Archives

Co powstanie na miekscu synagogi na warszawskiej Pradze?

Co powstanie w miejscu synagogi na warszawskiej Pradze?

Adrianna Adamik

Źródło: Gazeta Wyborcza – Warszawa


Miejsce po synagodze praskiej (foto: Maciej Zdziech)

Na działkę u zbiegu ulic Kłopotowskiego i Jagiellońskiej wjechały koparki. Czy usuną pozostałości po XIX-wiecznej synagodze? Była to jedna z nielicznych synagog wzniesionych na planie koła.

Choć została uszkodzona, przetrwała wojnę. Pod koniec lat 50. decyzją władz została rozebrana. Pozostało po niej ogrodzenie z żelaznymi przęsłami oraz fundamenty pod ziemią. Z gruzów synagogi usypano górkę saneczkową, a na działce urządzono plac zabaw.

W 2002 r. narodził się pomysł rekonstrukcji synagogi. Za jej odtworzeniem opowiedzieli się historycy, varsavianiści i badacze architektury. Według planu zagospodarowania Pragi z 2010 r., na działce miała pojawić się zabudowa mieszkalna. Po sprzeciwie społeczników i radnych Pragi-Północ zmieniono zapis i działkę przeznaczono na cele kulturalno- oświatowe. Dopuszczono plany rekonstrukcji synagogi i renowacji zabytkowego ogrodzenia. Plan utknął jednak w martwym punkcie – nie znaleziono funduszy oraz nowej lokalizacji dla placu zabaw.

Barbara Dżugaj – rzeczniczka Urzędu Dzielnicy Praga-Północ, mówi, że w tej chwili nie planów odtwarzania synagogi. Poinformowała również, że plac zabaw jest modernizowany, a zabytkowe ogrodzenie rozebrano zgodnie z wytycznymi konserwatora zabytków. Po renowacji wróci na swoje miejsce. Twierdzi, że koparki nie uszkodzą pozostałości po synagodze. Społecznicy są jednak zaniepokojeni. Na placu już piętrzy się stos wydobytych cegieł. Konserwatorzy nie mogą interweniować – fundamenty nie są objęte ochroną.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Żyd, odwieczny wróg Polaka

Żyd, odwieczny wróg Polaka

Rafał Kalukin


Fragment plakatu antysemickiego z czasów wojny polsko-bolszewickiej

Współczesny polski antysemityzm nie potrzebuje Żydów. Nienawiść najlepiej rośnie, gdy karmi się sama sobą.

Antysemityzm nie urodził się nad Wisłą, choć pierwotne uprzedzenia przyszły do nas wraz z chrześcijaństwem. Jednak Żydzi prześladowani na zachodzie Europy wybrali właśnie Polskę na schronienie.

Scenariusze pogromów przyszły potem ze Wschodu, przećwiczone w carskiej Rosji. Towarzyszyły im teorie o żydowskim spisku, zawarte w spreparowanych przez ochranę „Protokołach mędrców Syjonu”. Rasistowskich teorii o wyższości rasy aryjskiej dostarczyli pruscy i austro-węgierscy ideologowie. To wkład Zachodu.

To wszystko zmieszało się w Polsce, by stworzyć polski antysemityzm. Antysemityzm, o który jesteśmy gotowi spierać się do upadłego, ale którego przez lata nikt wyczerpująco nie próbował opisać. Dopiero co wydane, monumentalne, ponad 800-stronicowe dzieło Aliny Całej „Żyd – wróg odwieczny? Antysemityzm w Polsce i jego źródła” wypełnia tę lukę. W sposób pasjonujący, ale chwilami budzący 
wątpliwości.

Polskość jako nieżydowskość
Dla pierwszych polskich ideologów nacjonalizmu asymilujący się Żyd wtopiony w narodową wspólnotę stanowi śmiertelne zagrożenie. „Milszy nam ciemny ortodoks żyd, aniżeli cywilizowane zero, bo pierwszy wierzy w coś, jest czymś, a drugi nie daje żadnej gwarancyi. Dla geszeftu sprzeda, przeszachruje wszystko, gdyż jest zwolennikiem bezwzględnego, podłego utylitaryzmu” – pisał pod koniec 
XIX wieku autor „Roli”, pierwszego na polskich ziemiach periodyku otwarcie 
antysemickiego.

W Boże Narodzenie 1881 r. dochodzi w Warszawie do pierwszego pogromu na ziemiach polskich. Zaczęło się od 
plotki, że w kościele św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu grasuje żydowski kieszonkowiec.

Okrzepnięcie rasistowskiego antysemityzmu nadejdzie wraz z Narodową Demokracją. Pisze autorka „Żyda – wroga odwiecznego”: „Polskość zaczęła być definiowana w kategoriach negatywnych – w tym jako przeciwieństwo »żydowskości« i bez tego przeciwieństwa nie mogła się już obejść. Gdyby ówczesnym Polakom zabrać Żydów, wielu z nich przestałoby wiedzieć, kim naprawdę są. (…) Patriotyzm coraz powszechniej wyrażał się nie tyle w dumie narodowej, ile we wrogości do innych, a praca organiczna, dawniej ukierunkowana na rozwiązywanie problemów społecznych, przez endeków została przekierowana na zwalczanie innych 
narodowości”.

O uskrajnienie antysemityzmu autorka oskarża Romana Dmowskiego, dowodzącego, iż Żydzi zagrażają Polakom już nie ze względu na spiski, a całym swoim istnieniem. „Pozwoliło to skupić się na propagowaniu nienawiści, której cel był dość mglisty” – pisze Alina Cała.

Owa nienawiść, stopniowo narastająca, obudowywana kolejnymi wątkami, splatająca się co rusz ze starymi kliszami ludowego antysemityzmu, prowadziła do tragedii – Jedwabnego, polskiej obojętności na Zagładę, pogromu kieleckiego. 
Na gruncie tej nienawiści polscy komuniści szukali społecznej legitymizacji, co skończyło się Marcem ’68.

Według Aliny Całej ta nienawiść jest nadal obecna we współczesnej Polsce. A to, że Żydów pozostało nad Wisłą niewielu, nie ma większego znaczenia. „Antysemityzm jest zamkniętym konstruktem, żywi się sam sobą” – pisze.

Pan Jezus był Polakiem
Jeszcze jako studentka etnografii Alina Cała ruszyła w 1975 r. na polską prowincję, by szukać śladów kultury żydowskiej.

– Chciałam napisać pracę magisterską o Żydach, ale nie miałam sprecyzowanego tematu – wspomina. – To była materia nieopisana, kultura żydowska już nie istniała. Wymyśliłam sobie, że pojadę w teren porozmawiać z chłopami pamiętającymi żydowskich sąsiadów. To, co od nich usłyszałam, przeszło moje oczekiwania.

Efektem tych wypraw (ostatnia miała miejsce w 1984 r.) była książeczka „Wizerunek Żyda w polskiej kulturze ludowej”. Pionierska, utrwalająca podane z pierwszej ręki przez odchodzące pokolenie relacje o polsko-żydowskim sąsiedztwie. To fascynujący zbiór ludowych mitów, stereotypów, wyobrażeń. Świadectwo zmagań polskiego chłopa z lękiem przed obcym, ale zaprawionym ciekawością wobec innej kultury i podziwem dla jej żywotności. Postawa antysemicka jest w tych relacjach wszechobecna, choć jest to antysemityzm bez rasowej nienawiści.

Niektóre relacje budzą grozę: „Przed wojną to oni się panoszyli. Panami byli. Jak policjant polski zabił dwuletnie dziecko u nas, to dopiero krzyku narobili! Po sądach go ciągali, aż go skazali na długie więzienie”.

Inne – zażenowanie: „W jednym mieście Żydzi złapali dwie dziewczynki i zamknęli je w piwnicy, chcieli potem uzyskać krew do macy, do swojego szczęścia. Ale Polacy dobijali się do drzwi i Żydzi musieli dziewczynki wypuścić. Żydzi mieli urządzenie do wytaczania krwi: beczka z gwoździami. W środku beczki znajdował się człowiek. Jak beczka turlała się po ulicy, to gwoździe kłuły ofiarę i otrzymywano krew”.

Kolejne rozczulają. Alina Cała zarejestrowała taką rozmowę w podprzemyskiej wsi wydobywającą cały paradoks napięcia pomiędzy Polakiem katolikiem a starotestamentowym innowiercą:
– Ale Pan Jezus też był Żydem.
– No tak, ale przecież dał się ochrzcić!
– I przechrzcił się? Czyli był Polakiem, tak?

W relacjach zebranych wówczas przez Alinę Całą można odnaleźć zapowiedź późniejszych gorących debat. Jest wspomnienie mordów na Żydach ocalałych z Holokaustu, jest nawet wzmianka o poszukiwaczach żydowskiego złota rozkopujących teren po obozie zagłady 
w Sobiborze.

Antysemici realni i „tolerujący”
Od tamtych czasów minęła cała epoka, a książki Jana Tomasza Grossa przewartościowały myślenie o stosunkach polsko-
-żydowskich, przy okazji radykalizując dyskurs i wyostrzając ostrość tez. W „Żydzie – wrogu odwiecznym” ten trend jest wyraźny.

Opowieść o współczesnym antysemityzmie Alina Cała zaczyna od wspomnienia marcowych pogrobowców, którzy 
w 1981 r. organizują się w inspirowanym przez SB Zjednoczeniu Patriotycznym Grunwald. Z tego środowiska wyjdzie grono żydożerców zapełniających antysemickie pisemka, które rozplenią się po 1989 r. Ludzie z Grunwaldu pojawią się w 1990 r. w sztabie wyborczym Stanisława Tymińskiego, niektórzy trafią w orbitę Radia Maryja. Alina Cała odtwarza wnikliwie te tropy, pokazując, że na gruncie antysemickim „Trybuna Ludu” spotyka się z „Naszym Dziennikiem”.

Autorka schodzi znacznie głębiej, do wydawniczego podziemia lat 90., opisując nazistowskie fanziny, ruch skinheadów, rasistowskie ekscesy. I tu zaczyna się problem: w tej samej przestrzeni bowiem umieszcza otumanionego nastolatka bredzącego o gazowaniu Żydów i Lecha Wałęsę cynicznie wzywającego w kampanii prezydenckiej 1990 r. swojego konkurenta Tadeusza Mazowieckiego do ujawnienia pochodzenia. Antysemici Bolesław Tejkowski i Leszek Bubel pojawiają się obok polityków prawicy, np. działaczy ZChN Marcina Libickiego i Michała Kamińskiego – ci ostatni dlatego, że mają w życiorysach epizody w radykalniejszych narodowych organizacjach.

Przedmiotem największych kontrowersji stanie się pewnie zamieszczony na końcu aneks. Odnajdujemy całą plejadę ewidentnych antysemitów z różnych nurtów – od Ryszarda Gontarza po Stanisława Michalkiewicza. Ale pomiędzy nimi jest m.in. Marek Jurek (bo publikował przed laty w nacjonalistycznej „Myśli Polskiej”) oraz polityk PiS Mariusz Kamiński (bo kierował kiedyś Ligą Republikańską, której aktywiści ponoć wygłaszali antysemickie przemówienia w jakimś klubie dyskusyjnym, co – jak zaznacza Cała – „łączono” z podpaleniem warszawskiej synagogi). Wyliczanka antysemitów nie ominęła nawet byłego premiera Jana Olszewskiego, adwokata w procesach politycznych PRL, który pokonał długą drogę od październikowej lewicy, poprzez Klub Krzywego Koła i działalność w loży masońskiej, aż po niepodległościową prawicę w III RP. W latach 90. stał na czele Ruchu Odbudowy Polski. Alina Cała przyznaje, że w programie ROP „nie było akcentów antysemickich”, zarzuca jednak Olszewskiemu, że „tolerował” w szeregach partii antysemitów, takich jak Zygmunt Wrzodak. Ta logika prowadzi donikąd, a radykalizm Aliny Całej zapewne sprawi, że jej skądinąd doniosła książka zostanie odrzucona przez prawicę odległą od antysemickiej patologii.

Jan Paweł II w odwrocie
Bardziej zniuansowany jest rozdział o polskim Kościele. Autorka podkreśla wielką rolę Jana Pawła II w odcinaniu wielowiekowej antysemickiej narośli, choć zaznacza, że jego przesłanie przyjmowane było nieraz opacznie. Dowodzi: „Promowanie przez Jana Pawła II posoborowych zmian wywołało ferment intelektualny w polskim Kościele. Nowe prądy widać było na uczelniach katolickich, które mierzyły się z problemem antysemityzmu w sposób dwojaki. Po pierwsze, próbowały zwalczać to zjawisko przez poszukiwanie teologicznych związków chrześcijaństwa z judaizmem i historią Żydów. Po drugie, usiłowały przewartościować sygnały nadsyłane z Watykanu, tworząc dyskurs, w którym można pogodzić antysemityzm z potępieniem antyjudaizmu”.

Inaczej mówiąc: Żydzi nie są już winni ukrzyżowania Chrystusa, ale ciągle pozostają zagrożeniem dla naszej substancji narodowej. Ślady takiego myślenia autorka odnajduje w wypowiedziach prominentnych hierarchów z prymasem Glempem i abp. Michalikiem na czele, tekstach powstających na KUL oraz publikowanych w prasie katolickiej. Ów ukryty antysemityzm, posługujący się aluzją i niedopowiedzeniem, nadal pozostaje grzechem polskiego Kościoła. Efekty są widoczne: otwarcie antysemicka aktywność o. Rydzyka jeszcze niedawno była przedmiotem nieśmiałej „duszpasterskiej troski” ze strony episkopatu, dziś można jednak odnieść wrażenie, że cieszy się poparciem większości hierarchów.

Historia się nie skończyła
Więc jak to jest z tym naszym antysemityzmem? Rośnie czy maleje? Są powody do optymistycznych wniosków. O ile jeszcze w 2005 r. ledwie 20 proc. Polaków badanych przez CBOS deklarowało sympatię dla Żydów, a 50 proc. – antypatię, to już trzy lata później procent sympatyków przeważył.

Skąd ta nagła zmiana? Być może – w przewrotny sposób – należałoby docenić dzieło Jarosława Kaczyńskiego? Dopuszczenie Ligi Polskich Rodzin do obozu władzy oraz Radia Maryja do medialnego mainstreamu sprawiło, że cała Polska wreszcie mogła zakosztować, jak smakuje tułająca się dotąd po wydawniczych marginesach antysemicka endecka tradycja. Obraz wszechpolaków zamawiających podniesioną dłonią pięć piw stał się jedną z ikon IV RP.

Z drugiej strony, polski antysemityzm jest daleki od zastygnięcia. Opowieść Aliny Całej kończy się na roku 2010, a więc nie obejmuje ubiegłorocznego wielotysięcznego Marszu Niepodległości, któremu towarzyszyły próby rehabilitacji endeckiej tradycji w jej najradykalniejszym, ONR-owskim wydaniu.

Czy współczesna endecja, stawiająca w centrum kwestię narodowych interesów, jest w stanie skutecznie porzucić 
antysemityzm?

– Tego nie wiem – mówi Alina Cała. – Ale jestem pewna, że jeśli ktoś zamyka się w obrębie własnej wioski i chce widzieć tylko to, co roztacza się od jednego jej krańca do drugiego, to niewiele zobaczy i niewiele z naszego świata zrozumie.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Marian Marzyński: Sztuka montażu

Marian Marzyński: Sztuka montażu

Marian Marzyński


marzynski 3

Marian Marzyński

2014-12-07. Tak napisałem w poprzednim blogu: w środku warszawskiego getta powstało żydowskie terytorium o uzdrawiającej mocy, miejsce bratania się i leczenia kompleksów, przestrzeń, którą Polacy zaakceptowali od pierwszego dnia.

Nie zmieniłem zdania, ale ktoś wywołał mnie do tablicy.

If you, God forbid, were killed in an accident tomorrow, would you want people to remember the day of your death – or your life? (Czy chciałbyś, aby pamiętano o dniu, w którym zginałeś w wypadku, czy też o całym twoim życiu?) zażartował w wywiadzie dla nowojorskiego pisma żydowskiego “Forward”, dyrektor warszawskiego Muzeum Historii Żydów Polskich.

To zrównanie zagłady z indywidualną śmiercią byłoby tylko niefortunne, gdyby nie olbrzymi wysiłek PR, jaki twórcy tego muzeum wnieśli od jego zarania, by uchronić przyszłego widza od skojarzenia życia polskich Żydów z ich masową śmiercią. Dziewięć wieków żydowskiej obecności w Polsce – wydaje się mówić ta wystawa – powinno kojarzyć się z polską gościnnością, tolerancją dla wyznawców innej wiary (mimo przejawów antysemityzmu, ale gdzie go nie było?) i indywidualnym bohaterstwem Polaków w obliczu zagłady.

Bryła muzeum bardziej nadawałaby się na wystawę abstrakcyjnej sztuki nowoczesnej, niż na miejsce tak dokumentalne, jak osadzona w środku dawnej dzielnicy żydowskiej próba odtworzenia żydowskiego losu z jego tragiczną puentą. Nic też z tematem Muzeum nie ma wspólnego elegancja obszernego hallu, wymarzonego dla korporacyjnych bankietów.

Podziemie zaprasza nas do gościnnego polskiego lasu, a potem do gościnnych średniowiecznych polskich miast, w których pojawiać się będą elektroniczne marionetki pierwszych Żydów, z których jeden miał napisać, że Polska jest żydowskim rajem. Oglądając olbrzymich rozmiarów portrety polskich monarchów, czujemy się jak goście na ich królewskich dworach, jesteśmy w eleganckim Muzeum Historii Polski, do Żydów z krwi i kości – daleko.

Przypominający „cepeliowskich żydów” z PRL-owskich filmów, zabierający najlepszą przestrzeń muzealną, ponad miarę rozbudowany początek tej opowieści (pierwsze dziewięć wieków, w których Żydzi nie odgrywali jeszcze poważnej roli społeczno-ekonomicznej), już na oko wydaje się nie mieć szans na znalezienie swojego dramatycznego końca w XX wieku, gdy „los żydowski” zacznie się manifestować. Na najważniejsze tematy: dwudziestowieczna industrializacja, niepodległość Polski, międzywojenna demokracja, zagłada i lata powojenne) – nie starczy miejsca.

Jerzy Bossak, mój filmowy mentor, tak mówił po przeglądzie niektórych filmów: „wspaniały materiał; szkoda, że nie zmontowany został dobry film”, przypominając nam, że sekretem montażu jest dramatyczny koniec w poszukiwaniu początku, a nie odwrotnie.

Przykład muzealnego montażu. W kącie jednej z sal umieszczono cytaty z dzieł czołowych międzywojennych antysemitów; ponad tym cytatami wisi cytat podpisany nazwiskiem dziennikarza żydowskiej gazety: „nie ma takich opinii antysemickich, w których nie byłoby źródła prawdy”.

Pierwszym pęknięciem montażowym Muzeum jest wejście do wystawy Holokaustu, samej w sobie dobrze pomyślanej, ale poprzedzonej opowieścią o codzienności XX-wiecznych Żydów, pozbawionej ostrości narastającego antysemityzmu. Gdy Niemcy zabijają Żydów, pozbawiony głębokiej refleksji na temat nieuchronności tej tragedii widz – dostaje obuchem w głowę.

Jeszcze większe jest następne pękniecie. Powojenna ekspozycja zepchnięta na koniec pękającej w szwach przestrzeni muzealnej (oj, ten starodawny las!), straciła montażową płynność, stając się mało strawna nawet dla polskiej konsumpcji („pan wiesz, a ja rozumiem”), a dla obcokrajowców nieczytelna. Polska obsesja „obrony” Polaków od zarzutu wymordowania Żydów zastępuje tu inna obsesja: za powojenny antysemityzm odpowiedzialni są wyłącznie komuniści, po zmianie ustroju – Żydzi odżyli.

Opuszczających wystawę, elektroniczny napis pyta o wrażenia; jedno z pytań brzmi: „czy wychodząc z Muzeum masz wrażenie, że Polska jest krajem antysemickim – czy też nie?”.

Nie chciałbyś żeby pamiętano o twoim nieszczęśliwym wypadku, prawda? – upewnia się dyrektor Muzeum Historii Żydów Polskich, a ja wciąż wierzę, że nawet po wyjściu z tego miejsca niewykorzystanej szansy młodzi Polacy będą pamiętać.

Marian Marzyński


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 

 


Syn powiedział mi: “Nie chcę być Żydem!”. I zaczął płakać

Syn powiedział mi: “Nie chcę być Żydem!”. I zaczął płakać

ROZMAWIAŁA ANNA MALINOWSKA


Monika Goldwasser ze zdjęciem biologicznej matki

Monika Goldwasser ze zdjęciem biologicznej matki (MATEUSZ SKWARCZEK)

– Dowiedziałam się, że mój tata uczył w Królewskiej Hucie. Czy kiedyś poznam, jaki był dla uczniów, gdzie mieszkał, jak tu trafił? – zastanawia się Monika Goldwasser, która Holocaust przeżyła dlatego, że w transporcie zamiast niej wyjechała lalka

Anna Malinowska: Od lat gromadzi pani informacje o swojej rodzinie, dlatego niedawno odwiedziła pani Chorzów. Czego się pani dowiedziała?

Monika Goldwasser: Dotarłam do dokumentu, z którego wynika, że w 1930 roku mój tata Adam Goldwasser pisał z Królewskiej Huty do Krakowa. Tata uczył francuskiego, a to była prośba o przystąpienie do kolejnego egzaminu pedagogicznego. Nie bardzo wiedziałam, co z tą informacją zrobić. Gdy na spotkaniu nauczycieli w jednej z krakowskich szkół opowiadałam o swoim dość pogmatwanym życiorysie, na wspomnienie Królewskiej Huty podszedł do mnie Krystian Kazimierczuk, jeden z nauczycieli. Uczy w Akademickim Zespole Szkół Ogólnokształcących w Chorzowie, który kiedyś był Królewską Hutą. Okazało się, że to ta sama szkoła, w której pracował mój tata. Przed wojną było to Państwowe Gimnazjum im. Odrowążów. Wspaniały zbieg okoliczności! I od razu zostałam zaproszona do Chorzowa. Zobaczyłam więc miasto, w którym tata pracował, spotkałam się z nauczycielami z jego dawnej szkoły. Nic więcej nie udało mi się ustalić. Mogę jedynie powiedzieć, że uzupełniłam życiorys ojca o kolejny element.

Przeżyła pani Holocaustu.

– W sierpniu 1942 roku, kiedy likwidowano getto w Myślenicach, miałam siedem miesięcy. Rodzice widać mieli świadomość, jak to się skończy, i oddali mnie jednej z rodzin pod Myślenicami. Stamtąd zostałam od razu zabrana do klasztoru Urszulanek w Krakowie. Na kartce wypisano datę moich urodzin i informację, że jestem Moniką Goldwasser, córką Adama i Salomei.

Byłam bardzo chora. Na całym ciele miałam wrzody. Siostry starannie się mną zajęły, ale wiadomo było, że dłuższy pobyt w placówce jest niebezpieczny. Niemcy stale robili naloty, więc znaleziono polską rodzinę, która zgodziła się mnie zabrać.

Polska mama opowiadała mi później, że miałam bardzo smutne oczy. Wspominała, że trudno sobie nawet wyobrazić twarzyczkę małego dziecka z takim smutkiem w oczach. Kiedy wzięła mnie na ręce, bardzo mocno się wtuliłam i płakałam.

Moi rodzice tymczasem w transporcie z Myślenic trafili do Skawiny. Żeby sztuki się zgadzały – a Niemcy dość skrupulatnie wszystkich liczyli – mama w moich dziecięcych fatałaszkach trzymała lalkę. Rodzice już w Skawinie zostali rozstrzelani. Mam zeznanie przed sądem kobiety, która u nich służyła. Dokładnie opowiadała szczegóły, pełne okoliczności. Z rodziny mojej mamy uratowała się tylko jedna siostra.

Kiedy dowiedziała się pani prawdy?

– Miałam 12 lat. Lubiłam, chyba jak wszystkie dzieci, szperać po różnych zakamarkach w domu. W szafce z bielizną znalazłam zgiętą w pół kartkę. Poszłam do mamy i zapytałam, co to jest i dlaczego to jest tak schowane. Bardzo się na mnie zdenerwowała. Nic nie powiedziała. Tylko tę kartkę zabrała. 10 lat później mama zachorowała. Wiedziała, że niedługo umrze. Wtedy zdecydowała się opowiedzieć mi całą prawdę. Powiedziała, jak było, wspomniała też o kartce z bieliźniarki. To była moja metryka zabrana od zakonnic.

Byłam w szoku, rozbita. 22-letnia kobieta dowiaduje się, że nie nosi własnego imienia i nazwiska, że jej własna matka jej nie urodziła. To mnie najbardziej bolało. Kochałam moją polską mamę. Ona też kochała mnie. Nie potrafiłam tego pojąć, zrozumieć, a już tym bardziej pogodzić się z całą historią. Wtedy też sobie postanowiłam: to będzie moja tajemnica! Nikomu o tym nie powiem! Nie przyznam się! Nałożyłam więc blokadę, która skutecznie wszystko tamowała przez długie lata. Nikt nic nie wiedział. Nawet mężczyzna, który został moim mężem. Teraz z perspektywy czasu muszę przyznać, że to dość typowe zachowanie. W Stowarzyszeniu Dzieci Holocaustu spotkałam wiele osób, które zareagowały identycznie.

W końcu postanowiła pani zdjąć blokadę. Dlaczego?

– Był 1990 rok. Mieszkałam wtedy w Warszawie. Pracowałam w szpitalu jako położna. Jednego wieczoru oglądałam telewizję. Pokazywano kobietę, która szukała w Polsce krewnej. Małej dziewczynki, która w 1942 roku została oddana na ratunek pod Myślenicami. Od razu wiedziałam, że mówi o mnie. Wahałam się, czy powinnam się z nią skontaktować. W końcu się zdecydowałam. Okazało się, że to moja ciotka, jedyna siostra mamy, która przeżyła. Długo rozmawiałyśmy. “Musisz w końcu wyjść z szafy” – przekonywała mnie. Zrozumiałam, że życie w pojedynkę z taką wiedzą rzeczywiście staje się dla mnie coraz cięższe. Poszłam do Żydowskiego Instytutu Historycznego. Pamiętam, jak urzędniczka odnalazła dokument ze zdjęciem mojej mamy. Po raz pierwszy zobaczyłam jej twarz. Wybiegłam na korytarz. Popłakałam się, w głowie miałam chaos. Później długo patrzyłam w lustro. Zobaczyłam, jak bardzo jestem do mamy podobna. Zrozumiałam wtedy, że właśnie wyszłam z szafy. A skoro tak, to o mojej rodzinie muszę się jak najwięcej dowiedzieć. Muszę zrekonstruować własny życiorys.

Jak wyglądały poszukiwania?

– Bardzo pomocny okazał się Żydowski Instytut Historyczny. Uzyskałam tam wiele informacji. Tam też rozpoczęła się moja wędrówka po archiwach. Dokumentów szukałam w placówkach w Izraelu i w Stanach Zjednoczonych. Właśnie w Ameryce dowiedziałam się, że mój dziadek był w Myślenicach adwokatem. Odnalazłam też tam moją rodzinę. Ba, udało mi się nawet w Krakowie odszukać pracę magisterską mojej mamy. Napisana jest po niemiecku, bo mama studiowała germanistykę, a także filozofię. Tata filozofię i filologię romańską.

Cały czas szukałam też świadków. I to było dla mnie najważniejsze, bo czasy dla mnie istotne stawały się coraz bardziej odległe. Odwiedzałam więc siostry urszulanki, mieszkańców Myślenic. Dotarłam nawet do córki lekarza, który odbierał mnie na świat.

Można powiedzieć, że jestem szczęśliwa, bo sporo faktów udało mi się ustalić. A znam osoby, które o swojej przeszłości nie wiedzą kompletnie nic. Moja koleżanka ze Stowarzyszenia Dzieci Holocaustu wie tylko, że jacyś ludzie w Rabce wyrzucili ją przez okno w krzaki. Tam znalazła ją kobieta, która jej pomogła. Przez całe lata nie udało jej się ustalić zupełnie nic! Jeszcze jak była młodsza, miała dużo zajęć i brak wiedzy aż tak jej nie przeszkadzał. Ale teraz, na emeryturze, coraz trudniej jej się zasypia. Nie wie, kim jest, skąd się wzięła. To bardzo ciężkie.

Jak pani otoczenie i najbliżsi zareagowali na pani odkrycie?

– Mąż śmiał się, że jak był młody, Cyganka mu wróżyła, że zwiąże się z zagraniczną osobą. Syn z kolei bardzo źle. Powiedział: “Ja nie chcę być Żydem!”. Zaczął płakać. Tłumaczyłam, że korzeni nie da się zmienić. Że jak dorośnie, to zdecyduje, czy będzie o tym mówił czy nie. Teraz już trochę się z tym pogodził, ale z informacją o swoim pochodzeniu raczej się nie obnosi.

Czuje się pani Żydówką?

– Dla mnie istotna jest tożsamość. W tym sensie na pewno tak. Jestem Żydówką, jestem częścią tej wspólnoty. Natomiast co do religii, trudno wymagać od dorosłej, wychowanej, ukształtowanej w określonych warunkach kobiety jakichś zmian. Nie spożywam koszernych posiłków i nie jestem religijna. To zresztą dla mnie jest nawet śmieszne, że ktoś nagle robi rewolucję w swoim życiu tylko dlatego, że dowiedział się, że jest Żydem. Byłam wychowana w katolickiej rodzinie. Nie można ode mnie wymagać takich zmian. Każdy powinien decydować sam za siebie. I nikt nie powinien tego oceniać.

Czego chciałaby się pani jeszcze dowiedzieć?

– Muszę uzupełnić wątek chorzowski. Wiem, że z Królewskiej Huty tata został przeniesiony do Kalisza. Udało mi się nawiązać kontakt z jednym z jego tamtejszych uczniów. Mieszka obecnie w Kanadzie. Od niego wiem, że tata często jeździł do Paryża. Bardzo dużo o tym mieście opowiadał w czasie zajęć. Miał dość nowatorskie podejście do nauki języka. Bardzo bym chciała spotkać podobnych uczniów na Śląsku. A może nawiązać kontakt z sąsiadami, kimś, kto mógł mojego ojca znać. Każda informacja jest dla mnie cenna. Bo to też w końcu mój życiorys. I dobrze byłoby go poznać w całości.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com