Archives

Bruno Schulz: Geniusz z pejczem w teczce

Bruno Schulz: Geniusz z pejczem w teczce

Joanna Rolińska


Bruno Schulz: Geniusz z pejczem w teczce

Na grafikach zamieszczonych w przesyconej erotyzmem Xiędze Bałwochwalczej mężczyźni składają hołd kobietom. Pierwsze polskie wydanie ukazało się w 1988 roku.

Polski Chaplin czy maniakalny masochista, zagubiona pierdoła czy może geniusz wyprzedzający epokę? 70 lat temu zginął w Drohobyczu, autor dwóch książek i albumu z perwersyjnymi rysunkami.

Joanna Rolińska: Na jedynym z zachowanych warszawskich zdjęć Bruno Schulz ma uśmiechniętą twarz i przysłonięte rękami oczy. To słynna – inspirowana przez Witkacego – „Maskarada” z udziałem doktora Jana Kochanowskiego i pianisty Romana Jasińskiego. Fotografia powstała około 1937 roku, najprawdopodobniej w kamienicy przy ulicy Wiejskiej 11, w mieszkaniu zaprzyjaźnionego z Witkacym Kochanowskiego. Obecność Schulza na tym zdjęciu jest sensacją – uchodził przecież za człowieka towarzysko mało efektownego. Ale, jak wspominał sam Jasiński: „Przecie Witkacy potrafił i jego rozczmuchać”.

Wiesław Budzyński: To było czyste wariactwo uprawiane przez Witkacego. Tak jak uprawiał czystą formę, tak i czyste wariactwo. I on był sprawcą tych wygłupów. Proszę sobie wyobrazić, że oni mieli wtedy średnio po czterdzieści parę lat, a Witkacy był po pięćdziesiątce! Stare chłopy! Ale przecież było też w tym ich świecie coś, co wisiało w powietrzu, katastrofa jakaś… Proszę spojrzeć na to zdjęcie, przecież oni nas tutaj straszą tym, co ma nadejść… Schulz wygląda, jakby w ogóle nie chciał na ten świat patrzeć. Chociaż minę ma rozbawioną, a on rzadko przecież był uśmiechnięty…

J.R.: Czy można zaryzykować stwierdzenie, że Warszawa umiała wyzwolić w Schulzu, człowieku zakompleksionym i nietowarzyskim, chorobliwie nieśmiałym, inną, bardziej rozrywkową naturę?

W.B.: On do Warszawy przyjeżdżał jak doMekki. Zdawał sobie sprawę, że w Drohobyczu nikt się na tym, co on pisze i rysuje, do końca nie pozna. Chciał tu zaistnieć. Ale z drugiej strony poza Drohobyczem Schulz wszędzie czuł się obco. Przecież on nawet z Paryża, o którym całe życie marzył, uciekł po trzech tygodniach! Opowiadał później, że to rozpustne miasto. Był zszokowany. Każda metropolia go paraliżowała. W mojej książce „Schulz pod kluczem” przytaczam wspomnienie Hanny Mortkowicz-Olczakowej, która spacerowała raz z Schulzem i Gombrowiczem Szczyglą. Szczygla była ulicą ślepą i Schulz, znany ze swych licznych lęków, dostał tam strasznego ataku paniki. Poczuł się jak w potrzasku. Wedle Mortkowicz-Olczakowej dla Schulza, tego – jak go nazywa – „prowincjonalnego wizjonera”, Warszawa była równie obłąkana i niepojęta jak dla niej i jej podobnych mroczne ulice jego wizyjnego miasta.

J.R.: A jednak planował swój wymarzony roczny urlop spędzić właśnie w Warszawie.

W.B.: On tu miał przecież zamieszkać na stałe, to miało być jego drugie, po Drohobyczu, miasto. Razem z narzeczoną Józefiną Szelińską podjęli już decyzję o przeprowadzce. Ona przyjechała tu pierwsza, podjęła nudną pracę w GUS-ie i cały czas na niego czekała. Po latach w liście do Jerzego Ficowskiego wspominała: „Jeśli poprzednio zależało mi bardzo na wspólnym życiu w Warszawie, jeśli w tym celu podjęłam się straszliwie nudnej, zabójczej w swej nudzie pracy biurowej, to właśnie po to, by przyczynić się do materialnego ugruntowania naszego życia w Warszawie, co było łatwe i możliwe (…). Bruno przyjeżdżał dalej na święta, w roku 1936 przebywał dłużej, czując się jednak fatalnie, na co wpłynęła konieczność podjęcia decyzji przyjęcia pracy w Warszawie, decyzji, do której zawsze był w najgłębszych swoich pokładach negatywnie nastawiony, czując, że twórczość jego – ten jedyny sens jego życia – była nierozerwalnie związana z Drohobyczem”. Tyle Szelińska. Związek się oczywiście rozleciał, bo Schulz zwlekał z przeprowadzką, zwlekał z przejściem na katolicyzm itd. Wszelkie poważniejsze decyzje życiowe go paraliżowały.

J.R.: W świetle tego, co pan właśnie powiedział, jego wyprawa do Warszawy w 1933 r. zdaje się być wyczynem niemal brawurowym, szalonym. Przecież on tu jechał właściwie w ciemno, nikogo nie znając i licząc tylko zaledwie na szczęśliwy traf, na spotkanie z Nałkowską.

W.B.: Przyjechał pociągiem „Dancing, narty, bridge”, który kursował wtedy przez Drohobycz, i zatrzymał się przy Nowym Świecie 33 w pensjonacie należącym do rzeźbiarki Magdaleny Gross. To była Wielkanoc. Wiedział, że Grossówna przyjaźni się z Nałkowską. Jedna z ówczesnych mieszkanek pensjonatu malarka Alicja Giangrande wspominała po latach Schulza jako „małego, szarego, chaplinowatego człowieczka”, z którego razem z właścicielką podśmiewały się nieco: „Gra pan w bridge’a? A może pan jeździ na nartach lub tańczy?”. A on tłumaczył, że przywiózł książkę, którą właśnie skończył, i chciałby, żeby przeczytał ją ktoś, kto się na tym zna. Według Giangrande przyparł w końcu Grossównę do muru, mówiąc: „Mój los zależy od pani. Wiem, że pani przyjaźni się z Zofią Nałkowską i jeżeli pani ją o to poprosi, zgodzi się mnie przyjąć. Proszę, niech pani to zrobi i to od razu – mam tylko dzisiejsze popołudnie, wracam wieczorem tym samym pociągiem, więc nie mogę tracić czasu”. Jeszcze tego samego dnia po spotkaniu Nałkowska oddzwoniła, że jest to najbardziej sensacyjna rewelacja literacka, z jaką się zetknęła, i że już jutro zacznie omawiać warunki jej publikacji z wydawnictwem Rój. Nałkowska doprowadzi później nie tylko do wydania „Sklepów cynamonowych”. Stanie się Schulza protektorką, będzie prowadzić go nieomal za rękę, przeżywać jego powodzenia i kłopoty. Będzie się w nim podkochiwać.

J.R.: On też chyba miał do niej słabość.

Czytaj dalej tu: Bruno Schulz: Geniusz z pejczem w teczce


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


22 lipca – godz. 17.30 – Treny Jeremiasza na Umschlagplatz – zaproszenie

22 lipca – godz. 17.30 – Treny Jeremiasza na Umschlagplatz – zaproszenie

Szanowni Państwo, Drodzy Przyjaciele

Wielka Akcja Likwidacji Żydów uwięzionych w warszawskim getcie rozpoczęła 22 lipca 1942 roku.
W ciągu dwóch miesięcy wywieziono i zamordowano w obozie śmierci w Treblince ponad trzysta tysięcy osób.

W 73. rocznicę tych wydarzeń, w środę 22 lipca o godz. 17.30., dwa stowarzyszenia: „Dzieci Holocaustu” w Polsce oraz „Drugie Pokolenie-Potomkowie Ocalałych z Holokaustu” spotkają się po raz piąty na Umschlagplatz przy ul. Stawki w Warszawie gdzie Sławomir Holland odczyta Treny Jeremiasza.

O godz. 18.00 z ul. Stawki róg Dzikiej wyruszy Marsz Pamięci; więcej http://www.jhi.pl/blog/2015-06-30-marsz-pamieci-2015

Zapraszamy.

Zwracamy się jednocześnie z prośbą o rozpowszechnienie powyższej informacji poprzez mailing, umieszczenie na stronach internetowych, w newsletterach, czasopismach, tablicach ogłoszeń. Dziękujemy.

Zarząd Stowarzyszenia
Drugie Pokolenie –
Potomkowie Ocalałych z Holokaustu
drugiepokolenie.org.pl


Dear Sirs, Dear Friends,

The Big Action of the liquidation of Jews imprisoned in the Warsaw Ghetto begun on July 22, 1942. During the next two months more than three hundred thousand people were
forced into trains and transported to Treblinka’s gas chambers.

73 years, later on July 22, 2015
(Wednesday) at 5.30 PM two organisations: “The Children of the Holocaust in Poland” and “The Second Generation – The Descendants of Survivors” will meet together for the fifth time at the Umschlagplatz at Stawki Street in Warsaw to listen to Lamentations of Jeremiah read by Sławomir Holland.
A silent march in memory of those who perished in the Shoah will start at 6 PM from the corner of Stawki St. and Dzika St., for more information see http://www.jhi.pl/blog/2015-06-30-marsz-pamieci-2015

All citizens of Warsaw are invited to take part in these two events.

Please help us to spread this information by publishing this announcement via emails, web sites, newsletters, papers, billboards etc

The Board of The Second Generation
The Descendants of Survivors
drugiepokolenie.org.pl


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


The Peretzniks

The Peretzniks

This touching documentary from New York-based, Polish-Jewish filmmaker Slawomir Grünberg (Saved By Deportation, The Legacy of Jedwabne) tells the story of a celebrated Jewish day school in Lodz.
Established after the war to try and resurrect Jewish life in Poland, the school closed in 1968 when an anti-Semitic campaign led to a wave of emigration that scattered pupils and their families around the world.
Grünberg gathers the diaspora of its alumni – among them, Daniel Libeskind, the distinguished architect of Berlin’s celebrated Jewish Museum – to create an unforgettable view of Jewish life in Poland.

The Festival of Jewish Cinema in Australia

The Peretzniks

The events of March ’68 are still somewhat obscure in Poland. The political background is known, as are the film archives, and press coverage. However, little is known about how it was to grow up in Poland of the sixties as a Polish Jew, or as a Pole of Jewish origin. How it was to be a kid in the heart of a country still recovering from a horrific war, in a family severed by the Holocaust, and then to come of age and experience first loves at the outbreak of the disturbing March events. The experience of the ‘Peretz School’ pupils in Lodz in some way reflects the experience of the Jewish minority in Poland in the 50 and 60 of the previous century. It is the experience of adolescents nevertheless, who were much more interested in the Beatles than they were in politics. It was the latter, however, which caused for most of them to scatter all over the world, creating a peculiar phenomenon of a Polish-Jewish Diaspora integrated today in so many countries’ identities.

The Peretz graduates’ experience shows that though they were made to leave Poland, they never quite said goodbye, not quite to Poland and certainly not to old friendships. The emotions they show are not nostalgia, but rather a real part of their lives. This documentary is not another film about immigration. Nor is it a film about nostalgia for school years. “That school was our entire life” – one of the characters in the film says. “It wasn’t just a school… it was a way of life” – says another. The Peretz school created a peculiar microcosm, where one could have a sense of security, but – most importantly – a sense of community. It was a common experience of the ‘Peretzniks’ that they were born in families affected by the Holocaust. For most, this meant not having any grandparents, or aunts or uncles, and often not having any siblings. The school was in some sense an extended foster family and an oasis, where our characters could feel like ‘normal’ kids.

This film tells the story of an exceptional family, which the ‘Peretzniks’ created for themselves in the heart of post-war Lodz, and which became perhaps even stronger because history made every effort to break it apart. ‘The Peretzniks’ is the first documentary, which addresses the complexities of Jewish existence in post-war Poland under the Communist regime.

“To our parents and teachers, and to the memory of our lives in Lodz” The Peretzniks

 

Perecowicze

Wydarzenia marcowe 68 roku nadal sa w Polsce malo znane. Znamy kulisy polityczne, widzielismy kroniki filmowe, czytalismy artykuly prasowe. Znamy nawet fragmenty opowiesci o wyjazdach, o pozegnaniach. Malo jednak wiemy o tym jak to bylo dorastac w Polsce lat 60 jako polski Zyd, czy jako Polak z zydowskim pochodzeniem. Jak to bylo zyc jako dziecko w sercu kraju powstajacego na nogi po najstraszniejszej wojnie, w rodzinie zdziesiatkowanej przez Holokaust, a nastepnie dojrzewac i przezywac pierwsze milosci w przededniu marcowej zawieruchy. Doswiadczenia uczniow Szkoly Pereca w Lodzi w pewnym sensie odzwierciedlaja doswiadczenie mniejszosci zydowskiej w Polsce w latach 50 i 60 ubieglego wieku, zachowujac jednoczesnie perspektywe ludzi mlodych, ktorzy bardziej interesowali sie Beatles’ami niz Gomulka. A jednak to ten ostatni wlasnie przyczynil sie do tego, ze ogromna wiekszosc z nich rozpierzchla sie po calym swiecie, tworzac fenomen specyficznej polsko-zydowskiej diaspory wplecionej do dzis w tozsamosci tylu krajow.

Doswiadczenie Perecowiczow pokazuje nam, ze pomimo tego, ze wyjechali z Polski, nie rozstali sie do konca ani z nia ani z dawnymi przyjazniami. I te emocje, ktore pokazuja to nie nostalgia, a rzeczywista czesc ich zycia. Film ten nie jest kolejnym filmem o emigracji. Nie jest takze filmem o nostalgii do szkoly. “Szkola to bylo cale nasze zycie” – mowi jedna z bohaterek filmu. “To nie byla tylko szkola. to byl sposob zycia” – dodaje kolejny bohater. Szkola tworzyla pewien mikrokosmos, ktory dawal poczucie bezpieczenstwa, a przede wszystkim poczucie wspolnoty. Wspolnym doswiadczeniem wiekszosci Perecowiczow bylo to, wszyscy urodzili sie w rodzinach dotknietych przez Holokaust. U wiekszosci oznaczalo to, ze nie mieli dziadkow, ze czesto nie mieli cioc, ani wujkow, rzadko tez mieli rodzenstwo. Szkola byla wiec w pewnym sensie rodzina zastepcza i oaza, gdzie czuli, ze moga byc soba, gdzie mogli czuc sie jak ‘normalne’ polskie dzieciaki.

Ten film opowiada wiec o niezwyklej rodzinie, ktora stworzyli dla siebie Perecowicze w sercu powojennej Lodzi, i ktora stala sie jeszcze silniejsza przez to, ze historia probowala ja rozbic. ‘Perecowicze’ to pierwszy dokument, ktory opowiada o zydowskiej egzystencji w powojennej Polsce w czasach komunistycznego rezimu.

“Naszym rodzicom, nauczycielom i pamieci naszego zycia w Lodzi” Perecowicze


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


The Krakow Yiddish Theatre Postcards – a Crowdsourcing Experiment

The Krakow Yiddish Theatre Postcards – a Crowdsourcing Experiment

David Mazower


Chaim Yoyel Interjects with a Kiss

Chaim Yoyel Interjects with a Kiss

Think of the pulsating energy of Motown’s dawn in Detroit. Or the soaring sounds of early jazz in New Orleans. And now imagine if all that remained of those transformative moments in American music history were a few faded black and white photographs and some scratchy 78 discs.

That’s the reality Yiddish theatre historians face as we try to reconstruct the early decades of our subject. For Detroit and New Orleans, substitute Lemberg, Czernowitz, Kishinev, and Odessa. As the sparks of early Yiddish vaudeville and operetta spread like wildfire across the Jewish world, these centers gained similarly storied reputations in the Yiddish-speaking world. And, as regional powerhouses and wellsprings of new performing talent whose stars frequently moved on to bigger cities and bigger stages, they played a similar role to their American counterparts.

The province of Galicia in the Austro-Hungarian empire contained some of the most intensely Jewish towns and cities in the whole of Europe. In places like Lemberg, Czernowitz, Brody, Tarnopol, Przemysl, and Krakow, the proportion of Jewish residents in the late nineteenth century ranged from 30% to 75%. (Today the region is divided between Poland and Ukraine with different versions of place names in both languages).

No surprise then that Yiddish entertainers emerged from these towns in their hundreds from the 1870s onwards, often from poor and deeply orthodox families. These actors, singers and musicians were a new breed: earthy, quick-witted and khutspedik (cheeky, self-confident). They parlayed precocious talents as mimics and synagogue choristers into careers that often began by leaving home in their early teens. Their stages included courtyards, taverns, outdoor wine gardens, cafes, improvised theatres in fire stations, and local clubs.

What evidence remains of this incubatory moment in Jewish entertainment history?

The short answer is almost nothing. Few performers or local impresarios could afford to hire a photographer to take onstage publicity shots. So all we have are actors’ memoirs, some old 78s of Yiddish music theatre songs (mostly recorded by actors from Gimpel’s Yiddish theatre in Lemberg) and the occasional tattered song-sheet.

Read more: The Krakow Yiddish Theatre Postcards


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com