
Paul Finlayson
Gdyby ktoś chciał wymyślić najbardziej efektywną grę alkoholową w historii, mógłby zebrać kilku znajomych, postawić na stole porządną butelkę i włączyć dowolny współczesny panel dyskusyjny o polityce zagranicznej.
Zasady byłyby proste: za każdym razem, gdy polityk taki jak Mark Carney, Keir Starmer albo któryś z ich starannie odpicowanych kolegów z progresywnego establishmentu wypowie frazę prawo międzynarodowe, uczestnicy muszą się napić.
W ciągu godziny wszyscy straciliby przytomność. W ciągu dwóch wątroba składałaby pozew rozwodowy. Bo to wyrażenie stało się wszechobecne. Powtarza się je z rytmiczną natarczywością liturgicznego śpiewu: prawo międzynarodowe, prawo międzynarodowe, prawo międzynarodowe. Przywołuje się je nie jako argument, lecz jako sakrament — jakby samo jego wypowiedzenie rozstrzygało sprawę. Łatwo sobie wyobrazić, że fraza ta zstępuje z góry Synaj wyryta na kamiennych tablicach niesionych nie przez Mojżesza, lecz przez dyplomatów.
Problem polega na tym, że to wyrażenie skrywa dość niezręczną prawdę. Prawo, w jakimkolwiek sensownym znaczeniu, wymaga egzekwowania. Prawo krajowe działa, ponieważ istnieją sądy, policja i więzienia. Istnieje suwerenna władza zdolna wymusić posłuszeństwo, gdy to posłuszeństwo zawodzi.
Jeśli włamywacz wejdzie do twojego domu, państwo dysponuje siłą potrzebną, by go powstrzymać. Prawo międzynarodowe nie ma niczego takiego. Nie ma globalnego suwerena, nie ma międzynarodowej policji zdolnej egzekwować podporządkowanie, nie ma rządu światowego uprawnionego do wymuszania posłuszeństwa. W rzeczywistości mamy zbiór traktatów, konwencji i porozumień zawieranych między suwerennymi państwami, które przestrzegają ich głównie wtedy, gdy im to odpowiada.
I tu właśnie tkwi paradoks, który grzeczna formuła prawo międzynarodowe ukrywa: kraje najbardziej ograniczane przez prawo międzynarodowe to dokładnie te kraje, które i tak są najbardziej skłonne przestrzegać zasad — zachodnie liberalne demokracje. Reżimy najmniej skłonne do przestrzegania zasad — autokracje, teokracje, dyktatury wojskowe — nie napotykają żadnego realnego mechanizmu egzekwowania, gdy postanawiają je zignorować.
Tak więc to rzekomo uniwersalne prawo działa nie tyle jako uniwersalny system, ile raczej jako moralny kaganiec nakładany przede wszystkim na te narody, które i tak są najmniej skłonne do barbarzyństwa.
Można bezpiecznie założyć, że w pokojach planowania strategicznego talibów, w paranoicznych podziemnych kompleksach Korei Północnej, w gabinetach Władimira Putina w Moskwie czy w klerykalnej biurokracji Teheranu zwrot prawo międzynarodowe nie ma tej samej niemal nabożnej wagi, jaką ma podczas paneli dyskusyjnych w Ottawie.
Ajatollahowie nie powstrzymują się przed wysłaniem policji obyczajowej na ulice, by zapytać, czy konwencje genewskie pochwalałyby ich zachowanie.
Boko Haram nie konsultuje się z Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości pomiędzy kolejnymi porwaniami. Milicje mordujące cywilów w Sudanie nie robią przerwy, by sprawdzić przypisy do Karty Narodów Zjednoczonych.
A jednak ta fraza pojawia się z zadziwiającą regularnością wtedy, gdy zachodnie demokracje rozważają działania przeciwko takim reżimom. Oto osobliwa asymetria współczesnego dyskursu moralnego. W Syrii setki tysięcy ludzi zginęły pod rządami Asada, a przeciw cywilom używano broni chemicznej. W Jemenie wojna i głód pochłonęły setki tysięcy istnień. W Sudanie przemoc milicji zamieniła całe regiony w rzeźnie. W Nigerii dżihadystyczne masakry trwają od lat. A jednak wyrażenie to pojawia się z największą pilnością właśnie wtedy, gdy demokratyczne państwa rozważają interwencję przeciw sprawcom takich okrucieństw.
Człowiek zaczyna podejrzewać, że odwołanie do prawa międzynarodowego działa mniej jako zasada uniwersalna, a bardziej jako mechanizm selektywnego powściągania Zachodu.
Ta selektywna powściągliwość staje się szczególnie dziwna, gdy weźmie się pod uwagę współczesną niechęć do idei działań wyprzedzających. Dominująca interpretacja prawa międzynarodowego upiera się, że demokracje muszą czekać, aż agresja w pełni się zmaterializuje, zanim zareagują.
To trochę tak, jakby nakazać właścicielowi domu, by poczekał, aż włamywacz wejdzie do sypialni, zanim zacznie się bronić.
Historia dostarcza niewygodnych przykładów absurdalności takiej logiki. Kanada przystąpiła do II wojny światowej w 1939 roku nie dlatego, że została najechana, lecz dlatego, że nazistowskie Niemcy stanowiły zagrożenie dla samej cywilizacji. Gdyby obowiązywała dzisiejsza legalistyczna interpretacja, Kanadzie można by było zalecić neutralność, podczas gdy Europa waliłaby się pod naporem totalitaryzmu. Tego rodzaju historyczne refleksje rzadko jednak wdzierają się na scenę moralnego teatru współczesnej dyplomacji.
Zamiast tego oglądamy spektakl polityków przywołujących „międzynarodowy porządek oparty na zasadach” — frazę, która brzmi imponująco, dopóki nie przyjrzymy się jej z bliska. Porządek oparty na zasadach zakłada uniwersalność. Ale jeśli tylko garstka państw przestrzega zasad, podczas gdy reszta łamie je bezkarnie, to nie mamy do czynienia z porządkiem międzynarodowym, lecz zachodnim. Ta fraza przetrwała, bo jest użyteczna. Pozwala politykom ubrać swoje stanowiska w język moralnej powagi bez konieczności zmierzenia się z praktycznym faktem, że prawo międzynarodowe nie ma mechanizmu egzekwowania potrzebnego, by działać jak prawdziwe prawo.
Co nieuchronnie prowadzi nas do osobliwego przypadku obecnego premiera Kanady. Mark Carney ostrzegł niedawno, że reakcje na kryzysy geopolityczne muszą respektować międzynarodowy porządek oparty na zasadach. Był to występ wygłoszony z wyważoną powagą kogoś, kto przemawia na lekcji dobrego wychowania w szkole średniej.
Ton był szczery. Sformułowania — obowiązkowe. Można było niemal oczekiwać, że przemowa zakończy się oklaskami delegacji uczniowskiej z Luksemburga.
Tym, co czyniło ten występ szczególnie uderzającym, był jednak kontekst, który go otaczał. Szacunki nadal pozostają niejasne, ale doniesienia sugerują, że w ostatnich tygodniach w Teheranie mogło zostać zabitych od trzydziestu do czterdziestu tysięcy protestujących.
Młode kobiety wychodzą z domów, by dołączyć do demonstracji, i nie wracają. Rodzice stoją nad świeżo wykopanymi grobami. Protestujący, którzy odnoszą obrażenia i szukają pomocy medycznej, odkrywają, że same szpitale stały się narzędziami zastraszania: lekarzom Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej grozi, że leczenie rannych demonstrantów skończy się więzieniem albo śmiercią.
Oto reżim, o którym mowa. Reżim, który od 1979 roku odpowiada za śmierć znacznie ponad miliona ludzi — zarówno wskutek własnych represji, jak i działań milicji oraz organizacji najemnych finansowanych przezeń na całym Bliskim Wschodzie. Reżim, który uczynił terroryzm trwałym elementem swojej polityki zagranicznej. Reżim, który nadal zagraża stabilności szerszego świata.
To państwo, które z bezczelną otwartością mówi inspektorom, że będzie posiadać broń jądrową i że zetrze Izrael z mapy.
A kiedy Izrael i Stany Zjednoczone reagują na tę rzeczywistość — na dekady terroru, na trwające represje, na zbiorowe mogiły zapełniające się w Teheranie — odpowiedzią kanadyjskiego przywództwa jest poinformowanie pogrążonych w żałobie rodziców stojących przy tych grobach, że Kanada woli powściągliwość.
Nie odsunięcie mułłów od władzy. Nie zdecydowane działanie. Zamiast tego kolejny panel dyskusyjny — kolejne uroczyste spotkanie prowadzone przez Marka Carneya, podczas którego błędnie cytuje Tukidydesa.
Tukidydes, pierwotny anatom realpolitik, zauważył, że w brutalnej arytmetyce stosunków międzynarodowych silni czynią to, co mogą, a słabi cierpią to, co muszą — nie jako moralną aprobatę, lecz jako trzeźwy opis rzeczywistości.
Można podejrzewać, że doradziłby Kanadzie trzymać się swoich demokratycznych sojuszników, zamiast dryfować ku strategicznej orbicie potęg autorytarnych. Ten niuans najwyraźniej umknął jednak gorliwemu stażyście, który poprzedniego popołudnia w pośpiechu przeczytał streszczenie Tukidydesa w ChatGPT, zanim Carney zachwycił Davos.
Rezultat jest jak zwykle ten sam: Carney błędnie przywołuje Tukidydesa, fałszywie przedstawia Václava Havla i wywołuje jeszcze jeden autorytet literacki, którego dzieła najwyraźniej jedynie przekartkowano gdzieś pomiędzy komunikatem prasowym a wejściem na mównicę.
Trudno byłoby zaprojektować bardziej groteskowy kontrast między retoryką a rzeczywistością.
Ironia pogłębia się jeszcze bardziej, gdy uwzględnimy geopolityczne realia, które uprzejmy język dyplomacji zwykle zaciera.
Iran nie istnieje w izolacji. Jego reżim działa w ramach sieci sojuszy, obejmującej jednego szczególnie potężnego partnera: Chiny. Chiny kupują ogromne ilości irańskiej ropy — według doniesień 90 proc. — zapewniając reżimowi gospodarczy tlen. Inwestują w infrastrukturę wzmacniającą aparat bezpieczeństwa Iranu.
Teheran pod wieloma względami służy jako regionalne narzędzie w szerszej strategii Pekinu mającej osłabić wpływy Zachodu. A jednak, podczas gdy ta oś współpracy trwa, kanadyjskie przywództwo wydaje się coraz bardziej skore do dystansowania się od Stanów Zjednoczonych — najpotężniejszej liberalnej demokracji w historii i najbliższego sojusznika Kanady — jednocześnie flirtując ze strategicznym zwrotem ku Pekinowi. Można by sądzić, że takie geopolitycznej zmiany należałoby starannie wyjaśnić. Zamiast tego słyszymy wykłady o prawie międzynarodowym.
Całe to przedstawienie ma znajomy rytm polityczny. Najpierw pojawia się uroczysta deklaracja zasad. Potem następuje nagły zwrot, gdy dane sondażowe sugerują, że inny ton mógłby przynieść wyborcze korzyści. Bo właśnie tu ta historia przestaje dotyczyć prawa międzynarodowego i zaczyna dotyczyć polityki krajowej.
Istnieje dobry powód, by podejrzewać, że Kanada może wkrótce zmierzać ku wiosennym wyborom. Choreografia byłaby prosta. Rozdrażnić Waszyngton. Sprowokować przewidywalną reakcję Donalda Trumpa. A potem owinąć się kanadyjską flagą i przedstawić całą sytuację jako patriotyczną konfrontację z południowym sąsiadem.
Człowiek, który spędził lata za granicą, nagle wystąpi w hokejowej koszulce Team Canada, wzywając do jedności narodowej w obliczu zagranicznej presji. A kanadyjscy wyborcy — których polityczne instynkty przypominają czasem podekscytowanych kibiców hokeja — z entuzjazmem staną za nim.
To sprytny manewr. Ma też bardzo niewiele wspólnego z zasadami. Bo pod retoryką prawa międzynarodowego, pod przemowami o porządku opartym na zasadach, pod nagłymi moralnymi pouczeniami kierowanymi do sojuszników, podczas gdy autorytarne reżimy działają bezkarnie, kryje się znacznie prostsza prawda polityczna.
Kanadyjczycy są oszukiwani.
To przedstawienie nie dotyczy sprawiedliwości. Nie dotyczy prawa międzynarodowego. Nie dotyczy cierpienia protestujących w Teheranie ani ofiar irańskich najemników na całym Bliskim Wschodzie. Chodzi o władzę. A władza, w przeciwieństwie do prawa międzynarodowego, jest czymś, co politycy rozumieją doskonale.
Czas bronić niewinnych ludzi wielkiego perskiego narodu Iranu. Niech tyrani mułłokracji zostaną odsunięci od władzy. Niech sprawiedliwość, uczciwość, wolność i przedstawicielska demokracja zostaną przywrócone narodowi irańskiemu. I niech jego długie cierpienie — znoszone od 1979 roku pod tyranią klerykalnego reżimu — wreszcie dobiegnie końca.
Chwała Stanom Zjednoczonym, Izraelowi i ich sojusznikom, gdy mierzą się z tyranami Iranu, rzucają im wyzwanie i ich niszczą.
I niech obywatele Kanady, Stanów Zjednoczonych, Zachodu i Iranu pamiętają o czymś, o czym nasza epoka zdaje się usilnie chcieć zapomnieć: wolności nie zachowują ci, którzy recytują formułki o „prawie międzynarodowym”, podczas gdy tyrania trwa bez przeszkód. W pewnym momencie świat musi zdecydować, czy woli sprawiedliwość — czy jedynie dźwięk własnego moralnego bełkotu.
Niech pamiętają, że prawo do życia w wolności — do chodzenia ulicą bez strachu, do mówienia bez cenzury, do odkrywania głowy bez prześladowań i do istnienia bez buta Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej na karku czy dekretów klerykalnych kleptokratów — nie jest nadawane przez konferencje dyplomatów.
I niech ludzie nigdy nie pozwolą, by sprawiedliwość, uczciwość, prawda i prawo do życia bez ucisku uklękły przed arbitralnymi orzeczeniami tych, którzy stylizują się na strażników prawa międzynarodowego — a najmniej ze wszystkich przed własnym Markiem Carneyem Kanady.
Link do oryginału:
International Law and Other Hangover Remedies
Read more
6 days ago · 18 likes · 8 comments · Freedom To Offend
Freedom to Offend, 8 marca 2026