jutro”. Byłem kompletnie nieprzytomny, ale pojechaliśmy do szpitala, tyle że obserwując poród, zasnąłem na stołku i rozbiłem aparat fotograficzny.

W książce Teresy Torańskiej „Jesteśmy” o emigrantach 1968 roku mówisz: ” Nigdy nie obraziłem się na Polskę”.

– Obraziłem się na rząd, partię, nie na kraj, na Polaków. Z socjalizmem i z partią rozstawałem się z ulgą, natomiast opuszczenie Polski było dla mnie tragedią, nigdy przedtem nie myślałem o emigracji.

Przed wyjazdem w 1968 roku spotkało mnie więcej miłych rzeczy niż złych.

Na ulicy spotkałem mojego szkolnego kolegę, którego nie widziałem 20 lat, czytał w gazecie, że trzeba wyrzucić różnych takich jak ja za działalność antysocjalistyczną, syjonizm, Bóg wie co, było tam moje nazwisko. Od razu powiedział: „Józek, jak potrzebujesz pieniędzy to ja ci dam”.

Pan Franciszek, słynny szatniarz w łódzkim SPATiF-ie, oświadczył: „Od pana redaktora więcej pieniędzy nie biorę”. Takich gestów było bardzo dużo. Ja w ogóle w życiu miałem szczęście do przyzwoitych ludzi, inaczej dawno bym nie żył.

Moje dzieci urodzone w Szwecji, mimo że miały szwedzkie niańki, chodziły do szwedzkich przedszkoli, szkół, mówią znakomicie po polsku. To nie zdarza się często. Ja od razu powiedziałem szwedzkim przedszkolankom: „Chcę, żeby moje dzieci mówiły po polsku i nie wstydziły się tego, więc nie traktujcie jako niegrzeczne, że kiedy przychodzę po nie, to mówię do nich po polsku”. Moje córki między sobą mówiły po szwedzku, ale ze mną przechodziły na polski. Jedna z trzech córek, Monika, jest tłumaczką kabinową z polskiego na szwedzki w Parlamencie Europejskim w Brukseli.

A co jest teraz?

– W Lundzie mam mieszkanie. Większość czasu spędzam w Warszawie, bo tak mi się podoba. Mam tu parę własnych gratów, gdybym wyjeżdżał, bo przestanie mi się tu podobać, to je rozdam. Mam status kombatanta za Syberię i Krzyż Zesłańców Sybiru, więc należy mi się opieka medyczna też w Polsce. Jedną nogą jestem w Szwecji, a drugą tu. Polska to język, kultura, przyjaciele. Bardzo lubię Lund, ale nie mam już tam co robić. Pochodzę po antykwariatach, spotkam przyjaciół na paru gadkach, odwiedzę córkę Joasię, tę urodzoną w Polsce, bo do mnie po maturze dojechała, zresztą jej matka z nowym mężem też, mam szwedzkie wnuki, a nawet prawnuki. I to koniec.

W Warszawie mam teraz komfortową sytuację – jedynym urzędem, któremu podlegam, jest pobliski kantor, w którym wymieniam korony albo dolary na złotówki, i sobie żyję, mam szwedzkie i polskie obywatelstwo.

Wystąpiłeś o polskie?

– Dali bez występowania. Powiedziałem, że tego nie zrobię.

Dałem sobie radę na emigracji, ale przez pierwsze lata niesłychanie tęskniłem, śniła mi się Polska, że przyjeżdżam, spotykam przyjaciół… Kiedy wreszcie przyjechałem w 1990 roku, byłem wszystkiego ciekaw, ale czułem się wypalony. Bardzo dużo wiedziałem o Polsce, bo miałem dostęp do źródeł zachodnich i polskich, natomiast nie czułem takiego wzruszenia, jakiego się spodziewałem, po prostu 22 lata to za długo. Nie było miejsc, które pamiętałem, nie było Klubu Dziennikarza na Piotrkowskiej w Łodzi. Dużo ludzi już nie żyło, zresztą nie wszystkich chciałem spotkać, podać im rękę. Spotkałem paru przyjaciół, którzy pięknie się zachowali w Marcu ’68, m.in. znanego łódzkiego adwokata Stefana Eckersdorfa. Powiedział: „Józek wiem, co dla nas robiłeś”. Odpowiedziałem: „Nie robiłem tego dla was, tylko dla nas”.

Dla mnie wyjazd był dramatem, bo uderzono mnie w najbardziej czułe miejsce.

Gdyby zarzucono mi, że jestem złodziejem, źle pracuję, popełniam niemoralne czyny… Ale przeszkadzało im żydowskie pochodzenie! Moje życie to nieustanne przekonywanie świata, że jestem Polakiem. Nie musiał o tym przekonywać Moczar urodzony jako Mykoła Demko, syn carskiego policjanta, półanalfabeta, złodziej węgla w czasie międzywojennym, sowiecki agent, jemu nikt nie zarzucał, że nie jest. Nie musiał Jarosław Marek Rymkiewicz, mój szkolny kolega, współczesny wieszcz, który miał ojca Niemca. Jego prawdziwe nazwisko brzmi Szulc, ostatnio publicznie podkreślał, że ojciec jest z pochodzenia Niemcem, nie Żydem. To nikomu nie przeszkadza. Natomiast ja i mnie podobni, mimo naszego życia, postawy, my jesteśmy „obcymi w domu”, jak brzmiał trafny tytuł marcowej wystawy w Muzeum Polin. Wiem, że nawet gdybym się przekręcił przez maszynkę do mięsa i skleił na nowo, to już tak zostanie i nic tego nie zmieni.

 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


W Zakopanem zmarł dr Leszek Allerhand

W Zakopanem zmarł dr Leszek Allerhand

Szymon Bafia


Dr Leszek Allerhand. Źródło: Fundacja Judaica

Lekarz pochodzący z wybitnej adwokackiej rodziny żydowskiej ze Lwowa dr Leszek Allerhand zmarł we wtorek w swoim domu w Zakopanem – poinformował PAP Joachim Russek dyrektor Fundacji Judaica Centrum Kultury Żydowskiej w Krakowie na Kazimierzu.

Dr Leszek Allerhand urodził się w 1931 r. we Lwowie. Był synem adwokata dr Joachima Allerhanda i pianistki Zinajdy Rubinstein-Allerhand oraz wnukiem Maurycego Allerhanda, wybitnego profesora Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie.„Doktor Allerhand był człowiekiem naprawdę wyjątkowym ze względu na jego wyjątkową biografię. Był dzieckiem szczęścia. Wychował się w swoim ukochanym Lwowie w rodzinie adwokackiej.
Pewnie przyszło mu zapłacić olbrzymią cenę za to szczęśliwe dzieciństwo, bo wybuchła wojna i z całej jego licznej rodziny przeżył on z matką uciekając z lwowskiego getta i ojcem, który ukrywał się poza Lwowem pracując, jako stolarz. Reszta rodziny zginęła w czasie Holokaustu” – powiedział PAP Joachim Russek.O własnych doświadczeniach z okresu wojny i Holokaustu dr Allerhand opowiadał w swoich filmach dokumentalnych, które sam tworzył będąc na emeryturze. Napisał również pamiętnik, w którym wspomina dzieciństwo spędzone we Lwowie, przedwojenną i wojenną rzeczywistość.„W swoim filmie doktor Allerhand opowiadał, że udało mu z matką przeżyć Holokaust dzięki pasji życia, która towarzyszyła mu do końca i dzięki dobrym ludziom, którzy im pomogli oraz dzięki szczęśliwym przypadkom losu” – wspominał Russek.Po wojnie Leszek Allerhand wraz z rodzicami osiadł w Krakowie, gdzie ukończył studia medyczne i rozpoczął asystenturę w klinice u prof. Juliana Aleksandrowicza.

Od 1961 r. mieszkał w Zakopanem, gdzie pracował m.in. jako ordynator Oddziału Chorób Płuc w tutejszym szpitalu. Przez wiele lat był także lekarzem kadry olimpijskiej w sportach zimowych.„Opowiadał mi, jak na początku pracy górale wozili go furmankami do chorych. Przez całe swoje życie był czynny jako lekarz w Zakopanem i w okolicach” – wspominał Russek.„Jeszcze rok temu byłem z nim we Lwowie i była to dla mnie niewyobrażalna przyjemność, bo chodził po swoim mieście jak przysłowiowy lwowski baciar opowiadając anegdoty i różne żarty, które były przypisane jego dzieciństwu. Pojechał tam na uroczystość odsłonięcia pomnika w miejscu, gdzie znajdowała się synagoga lwowska Pod Złotą Różą. Jak Niemcy ją podpalili w czasie wojny, on obserwował to z okna naprzeciw” – wspominał dyrektor Fundacji Judaica.Przez wiele lat dr Allerhand zmagał się z chorobą nowotworową. Ostatnie lata swego życia poświęcił pamięci rodzinnego miasta – Lwowa i pamięci dziadka Maurycego. Wydał odnalezione zapiski dziadka oraz swoje wspomnienia, a także bogato ilustrowany album o lwowskich Żydach.

Był współtwórcą Instytutu Allerhanda w Krakowie. Aktywnie działał w Stowarzyszeniu Dzieci Holocaustu.(PAP)


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


1968 Polska Kronika Filmowa

Polska Kronika Filmowa 1968


Jaroblue84


 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Jewish groups urge resignation of Dem. Keith Ellison over ties to Louis Farrakhan

Jewish groups urge resignation of Rep. Keith Ellison over ties to Louis Farrakhan

Rafael Medoff, JNS.org


Keith Ellison, deputy chair of the Democratic National Committee (Twitter)

US Jewish leaders are urging the resignation of Keith Ellison, deputy chair of the Democratic Party, over previously undisclosed meetings with notorious anti-Semite Louis Farrakhan.

Major Jewish groups, including the leading organization representing Jewish Democrats, are strongly criticizing Rep. Keith Ellison (D-Minn.) over his previously undisclosed contacts with Rev. Louis Farrakhan, head of the anti-Semitic political and religious movement Nation of Islam. Some Jewish leaders are urging Ellison to step down as deputy chairman of the Democratic Party.

When Ellison first ran for Congress in 2006, he insisted he had severed all ties with Farrakhan’s Nation of Islam, which Ellison had belonged to in the 1990s. Similarly, when Ellison ran for chairman of the Democratic Party in 2016, he reiterated that he had long ago distanced himself from Farrakhan.

But a series of reports in The Wall Street Journal and The Daily Caller in recent days revealed that Ellison has participated in at least three meetings with Farrakhan since entering Congress.

The Journal reported Feb. 8 that Ellison and Farrakhan both took part in a private dinner meeting in September 2013 between Iranian President Hassan Rouhani and several dozen prominent American Muslims. Four days later, Ellison responded that he participated in the meeting to seek the release of a US citizen being held in Iran. Ellison did not mention Farrakhan, but appeared to allude to him when he stated, “I didn’t know in advance who else would be there, and my decision to attend was not an endorsement of the political views of other attendees.”

The controversy took a new turn Feb. 13, when The Daily Caller reported that Ellison has taken part in at least two other meetings with Farrakhan since becoming a member of Congress, one of which took place “in Farrakhan’s hotel room.” Ellison has not yet responded to the evidence—including a videotape—of the additional meetings.

‘Irresponsible not to demand his resignation’
Ron Halber, executive director of the Jewish Community Relations Council of Greater Washington, said that Ellison “demonstrated exceedingly poor judgment by participating in a meeting with one of America’s most notorious anti-Semites and the leader of a regime that has called for Israel’s annihilation,” and therefore “should resign as deputy chairman of the Democratic Party.”

Speaking before The Daily Caller revealed Ellison’s two additional meetings with Farrakhan, Halber told JNS, “If evidence of more meetings with Farrakhan should surface, there will be a tremendous groundswell of people in the Jewish community and in the Democratic Party, telling Ellison to step down—and it would be irresponsible of the party’s leaders not to demand his resignation.”

Rabbi Abraham Cooper, associate dean of the Simon Wiesenthal Center, said Halber’s call for Ellison to resign is “commendable.” Cooper urged the Democratic Party leadership to “take a long, hard look at Ron Halber’s appeal, which comes from an important organization and reflects the anger of many American Jews.” According to Cooper, the episode suggests “that Ellison was not properly vetted before being appointed deputy chairman of the party.”

Ellison’s ouster is also being urged by the National Council of Young Israel (NCYI), whose membership includes more than 100 Orthodox synagogues, and the Coalition for Jewish Values (CJV), which represents several hundred Orthodox rabbis.

“Congressman Ellison has a serious credibility problem,” said NCYI President Farley Weiss, pointing to the contradiction between Ellison’s previous denials and the new revelations about his meetings with Farrakhan.

‘All who condemned Trump…must denounce Ellison’
CJV President Rabbi Pesach Lerner said, “All those who condemned President [Donald] Trump for not forcefully denouncing the neo-Nazis in Charlottesville must now demonstrate that this was not merely partisan politics—they must denounce Ellison’s dishonesty and continued contact with one of America’s leading anti-Semitic hatemongers, and call upon [Ellison] to resign both his seat in congress and as deputy chair of the Democratic National Committee.”

A number of other Jewish organizations—including one group representing Jewish Democrats—have strongly criticized Ellison, although they stopped short of calling for his resignation.

Notably, the Jewish Democratic Council of America (JDCA) said that while it accepts Ellison’s statement that he did not know in advance Farrakhan would be attending the meeting with the Iranian president, “when he realized Farrakhan was there, Ellison should not have tolerated Farrakhan’s presence.”

JDCA’s chair, Ron Klein, formerly a Democratic member of Congress from Florida, told JNS, “Even though Ellison was there to discuss the release of a former U.S. marine held captive in Iran, personally, if I were invited, I would not have attended…Louis Farrakhan has a long history of anti-Semitism, racism and anti-LGBT rhetoric and should not be at all welcome in mainstream political or policy conversations.”

In a tweet, Anti-Defamation League CEO Jonathan Greenblatt asserted that Ellison’s participation in the Rouhani meeting along with Farrakhan was “extremely disturbing” and that “the presence of Louis Farrakhan should have been a red flag” for Ellison. David Bernstein, president of the Jewish Council for Public Affairs, wrote on Twitter that Ellison’s actions were “very disturbing…Dining with hatemongers is not ok.”

The Ellison controversy comes on the heels of the release of a previously undisclosed photograph of then-Senator Barack Obama with Farrakhan in 2009. The Daily Caller subsequently revealed that 21 members of the Congressional Black Caucus secretly met with Farrakhan in 2005.

An 11th commandment? ‘Thou shalt vote Democrat’
Whether these episodes will affect Jewish support for the Democrats remains to be seen. NCYI’s Weiss predicted, “If the Democratic Party does not remove Ellison from his position, it will likely lead to less support within the Jewish community for the Democratic Party.”

But longtime Democratic Party consultant Dr. Hank Sheinkopf told JNS, “It would likely take the collision of Earth and Mars to stop the majority of American Jews from blindly voting Democrat. The Orthodox largely left the Democrats awhile back; the rest think there is an 11th commandment—‘Thou shalt vote Democrat.’”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Antysemityzm w ZSRR [1] : rozjechani ciężarówką

Antysemityzm w ZSRR: rozjechani ciężarówką

Mirosław Czech


Stalin nie był rasistą. Jego masowe mordy miał przeżyć ten, kto został uznany za odpowiedni materiał do budowy “wspólnoty nowego typu” – wieloetnicznego narodu sowieckiego. Powojenne prześladowania Żydów – już po Zagładzie – odbywały się zgodnie z tą logiką

Do białoruskiego Mińska Solomon Michoels, dyrektor Żydowskiego Teatru Akademickiego w Moskwie i przewodniczący Żydowskiego Komitetu Antyfaszystowskiego, pojechał jako członek komitetu Nagród Stalinowskich. Miał wziąć udział w przeglądzie przedstawień teatralnych wysuniętych do tego najważniejszego w Związku Sowieckim wyróżnienia. Towarzyszył mu teatroznawca Władimir Gołubow-Potapow, z pochodzenia również Żyd.

Był 12 stycznia 1948 r. Michoels i Gołubow-Potapow zjedli obiad w towarzystwie sekretarza Żydowskiego Komitetu Antyfaszystowskiego Icka Fefera. Następnie poszli na spotkanie z republikańskim szefostwem partii komunistycznej, które zakończyli kolacją w towarzystwie Fefera oraz aktorów miejscowych teatrów. Po godz. 20 pożegnali się i za namową Gołubowa-Potapowa udali się do jego znajomego, “inżyniera Siergiejewa”. Z nieznanych powodów wybrali się pieszo, choć mieli do swojej dyspozycji samochód z kierowcą.

Następnego dnia z rana ich zmasakrowane ciała znaleźli idący do pracy robotnicy. Po miesięcznym dochodzeniu specjalna grupa śledczych komendy głównej milicji sporządziła raport dla wiceszefa NKWD, osławionego rozprawą nad przywódcami Polskiego Państwa Podziemnego gen. Iwana Sierowa.

“Obydwa trupy były wciśnięte w śnieg, który 12 stycznia padał od wieczora przy porywistym wietrze. Odzież denatów, pieniądze, dokumenty i zegarki (w przypadku Michoelisa – złote) znajdowały się w stanie nienaruszonym. (…) Badanie sądowo-lekarskie trupów (…) wykazało, że śmierć Michoelsa i Gołubowa-Potapowa nastąpiła w rezultacie przejechania ich przez ciężki samochód ciężarowy. Denaci mieli połamane wszystkie żebra i rozerwaną tkankę płucną, Michoels – złamany kręgosłup, Gołubow-Potapow – kość miednicy. Obrażenia odniesione zostały za życia. (…) śmierć … nastąpiła ok. godz. 20 w dniu 12 stycznia, w krótkim czasie od wyjściu z hotelu. (…) Żadnych danych wskazujących na to, że Michoels i Gołubow-Potapow zginęli z innej przyczyny niż przypadkowe ich przejechanie, śledztwo nie znalazło”.

Michoelsowi zorganizowano pogrzeb państwowy. Wśród tysięcy osób, które przyszły złożyć hołd jego pamięci, była również Polina Żemczużyna – była minister przemysłu rybnego, była kandydatka na członka komitetu centralnego partii i żona Wiaczesława Mołotowa – osoby numer 2 w państwie. Półtora roku później Wieniamin Zuskin, dyrektor artystyczny teatru i przyjaciel Michoelsa, zeznał w śledztwie, że Żemczużyna miała mu powiedzieć: “To nie była przypadkowa śmierć, to nie wypadek. Zabili go”. Nie powiedziała kto, ale on odniósł wrażenie, że chodziło o “organy sowieckie”.

Żemczużyna się nie myliła.

Więźniowie specjalni nr 41 i 42

Stalin zaczął rozgrywać kartę żydowską dopiero po wybuchu wojny z III Rzeszą w 1941 r. Chodziło mu o wykorzystanie diaspory żydowskiej w USA i Wielkiej Brytanii na rzecz przyłączenia się Stanów Zjednoczonych do wojny. Ambasador sowiecki w Wielkiej Brytanii Iwan Majski oraz w USA Grigorij Umański (obaj pochodzenia żydowskiego) nawiązali kontakty z wyklętą do tej pory przez ZSRR Światową Organizacją Syjonistyczną kierowaną przez Chaima Weizmana, późniejszego pierwszego prezydenta Izraela.

Żydowski Komitet Antyfaszystowski miał firmować te zadania. Formalnie był organizacją społeczną podległą Sowinformowi, Sowieckiemu Biuru Informacyjnemu. W istocie kontrolę nad nim miały służby specjalne. Pomysłodawcą Komitetu Żydowskiego był Ławrientij Beria, wszechwładny szef NKWD. Chciał, by na jego czele stanęli uwięzieni w Moskwie przywódcy polskiego Bundu, żydowskiej partii socjalistycznej – Henryk Erlich i Wiktor Alter. Obaj siedzieli wtedy na Łubiance oskarżeni o zdradę ZSRR i szpiegostwo na rzecz państw zachodnich. W sierpniu 1941 r. skazano ich na karę śmierci zamienioną po kilku dniach na 10 lat pozbawienia wolności.

Beria osobiście nadzorował rozmowy. Erlich miał być przewodniczącym, zaś Alter sekretarzem Komitetu. Na zastępcę przewodniczącego Beria zaproponował Michoelsa jako reprezentanta Żydów sowieckich. Erlich i Alter dostali jeden warunek: wyjdą na wolność i podejmą działalność, jeśli przystaną na współpracę z NKWD. Po wahaniach zgodzili się, ale po wyjściu z więzienia “urwali się ze smyczy”.

Nawiązali kontakty z przedstawicielami zachodnich ambasad, w tym z kierowanym przez prof. Stanisława Kota przedstawicielstwem rządu gen. Władysława Sikorskiego. Planowali powołanie oddziałów komitetu w państwach zachodnich oraz utworzenie w USA legionu żydowskiego do udziału w walce na froncie sowiecko-niemieckim. Zajęli się poszukiwaniem oficerów polskich zgładzonych przez Sowietów w Katyniu, Miednoje i Charkowie. W rozmowach z zachodnimi dyplomatami mówili o potrzebie zreformowania Sowietów, przekonując, że ich celem jest wyrwanie się z ZSRR. Alter chciał wyjechać do Wielkiej Brytanii, zaś Erlich – do USA.

W grudniu 1941 r. Erlich i Alter ponownie trafili na Łubiankę – tym razem jako “więźniowie specjalni” nr 41 i 42 – i zostali oskarżeni o szpiegostwo na rzecz III Rzeszy. Protestowały władze amerykańskie, organizacje żydowskie z całego świata, Albert Einstein, polski ambasador Stanisław Kot. Nic nie pomogło. Erlich nie wytrzymał psychicznie i w połowie maja 1942 r. powiesił się w celi. Altera rozstrzelano w lutym następnego roku.

Sowieci wdrożyli plan B. Przewodniczącym Żydowskiego Komitetu Antyfaszystowskiego został Michoels, sekretarzem i faktycznym szefem – Szachne Epsztejn, funkcjonariusz wywiadu sowieckiego. Kuratorem mianowano wiceministra spraw zagranicznych Solomona Łozowskiego pełniącego jednocześnie funkcję zastępcy szefa Sowinformu. W prezydium oprócz Michoelsa i Epsztejna znaleźli się m.in.: Fefer, inni poeci Szmuel Hałkin, Lejb Kwitko i Perec Markisz, prozaik Dawid Bergelson, fizjolog Lina Stern, prof. nauk medycznych Borys Szymielowicz.

Komitet wydawał w jidysz gazetę “Ejnikajt” oraz przejął wydawnictwo Der Emes. Wysyłał też ogromną liczbę artykułów do prasy zachodniej – komunistycznej, sympatyzującej z komunistami i oficjalnie niezależnej, choć opłacanej przez Sowietów.

Od czerwca do grudnia 1943 r. Michoels i Fefer odwiedzili USA, Meksyk, Kanadę, Wielką Brytanię i Palestynę. W Stanach Zjednoczonych gościli w kilkunastu miastach, spotkali się z Weizmanem, Albertem Einsteinem i Tomaszem Mannem. Złożyli świadectwo o eksterminacji Żydów przez III Rzeszę, przekonując zarazem, że w ZSRR antysemityzm został zupełnie wykorzeniony.

Z tej formy ich aktywności władze sowieckie były zadowolone.

Podświadome wrażenie

Gorzej wypadła ocena działalności Komitetu w samym ZSRR. Michoels dążył bowiem do przekształcenia go w reprezentację społeczności żydowskiej w miejsce zlikwidowanego w latach 30. “Jewkomu” – komisariatu do spraw żydowskich, i “Jewsekciji” – sekcji żydowskiej partii komunistycznej. Sygnałem, że zaczynają się problemy, stał się zakaz publikacji w Moskwie sztandarowego wydawnictwa komitetu – “Czarnej księgi” zbrodni nazistowskich na ludności żydowskiej. Amerykańskie wydanie “Czarnej księgi” ukazało się w 1946 r., lecz bez przedmowy Einsteina i mocno ocenzurowane. Wydanie sowieckie, którego redaktorami byli Ilja Erenburg i Wasilij Grossman, nie ukazało się nigdy. Zarzut główny brzmiał: “Czytelnik podświadomie odnosi wrażenie, że Niemcy prowadzili wojnę z ZSRR wyłącznie po to, by zniszczyć Żydów”.

Nie przeszkodziło to jednak w wykorzystywaniu publikacji przez prokuraturę sowiecką podczas procesu norymberskiego.

Innym problemem w relacjach z władzami stała się idea powołania na Krymie autonomicznej republiki żydowskiej. Z błogosławieństwa Mołotowa Michoels i Fefer rozmawiali z przywódcami Żydów amerykańskich. Uzyskali deklarację wsparcia ze strony szefa organizacji pomocowej “Joint” Jamesa N. Rosenberga, który upatrywał w tym projekcie alternatywę wobec osadnictwa żydowskiego w Palestynie. W połowie lutego 1944 r. Komitet wystąpił do Stalina o utworzenie Żydowskiej SRR na Krymie. Sprawa nie wyszła poza rozmowy gabinetowe, chociaż, jak późnej zeznawali uczestnicy narad, rozdzielono już stanowiska we władzach republiki. Stalin traktował jednak problem instrumentalnie – chciał pomocy od diaspory żydowskiej. “Memoriał krymski” miał natomiast fatalne skutki dla jego autorów – w 1952 r. stał się głównym dowodem na “agenturalną działalność” działaczy Komitetu.

Niezadowolenie władz wywołała również aktywność Michoelsa w sprawie przejawów antysemityzmu na wyzwolonych terenach ZSRR, głównie na Ukrainie i Krymie. Chodziło o politykę kadrową władz oraz sprawę mieszkań. We wrześniu 1945 r. w Kijowie pracownik ministerstwa bezpieczeństwa Ukraińskiej SRR Josif Rozensztejn zastrzelił dwóch pijanych czerwonoarmistów, którzy wcześniej go pobili. Jeden z żołnierzy usiłował odzyskać mieszkanie, które jego matka zasiedliła po ewakuowanych na początku wojny mieszkańcach narodowości żydowskiej. Złość wyładował na przypadkowej osobie “o fizjonomii Żyda”.

Zajścia wywołały oburzenie wielu osób narodowości żydowskiej. W piśmie do Stalina i Berii kilku byłych żołnierzy frontowych oskarżyło miejscowe władze partyjne o wzniecanie nastrojów antysemickich i realizację polityki usuwania osób narodowości żydowskiej z urzędów. Ówczesny I sekretarz partii na Ukrainie Nikita Chruszczow tłumaczył się, że nie jest nacjonalistą ukraińskim i nie realizuje antysemickiej polityki. Stalin mu nie uwierzył. W marcu 1947 r. szefem komunistów ukraińskich został Łazar Kaganowicz, który pełnił tę funkcję w czasie Wielkiego Głodu. Teraz miał zająć się nie tylko walką z burżuazyjnymi nacjonalistami ukraińskimi, lecz również żydowskimi.

Żydzi ojczyznę już mają

W listopadzie 1946 r. z wnioskiem o likwidację Komitetu wystąpił sekretarz KC Michaił Susłow odpowiadający wówczas za politykę zagraniczną. “Komitet – pisał – nosi charakter nacjonalistyczny i syjonistyczny, obiektywnie przyczyniając się do wzmocnienia reakcyjnego burżuazyjno-nacjonalistycznego ruchu żydowskiego za granicą oraz do podgrzewania nastrojów nacjonalistycznych i syjonistycznych wśród części ludności żydowskiej w ZSRR”. Ponadto “bez zezwolenia przywłaszcza sobie niewłaściwą mu funkcję pełnomocnika do spraw ludności żydowskiej”.

Komitet jeszcze ocalał – dzięki Bencjonowi Goldbergowi, zięciowi pisarza Szolema Alejchema i agentowi służb sowieckich w USA. Goldberg wskazywał na szczególną wartość “strategicznej pozycji Żydów w sferze opinii międzynarodowej w całym świecie” dla obrony interesów ZSRR w rozpoczynającej się zimnej wojnie. Ceną miało być poparcie ZSRR dla powstania Izraela.

Stalinowi projekt się spodobał.

16 listopada 1947 r. ambasador Andriej Gromyko wygłosił w ONZ “syjonistyczne” – jak je nazwano – przemówienie. Potem ZSRR podpisał porozumienie z żydowskim ruchem niepodległościowym w sprawie dostaw sprzętu wojskowego. Umówiono się również co do pomocy Kremla w kwestii emigracji do Palestyny ponad 700 tys. Żydów mieszkających w “krajach demokracji ludowej”. ZSRR jako pierwszy uznał też niepodległość Izraela proklamowaną 18 maja 1948 r.

Wśród Żydów sowieckich powstanie Izraela wywołało euforię. Młodzież i wojskowi zgłaszali chęć wyjazdu do Palestyny, by walczyć przeciwko koalicji państw arabskich. Wybuch uczuć narodowych towarzyszył przyjazdowi Goldy Meir – pierwszego ambasadora Izraela w ZSRR. W tej eksplozji uczestniczyły nawet żydowskie żony najwierniejszych palatynów Stalina. Żona marszałka Klimenta Woroszyłowa, Jekatierina Dawidowna (Golda Gorbman) zdumiała bliskich oświadczeniem: “W końcu i my mamy ojczyznę”. W przypadające na początek października święto Rosz Haszana (Nowy Rok) i Jom Kipur (Dnia Ostatecznego) znowu zebrały się tłumy wokół synagogi chorałowej. Przybyła również Golda Meir. Ze szczególnym entuzjazmem przyjęto tradycyjne słowa rabina: “W następnym roku w Jerozolimie”.

Icek Fefer powiedział wtedy żonie: “Tego nam nigdy nie darują”.

Stalin szybko się rozczarował efektami swojej polityki żydowskiej.

W pierwszych wyborach parlamentarnych komuniści izraelscy zdobyli tylko cztery mandaty, zaś prosowiecka partia Mapam – 19. Żadna nie weszła do koalicji rządowej. Nowy rząd zaś z całą mocą postawił problem emigracji Żydów z ZSRR. Na to jednak nie było zgody Kremla. Z osobistego nakazu Stalina Erenburg zamieścił w “Prawdzie” artykuł z prostą w swoim cynizmie tezą: “Żydzi sowieccy mają już własną ojczyznę i nie potrzebują nowej”. Do ochłodzenia relacji izraelsko-sowieckich przyczyniła się również zmiana amerykańskiej polityki – Waszyngton udzieli Izraelowi 100 mln dol. pożyczki. Inwestycje amerykańskie w Izraelu zdecydowanie wyprzedziły napływ towarów i funduszy sowieckich.

Nie rzucicie nas na kolana

Uchwałę w sprawie likwidacji Komitetu politbiuro podjęło 20 listopada 1948 r., dopisując uwagę: “Na razie nikogo nie aresztować”. Stalin uznał, że czekiści nie zebrali wystarczających materiałów, by wykazać, że członkowie Komitetu i ludzie z nimi sympatyzujący byli “burżuazyjnymi nacjonalistami żydowskimi” i prowadzili działalność szpiegowską na rzecz USA.

Przełom przyniósł raport podpułkownika ministerstwa bezpieczeństwa państwa (MGB) Michaiła Riumina z lipca 1951 r., w którym oskarżył ministra bezpieczeństwa państwa Wiktora Abakumowa o przestępstwa przeciwko partii i państwu: miał tuszować sprawę “kontrrewolucyjnego Sojuszu Walki o Sprawę Rewolucji” – chodziło o grupę uczniów i studentów narodowości żydowskiej, dzieci osób represjonowanych podczas Wielkiego Terroru. Komisja, w której skład wchodzili m.in. Grigorij Malenkow i Beria, zarzuty potwierdziła. Abakumowa aresztowano. Riuminowi powierzono śledztwa o szczególnej wadze dla państwa.

Czystki w bezpiece przekształciły się w walkę ze “spiskiem syjonistycznym” w “organach” i prokuraturze. Na oskarżonych członkach Komitetu wymuszano zeznania potwierdzające zasadność owej tezy. Najwięcej “kompromatu” zebrano na Łozowskiego i Fefera. Główny zarzut wobec byłego szefowi Sowinforbiura dotyczył popierania idei utworzenia republiki żydowskiej na Krymie mającej stanowić “przyczółek” ekspansjonizmu amerykańskiego w basenie Morza Czarnego. Zbrodnia śmiertelna, “uprawdopodobniona” powstaniem w 1949 r. NATO i przyjęciem w jego poczet trzy lata później Grecji i Turcji.

Złamany Fefer odegrał rolę kluczowego świadka oskarżenia w rozprawie nad członkami Komitetu. Ostatecznie spośród 30 oskarżonych wyłączono grupę 15 osób, którym wyznaczono główne role “w sprawie przestępczej działalności ŻKAF”. Materiały obciążające zebrano na kolejnych 213 osób – w tym Erenburga – lecz Stalin nie zgodził się na ich areszt.

Proces rozpoczął się w maju 1952 r. Łozowski punkt po punkcie zbijał oskarżenie, prof. Szymielowicz – dyrektor znanej kliniki im. Botkina – mówił wprost o torturach, jakim został poddany. W konfrontacji z Feferem kilku oskarżonych osiągnęło sukces – wykazali, że kłamał. On sam w końcu odwołał większość swoich zeznań, przyznał się do współpracy z MGB, tłumacząc swoją rolę wykonywaniem poleceń resortu.

Przewodniczący składu sędziowskiego Aleksandr Czepcow, dostrzegając bezpodstawność oskarżenia, wystąpił do najwyższych instancji partyjnych o przeprowadzenie dodatkowego śledztwa. Od Mołotowa usłyszał: “Chcecie nas rzucić na kolana przed tymi przestępcami? Wyrok w tej sprawie zaakceptował naród, trzy razy tą sprawą zajmowało się politbiuro. Wykonujcie polecenia politbiura!”.

13 oskarżonych skazano na karę śmierci: Bergelsona, Fefera, poetę Dawida Hofsztejna, działacza związkowego Józefa Józefowicza, Kwitkę, Łozowskiego, Markisza, prof. Szymielowicza, publicystę Leona Talma, tłumaczkę Emilię Teumin, tłumaczkę Chaję Watenberg -Ostrowską, redaktora i cenzora Ilję Waltenberga, aktora i reżysera Wieniamina Zuskina. Wyroki wykonano 12 sierpnia 1952 r.

Agenci Mikołajczyka i syjoniści

Raporty ministerstwa bezpieczeństwa państwowego (MGB) na temat “spisku syjonistycznego” w otoczeniu rodziny Michoelsa lądowały na biurku Stalina od połowy 1946 r. Sam Michoels niebacznie próbował dotrzeć do Stalina z postulatami w sprawie ludności żydowskiej za pośrednictwem Izaaka Goldsztejna, znajomego rodziny drugiej żony Stalina Nadieżdy Alliłujewej. Dyktator nie znosił jednak, gdy rodzina mieszała się do polityki. Tym bardziej że w USA pojawiła się książka, w której opisywano szczegóły z życia familii dyktatora. Stalin połączył obie sprawy z wejściem nowych osób pochodzenia żydowskiego do jego rodziny. Jakow, syn z pierwszego małżeństwa, ożenił się z Żydówką z Odessy. Pierwszą zaś miłością córki Swietłany był filmowiec Aleksiej Kapler, a kiedy został zesłany, Swietłana wyszła za mąż za kolegę szkolnego Grigorija Morozowa. Stalin skomentował to słowami: “Powinna sobie wybrać Rosjanina”.

Pod koniec 1947 r. aresztowano obie siostry nieżyjącej już Nadieżdy Alliłujewej. A wraz z nimi Goldsztajna, który podczas śledztwa zeznał, że władzę w Komitecie Antyfaszystowskim “przejęli żydowscy burżuazyjni nacjonaliści”. Michoels do tego miał być amerykańskim szpiegiem i na zlecenie tamtejszej diaspory wykazywać “podwyższone zainteresowanie życiem osobistym głowy państwa sowieckiego”. Stalin kazał zabić Michoelsa tak, by to wyglądał na wypadek samochodowy.

Aresztowany po śmierci dyktatora szef specjalnego wydziału śledczego MGB Fiodor Szubniakow wspominał:

“Otrzymałem polecenie skontaktowania się z agentem [Gołubowem-Potapowem] i z jego pomocą [nakazano mi] wywieźć Michoelsa na daczę, gdzie powinien zostać zlikwidowany. Podczas kontaktu oświadczyłem agentowi, że istnieje konieczność spotkania się na stopie prywatnej z Michoelsem, i poprosiłem agenta o zorganizowanie tego spotkania. Agent zadanie to wypełnił, zapraszając Michoelsa do »mieszkającego w Mińsku osobistego przyjaciela «. Około godz. 21 ja i funkcjonariusz specsłużb Krygłow (jako kierowca) podjechaliśmy w umówione miejsce, gdzie zjawił się agent i Michoels, któremu zostałem przedstawiony przez agenta. Razem pojechaliśmy do mnie »do domu «, tzn. na daczę Canawy [szef białoruskiego MGB]. Na daczy zlikwidowaliśmy Michoelsa.

1. Po zameldowaniu tow. Ogolcowowi [zastępcy szefa MBP], że Michoels i agent zostali dostarczeni na daczę, on zawiadomił o tym przez telefon Abakumowa, który polecił przystąpić do likwidacji Michoelsa i agenta – mimowolnego i niebezpiecznego świadka śmierci Michoelsa.

2. W celu stworzenia wrażenia, że Michoels i agent wpadli pod samochód pijani, zmusiliśmy ich do wypicia szklanki wódki. Następnie pojedynczo (najpierw agent, a potem Michoels) zostali uśmierceni – zmiażdżeni ciężarówką.

3. Upewniwszy się, że Michoels i agent są martwi, nasza grupa wywiozła ich ciała do miasta i wyrzuciła na drogę jednej z ulic położonych w pobliżu hotelu. Przy czym ich trupy ułożone zostały w ten sposób, aby powstało wrażenie, że Michoels i agent zostali potrąceni przez samochód, który przejechał po nich przednimi i tylnymi zestawami kół”.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com