Archives

Pogrom kielecki i egzekucje nazistów

W słoneczny czwartek

Marcin Zaremba

[Artykuł został opublikowany w POLITYCE w lipcu 2011 r.]


4 lipca 1946 r. byłby zwyczajnym dniem, gdyby nie kielecki pogrom Żydów i publiczne egzekucje nazistów w Gdańsku.

Gdańsk, publiczna egzekucja zbrodniarzy z KL Stutthof.

Gdańsk, publiczna egzekucja zbrodniarzy z KL Stutthof.

Lipiec 65 lat temu był wyjątkowo upalny. W każdą niedzielę brzegi Wisły w Warszawie były – jak donosiły gazety – „oblepione tysiącznymi rzeszami plażowiczów”. Zaczęła się susza w Europie Wschodniej: w jej następstwie z głodu i chorób zmarło ponad milion mieszkańców Związku Radzieckiego, a w Polsce panowała plaga myszy i szczurów; wyżerały wszystko. Już we wrześniu 1945 r. radomsko-kielecki „Dziennik Powszechny” ostrzegał: „Jeżeli plaga szczurów nie będzie zahamowana, to należy spodziewać się przykrych meldunków o pogryzieniu przez szczury niemowląt i dzieci”.

Był czwartek. W Polskim Radiu audycję rozpoczynała „Gimnastyka poranna” o 6.25; fitness ani odchudzanie się nie były jeszcze w modzie. Zresztą odchudzać się nie bardzo byłoby z czego. Od lutego 1946 r. obowiązywało ograniczenie w handlu mięsem. Wprowadzono zakaz sprzedaży oraz podawania go w stołówkach i restauracjach we wtorki, środy i czwartki. W związku z niedoborem mąki pszennej odgórnie wprowadzono też „dni bezciastkowe”. W okolicach Kielc i Kozienic wysłannicy UNRRA (United Nations Relief and Rehabilitation Administration, Organizacji Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy) widzieli dzieci niosące garnuszki – dowód dokarmiania w szkołach, a także ludzi na granicy choroby głodowej: o charakterystycznej ziemistej cerze i nabrzmiałych twarzach.

Trumny z ofiarami pogromu kieleckiego.

Trumny z ofiarami pogromu kieleckiego.

O 7.35 dla szczęśliwych posiadaczy wyszabrowanych niemieckich telefunkenów zaczął się „Muzyczny poranek”. O 8.30 „Skrzynka poszukiwania rodzin”. Ludzie ciągle żyli nadzieją na odnalezienie bliskich. Dział ogłoszeń „Życia Warszawy” z 4 lipca: „Maria Jelska poszukuje Góral Marię, Teresę, Hannę, Stanisława zamieszkałych Puławska 94”; „O Żukowskim Ryszardzie porucz. proszą wiadomość rodzice”. Tego samego dnia ogłoszenie w „Rzeczpospolitej”: „Ktoby wiedział o losie Rodziny Baron: żony Chai z domu Selibowskiej wraz z synem oraz o rodzinie Kapłan, żony Racheli z domu Selibowska i dzieci zamieszkałych w Nieświeżu przy ul. Świeżańskiej 16”…

Na czołówkach gazet komentowano oficjalne wyniki referendum, które odbyło się 30 czerwca. Po cichu mówiono, że zostało sfałszowane. Dziś wiemy, że za głosowało nie więcej niż 26,9 proc. (tzn. odpowiedziało „tak” na wszystkie trzy pytania: w sprawie zniesienia Senatu, przeprowadzenia reformy rolnej i nacjonalizacji gospodarki, utrwalenia zachodniej granicy na Bałtyku, Odrze i Nysie Łużyckiej), a 73,1 proc. głosujących odpowiedziało „nie” przynajmniej na jedno pytanie. Ponieważ publicznie ogłoszono niemal dokładnie odwrotne wyniki (zdecydowana większość na „tak”), w komentarzach prasowych dominowała radość ze zwycięstwa. Tylko Kraków psuł atmosferę. Był jedynym miejscem w Polsce, gdzie podano do publicznej wiadomości prawdziwe rezultaty referendum. „Głos Ludu”, organ rządzącej PPR, w komentarzu pisał: „Reakcja okryła Kraków hańbą i śmiesznością”. Ideolog partyjny Roman Werfel zamieścił w gazecie artykuł zatytułowany „Duchowi »volksdeutsche« pod sztandarami PSL”. Polacy byli rozczarowani, niektórzy wściekli.

Już w mniejszym stopniu opinię publiczną bulwersowały nieznane losy Martina Bormanna, prawej ręki Hitlera, których kolejną wersję przynosiły gazety tego dnia. Tropem komentarzy mediów radzieckich prasa usiłowała zbagatelizować amerykańskie eksperymenty z bronią jądrową na atolu Bikini. Pierwszą próbę przeprowadzono tam 1 lipca. Amerykanie dysponują teraz taką bronią – mówiono nieoficjalnie w Polsce – przed którą Stalin będzie się musiał schować. Niektórzy nie kryli entuzjazmu. Po Polsce krążył wierszyk: „Truman, Truman, zrzuć ta bania, bo jest nie do wytrzymania”.

Szerzone były pogłoski o zaginięciach dzieci. Jeden z marcowych numerów „Dziennika Powszechnego” doniósł o krążących w Gnieźnie plotkach o kiełbasach z mięsa ludzkiego. We Włocławku 6 czerwca 1946 r. ktoś rozpuścił informację, jakoby konkurencja miała sprzedawać „mięso ludzkie Polaków”. Konkurencję stanowiła sieć sklepów osób pochodzenia żydowskiego. Trudno uwierzyć w przypadek, ale tego samego dnia rzekomo zaginęły we Włocławku dwie dziewczynki. Miasto obiegła plotka o tym, że Żydzi zabili dzieci. Zebrał się tłum. Zdwojone patrole milicji nie dopuściły do ekscesów. Wcześniej, bo 18 czerwca, w Częstochowie z glinianek przy ul. Kościelnej wyłowiono zwłoki 15-letniej Krystyny Woźniak. Pod zarzutem dokonania morderstwa aresztowano Chila Tepera, żydowskiego krawca, gdy kilka dziewczynek zeznało, że namawiał je do popełnienia czynów nierządnych, próbując przekupić słodyczami. Dokumenty ze śledztwa zawierają sprzeczne oceny, czy oskarżony był zboczeńcem, czy chorym umysłowo. Wiemy na pewno, że nie przyznał się do winy oraz że nie znaleziono przeciwko niemu żadnych dowodów.

Niepokój o dzieci wzmagała wysoka śmiertelność niemowląt, nieopanowana gruźlica (w jednej ze szkół w Kielcach jedna trzecia uczniów była nią zagrożona), liczne wypadki z niewypałami. Niewykluczone, że na psychozę wpływ miało również odbieranie przechowywanych z czasów okupacji żydowskich dzieci z rąk polskich rodzin przez odnalezionych żydowskich rodziców bądź opiekunów. Gdy nie przeżył nikt z rodziców bądź najbliższych krewnych, z pomocą przychodziły żydowskie organizacje. Jedna z nich, założona przez ruch syjonistyczny, nosiła nazwę Koordynacja. Jej emisariusze jeździli po kraju i wykupywali dzieci z polskich domów. Zdarzało się, że dochodziło do konfliktów. „Express Wieczorny”, który trafił do kiosków 4 lipca po południu, donosił o procesie między żydowską matką, która podrzuciła niemowlę w warszawskim sierocińcu w 1941 r., a polską rodziną, która je adoptowała. Kobieta przeżyła wojnę i po jej zakończeniu upomniała się o swoje dziecko. „Jednak przybrani rodzice kategorycznie odmówili temu żądaniu, uważając je po upływie sześciu lat za spóźnione, wobec niezgłaszania pretensji i niedawania znaku życia przez domniemaną matkę w ciągu tak długiego okresu czasu”. Choć artykuł nie mógł mieć wpływu na wydarzenia w Kielcach, dobrze pokazywał ówczesne dramaty i ten aspekt podskórnej wrogości wobec Żydów.

1 lipca 1946 r. nie wrócił do domu zamieszkały w Kielcach 9-letni Henryk Błaszczyk, syn Walentego, szewca. Nie informując nikogo, wyjechał do mieszkających na wsi znajomych. Rodzice rozpoczęli poszukiwania, rozlepili na murach trzy ogłoszenia oraz ogłosili w jednym z kościołów o zaginięciu syna. Po dwóch dniach chłopiec nieoczekiwanie powrócił. 3 lipca wieczorem ojciec pojawił się w komisariacie MO przy ul. Sienkiewicza, twierdząc, że chłopca przez trzy dni przetrzymywali Żydzi, jednak udało mu się zbiec. Poinstruował też syna: „Pamiętaj, synu, jakby się ktoś ciebie pytał, to powiesz, że byłeś u Żydów, siedziałeś w piwnicy i żydowskie dziecko cię uwolniło, otworzyło okno i cię uwolniło”.

Rano 4 lipca poszli razem do komisariatu MO. Stamtąd wraz z 14 (!) milicjantami udali się w stronę domu zamieszkanego przez kieleckich Żydów, przy ul. Planty 7/9, gdzie mieścił się Komitet Żydowski. Ponieważ po drodze milicjanci rozpowiadali, że idą szukać zamordowanych dzieci, zebrał się tłum. Rosło też podniecenie i agresja wśród zgromadzonych. Atmosferę podgrzewały opowieści, jakoby Żydzi „zamordowali polskie dzieci”.

Psychologiczna bariera dzieląca słowną agresję od fizycznego gwałtu pękła po przybyciu oddziałów Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i milicji. Żołnierze pierwsi wkroczyli do domu przy ul. Planty. Rozpoczęli pogrom, podczas którego nastąpił swoisty podział pracy. W domu rządzili wojskowi i milicjanci, którzy rabowali, sami też bili, strzelali do bezbronnych. Strzałem w plecy zabity został dr Seweryn Kahane, przewodniczący Komitetu Żydowskiego. Pozostałych mieszkańców wyprowadzali na zewnątrz budynku, gdzie panował już mieszany tłum, składający się, w nieznanych proporcjach, z cywilów i mundurowych. Niektóre ofiary, w tym również kobiety, wyrzucano z drugiego piętra na bruk. W ten sposób, w ciągu pół godziny zamordowano kilkanaście osób, wiele w sposób bestialski. Rannych dobijano czym popadło.

Kolejne oddziały wysłane, by spacyfikować tłum, albo mieszały się z nim, powiększając w ten sposób grupę gapiów, albo przyłączały się do napastników. Wyszkoleni w przemocy mundurowi nie tylko potrafili bić i zabijać, lecz także swoją postawą gwarantowali bezkarność. Choć rannych i zabitych okradano również na mieście, prawdziwa orgia rabowania odbywała się w budynku przy ul. Planty. Jeden funkcjonariusz MO zabrał marynarkę, inni sukienkę, buty, bieliznę, zegarek, pieniądze.

Okrzykiem „Żydzi pomordowali polskie dzieci” przez cały czas zagrzewano do bicia i zabijania. Fala pogromowa objęła swoim zasięgiem także dworzec kolejowy. Tam również mordowano w imię zemsty za rzekome rytualne morderstwo. Świadek tych wydarzeń zapamiętał: „Tłum był niesamowicie rozwścieczony i histerycznie wykrzykiwał »Żydzi pomordowali w piwnicach nasze niewinne polskie dzieci, a krew wzięli na mace«”.

Wygasający pogrom na nowo rozpaliło przybycie ok. 12.30 kilkuset robotników Huty Ludwików, uzbrojonych w kije, łomy i klucze francuskie. W tym momencie tłum mógł liczyć ok. 500 osób. Z relacji funkcjonariusza Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Kielcach: „Z chwilą przyjścia robotników z huty Ludwików rozpoczęło się na nowo mordowanie ludzi i rabowanie. Skutkiem tego zostało zabitych ok. 15 osób”. Po oddaniu kilku salw przez wojsko ok. godz. 14 udało się odepchnąć tłum od budynku. Rannych i zabitych odwieziono do szpitala miejskiego. Łącznie zginęły 42 osoby, w tym trzech Polaków.

Kielecka kamienica przy ul. Planty 7 - miejsce pogromu.

Kielecka kamienica przy ul. Planty 7 – miejsce pogromu.

Kilka dni po pogromie odbył się proces przed Najwyższym Sądem Wojskowym, który przyjechał do Kielc na sesję wyjazdową. 11 lipca ogłoszony został wyrok. 9 spośród 12 oskarżonych zostało skazanych na karę śmierci, a trzech pozostałych na odpowiednio 7 i 10 lat więzienia oraz dożywocie. Jeszcze przed ogłoszeniem wyroku przyjechał z Warszawy pluton egzekucyjny i 12 lipca wieczorem, po błyskawicznym rozpatrzeniu apelacji i odrzuceniu przez prezydenta Bieruta prośby o ułaskawienie, skazani zostali rozstrzelani. Nie było wśród nich żadnego z bezpośrednich sprawców pogromu. Władze wykorzystały pogrom w propagandzie politycznej i obarczały odpowiedzialnością antykomunistyczne podziemie.

Wróćmy jednak do popołudnia 4 lipca. „Zapał pogromowy – jak pisał później w „Kuźnicy” Stanisław Ossowski – sięgnął aż poza granice miasta”. Do położonego niedaleko od Kielc Piekoszowa dotarł pociągiem tego samego dnia. W „pociągu rozeszła się wiadomość, że w Kielcach zamordowali Żydzi 10 dzieci, przy tym krzyczano: wyrzucać z wagonów Żydów i mordować, gdyż w Kielcach mordują Żydów”.

Wieści przekazywano sobie również drogą telefoniczną, przede wszystkim poprzez alarmowe połączenia milicji. Inaczej nie można wytłumaczyć zbiegu w czasie wydarzeń z Kalisza, dokładnie tego samego 4 lipca. Możemy domniemywać, iż milicjanci, usłyszawszy od kolegów z Kielc, że biją tam Żydów, postanowili pójść ich śladem. Rozpuścili plotkę o zaginięciu chłopca. Jednak „dzięki spokojnej postawie tłumu i – jak pisali w sprawozdaniu z Kalisza wysłani tam instruktorzy PPR – dzięki perswazji statecznych obywateli, do ekscesów żadnych nie doszło”.

Przesłanką prowadzącą do wniosku o milicyjnym łańcuszku jest czystka, jaką post factum przeprowadzono w kaliskiej MO. Objęła ona aż 110 funkcjonariuszy posądzanych o antysemityzm, z których część została usunięta ze służby, część przesunięta na inne stanowiska.

Pogłoska o mordzie rytualnym szerzyła się w wielu regionach Polski, jednak wyjątkowe podniecenie ogarnęło mieszkańców województwa kieleckiego. Tam niebezpieczeństwo wybuchu pogromów było największe. Także w Ostrowcu Świętokrzyskim, do którego wiadomość o pogromie kieleckim dotarła już 4 lipca, nosicielami wieści byli milicjanci oraz nowe mieszczaństwo: restaurator i lodziarz. W Jędrzejowie na wieści z Kielc społeczność zareagowała histerycznie; „rozgoryczenie, rwetes, podniecenie, nerwowość, stan zapalny” – oceniał później jeden z raportów.

Tego samego 4 lipca inny spektakl śmierci czekał Gdańsk. Dzień wcześniej na pierwszej stronie „Dziennik Bałtycki” obwieścił, że następnego dnia o godz. 17 zostanie wykonany publicznie wyrok śmierci na zbrodniarzach z KL Stutthof. Wieszać miano 11 członków (w tym pięć kobiet) załogi obozu, w którym w czasie wojny zginęło ok. 65 tys. ludzi. Egzekucje zaplanowano na wzgórzu Stolzenberg (Wysoka Górka) w Gdańsku. W zakładach i instytucjach skrócono godziny pracy, niektóre przedsiębiorstwa same zorganizowały swoim pracownikom transport. Szacunki mówiące, że przybyło ok. 50 tys. osób, wydają się przesadzone, na pewno wśród widzów część stanowiły kobiety z dziećmi.

Początkowo panowała atmosfera pikniku. Także na wybrzeżu pogoda dopisała, sprzedawano piwo. Przed godz. 17 na miejsce stracenia wjechało 11 ciężarówek w otoczeniu konwojentów i katów, w tym jednej kobiety, przebranych w obozowe pasiaki z numerami. Tłum zaczął falować i huczeć. Technologię wieszania zaczerpnięto z Majdanka. Tam 23 grudnia 1944 r. odbyła się w Polsce pierwsza publiczna egzekucja niemieckich zbrodniarzy. Powieszono pięciu członków załogi obozu. Samochody ciężarowe, którymi przywiezieni zostali skazańcy, posłużyły za zapadnię.

Egzekucji w Majdanku przyglądało się kilkanaście tysięcy osób. Jedna z nich napisała później w prywatnym liście, że tłum chciał dokonać samosądu: „Dzień dobry drogi Semen! Wczoraj zakończył się sąd i powiesili 5 »fryców«, którzy byli kierownikami na Majdanku i zabijali ludzi. Wczoraj o 2-ej godzinie powiesili ich. Możesz sobie wyobrazić, co się tam działo. 10 tys. ludzi, krzyk, płacz ludzi, których rodziny zabito, po prostu wyrywano się do nich i chcieli rozszarpać ich na kawałki. Rozumie się [że] do tego nie dopuszczono”.

W Gdańsku również wykorzystano podesty ciężarówek jako zapadnie. Po przeczytaniu sentencji wyroku przez prokuratora na jego znak samochody ruszyły. „Tłum zafalował. Tu i ówdzie wyciągały się kobiece ręce: – za mężów, za dzieci” – relacjonował zdarzenie reporter „Dziennika Bałtyckiego”. Rozległy się też gwizdy. Żołnierze oddali serie strzałów w powietrze. Ze szczegółami egzekucję opisały m.in. „Ilustrowany Kurier Polski” i „Express Wieczorny”. W „Przekroju” ukazał się reportaż zdjęciowy. Gazety pominęły szczegół, że na powieszeniu widowisko się nie skończyło. Tłum rzucił się ściągać buty skazańcom, później odciął ich od szubienicy. Wierzono, że powróz z szyi wisielca przynosi szczęście.

10 dni później, 14 lipca 1946 r., w Poznaniu powieszony został namiestnik na Kraj Warty gauleiter NSDAP Arthur Greiser. Wczesna pora przewidzianej egzekucji spowodowała, że ludzie zarywali noc, by zająć dobre miejsce. Znów widowisku przyglądało się kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Podobnie jak w Gdańsku panowała atmosfera pikniku, sprzedawano lody i napoje. Również po tej egzekucji doszło do szamotaniny o kawałek wisielczego sznura. Była to ostatnia publiczna egzekucja niemieckiego zbrodniarza w Polsce.

Polityczne kulisy publicznego wieszania w Gdańsku i Poznaniu nie są znane. Tak ważne decyzje z pewnością konsultowano z ministrem sprawiedliwości oraz z kierownictwem PPR, najpewniej z Jakubem Bermanem. Czy władze chciały coś zyskać, na przykład odwrócić społeczną uwagę od bieżących napięć, przedstawić reżim jako wyraziciela ludowej zemsty? Możemy jedynie snuć przypuszczenia. Niewykluczone, że rodzimą modę na publiczne wieszanie wzmocniły doniesienia z zagranicy. W Pradze czeskiej w czerwcu 1946 r. w obecności widzów wykonano wyrok na hitlerowskim protektorze Czech i Moraw. Publiczne egzekucje niemieckich zbrodniarzy miały miejsce również w ZSRR. Podobnie jak inne patologie powojennego życia zbiorowego, również publiczne wieszanie należy uznać za wyraz zdziczenia szerzącego się w całej ówczesnej Europie.

W Polsce przeciwko publicznym egzekucjom zaprotestowali intelektualiści. Jan Kott (w „Przekroju”) w dążeniu do ukarania zbrodni widział moralną wartość. „Musimy umieć zdobywać się na słuszny gniew i na słuszną pogardę”. Wskazywał jednak na socjologiczne prawa ludowego widowiska rządzące publiczną egzekucją, jego komercjalizację i teatralizację. „Jestem przekonany – pisał – że wśród tysięcy ludzi, którzy patrzyli na egzekucję w Stutthofie [Gdańsku] większość przybyła po to, aby nasycić potrzebę okrucieństwa, którą musimy potępić, a nie uczucie zemsty, które możemy szanować”. W publicznej egzekucji dostrzegał także wpływ zbiorowych mistyk, tak charakterystycznych dla faszyzmu, grozę odwoływania się do irracjonalnych popędów. Nawoływał: „Ostrożnie z mistyką!”.

nadeslal: Vlady Rozenbaum

Kilkanaście dni później premier Edward Osóbka-Morawski w skierowanej do ministra sprawiedliwości notatce pisał: „Mam wątpliwości co do publicznych egzekucji, na które nawet podobno sprzedaje się bilety”. Już w kameralnych okolicznościach przebiegało wieszanie 13 września 1946 r. Amona Götha, szefa obozu w podkrakowskim Płaszowie, i w kwietniu 1947 r. Rudolfa Hössa, komendanta obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu.
Ówczesne zachowanie widzów mówi nam jednak coś o specyfice emocjonalnego klimatu powojnia: powszechnym przekonaniu o konieczności zemsty, wojennym obyciu z widokiem śmierci. Podczas okupacji na terenie Polski Niemcy przeprowadzili setki publicznych egzekucji. Rozstrzeliwali i wieszali, spędzali tłumy ludzi, żeby dobrze zapamiętali lekcję strachu. Wiele wskazuje na to, że Polacy wynieśli z tej lekcji także chęć odwetu.

4 lipca 1946 r. Polskie Radio o 16.55 nadało audycję „Kościuszko w Ameryce”. W ten sposób uczczono amerykański Dzień Niepodległości. O 20.00 był dziennik wieczorny, wątpliwe jednak, by podano informacje o pogromie w Kielcach, bardziej prawdopodobne, że zrelacjonowano publiczne wieszanie w Gdańsku. Nadawanie programu radiowego zakończono, jak zwykle, hymnem o północy.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Bohaterowie, hochsztaplerzy, opisywacze – historia ŻZW [1]

Bohaterowie, hochsztaplerzy, opisywacze – historia ŻZW [1]

Bohaterowie, hochsztaplerzy, opisywacze
Wokół Żydowskiego Związku Wojskowego

Dariusz Libionka, Laurence Weinbaum

Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów
Warszawa 2011
ISBN: 978-83-932202-8-1

Polacy nie mieli i nie mają monopolu na zniekształcanie historii ŻZW ani na konfabulacje. Między 1980 a 1999 r. ukazały w języku angielskim się trzy wspomnienia, których autorzy przyznawali się do członkostwa w jego szeregach. Nastąpiło to naturalnie w okresie, gdy mit „bractwa pierścienia” był na trwałe osadzony w literaturze historycznej. Nazwisk tych autorów nie znali Chaim i Chaja Lazarowie, którzy pracowicie gromadzili bazę danych dotyczącą ŻZW, żadne z nich nie pojawiło się na liście ocalałych członków ŻZW, opublikowanej w 1993 r. przez Chaję Lazar. Wszelako w dwóch przypadkach Lazarowie entuzjastycznie przyjęli cudowne odnalezienie nowych świadków i uczestników wydarzeń, zwłaszcza że ich opowieści przydawały wiarygodności ich własnych narracji.
(…) Zważywszy na to, co nam wiadomo o ŻZW, i to, co można ustalić jako fakt, do publikacji tych należy podejść z najwyższą ostrożnością.

z rozdziału
„Apokryfy żydowskie”


Powstanie w getcie warszawskim cieszy się autentycznym i niesłabnącym zainteresowaniem nie tylko w Polsce i Izraelu. Szczególne kontrowersje wzbudza niejasna i zafałszowana historia Żydowskiego Związku Wojskowego, drugiej obok Żydowskiej Organizacji Bojowej organizacji zbrojnej warszawskiego getta.

W książce czytelnik znajdzie nowatorskie ujęcie historii i mitu Żydowskiego Związku Wojskowego. W pierwszej części (Dekonstrukcja) autorzy pokazują, jakim manipulacjom podlegała przez dziesięciolecia historia powstania w getcie i samego ŻZW. Odsłanianie kolejnych zafałszowań i zniekształceń pozwoliło im nie tylko na obalenie rozlicznych mitów obecnych w literaturze przedmiotu, lecz także na uwidocznienie niebezpieczeństw wynikających z podporządkowania badań naukowych takiej czy innej polityce historycznej. Ujawniają przy tym zarazem fatalne skutki wybujałych ambicji osobistych. W drugiej części książki (Rekonstrukcja) autorzy podejmują próbę odtworzenia rzeczywistej działalności syjonistów rewizjonistów (Nowej Organizacji Syjonistycznej i organizacji młodzieżowej Betar) w okresie okupacji niemieckiej. Wykorzystując nieznane materiały zebrane w trakcie kwerend w archiwach polskich i izraelskich, przedstawiają nowe interpretacje dokumentów i relacji funkcjonujących w obiegu naukowym. Autorzy omawiają działalność rewizjonistów pod okupacją sowiecką w Wilnie i niemiecką w Warszawie w latach 1939–1941, by następnie naświetlić szeroki kontekst tworzenia zbrojnego oporu w getcie warszawskim i na tym tle ukazać relacje między ŻZW a ŻOB, kontakty rewizjonistów z polską konspiracją, epizody z powstania, a wreszcie losy pozostałych przy życiu członków ŻZW.

Obaj badacze przeprowadzają systematyczny, świetnie udokumentowany wywód dotyczący historii i legendy ŻZW oraz ludzi związanych z jej kreowaniem, począwszy od końca lat czterdziestych XX w. aż po dzień dzisiejszy.

Rozprawiwszy się z mitami i kłamstwami, które nawarstwiły się przez całe dziesięciolecia, autorzy przystępują do rekonstrukcji historycznej, czyli do odpowiedzi na pytanie, jakie były prawdziwe losy ŻZW.

Praca Libionki i Weinbauma z wielu względów jest książką wzorcową. Jeżeli chodzi o wnikliwość i celność argumentacji, o niesłychanie staranną i umiejętnie przeprowadzoną analizę mało znanych i nieznanych źródeł, praca ta może służyć za model solidnej pracy historyka i powinna stać się lekturą obowiązkową dla młodych adeptów historii.

z recenzji prof. Jana Grabowskiego


Publikacja zrealizowana przy udziale środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego
w ramach programu operacyjnego “Promocja czytelnictwa”, Priorytet 2 „Literatura i czytelnictwo”
zarządzanego przez Instytut Książki
Funduszu Michaela H. Traisona dla Polski oraz Sama Salcmana, Melbourne, Australia


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Książka Naród Nie Wybrany

Książka Naród Nie Wybrany

Paulina Celnik


“Paulina experience”

Pewnie zdążyliście się już zorientować, że należę do grupy ludzi, która bardziej niż miejscami, “Masadami”, “Ścianami Płaczu”, czy świętymi górami, fascynuje się ludźmi, postaciami. Ta ciekawość przywiodła mnie tu do Izraela. Stąd także pierwotna nazwa projektu brzmiała “Ludzie Izraela” sugerując, że nie będzie to projekt podróżniczy. Kiedy więc przyjechałam do Izraela prowadzić wywiady Sara (koleżanka z Tel Avivu) powiedziała, że MUSZĘ się spotkać z jedną taką Panią, co jest/była Polką (niepotrzebne skreślić) i teraz żyje w Izraelu i jest bardzo ciekawą osobą. No jak mus to mus:) Sprawdziłam w Google, któż to i oczywiście zadzwoniłam, umówiłam spotkanie. Obładowana kamerami, w pełnym lipcowym słońcu stoję, czekam na Placu Yitzaka Rabina w Tel Avivie. Nagle ktoś z daleka głośno krzyczy coś polsku. Odwracam się i moim oczom ukazuje się wielokolorowa, słoneczna, uśmiechnięta “od ucha do ucha” postać kobiety w czerwonej zwiewnej sukience, w butach na korkowym koturnie, w kapeluszu i mocno umalowanymi szminką ustami. Od pierwszej sekundy bezpośrednia i głośna. Wiedziałam, że takie wejście zwiastuje ciekawy ciąg dalszy. Od razu mówimy sobie na Ty – tak po izraelsku. Zaczynamy rozmawiać, przeskakujemy z tematu na temat. Rozmowa jest bardzo dynamiczna. Tak jakby trzeba było gnać, bo nie wiadomo czy starczy czasu pogadać o wszystkim. Czyli, to, co lubię! Wreszcie ktoś mówi i śmieje się głośniej niż ja…Jest między nami miłość od pierwszego wejrzenia. Znacie ten moment, kiedy następuję z drugą osobą ten przysłowiowy “klik”? To takie przyjemne uczucie! W jakiś magiczny sposób ja od razu ufam jej, ona ufa mi. Zaprasza mnie do siebie do domu. W drodze do taksówki przytrafia nam się syrena sygnalizująca lecącą w kierunku Tel Avivu rakietę. Paulina bez chwili zastanowienia chwyta mnie na rękę i ciągnie do schronu. U niej w domu rozmawiamy kilka dobrych godzin. Paulina niczym “polska matka” ugościła mnie obiadem, kolacją, trzema mrożonymi kawami i mnóstwem ciekawych opowieści.

Paulina jest z pochodzenia Polką, która w wraz z rodziną zdecydowała się wyjechać do Izraela w 1957 roku. Jest bardzo aktywną osobą. Ma humanistyczne wykształcenie, ale nie chodzi tu bynajmniej o preferencję słów nad liczbami. Paulina jest humanistką, bo w każdej napotkanej osobie widzi człowieka, widzi talenty, potencjał. To nie taka znowu popularna cecha. Pracuje jako wykładowca akademicki. Studenci ją uwielbiają z uwagi na jej energię, nieoficjalne podejście, szczerość i nie schodzący z twarzy uśmiech. Z tego, co się zdążyłam zorientować niemal całą swoją karierę zawodową poświęciła pracy na rzecz osób słabszych, wykluczonych, poszkodowanych. Taką ma naturę. Mówi, że jej ojciec zawsze uczył ją by, wstawiała się za słabszymi, że jeśli jest na jakimś polu silniejsza to jej obowiązkiem jest pomóc tej drugiej osobie stać się także silniejszą. Otacza troską, empatią i szacunkiem w sposób instynktowny, automatyczny.

Lubię “sponiewierać” książkę

Poza tym wszystkim, co już czyni Ją niezwykłym człowiekiem, Paulina jest socjologiem i pisarką. I jak to zwykle bywa przy takich spotkaniach zaprasza mnie do przeczytania swojej książki – “Naród (Nie) Wybrany”…Oczywiście mówię, że przeczytam, ale będę z Wami szczera… Mam taką przypadłość, że na rekomendacje czytelnicze reaguję alergicznie. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale jak ktoś mi mówi, że “powinnam” coś przeczytać, to z miejsca już wiem, że raczej mi się to nie przytrafi. Przekora? Pewnie tak. Ponad wszystko w życiu lubię mieć wybór. Lubię kiedy książka, którą wybieram coś we mnie porusza swoim tytułem, okładką, wybranym cytatem. Kiedy to ja jestem “panią wyboru”. Głupie podejście, ale już tak mam. Zazwyczaj mam specyficzną relację z książkami. Czasem czytam namiętnie przez kilka miesięcy, by potem nie ruszyć absolutnie żadnego tytułu. Znacie to uczucie, kiedy książka, którą kupiliście po kilku stronach Was rozczarowuje? Ja znam i bardzo tego nie lubię. Wybór książki, na którą mam zamiar wydać nawet 50 zł powinien być pewny, bo muszę je mieć na własność. Lubię po nich pisać, robić notatki, sprofanować, “zagiąć róg”. Mea Kulpa. Lubię książkę “sponiewierać”.

Ale ad rem… jaki to ma związek z Pauliną? Ano taki, że pokochałam Paulinę miłością wielką. Uwielbiam ją jako osobę. Pewnego Szabatu, który spędzałyśmy razem zapytałam, czy ma może jakieś polskie książki do poczytania z nadzieją, że sobie coś wybiorę. Na co Paulina wręczyła mi swoją – “Naród Nie Wybrany”, mówiąc, że to skandal, że jeszcze jej nie przeczytałam. No cóż…aż taka asertywna nie jestem i nie zamierzałam jej odmówić. Biorę książkę z “piętnem rekomendacją” i mówię sobie: czas na wyzwanie. I zrozumcie proszę, tu nie chodzi o to, że ja się bałam, że ta książka będzie słaba, czy nie wierzyłam w Paulinę jako pisarkę. Nie o to chodzi. Moje opieranie się rekomendacjom ma przyczynę głębszą, osobowościową i prawdopodobnie patologiczną zakorzenioną gdzieś w szkole podstawowej. Tak czy inaczej, wzięłam i jeszcze tego samego wieczoru zaczęłam czytać…

Co Ty być zrobił (-a) gdybyś się dziś dowiedział (-a) że jesteś Żydem?

Czytaj dalej tu: Książka Naród Nie Wybrany

 

 


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Izraelski Arab o arabskiej nadziei

Izraelski Arab o arabskiej nadziei

Georg Deek

Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska

Czytaj albo posłuchaj:


Stara nienawiść odrodziła się pod nowym pretekstem. Dlaczego ma to obchodzić nas, którzy nie jesteśmy Żydami? Bo, przyjaciele, prostą ale ewidentną prawdą jest, że wszyscy jesteśmy inni. W rzeczywistości bycie innym jest tym, co czyni z nas ludzi. Każda kultura i każda wiara jest unikatowa. I każdy z nas jest niezastąpiony. A Bliski Wschód, który nie ma miejsca dla Żydów, nie ma miejsca dla człowieczeństwa.

Dzień dobry. Honor i przyjemność być tu dzisiaj, z tak fantastycznymi ludźmi z “Stand With Us”. W dodatku wszyscy goście, którzy popierają wspaniałą robotę, jaką wykonują na kampusach tu, w Wielkiej Brytanii i w innych miejscach na świecie. Muszę jednak powiedzieć, że kiedy zaproszono mnie, bym przyszedł i mówił do was dzisiaj, nie byłem pewien, o czym mam mówić. Zawsze uważałem, że “Stand With Us” robi wspaniałą robotę, ale przed przyjściem tutaj dostałem pismo wyjaśniające dokładnie charakter waszej działalności tutaj, w Wielkiej Brytanii. Widziałem tu organizację, która wierzy, że edukacja jest drogą do pokoju. Która wierzy, że wiedza i fakty skorygują powszechne uprzedzenia. Organizację, która urządziła pięć konferencji edukacyjnych “Israel in focus”, w których udział wzięły setki przywódców studenckich: Żydów, chrześcijan i muzułmanów. Organizację, która prowadzi kampanie edukacyjne, przeciwstawiające się gradowi antyizraelskich opinii i aktywności, organizującą wiece, budującą koalicje na kampusach, wzmacniającą przyszłych przywódców proizraelskiej działalności.

Przyszedłem więc tutaj dzisiaj i zastanawiałem się, o czym powinienem mówić. Ta sala pełna jest wspaniałych ludzi, głęboko zaangażowanych w sprawy Izraela, które naprawdę znają.

Jaki więc może być mój wkład w tę wiedzę?

W końcu postanowiłem, że po prostu opowiem wam moją historię i podzielę się doświadczeniami w nadziei, że będzie to coś nowego i interesującego.

Sześć lat temu, kiedy jeszcze pracowałem jako prawnik, podjąłem decyzję, która zmieniła dość radykalnie moje życie. Złożyłem podanie o pracę w ministerstwie spraw zagranicznych.

Zostanie dyplomatą nie jest czymś normalnym w środowisku, z którego pochodzę. Nigdy nie spotkałem osobiście Izraelczyka, nie mówiąc już o Arabie, który byłby dyplomatą. Niektórym moim przyjaciołom bardzo to zaimponowało: tak moja decyzja, jak to, że zostałem przyjęty. Miałem żyć w różnych krajach, poznawać różne kultury. Spotykać się z ważnymi ludźmi i reprezentować mój kraj.

Inni jednak, uznali, że ta decyzja jest, łagodnie mówiąc, nieco niemądra. Jak jeden z nich powiedział kilka miesięcy temu mediom: “Albo on jest masochistą, albo nie rozumie rzeczywistości, w której żyje”.

Czytaj dalej tu: Izraelski Arab o arabskiej nadziei


Poniżej wideo tego wystąpienia (są polskie napisy)


 


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


W poszukiwaniu utraconego krajobrazu – film Leo Kantora

W poszukiwaniu utraconego krajobrazu – film Leo Kantora

Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce oraz Austriackie Forum Kultury zapraszają na: – projekcję filmu “W poszukiwaniu utraconego krajobrazu” oraz spotkanie z reżyserem filmu – Leo Kantorem, które poprowadzi Artur Hofman.

Spotkanie odbędzie się 25 marca (środa) o godz. 17.30 w Austriackim Forum Kultury przy ul. Próżnej 7/9

Wstęp wolny

“W poszukiwaniu utraconego krajobrazu” – To pierwszy film dokumentalny opowiadający o społeczności żydowskiej na Dolnym Śląsku. Z jej wspaniałymi postaciami: Edytą Stein, Ferdinadem Lassalle’em, czy noblista Max Born. Jest to historia społeczności żydowskiej w Breslau/Wrocławiu i na Dolnym Śląsku. Opowieść o ich życiu, nadziejach, rozterkach, a po 1968 roku ostatecznej emigracji, opowiedziana z perspektywy naocznego świadka powojennych czasów, który wychował się w Strzegomiu, małym miasteczku nieopodal Wrocławia.

“Leo Kantor opisuje w filmie historie swoją i ludzi uratowanych z Zagłady i ich przeżycia, to co o nich pokazał można potraktować w kategorii cudu”. Tamara Włodarczyk, Uniwersytet Wrocławski

“Jest to bez wątpienia perła dokumentu”. Artysta obrazu Zbigniew Rybczyński, Laureat Oscara 1983

“Ten Film ma przypomnieć. Wszystko od a do zet i zrobiono to w piękny sposób” Paweł Smoleński, Gazeta Wyborcza.

Leo Kantor – slawista, publicysta żydowskiego pochodzenia (ur. 1940), ocalały z Holokaustu. Usunięty po Marcu ’68 z pracy w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Opolu i zmuszony do opuszczenia Polski. Od 1990 roku szef Międzynarodowego Forum Kultury w Szwecji, od 1999 dyrektor Międzynarodowego Festiwalu Filmów Dokumentalnych “Człowiek w świecie”. W latach 1995-2005 członek Szwedzkiej Rządowej Rady ds. Równości Etnicznej. Od roku 2005 szef kolegium redakcyjnego polsko-szwedzkiego kwartalnika Suecia Polonia. W 2008 otrzymał Główną Nagrodę Federacji Artystów Szwedzkich za obronę praw człowieka i działania antyfaszystowskie.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com