Archives

New Reports Expose Iran’s Shocking Use of Rape, Torture to Crush Protests


New Reports Expose Iran’s Shocking Use of Rape, Torture to Crush Protests

Ailin Vilches Arguello


People attend the funeral of the security forces who were killed in the protests that erupted over the collapse of the currency’s value in Tehran, Iran, Jan. 14, 2026. Photo: Majid Asgaripour/WANA (West Asia News Agency) via REUTERS

Iranian security forces raped and tortured medical staff who treated wounded anti-regime protesters during the country’s nationwide uprising in January, targeting them in a campaign of intimidation against those aiding demonstrators, new reports reveal.

According to the London-based outlet Iran International, medical staff and other hospital personnel who treated people injured during the massive protests that erupted in late December and continued into early January before being crushed were detained by security agents and subjected to torture, repeated gang rape, and other forms of abuse while in custody.

In one of several shocking testimonies, two medical workers at Tehran’s Rajaei Cardiovascular Medical and Research Center recounted the horrors they suffered after being detained while treating injured protesters.

The two nurses were reportedly subjected to repeated sexual abuse and torture during detention, with one sustaining injuries so severe that part of her intestine had to be removed, leaving her to live with a colostomy bag.

After already undergoing two surgeries for severe uterine tearing, she may ultimately face complete removal of her uterus.

Detained and kept in isolation for several weeks, the other nurse — who also defied orders not to treat wounded protesters — suffered injuries so severe that she ultimately had her uterus completely removed.

Iran International also reported that the family of one of the nurses was forced to pay a substantial sum to an intelligence officer to secure her release after several weeks in detention. 

She was even coerced into signing a statement falsely claiming she had been abused and raped by “rioters.”

According to the report, security forces and local police involved in the crackdown explicitly warned hospital staff against treating wounded protesters, with witnesses reporting that agents would arrest or physically assault medical workers who refused to comply.

Echoing other international reports, Iran International detailed that security forces allegedly stormed hospitals, opened fire on wounded patients, and even shot nurses trying to provide treatment.

As Iranian authorities sought to crush dissent and reassert control, human rights groups and international organizations repeatedly warned that protesters detained during the unrest faced a high risk of torture and sexual violence, with some estimates suggesting that as many as 30,000 people may have been killed on the streets of Iran on Jan. 8 and 9 alone.

In a separate new report released Monday, the Special Rapporteur on the human rights situation in Iran, Mai Sato, exposed the regime’s widespread use of physical and sexual violence to crush dissent during the nationwide protests that began on Dec. 28 last year, warning that such brutal tactics remain a longstanding tool of control.

The UN official called on Iranian authorities to immediately stop their brutal crackdown on civilians, release everyone detained for exercising fundamental rights, restore full internet access, and allow human rights organizations to carry out their work without interference.

According to the new report, the brutal crackdown saw protesters — including children — shot at close range or severely beaten by security forces.

Tens of thousands of demonstrators, including medical professionals and lawyers, were also arbitrarily detained. Many were held incommunicado, denied legal representation, forced to deliver televised confessions, and some — even minors — now face the death penalty.

“In practice, lethal force has been a consistent feature of the state’s response to protests over decades,” the report said, referring to past demonstrations in which security forces deployed assault rifles or shotguns firing metal pellets at crowds

Sato also presented evidence showing that security forces raided hospitals, arrested wounded protesters, assaulted medical staff, and subjected families of the killed or detained to intimidation and interference with their memorials.

“Their grief is compounded by state intimidation and the denial of truth,” she said.

According to the report’s latest findings, the regime’s human rights violations reflect systemic patterns rather than isolated incidents, highlighting both the failure to investigate excessive force and the growing securitization of responses to civilian protests.

“I am deeply concerned about the welfare of those in custody and the heightened risk of violations in the absence of independent scrutiny,” Sato said.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Sztuka dla sztuki mnie nie interesuje – mija 30 lat od śmierci Krzysztofa Kieślowskiego

Reżyser filmowy i teatralny, dokumentalista Krzysztof Kieślowski, Warszawa 20 sierpnia 1974 r. PAP/Maciej Musiał


Sztuka dla sztuki mnie nie interesuje – mija 30 lat od śmierci Krzysztofa Kieślowskiego

Paweł Tomczyk (PAP)


Sztuka dla sztuki, forma dla formy, porażenie swoją przenikliwością czy talentem mnie w ogóle nie interesują. Moim celem jest opowiedzenie historii zajmującej ludzi – powiedział Krzysztof Kieślowski kilka dni przed śmiercią. Reżyser i scenarzysta zmarł 13 marca 1996 r.

„Światłem i cieniem wydobywał na jaw prawdy o człowieku” – mówił podczas mszy pogrzebowej Kieślowskiego ks. Józef Tischner. „Wydobywał z mroku główną sprawę naszego świata – sprawę człowieczeństwa człowieka. Gdy jedni artyści pokazywali dramat polskiej nadziei, gdy inni strzegli pamięci o polskich cierpieniach, jeszcze inni niepokoili się o władzę i o chleb, on szedł głębiej i pokazywał pęknięcie w głębi człowieka. Człowiek pękł w swoim środku. I stoi wobec niewykonalnego zadania pojednania siebie ze sobą” – podkreślił.

„Dla mnie nie istnieje film bez odbiorcy” – powiedział Kieślowski 9 marca 1996 r. Agacie Otrębskiej i Jackowi Błachowi, uczniom III Liceum Ogólnokształcącego w Katowicach i redaktorom dwumiesięcznika „Incipit”. „Odbiorca jest tak czy owak najważniejszy. Sztuka dla sztuki, forma dla formy, porażenie swoją przenikliwością czy talentem mnie w ogóle nie interesuje. Moim celem jest opowiedzenie historii zajmującej ludzi” – wyjaśnił.

„Nad czym pracuje pan teraz?” – zapytali licealiści. „Idę do szpitala na operację” – brzmiała odpowiedź. Rozmowa odbyła się cztery dni przed śmiercią reżysera.

„Gdy jedni artyści pokazywali dramat polskiej nadziei, gdy inni strzegli pamięci o polskich cierpieniach, jeszcze inni niepokoili się o władzę i o chleb, on szedł głębiej i pokazywał pęknięcie w głębi człowieka.”

„Kieślowski jest podobny do poety romantycznego – opowiadając »bajki o zwykłych ludziach«, o ich romansach i przygodach, i uczuciach, w gruncie rzeczy opowiada nam o sobie, wpisując w filmy siebie, starając się znaleźć dystans między sobą a odbiorcą, zarówno tym współczesnym, jak i przyszłym” – powiedziała PAP w 2024 r. Bożena Janicka, krytyczka filmowa.

– O naszym spotkaniu zdecydował przypadek – mówi PAP Artur Barciś. Dodaje, że nie chodzi o film Kieślowskiego z 1981 roku, ale jego późniejszą „powtórkę” w rzeczywistości. Wcześniej znał reżysera „nieosobiście” ze spotkań w łódzkiej filmówce, które przez studentów były oblegane, bo on „mówił to, co myślał, a to była rzadkość wówczas”.

– Krzysztof spóźnił się na pociąg do Łodzi, następny miał za godzinę, więc postanowił przeczekać na Centralnym. I tam w dworcowym telewizorze zobaczył odcinek serialu „Odlot” Janusza Dymka. Grałem w nim młodego robotnika, którego nie interesowała raczej rozgrywająca się obok niego historia – rzecz działa się w czasach Sierpnia ’80, lecz po pocięciu przez cenzurę praktycznie nie pozostał po tym ślad w serialu – wyjaśnia aktor. – I w efekcie tego przypadku Kieślowski zaproponował mi rolę w filmie „Szczęśliwy koniec” – bo taki był pierwszy tytuł „Bez końca” – przypomina Barciś.

Scenariusz tego filmu Kieślowski napisał wspólnie z adwokatem Krzysztofem Piesiewiczem. „Spotkanie z Piesiewiczem było dla mnie istotne i to jest jeden z takich przypadków w moim życiu, na które mam wrażenie, że sobie w jakiś sposób zasłużyłem. To znaczy, że tyle decyzji w życiu powziąłem i tyle rzeczy w życiu zrobiłem, że zasłużyłem sobie, żeby spotkać takiego człowieka” – mówił Kieślowski w filmie dokumentalnym „Dialog wokół Dekalogu” (1994) Dominique’a Rabourdina.

– Naraził się wówczas wszystkim, władzom, Kościołowi i podziemnej „Solidarności” – dlatego że trafnie i bez złudzeń, bezlitośnie zdiagnozował stan ówczesnej Polski – mówi Barciś. – Z upływem czasu „Bez końca” jest coraz bardziej doceniane jako chyba najlepsze fabularne świadectwo stanu wojennego. A to dzięki temu, że Krzysztof nigdy nie „kłaniał się okolicznościom”, tylko prawda go ciekawiła – przypomina aktor.

Usłyszał potem od Kieślowskiego, że „ma twarz, którą może mieć każdy, ale jednocześnie taką, której nie sposób nie zauważyć”. I dostał propozycję udziału w „Dekalogu”. – Pierwszym pomysłem było, że w każdym odcinku mam grać na innym instrumencie, zacząłem nawet uczyć się gry na skrzypcach, ale już w scenariuszu nie było o tym ani słowa – wspomina Barciś.

Ani słowem nie odzywały się też postaci, w które miał się wcielić. – Dlatego musiałem przeczytać scenariusze wszystkich odcinków, by z postępowania i rozmów pozostałych bohaterów dowiedzieć się, o co w ogóle chodzi. Przez półtora roku nie znałem dnia ani godziny – w każdej chwili mogłem być wezwany na plan. Krzysztof twierdził, że nie wie, kogo gram, ograniczał się do wskazówek: „tu staniesz, tam jest kamera”. Kiedy raz, nieco zdezorientowany, spytałem: „ale kim jestem?”, wymsknęło mu się: „wiesz więcej” – mówi aktor. Zastrzega jednak, że wedle pomysłu Kieślowskiego „nie był Aniołem Stróżem” – jak to nieraz później było interpretowane.

– Spotkanie z Kieślowskim na filmowym planie sprawiło, że, zainteresowali się mną tacy reżyserzy jak Agnieszka Holland, Andrzej Wajda, Wojciech Marczewski i Krzysztof Zanussi. Krzysztof miał więc wielki wpływ na moją karierę – podsumowuje Artur Barciś.

„Zazdroszczę jego przyjaciołom, że mieli przy sobie kogoś takiego. Niezawodnego, empatycznego, zawsze dostępnego, który ich problemy traktował jak własne i z miejsca zamieniał na wyzwania” – powiedziała PAP w 2018 r. Katarzyna Surmiak-Domańska, autorka wydnej wówczas biografii „Kieślowski. Zbliżenie”. „Niewiele znam osób tak zwyczajnie, po ludzku przyzwoitych jak on” – podkreśliła.

Krzysztof Kieślowski urodził się 27 czerwca 1941 r. w Warszawie jako syn Romana i Barbary z domu Szonert. W latach 1957-62 uczył się w Państwowym Liceum Techniki Teatralnej. Chciał być reżyserem teatralnym, wówczas jednak te studia miały charakter podyplomowy. Zdecydował się więc na reżyserię filmową, która wydawała mu się kierunkiem „łatwym i niewymagającym wysiłku” – nie dostał się dwa razy. Uczęszczając – by wymigać się od wojska – do Studium Nauczycielskiego, podjął pracę w garderobie Teatru Współczesnego.

„Przez długi czas nie chwalił się pracą na zapleczu teatru. Jednak po dziesięciu latach, w nakręconym przez niego »Personelu«, można było zobaczyć, ile z niej wyniósł. Później ironizował: »szyłem i podawałem gacie wybitnym aktorom: Łomnickiemu, Zapasiewiczowi, Bardiniemu«. I angażował ich do swoich filmów oraz przedstawień teatralnych” – napisał Stanisław Zawiśliński w książce pt. „Kieślowski. Ważne, żeby iść…” (2009).

Do PWSFTViT w Łodzi dostał się za trzecim razem, w 1964 roku.

– Poznałem Krzysztofa w szkole filmowej, był kilka lat niżej ode mnie. Wyróżniał się, bo był człowiekiem zamkniętym, trochę nieśmiałym, osobnym. Na pewno nie miał w sobie „odruchów artystowskich” – napatrzył się na nie, będąc rekwizytorem w teatrze, i miał do nich ogromny odrzut – mówi PAP Krzysztof Zanussi, który poświęcił przyjacielowi 10. odcinek swojego „Alfabetu” (dostępnego na YouTubie).

„Filmówkę” Kieślowski skończył w 1970 roku.

„Zazdroszczę jego przyjaciołom, że mieli przy sobie kogoś takiego. Niezawodnego, empatycznego, zawsze dostępnego, który ich problemy traktował jak własne i z miejsca zamieniał na wyzwania.”

– Bardzo długo był dokumentalistą obawiającym się wejścia w fikcję, jaką jest film fabularny. Do przekroczenia tego progu skłoniło go w końcu jego ogromne poczucie odpowiedzialności… W dokumencie wchodził z kamerą w życie ludzi, zmieniając je – niekoniecznie na lepsze. Miał cały czas kontakt z bohaterami swoich dokumentów, próbował im to życie prostować, co nie zawsze się udawało… I wreszcie doszedł do wniosku, że fikcja jest etycznie bardziej bezpieczna – opowiada Zanussi.

Ta fikcja w jego wykonaniu – „Personel”, „Spokój”, „Amator”, „Blizna”, „Krótki dzień pracy” – wciąż miała jednak wiele cech dokumentalnych. Zanussi przypomniał, że przez wiele lat fabularne filmy Kieślowskiego były odrzucane przez międzynarodowe festiwale jako „lokalne”.

– Dopiero gdy jakiś film nie zdążył na konkurs w Cannes w 1988 roku, niejako z łaski dopuszczono „Krótki film o zabijaniu” – dostał Nagrodę Jury oraz FIPRESCI. I nagle Krzysztof przestał być „twórcą lokalnym”, a jego filmy „stały się interesujące” – mówi reżyser.

Sfilmowanie „Dekalogu” było pomysłem Piesiewicza, Kieślowski w pierwszej chwili był sceptyczny, nazwał to „okropnym pomysłem”. „Miałem dojmujące wrażenie, że coraz częściej oglądam ludzi, którzy nie bardzo wiedzą, po co żyją. Pomyślałem więc, że Piesiewicz ma rację, choć to bardzo trudne zadanie. Trzeba nakręcić »Dekalog«” – opowiadał, cytowany w książce Surmiak-Domańskiej.

Pod koniec produkcji „Dekalogu” nie dopinał się budżet. – Wyglądało na to, że tych przykazań będzie tylko osiem. Jeździłem po Europie, by zainteresować producentów, także katolickich, i zdobyć pieniądze na taśmę. „Nikt tego nie będzie oglądał” – słyszałem wszędzie. Na szczęście mój dawny producent niemiecki Manfred Durniok powiedział, że stać go, by zaryzykować. I dzięki niemu mamy sfilmowane dziesięć przykazań, a nie, jak powiedziała nam jedna pani z polskiej telewizji, że przecież osiem też w zupełności wystarczy – opowiada Zanussi.

– Paradoksalnie „Dekalog” miał większe wzięcie na Zachodzie niż w Polsce – wspomina. – Myślę, że te przełożone na język filmu przykazania Boże bardziej nas uwierały, były niewygodne. Krzysztof był niezwykle radykalny, wszędzie chciał dopatrzyć się prawdy i nie dopuszczać kłamstwa – podkreśla Zanussi.

Po sukcesie „Dekalogu” przyszła kolej na polsko-francuską koprodukcję „Podwójne życie Weroniki” (1991), uhonorowaną w Cannes nagrodą FIPRESCI, nagrodą jury ekumenicznego oraz nagrodą dla najlepszej aktorki Irene Jacob.

„Podwójnym życiem Weroniki” zachwycił się 28-letni wówczas Quentin Tarantino, który właśnie brał się za pastisz kina gangsterskiego.

„Tytuł »Pulp Fiction«. Wymarzył sobie, że Irene zagra w nim rolę charakterystyczną: Fabienne, narzeczonej boksera Butcha. Ale gdy scenariusz był gotowy i Tarantino zaproponował jej rolę u boku Bruce’a Willisa, Jacob odmówiła. Obiecała już Kristoffowi, że zagra w »Trzech kolorach. Czerwonym«” – napisała Surmiak-Domańska.

W 1994 r. „Czerwony” – ostatnia część trylogii Kieślowskiego „Trzy kolory” stanowiącej odniesienie (razem z wcześniejszymi „Białym” i „Niebieskim”) do dewizy rewolucji francuskiej: „Wolność, równość, braterstwo” – wydawał się murowanym zwycięzcą festiwalu w Cannes.

„To najlepszy film roku. Dostanie Palmę” – powiedział po obejrzeniu filmu Kieślowskiego Quentin Tarantino producentowi „Pulp Fiction” Harveyowi Weinsteinowi (obecnie w więzieniu, skazany za gwałt i przestępstwa na tle seksualnym).

Tadeusz Sobolewski na łamach „Gazety Wyborczej” informował, że w festiwalowych kuluarach panuje opinia, że „Czerwony” to w ogóle najlepszy film Kieślowskiego.

Jednak jury, któremu przewodniczył Clint Eastwood, przyznało Złotą Palmę „Pulp Fiction”, ignorując zupełnie „Czerwonego”. Werdykt wywołał spore oburzenie.

„W Europie toczy się walka ideologiczna o to, jak ma wyglądać przyszłość naszej kultury. Propaganda amerykańska, zwłaszcza od czasu zburzenia Muru Berlińskiego, ma ułatwione zadanie” – powiedział Januszowi Wróblewskiemu Marin Karmitz, producent „Trzech kolorów” („Życie Warszawy”, 1994). „Próbując narzucić nam swój styl życia, swoje wzorce, a nawet swoją tradycję, Amerykanie nie napotykają już specjalnych oporów” – dodał. „Tak jak propaganda sowiecka wypełniła bez specjalnych trudności pole po przegranej batalii przez Hitlera, tak teraz oni, nie uciekając się do dyktatury, zajęli miejsce po komunistach. Obraz i dźwięk są najlepszym sposobem na kształtowanie gustów i na przekazywanie idei. Dlatego w kinie spór o kształtowanie kultury europejskiej wydaje się najgłośniejszy. Tegoroczny festiwal w Cannes ujawnił to bardzo wyraźnie” – podsumował producent.

„Nic takiego się nie stało, nie należy do tego przykładać zbyt dużej wagi. Są naprawdę na świecie rzeczy ważniejsze od festiwalu w Cannes” – powiedział Kieślowski „Gazecie Wyborczej” dzień po ogłoszeniu werdyktu. „Owszem, zawsze przyjemniej jest wygrywać, niż przegrywać, ale myślę, że trzeba umieć robić obie te rzeczy” – dodał. Nie zawsze mu to jednak wychodziło – kilka dni później w stołecznym Klubie Księgarza ocenił, że wynik był do przewidzenia, skoro w festiwalowym jury siedzieli „ujeżdżacze koni”.

Spektakularna porażka w Cannes paradoksalnie przysporzyła „Czerwonemu” rozgłosu. Kolejny szum powstał, gdy Amerykańska Akademia Filmowa (AAF) odrzuciła szwajcarskie zgłoszenie do Oscara w kategorii najlepszy film obcojęzyczny. Pod protestem, skierowanym do przewodniczącego AAF, podpisało się 65 reprezentantów amerykańskiej branży filmowej, m.in. Jodie Foster, Lauren Bacall, Raquel Welch, Glenn Close, Quentin Tarantino, Martin Scorsese, Robert De Niro, Robert Altman i Arthur Penn – bezskutecznie.

Ostatecznie film został nominowany za scenariusz, zdjęcia i reżyserię. Też bezskutecznie. „Głupek wziął wszystko” – informował „Express Wieczorny” 29 marca 1995 r. o sześciu Oscarach dla „Forresta Gumpa”. „Nasz »Czerwony« bez żadnej nagrody” – dodano w podtytule.

„»Czerwony« to ostatni film, jaki w życiu nakręciłem. Znalazły się francuskie pieniądze, to trzeba było znaleźć francuski pretekst” – mówił Kieślowski na spotkaniu z publicznością w suwalskim kinie Scherzo 12 maja 1994 roku, a więc jeszcze przed canneńskim werdyktem. „Nie przypominam sobie, żebym podpisywał jakikolwiek kontrakt z publicznością i żebym w związku z tym miał wobec niej jakieś zobowiązania. Jak mi się nie chce, to nie będę robił” – wyjaśnił (cytat za „Kurierem Porannym”).

Francuski poeta i eseista François Amanecer w eseju „O »Czerwonym« Krzysztofa Kieślowskiego. Prospero i stary sędzia” („Kino” 3/2007 – przekład Tadeusza Lubelskiego) przeanalizował film w kontekście „Burzy” Szekspira. Przypomniał, że była to ostatnia sztuka napisana przez angielskiego dramaturga, będąca „w pewnym sensie jego testamentem”.

„»Czerwony« jest ostatnim filmem Kieślowskiego świadomie przezeń wybranym do tej roli” – napisał Amanecer. „Oba utwory są zbudowane na analogicznych schematach fabularnych (bohaterowie, intryga, środowisko) i wyrażają te same idee (władza, magia, współczucie) – za pomocą poetyk i fabuł, które są oczywiście odmienne” – dodał.

„W swoim życiu poznałem wiele ważnych osobistości. Jedną z nich był Samuel Beckett. Pracowałem z nim, gdy sam jeszcze byłem reżyserem” – mówił Wróblewskiemu Karmitz. „Właściwie od pierwszego spotkania z Kieślowskim wiedziałem, że mam do czynienia z kimś równie wyjątkowym. Przypominał mi go, zarówno jeśli chodzi o elegancję bycia, przenikliwy, głęboki, a równocześnie zdystansowany sposób patrzenia na ludzi, jak i przez podobny stosunek do języka. Słowa u Becketta i Kieślowskiego nigdy nie kończą się na anegdocie. Słowa zbędne u nich nie występują. Język służy im do przekazywania spraw najważniejszych” – dodał.

Krzysztof Kieślowski zmarł 13 marca 1996 r. – miał 54 lata. Został pochowany na warszawskich Powązkach.

„Brat nasz Krzysztof pokazał pękniętym ludziom, że gdzieś niedaleko, w zasięgu ręki istnieje siła, dzięki której mogą się pojednać ze sobą. Jest gdzieś jakiś Dekalog. Ktoś gdzieś śpiewa Hymn o miłości” – mówił ks. Józef Tischner na jego pogrzebie.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


‘Buffer zone’ bill will pass into law this week, NYC Council speaker says


‘Buffer zone’ bill will pass into law this week, NYC Council speaker says

Debra Nussbaum Cohen


“I want to make no apology about insisting on a proportionate response to disproportionate discrimination,” Julie Menin said.

New York City Council speaker Julie Menin is honored by COJO Flatbush, on right is Rep. Dan Goldman (D-N.Y.), March 15, 2026. Credit: Credit Alex Krales/NYC Council Media Unit.

The New York City Council intends to pass a bill creating a protest-free “buffer zone” around houses of worship and a measure to create a hotline for reporting antisemitic and other hate crimes this week, according to Julie Menin, the council speaker.

Both bills were debated during a recent 10-hour city council hearing, during which officials from the city, NYPD and Jewish organizations testified, as well as members of the public, including those who opposed and supported the proposed laws.

The first Jew to serve as speaker of the 51-member council, Menin announced the impending passage of the bills at an annual legislative breakfast held by the Council of Jewish Organizations of Flatbush, Brooklyn, on Sunday.

COJO gave the council member its distinguished leadership award. Menin opened her remarks by citing the upsurge of Jew-hatred in New York and nationally, most recently the attack on a Reform synagogue with a preschool in West Bloomfield, Mich., a Detroit suburb.

“With hate crimes against Jews constituting more than any other group of hate crimes in our great city combined, I want to make no apology about insisting on a proportionate response to disproportionate discrimination,” Menin said.

She noted that for her, it is personal.

“My mother’s mother barely made it through” the Holocaust in Hungary, she told attendees. Her mother’s father was murdered “just because he happened to be born Jewish,” she said.

She promised increased funding for “small schools and houses of worship that do not have adequate resources.”

“We will provide those security resources,” she said.

New York City Council speaker Julie Menin is honored by COJO Flatbush, March 15, 2026. Credit: Credit Alex Krales/NYC Council Media Unit.

NYC Comptroller Mark Levine introduced Rep. Dan Goldman (D-N.Y.), who was awarded COJO’s distinguished statesman award.

Levine began by speaking Hebrew. “Boker tov,” he said, “good morning.”

He also spoke Hebrew when he was sworn in on a Chumash, a Five Books of Moses, on Jan. 1.

“I got a lot of heat for it online,” he said. “So I decided I’m just going to speak more Hebrew. I really don’t care.”

Levine, whose role is essentially that of New York City’s chief financial officer, said that he is committed to investing the city’s pension funds in Israel, among investments in many other countries.

“We have a diversified portfolio invested in every economy including investments in the State of Israel,” he said. “I have a fiduciary responsibility  here beyond politics, and I promise you I will never back down on that commitment.”

Levine’s predecessor as comptroller was Brad Lander, who is now facing off against Goldman in the upcoming Democratic primary election to represent New York City’s 10th District, which encompasses lower Manhattan and communities along the western edge of Brooklyn.

Lander, who endorsed Zohran Mamdani during the latter’s successful mayoral run, has criticized the Israeli government. Mamdani has said that the city should boycott Israel financially and that he would have the Israeli prime minister arrested in New York City.

Goldman was elected in 2022 to Congress, where he now co-chairs the House Bipartisan Task Force on Combating Antisemitism.

MeninNew York City Council speaker Julie Menin is honored by COJO Flatbush, March 15, 2026. Credit: Credit Alex Krales/NYC Council Media Unit.

In his remarks accepting COJO’s award, Goldman said that “antisemitism isn’t rising. It is skyrocketing on both the left and the right.”

“It is my firm belief that fighting antisemitism must be a bipartisan effort, because if fighting antisemitism or even supporting Israel becomes a partisan football, then Jews lose and Israel loses,” he said.

“I will always stand up for the Jewish community and always stand up for the State of Israel, the only Jewish state in the world,” he said.

Goldman promised “to push bills that increase funding to combat antisemitism on campus and to expose who is giving and what countries are giving money to our universities, and what they are getting back.”

That has also been a focus for the Trump administration, which has released extensive data on which countries are funding which U.S. universities and to what extent.

“I will continue to call out antisemitism wherever it exists, on the left or the right,” Goldman said. “That is how we must lead on this issue.”

At the event, Letitia James, the state attorney general, introduced New York City Police Department Commissioner Jessica Tisch.

After receiving COJO’s distinguished public service award, Tisch spoke about the double Torah portion, about constructing the Tabernacle in the desert at the end of the book of Exodus, read in synagogues worldwide on the prior day.

Tisch, who like the other honorees is Jewish, likened it to the work that COJO’s lay leadership does to support social services for the Brooklyn Jewish community.

“Moses gathered the people to contribute their talents and resources so that the entire community could build something sacred together,” she said.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Iran’s ‘Missile City’: Underground Arsenal Exposes the Strategic Failure of Containment


Iran’s ‘Missile City’: Underground Arsenal Exposes the Strategic Failure of Containment

Amine Ayoub


Smoke rises after reported Iranian missile attacks, following United States and Israel strikes on Iran, as seen from Doha, Qatar, March 1, 2026. Photo: REUTERS/Mohammed Salem

The Islamic Revolutionary Guard Corps (IRGC) has released propaganda footage of an underground complex it calls “Missile City,” a vast network of tunnels packed with suicide drones and ballistic missiles.

The video, complete with a ticking clock and endless rows of Shahed drones and rockets, was released days after the US-Israeli strike that eliminated Supreme Leader Ayatollah Ali Khamenei. Far from idle boasting, this imagery constitutes hard evidence of Tehran’s long-term strategic calculus: to build an asymmetric arsenal capable of exhausting Western and Gulf defenses, while advancing toward nuclear breakout.

The footage proves, once and for all, that Iran cannot be left alone to develop its weapons programs.

The operational logic on display in the video is ruthlessly efficient. Shahed drones cost roughly $16,000–$20,000 apiece, and require minimal production time. Western interceptors, by contrast, are prohibitively expensive: a single Patriot missile reaches $3.75 million, while THAAD systems can exceed $10 million per battery.

The United Arab Emirates has already spent up to $567 million to achieve a 92 percent interception rate against 541 Iranian projectiles. Analysts warn that at current expenditure rates, Gulf stockpiles could be depleted within mere days. Tehran, meanwhile, launches more than 2,500 drones daily, deliberately flooding air-defense systems in a classic “use it or lose it” attrition strategy. A handful of these low-cost weapons have already penetrated, striking the US Consulate in Dubai and oil facilities in Saudi Arabia. Israel has publicly conceded that Iran retains “significant capacity” to strike its territory. 

This asymmetry is not accidental. Instead, it is the direct legacy of years of flawed Western policy.

The 2015 Joint Comprehensive Plan of Action (JCPOA) — known as the “Iran nuclear deal” — and subsequent sanctions relief funneled billions into the IRGC’s coffers. Those funds built the very tunnels now on display — facilities that complement, rather than compete with, Iran’s nuclear infrastructure.

While diplomats in Washington and Europe spoke of “containment” and “diplomatic engagement,” the regime invested in cheap, mass-produced delivery systems that serve as both conventional terror weapons and potential nuclear platforms. The giant portrait of Khamenei overlooking the arsenal in the video underscores continuity: regime succession has not altered strategic intent. The new leadership is already signaling that the death of one man changes nothing.

The broader regional implications are dire. Iran’s proxies — Hamas, Hezbollah, and the Houthis — operate as forward-deployed extensions of this same doctrine. The underground city provides the logistical backbone for sustained campaigns that have already forced British nationals into desperate evacuations from Oman, and paralyzed commercial aviation across the Gulf. More than 11,000 flights canceled, 130,000 British citizens registered as stranded, and millions of dollars burned daily in defensive munitions illustrate the unsustainable cost of passive defense.

Each intercepted drone represents a strategic victory for Tehran: it drains the defender’s treasury while Iran’s own production lines continue unimpeded.

The video also demolishes the remaining arguments for strategic patience. The containment theory, advanced by the Obama administration and others, assumed that economic pressure and diplomacy could restrain Iranian adventurism. Instead, sanctions relief and nuclear negotiations bought Tehran the time and money to construct precisely the infrastructure now threatening the region.

Every drone swarm launched at US bases or Gulf ports is financed by the very restraint the West once praised as “prudent.” The Iranian regime has demonstrated that it will not negotiate away its core capabilities; it will merely hide them deeper underground.

The only viable policy response is offensive degradation of Iran’s military-industrial infrastructure. Limited strikes against missile-production facilities and underground command nodes are no longer optional; they are prerequisites for restoring deterrence. Washington and Jerusalem must reject any return to the JCPOA framework or similar half-measures. Instead, sustained pressure — targeted sanctions on IRGC-linked entities, accelerated support for Gulf air-defense replenishment, and, where necessary, direct kinetic action against “Missile City” facilities — must be paired with a clear message: the era of allowing the regime to arm itself in the shadows is over. 

Iran’s underground arsenal is not a sign of strength but of strategic exposure. It reveals a regime that has gambled everything on the West’s reluctance to act decisively. The footage from “Missile City” is therefore not merely propaganda; it is a policy indictment. It proves that containment has failed, that diplomacy without enforcement is suicidal, and that the US, Israel, and their allies have no choice but to dismantle Tehran’s weapons empire before it achieves its ultimate objective. The survival of regional stability and the credibility of American power now depend on recognizing this reality and acting upon it — swiftly and without apology.


Amine Ayoub, a fellow at the Middle East Forum, is a policy analyst and writer based in Morocco. Follow him on X: @amineayoubx


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Historia jednej fotografii z Bazy Zdjęć PAP: 90 lat temu pierwsi turyści wjechali na Kasprowy Wierch

Stacja kolejki linowej na Kasprowy Wierch w Kuźnicach. Fot. PAP/Stanislaw Momot


Historia jednej fotografii z Bazy Zdjęć PAP: 90 lat temu pierwsi turyści wjechali na Kasprowy Wierch

Tomasz Szczerbicki (PAP)


15 marca 1936 r. pierwsi turyści wjechali kolejką linową na Kasprowy Wierch. Wcześniej projekt ten był krytykowany przez prasę i organizacje społeczne, pisano, że jest „niezgodny z racjonalną turystyką górską”. Kolejka okazała się jednak prawdziwą żyłą złota dla branży turystycznej Podhala.

Kolejka linowa na Kasprowy Wierch została wybudowana w rekordowym czasie siedmiu miesięcy – 24 lipca 1935 r. powołano spółkę Towarzystwo Budowy i Eksploatacji Kolei Linowej Zakopane (Kuźnice) – Kasprowy Wierch, a tydzień później rozpoczęto pierwsze prace terenowe, czyli wytyczenie drogi umożliwiającej dowóz materiałów na miejsce budowy. W czasie robót trwających całą zimę materiały budowlane dostarczano ciężarówkami na Myślenickie Turnie, następnie wozami konnymi w okolice schroniska na Hali Gąsienicowej, a dalej wnosili je na plecach tragarze oraz kilka koni huculskich. 15 marca 1936 r. pierwszy wagonik kolejki linowej wjechał z Kuźnic na Kasprowy Wierch.

>Była to pierwsza tego typu inwestycja w Polsce. Składała się z dwóch niezależnych od siebie odcinków: z Kuźnic na Myślenickie Turnie i z Myślenickich Turni na Kasprowy Wierch. Na każdym odcinku na jednej linie zawieszone były dwa wagony – jeden poruszał się do góry, a drugi na dół.

Głównym pomysłodawcą i inicjatorem budowy był inż. Aleksander Bobkowski, ówczesny prezes Polskiego Związku Narciarskiego, wiceminister komunikacji, który w 1926 r. na kongresie w Lahti został wybrany do rady Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS). To właśnie dzięki jego zaangażowaniu Zakopane dwukrotnie otrzymało organizację narciarskich mistrzostw świata – w 1929 i 1939 r. Budowa kolei linowej na Kasprowy Wierch była inicjatywą związaną z planowanymi Mistrzostwami Świata FIS w narciarstwie alpejskim oraz równolegle w narciarstwie klasycznym w 1939 r. w Zakopanem.

Na prezentowanej fotografii, wykonanej w marcu 1985 r. przez Stanisława Momota, widać wagonik kolejki linowej przy stacji w Kuźnicach. Subskrybenci serwisu PAP mogą pobrać tę fotografię bezpłatnie do zilustrowania tego tekstu.

Jedną z trudności, z jakimi musieli się mierzyć budowniczy kolejki, były zimowe warunki, inną – nastawienie społeczne. Niemalże cała polska prasa – niezależna i rządowa – krytykowały tę inwestycję. Aby przekonać opinię publiczną do celowości ej budowy i jej perspektywicznych korzyści, w październiku 1935 r. zorganizowano wycieczkę dla dziennikarzy na teren budowy kolejki. Efekt był przeciwny do zamierzonego, krytyka w prasie się wzmogła.

„Wbrew opinii sfer turystycznych i naukowych, wbrew stanowisku Państwowej Rady Ochrony Przyrody i uchwałom wielu protestujących organizacji oraz Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego, wbrew wzburzeniu szerokich sfer społeczeństwa, a szczególnie kół młodzieżowych i harcerskich, Towarzystwo Kolejki Linowej na Kasprowy Wierch w Tatrach prowadzi dalej budowę” – napisano w miesięczniku „Ziemia” w lutym 1936 r.

„Budowę kolejki we wnętrzu Tatr uważamy za niezgodną z racjonalną turystyką górską ze względu na sprzeczność kolejki z ideowymi i wychowawczymi wartościami tej turystyki. Dla turystów górskich najistotniejszym momentem uprawiania turystyki jest wycieczka, przeżycie górskie wśród pierwotnej i nieskażonej przyrody” – takie oficjalne stanowisko na początku 1936 r. opublikowało w prasie Polskie Towarzystwo Tatrzańskie.

Inwestorzy jeszcze zwiększyli tempo budowy. Prace prowadzone były na dwie i okresowo trzy zmiany przez tysiąc pracowników.

Głównym udziałowcem spółki Towarzystwo Budowy i Eksploatacji Kolei Linowej Zakopane (Kuźnice) – Kasprowy Wierch było Ministerstwo Komunikacji, miało 51 proc. akcji. Mniejszościowymi udziałowcami byli m.in. Polskie Koleje Państwowe, Biuro Podróży „Orbis”, Liga Popierania Turystyki oraz kilka organizacji lokalnych. Budowa kolejki kosztowała astronomiczną wówczas sumę około 2 mln złotych, ale – jak latem 1939 r. pisała prasa – inwestycja zwróciła się już po trzech latach działalności.

Kolejka szybko stała się żyłą złota nie tylko dla jej właścicieli, rozwinęła również ruch turystyczny w Tatrach. Dopływ funduszy do tego regionu zamienił dotychczasową krytykę w słowa pochwały. Nawet najwięksi wrogowie kolejki stali się jej sprzymierzeńcami. Kolej była też kluczowa dla pracy ratowników górskich oraz dla funkcjonowania najwyżej położonej stacji meteorologicznej w kraju.

W lipcu 1937 r. wprowadzono urzędowe ceny przejazdów kolejką na Kasprowy Wierch. Bilet z Kuźnic na Myślenickie Turnie (stacja pośrednia) kosztował 4 zł. Za przejazd całą trasą z Kuźnic na Kasprowy Wierch trzeba było zapłacić 6 zł. Bilet powrotny kosztował połowę ceny wjazdu. Dla porównania wykwalifikowany robotnik w fabryce zarabiał wówczas 120-150 zł miesięcznie. Podobne wynagrodzenia otrzymywali urzędnicy niskiego szczebla i nauczyciele.

Do wybuchu II wojny światowej popularność kolejki na Kasprowy Wierch rosła z każdym miesiącem. W lutym 1947 r. „Biuletyn Turystyczny” informował, że w 1938 r. wjechało nią na Kasprowy Wierch 92 tys. pasażerów, a w 1946 r. – 142 tys. Po wojnie zapomniano już zupełnie o krytyce inwestycji, a w grudniu 1950 r. napisano w „Przeglądzie Sportowym”: „Codziennie do stacji kolejki linowej na Kasprowy Wierch w Kuźnicach zmierzają niekończące się pielgrzymki wczasowiczów, w nadziei emocjonującej przejażdżki do słynnego w całej Europie ośrodka narciarstwa wysokogórskiego.

Dziś Grupa Polskie Koleje Linowe, zarządca kolejki linowej na Kasprowy Wierch, działa również w innych górskich lokalizacjach w Polsce: Górze Parkowej i Jaworzynie Krynickiej w Krynicy-Zdroju, Palenicy w Szczawnicy, Mosornym Groniu w Zawoi, Górze Żar w Międzybrodziu Żywieckim oraz w bieszczadzkiej Solinie.
– Wypracowany dorobek oraz społeczne znaczenie Grupy PKL sprawiają, że jej funkcjonowanie stanowi istotny element tożsamości gospodarczej i turystycznej Podhala oraz innych regionów górskich. Jesteśmy jednym z największych pracodawców w regionie i pozostajemy otwarci na realizację inwestycji oraz inicjatyw wspólnie z lokalnymi samorządami – powiedział Daniel Pitrus, prezes zarządu Grupy PKL, z okazji 90-lecia kolejki na Kasprowy Wierch.
Z okazji jubileuszu kolejki Grupa PKL organizuje na Kasprowym Wierchu pokaz zabytkowego sprzętu narciarskiego z lat 30., a w znajdującej się tam restauracji zostanie zaserwowany jubileuszowy tort dla turystów.
Archiwum fotograficzne Polskiej Agencji Prasowej liczy kilkadziesiąt milionów zdjęć i wciąż wzbogaca się o nowe kolekcje. Jego zasoby sięgają lat 20. XX wieku i stanowią ważną część dziedzictwa narodowego. Zatrzymane w kadrach obrazy rejestrują każdy aspekt życia społecznego, politycznego, gospodarczego, kulturalnego i religijnego na przestrzeni ostatnich 100 lat.
Profesjonalna digitalizacja zasobów fotograficznych PAP umożliwia szeroki do nich dostęp przez stronę PAP (https://fotobaza.pap.pl/). Nad prawidłową identyfikacją oraz szczegółowym opisem zdjęć pracuje zespół specjalistów, przeglądając materiały źródłowe w czytelniach i archiwach. Klienci są na bieżąco informowani o nowych zdjęciach w Bazie Fotograficznej PAP.


Zainteresowała cię ta historia? Zapisz się na newsletter PAP Fotobox (https://rejestracja.pap.com.pl/fotobox) i co miesiąc odkrywaj m.in. archiwalne kadry dotyczące postaci, miejsc i wydarzeń.

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com