Archives

Muslim Brotherhood Builds Expanding Influence Network Across Canada, New Report Finds


Muslim Brotherhood Builds Expanding Influence Network Across Canada, New Report Finds

Ailin Vilches Arguello


A pro-Palestinian demonstrator playing drums in front of an Israel flag drenched in fake blood amid an anti-Israel protest, Montreal, Canada, May 16, 2026. Photo: Giordanno Brumas / SOPA Images via Reuters Connect

The Muslim Brotherhood has built an extensive network of organizations, financial structures, and influence operations across Canada while maintaining a carefully managed public image, a new report warns, raising concerns over the transnational Islamist organization’s growing reach into politics, civil society, and academia.

The Institute for the Study of Global Antisemitism and Policy (ISGAP), a US-based research organization focused on antisemitism, extremism, and ideological movements, released a new report on Monday examining Muslim Brotherhood-aligned networks and their growing influence across Canadian politics, civil society, and higher education.

Founded in Egypt in 1928 by schoolteacher Hassan al-Banna, the Muslim Brotherhood seeks to implement Islamic law around the world by any means necessary, embracing both violent terrorism and lawful political activity. 

The most prominent and, arguably, influential Brotherhood-created group today is Hamas, the Palestinian terrorist group that perpetrated the Oct. 7, 2023, invasion of southern Israel, the deadliest massacre of Jews since the Holocaust.

The report argues that Muslim Brotherhood-aligned activity in Canada reflects a coordinated transnational strategy aimed at embedding its ideology within institutions, shaping public narratives, mobilizing political support, and building legal and reputational safeguards against scrutiny.

For example, ISGAP’s research shows that organizations including the Canadian Muslim Vote and the Canadian Muslim Public Affairs Council have targeted dozens of competitive federal constituencies, with a coordinated “Vote Palestine” campaign during the 2025 election securing endorsements from 344 candidates across four political parties.

“Canada’s challenge is not simply the presence of individual extremist voices or isolated institutional weakness. The report maps how interconnected ideological networks acquire legitimacy, institutional access, public funding, political influence, and protection from scrutiny,” Dr Charles Asher Small, ISGAP’s Executive Director, said in a statement.

“Canadian democracy is built on openness, robust notions of citizenship, pluralism, civil liberties, and public trust,” Small continued. “These principles must not be exploited to shield foreign influence, ideological entryism, antisemitism, or efforts to weaken democratic accountability. Canada requires a coordinated response based on transparency, institutional due diligence, and national security awareness and enforcement.”

According to ISGAP’s newly released report, oversight of foreign organizations and networks across the country remains fragmented and inconsistent, with regulatory scrutiny often limited to isolated interventions rather than sustained monitoring and frequently followed by coordinated efforts that weaken its practical impact.

In more specific cases, the report points to the Muslim Association of Canada (MAC) and the Islamic Society of North America (ISNA) Canada, where regulatory findings involving financial irregularities and alleged links to extremist networks resulted in compliance agreements or financial penalties rather than the loss of charitable status.

The report further identifies Qatar as a major source of funding, institutional backing, and influence, citing Qatari-linked involvement in research spanning energy infrastructure, secure communications, smart-grid technology, carbon systems, and other areas with potential dual-use applications.

ISGAP’s study also examines Canadian universities as potential points of convergence for foreign funding, academic legitimacy, student mobilization, faculty activism, and institutional decision-making, highlighting Qatari-linked research and academic relationships at institutions including the University of Toronto, Toronto Metropolitan University, and the University of Waterloo.

Based on the report’s estimates, more than $2.8 million in Qatari state-linked research funding has been provided to the University of Waterloo alone, with total associated investment exceeding $7.7 million when scholarships and sponsored students are included.

With experts pointing to an apparent double standard, the report notes that Canadian universities have maintained these relationships despite concerns over foreign influence, even as some have moved to terminate or reconsider academic partnerships with Israeli institutions following sustained activist pressure linked to the war in Gaza and broader efforts to boycott and isolate the Jewish state internationally.

Within this broader environment, ISGAP argues that a major weakness is the absence of a comprehensive Canadian system requiring universities to disclose foreign funding, unlike the United States, leaving the financial terms of partnerships, intellectual property arrangements, research-access provisions, and agreements involving institutional or student data frequently outside public scrutiny.

Amid growing concerns over Muslim Brotherhood-linked networks and foreign influence in Canada, ISGAP is calling for tighter oversight of foreign-linked organizations, charities, and nonprofits, along with greater support for independent research into foreign influence, antisemitism, and extremism. The report also urges a closer regulatory review of the Canadian Islamic College, including its funding, governance, curriculum, and external relationships.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Izraelczycy uderzyli pod Damaszkiem. Rośnie napięcie na linii Turcja-Izrael

Izraelski czołg jedzie wzdłuż linii zawieszenia broni między okupowanymi przez Izrael Wzgórzami Golan a Syrią, po stronie izraelskiej. (Fot. REUTERS/Ayal Margolin)


Izraelczycy uderzyli pod Damaszkiem. Rośnie napięcie na linii Turcja-Izrael

Marta Urzędowska


Syryjskie władze potępiły izraelski atak na wioskę pod Damaszkiem. To już drugi w ostatnich dniach izraelski nalot na ten kraj.

Syryjskie władze ostro potępiły izraelski atak na wioskę Bejt Dżin na południowy zachód od Damaszku, w którym w ostatni weekend kilka osób zostało rannych, a także zniszczony został cywilny samochód. Nazwały go „rażącym naruszeniem” suwerenności Syrii i „złamaniem międzynarodowego prawa”.

Izraelczycy odpowiadają, że mieli powód, by zaatakować. Jak wyjaśnia izraelska armia we wpisie w serwisie X, celem był „terrorysta”, który był „na ostatnim etapie” planowania ataków na izraelskich żołnierzy.

Izraelczycy zaatakowali bazę w Syrii. Waszyngton: Zagrażacie stabilności regionu

Izraelski atak pod Damaszkiem był drugim przeprowadzonym w ciągu ostatnich kilku dni na terenie Syrii. W ostatni wtorek (18.08) Izraelczycy zaatakowali bazę wojskową Abu Duhur pod Idlibem, kilkadziesiąt kilometrów od syryjskiej granicy z Turcją. Co najmniej osiem bomb poleciało na pasy startowe i hangary.

Atak skrytykowali Amerykanie, nazywając go „niepotrzebną eskalacją, która nie pomaga w utrzymywaniu stabilności w regionie”.

Tom Barrack, amerykański ambasador w Turcji i wysłannik Donalda Trumpa ds. Syrii i Iraku, wyjaśniał w ostatni piątek, że „Izraelczycy prowokują Turków”, próbując wciągnąć Ankarę w konflikt. – To poważne i niepokojące – skwitował w rozmowie z prowadzącym znany podcast w serwisie X libańsko-australijskim influencerem Mario Nawfalem.

Izraelski minister obrony Israel Katz ostro skrytykował wypowiedź Amerykanina, nazywając ją „pełną nieścisłości”. Stwierdził, że Izraelczycy zaatakowali w Syrii „w świetle jasnych informacji wywiadowczych na temat tureckich zamiarów”. Izraelczycy przekonują, że Turcy posłali do bazy żołnierzy i zamierzali rozmieścić w niej swoje drony i sprzęt, na co Izrael nie zamierzał się zgodzić.

Izrael nie od dziś pilnuje syryjskich baz. Nie chce zwiększania tureckiej obecności

Krótko po ataku na bazę Abu Duhur także kancelaria premiera Izraela Benjamina Netanjahu wystosowała oświadczenie, w którym wyjaśnia, że „choć Izrael i Syria uzgodniły status quo w kwestiach bezpieczeństwa, Syria była na granicy złamania go, pozwalając tureckim żołnierzom rozmieścić się w bazie lotniczej”.

Po kilku kolejnych dniach, w ostatni piątek (21.08) rzecznik premiera dorzucił w serwisie X, że atak Izraela na bazę miał „powstrzymać zwiększanie tureckiego zagrożenia”. Dodał, że Izraelczycy ostrzegli syryjskie władze, by nie wpuszczały Turków do Abu Duhur, ale te „zdecydowały się zignorować te ostrzeżenia”.

Izraelczycy nie chcą, by Turcy umacniali się w Syrii, szczególnie, by rozmieszczali tam swoją obronę przeciwlotniczą, drony i pociski, co mogłoby zwiększyć ich przewagę w powietrzu. Argumentują, że Turcja zagraża im w Syrii, bo turecki prezydent nieustannie grozi Izraelowi i otwarcie wzywa do jego zniszczenia. Turcy i Izraelczycy utrzymują stosunki dyplomatyczne, choć faktycznie pozostają one zamrożone od lat.

Izraelczycy nie od dziś pilnują, by Turcy nie ruszali syryjskich baz. W ub. roku zbombardowali dwie bazy w prowincji Homs, po doniesieniach, że odwiedzili je tureccy wojskowi.

W Syrii teoretycznie jest pokój. Ale na miejscu są tureccy i izraelscy żołnierze

Władze w Ankarze nie potwierdziły, czy tureccy żołnierze rzeczywiście przemieścili się do Abu Duhur. Turecki rząd odrzucił jedynie oskarżenia, że Turcy w Syrii mogą stanowić zagrożenie dla Izraelczyków.

Baza, która stała się dziś obiektem eskalacji, nie działa od 2013 r. Podczas wojny domowej kilka razy przechodziła z rąk do rąk. W 2024 r. ostatecznie zajęli ją rebelianci, którzy w tym samym roku obalili reżim syryjskiego dyktatora Baszara al-Asada i przejęli władzę w kraju.

Izraelska armia, tuż po przejęciu władzy przez rebeliantów, zniszczyła ogromną część syryjskiej infrastruktury wojskowej i amunicji, bojąc się, że wpadnie ona w ręce islamskich radykałów.

Z kolei turecka armia angażuje się w Syrii z własnych powodów. Turcy wspierali syryjskich sunnickich rebeliantów, którzy obalili szyitę Asada, a po przejęciu przez nich władzy od razu rzucili się ze wsparciem. Od początku kontrolowali strefę buforową wzdłuż północnej granicy Syrii, utrzymując tam swoich żołnierzy, a w ostatnich latach kilka razy przeprowadzali operacje wojskowe przeciwko Kurdom w Syrii. 

Turcja pilnuje, by miejscowi Kurdowie, którzy za czasów Asada wywalczyli sobie namiastkę autonomii w pobliżu tureckiej granicy, nie rośli w siłę, bo władze w Ankarze dekadami same walczyły z kurdyjską partyzantką na swoim terytorium i nie chcą podobnego scenariusza u siebie.

Izrael i Turcja rozmawiają zakulisowo. „Nie chcemy zrobić z Turków wroga”

Napięcia między Turcją i Izraelem, jakie dziś wyraźnie rysują się na syryjskim poletku, pogłębia osobista rywalizacja Netanjahu i tureckiego prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana, którzy od lat nie zgadzają się w kluczowych kwestiach w regionie.

Regularnie wymieniają się pogróżkami i obelgami. W ostatni piątek (21.08) izraelski premier oskarżył Erdogana, że jest „antysemickim dyktatorem, który masakruje Kurdów, ukrywa terrorystów z Hamasu, okupuje połowę Cypru i więzi dziennikarzy i polityków, którzy mu się sprzeciwiają”. – Teraz poszerza swoją agresję przeciwko Izraelowi na Syrię, a Izrael nie będzie tego tolerował – dodał.

Kilka godzin wcześniej turecki minister sprawiedliwości Akin Gurlek poinformował, że Turcy wydali nakaz aresztowania Netanjahu w związku z przejęciem w maju przez Izrael statków flotylli z pomocą dla Strefy Gazy. Podczas przejęcia konwoju propalestyńscy aktywiści byli napastowani i upokarzani przez izraelskich funkcjonariuszy.

Nie oznacza to, że oba kraje nie utrzymują kontaktów. Izraelskie radio Kan poinformowało w weekend, że Izrael i Turcja prowadzą nieformalne rozmowy, jak uniknąć dalszych napięć w Syrii.

Izrael nie chce robić sobie z Turcji wroga, ale jeśli nasz przekaz do nich nie dotrze, będziemy zmuszeni działać

– przekonuje źródło radia w izraelskich służbach.

Także szef izraelskiej dyplomacji Gideon Saar podkreślił w sobotę, że Izrael „nie ma żadnego interesu w eskalacji relacji z Turcją”, choć dodał, że „Izraelczycy nie pozwolą na tworzenie w Syrii tureckich baz”.

Eskalacja szkodzi relacjom Izrael-Syria. Izraelczycy nie ufają nowym syryjskim władzom

Obecne napięcia oznaczają eskalację nie tylko w relacjach Izrael-Turcja, ale także Izrael-Syria. Ponad rok temu oba kraje, które od dekad są nieprzejednanymi wrogami, zawarły porozumienie, które ma gwarantować spokój na granicy. Na razie ma ono charakter bardzo wstępny, a na trwały deal nie ma szans, bo Syryjczycy domagają się, by izraelscy żołnierze wyszli z Syrii, a Izrael zdecydowanie odrzuca tę możliwość.

Także samo bombardowanie celów w Syrii to nie nowość – Izraelczycy robią to regularnie, uważając, że mają prawo eliminować każde potencjalne zagrożenie tak blisko granic Izraela – czy to ze strony aktywnych na miejscu komórek ISIS, czy libańskiego Hezbollahu, który utrzymuje w Syrii swoje wpływy. Od upadku Asada Izraelczycy przeprowadzili w Syrii setki nalotów, weszli głęboko w południe kraju, gdzie ustanowili dziewięć posterunków wojskowych i gdzie budują wojskową infrastrukturę.

Mimo to, jak opisuje amerykański portal Axios, powołując się na trzy różne źródła, ważni syryjscy i izraelscy urzędnicy spotkali się w ostatnią niedzielę, by porozmawiać o deeskalacji po ostatnich atakach. W rozmowach miał uczestniczyć szef syryjskiej dyplomacji Asad asz-Szajbani i szef Mosadu, Roman Gofman.

Asz-Szajbani przekonywał, że owszem, do bazy Abu Duhur, przyjechało w ostatnim czasie kilku tureckich oficerów, ale była to część „trwającej współpracy wojskowej w miejscu prowadzenia ćwiczeń i wymiana wiedzy”. Dodał, że poinformował o wizycie stronę izraelską, co nie powstrzymało ataku na bazę. Zapewnił, że Syryjczycy nadal chcą rozmawiać z Izraelem, jednak „deeskalacja nie może spoczywać wyłącznie na jednej ze stron, Izrael musi przyznać, że operacje wojskowe i ataki nie sprzyjają bezpieczeństwu, za to nasilają regionalną niestabilność”.


Redagowała Ludmiła Anannikova


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Europe Wants Thousands of Gazans to Immigrate. What Could Go Wrong?


Europe Wants Thousands of Gazans to Immigrate. What Could Go Wrong?

Jonathan Sacerdoti


A Palestinian boy reacts next to a burning Israeli vehicle that Palestinian gunmen brought to Gaza after they infiltrated areas of southern Israel, in the northern Gaza Strip, Oct. 7, 2023. Photo: REUTERS/Mahmoud Issa

A working plan is being discussed to facilitate the departure of Palestinian families from Gaza and their reunification with relatives in Europe, according to reports from well-sourced security channels.

Though European Union officials and member states have consistently rejected mass resettlement schemes for Gazans, the reported proposal, which began taking shape around two months ago, envisions an initial framework starting in early 2027 to transfer around 40,000 Palestinians to European countries over several months. Greece, Germany, France, Belgium, the Netherlands, Spain, Italy, and, of course, the United Kingdom are cited among the prospective destinations.

So much for “stop the boats.” No boats required. We can simply roll out the red carpet.

There is a serious humanitarian case for allowing Palestinians to leave Gaza. Indeed, there was from the very start of the war which Hamas-led Palestinians began on Oct. 7, 2023. As soon as they invaded on their murderous barbaric rampage into southern Israel, the Israeli reaction was inevitably likely to cause hardship for a population used by its own leadership as a human shield for their own weapons and terrorism.

Civilians trapped inside a complex urban warzone should have had a realistic means of escape, temporarily or permanently. Egypt’s closure of its border helped trap civilians inside that war zone, instead of letting them cross easily into mostly uninhabited land just over the border from Rafah, while the regional insistence that Gazans must remain in Gaza has too often been treated as though preventing people from leaving was itself humanitarian.

Gazans facing intense hostilities had no other safe exit than into Egypt. Egypt’s blanket refusal to let civilians flee amounted to “constructive refoulement,” a concept developed by scholars and courts as an extension of the non-refoulement principle in international law, covering situations where a state effectively forces people back into danger without formally deporting them.

Palestinian Arabs who want to emigrate should be allowed to do so. They should be able to escape war, failed government, poverty, and the peculiar system which has made refugeehood hereditary across generations. In fact, they should be encouraged to do so if it will help them build more dignified, better lives. The question is where they go.

Europe has developed the extraordinary and suicidal habit of interpreting every humanitarian emergency as an argument for settlement in Europe. Language, religion, social customs, family structure, and the absorptive capacity of the host country become secondary considerations. Apparently compassion increases with distance traveled. The proposed emphasis on “family reunification” should make Britain particularly cautious. We already have a useful preview.

In June, Britain’s immigration courts gave 18 members of one Gazan family the right to join a single British citizen relative here. The case had begun with 20 applicants. Most of the adults do not speak English. That, apparently, was no obstacle to finding that their extended family ties were compelling enough to outweigh any sense of national self-preservation.

Despite the court finding that the family members were “financially dependent on the financial support arranged and provided by the sponsor,” the judgment also records something rather awkward: She could accommodate only her parents, works part-time, receives Universal Credit (a UK state benefit), and “would not be able” to support the wider family financially. The tribunal further found that, once in Britain, “it is foreseeable that they would require access to public funds.” So, the supposed dependence on her has a curious practical meaning. In Gaza, she helped organize and channel money from several sources; in Britain, the family’s material dependence would rapidly shift to the state. They are not dependent on her; they are dependent on us and our taxes.

“Family reunification,” in this case, meant parents, siblings, spouses, nephews, and nieces, with the British taxpayer picking up a substantial part of the practical burden. And now Europe is working toward admitting 40,000 people under the same comforting phrase.

Evidence accepted by the tribunal described Palestinian family structures as unusually extensive and interdependent by Western standards. One European conception of family reunification may mean a spouse and children. Another can encompass parents, adult siblings, their spouses, and several branches of an extended family. Forty thousand may therefore prove a remarkably elastic number.

Then comes integration, usually considered seriously only after arrival. The British government recently released its almost unbelievable nine-page booklet for asylum seekers on how not to rape women. It explains concepts such as sexual consent, equality between men and women, domestic abuse, forced marriage, female genital mutilation, and the age of consent — consent must be freely given, marriage does not provide permanent sexual consent, intoxicated or unconscious people cannot consent, and sex without consent is rape. Just think what kind of person needs this guidance because of their cultural background. Then think of 39,999 more of them.

The Palestinians entering the UK might well need to read the guide on how not to be sexually violent. They are, after all, coming from Gaza — the same territory from which, only a few years ago, thousands crossed into a neighboring society built on liberal norms of individual freedom, legal equality and civic life, and raped, kidnapped, and murdered civilians. Now we’re inviting them into Europe.

Even within Palestinian society itself, there are uncomfortable questions about the social norms people bring with them. According to the Palestinian Central Bureau of Statistics, 37.5 percent of women in Gaza who were married or had previously been married reported experiencing violence by their husband in the year preceding the 2019 survey. Earlier PCBS data found that 11.8 percent of married or previously married Palestinian women across the territories reported sexual violence by a husband, rising to 14.9 percent in Gaza in the 2011 survey.

The silence surrounding such abuse is striking: 61 percent of women who experienced domestic violence told nobody, while fewer than 1 percent sought help from formal institutions. These are not statistics from some hostile outside observer. They come from Palestinian institutions themselves. Any serious discussion of integration has to reckon with the social realities people arrive from.

Those women are victims. And while the figures cannot sensibly be converted into an accusation against every Palestinian man, they do describe a social environment in which attitudes toward marriage, women, sexuality, and authority differ significantly from contemporary Britain.

Recent sexual-assault cases involving asylum seekers have made those questions harder to wave away. The rape of a vulnerable man in Harrow, the gang rape of an intoxicated woman on Brighton beach, and the abduction and rape of a 12-year-old girl in Nuneaton are just a few of the many recent examples. They do not provide statistical proof about an entire migrant population, but they do demonstrate a clash of cultures and norms which makes Britain’s approach to immigration look increasingly absurd: admission first, widespread denial, a remedial instruction pamphlet afterwards, and a shrug of the shoulders when it all goes wrong.

A more rational humanitarian program would prioritize culturally and linguistically adjacent Arab countries, accompanied by something Palestinians have too often been denied there: permanent legal status, employment rights, property rights, and genuine routes to citizenship. Lebanon and Jordan demonstrate the damage caused when Palestinians are preserved indefinitely as outsiders. In this insane process, refugeehood becomes inherited, grievance becomes institutionalized, and each generation is raised inside an unresolved political condition centred around victimhood, religious grievance, and revenge.

Migration could help end that. Give Palestinians who want to leave somewhere they can build ordinary lives. Let their children inherit citizenship, homes, and professions rather than another refugee registration. Europe, meanwhile, is already struggling with housing, public services, integration, and the consequences of very large migration flows from the Middle East and wider Islamic world.

Let Gazans leave. They should have been able to leave long ago. But perhaps Europe can resist, for once, the assumption that solving a Middle Eastern crisis requires importing part of it.


Jonathan Sacerdoti, a writer and broadcaster, is now a contributor to The Algemeiner.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Florida Republicans defeat alt-right candidates in gubernatorial, House primaries


Florida Republicans defeat alt-right candidates in gubernatorial, House primaries

Andrew Bernard


Rep. Byron Donalds won the GOP primary to succeed Ron DeSantis as governor, while Rep. Randy Fine held on to the nomination for his House seat.

Rep. Randy Fine (R-Fla.) departs after a candlelight vigil in honor of National Police Week at the U.S. Capitol in Washington, D.C., on May 12, 2026. Photo by Graeme Sloan/Getty Images.

Pro-Israel Republicans defeated a pair of alt-right candidates accused of antisemitism in Florida’s primary elections on Tuesday in races for the House and governor.

Rep. Byron Donalds (R-Fla.) won the Republican gubernatorial primary to succeed Gov. Ron DeSantis, a Republican who is term-limited.

With 87% of votes counted at press time, Donalds had 762,364 (48.3%), trouncing James Fishback, a 31-year-old investor who courted the “groyper” movement associated with the Holocaust denier Nick Fuentes, who came in third with 163,261 (10.4%) of the vote. Lt. Gov. Jay Collins came in second with 393,248 votes (24.9%).

The Associated Press called the race for Donalds about an hour after polls closed.

Fishback has said that he does not hold animus against Jews, but ran a campaign defined by his opposition to Israel and frequent race-baiting of Donalds, who is black.

He pledged that as governor he would divest state funds from Israel; called the University of Central Florida’s cafeteria food “goyslop;” signed a “contract with Florida” that he would reject money from the pro-Israel group AIPAC; and frequently referred to Donalds as “By’rone” in an apparent effort to make his name sound more black.

Donalds is staunchly pro-Israel and has previously described the Jewish state as America’s closest ally in the region.

In November, he will face off against David Jolly, a former Republican congressman, who won the Democratic primary.

In Republican House races, Rep. Randy Fine (R-Fla.), who is Jewish, defeated Dan Bilzerian, an influencer with 29 million followers on Instagram, who ran an explicitly antisemitic primary challenge and has previously denied the Holocaust.

With 87% of votes counted at press time, Fine had 42,898 votes (56.8%) to Bilzerian’s 13,816 (18.3%).

An AI-generated video Bilzerian posted on Thursday asked “should we revisit that Austrian painter’s opinions” over an image of Adolf Hitler and included footage of Fine wearing a yarmulke and growing horns.

The video drew condemnation from Republicans, Democrats and Jewish groups.

The Republican Jewish Coalition congratulated Fine for defeating a “neo-Nazi” and Donalds for winning against “one of the most openly bigoted campaigns in recent memory.”

“James Fishback spent this race trafficking in vile racism and antisemitic filth,” stated Matt Brooks, CEO of the coalition. “He peddled antisemitic conspiracy tropes to his supporters while courting the endorsement and praise of white nationalist Nick Fuentes.”

“Dan Bilzerian did not merely flirt with antisemitism. He made Jew-hatred the entire premise of his campaign,” Brooks said. “Tonight, the Republican voters of Florida’s 6th District stood up to this fanatic and buried Bilzerian’s hateful campaign in the dustbin of history where it belongs.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Eskalacja dyplomacji w czasach zarazy


Eskalacja dyplomacji w czasach zarazy

Andrzej Koraszewski


Lato w Polsce, czyli w Pcimiu, Dobrzyniu lub innej Warszawie. Świat w zasięgu ręki. Satelity, światłowody, ciągły strumień pseudoinformacji, pędzącej z szybkością światła. Co wybrać, co odsiać, co sądzić i jakie znaczenie ma to moje sądzenie?

Krwawa wojna w Ukrainie, dziwna wojna w cieśninie, a wybory tuż-tuż. Dla tyrana wybory to sprawa bez znaczenia, teatr nadzorowany przez reżysera. Dla demokraty sprawa gardłowa. W demokracji trzeba wszystko wyborom podporządkować.

Czytam, że strach Zachodu przed eskalacją tylko podsyca agresję tyranów. To prawda, ale natychmiast pojawia się pytanie, co to takiego ten Zachód? Pisze zawodowy izraelski analityk David Rebel, że „od Ukrainy po Iran – powtarzająca się powściągliwość Zachodu nauczyła agresorów, że mogą kontynuować swoje działania, nie płacąc za nie odstraszającej ceny”.

Dlaczego Ukraina i Iran? Czy jest możliwe, że to, co dzieje się teraz w Afryce, ma równie ważne znaczenie dla „Zachodu”? Chiny, Rosja, Iran – niektórzy uważają te trzy kraje za dzisiejsze państwa osi, ale aliantów brak. „Zachód” jest terminem płynnym. Kojarzy się z demokracją, a demokracja jednym kojarzy się z wolnością, innym z rozwojem gospodarczym, a jeszcze innym z nieustannym cwaniactwem.

Chwilami odnosi się wrażenie, że Ameryka ma dość występowania w obronie europejskiej wolności. Ukraina to problem europejski. Zachodnia Europa to kolebka tego, co z jakiegoś powodu nazywamy „Zachodem”, a w tej kolebce coraz częściej na ulicach wielkich miast słyszymy mrożący krew w żyłach okrzyk „Allahu akbar”.

Tymczasem w Polsce, na rubieżach Europy Zachodniej, lawinowo rosną nastroje antyukraińskie. Świadomie i po mistrzowsku podsycane przez Rosję, trafiają na podatny grunt debilnego nacjonalizmu prawicy z różnych konfederacji i lewicy różnych Millerów, Czarzastych i Zandbergów.

W Europie byliśmy najbardziej zdecydowanym sojusznikiem Ukrainy. Czy to już czas przeszły, czy tylko coraz dalej idąca próba osłabienia tego sojuszu?

David Rebel pisze: „Rosja i Iran to bardzo różne reżimy, prowadzące bardzo różne wojny, a jednak oba wyciągnęły tę samą lekcję: Zachód może być silniejszy, ale siła niewiele znaczy, gdy przeciwnicy są przekonani, że boisz się jej użyć”.

Izraelski analityk cicho przypomina, że rosyjska agresja nie zaczęła się w lutym 2022 roku. Po rozpadzie ZSRR rosyjska armia uderzała w wielu miejscach, groziła jeszcze częściej, wojna z Gruzją jest dziś właściwie zapomniana, zajęcie Krymu w 2014 roku spowodowało krótką eskalację dyplomacji w postaci skrzywionych min, którym towarzyszyły liczne głosy „Zachodu”, że właściwie nic się nie stało, a Putin mógł mieć swoje powody. Zachód ma wiele głów i mówi wieloma językami.

David Rebel przypomina, że Rosja, w odróżnieniu od nazistowskich Niemiec, nigdy nie została rozliczona ani ze zbrodni wobec innych narodów, ani ze zbrodni wobec własnego społeczeństwa.

„Współczesna Rosja nie jest Związkiem Radzieckim, a Władimir Putin nie jest komunistą. Moskwa odziedziczyła jednak część radzieckiego aparatu bezpieczeństwa, imperialnego światopoglądu i kultury politycznej. Choć ideologia Rosji się zmieniła, wiele radzieckich metod przetrwało.”

Przez pewien czas mogło się wydawać, że kto jak kto, ale polska klasa polityczna doskonale rozumie, iż połknięcie Ukrainy przez Rosję może być tylko początkiem imperialnych planów Putina. Frontalny atak na Ukrainę był testem, jak mało znaczą gwarancje „Zachodu” udzielone Ukrainie z okazji namawiania jej do rezygnacji z broni atomowej.

W trwającej ponad cztery lata wojnie Ukraina jest stale wykrwawiającym się państwem buforowym między Rosją a Zachodem. Radykalny wzrost pomocy militarnej i gospodarczej dla Ukrainy mógłby przybliżyć moment, w którym rosyjski dyktator musiałby zacząć zastanawiać się, jak się z tej awantury wycofać. Dyktator nie jest jednak ani głupi, ani osamotniony.

Na zupełnie innym planie prowadzi wojnę kognitywną, której celem jest ustawiczna destabilizacja zachodnich społeczeństw, wzmacnianie antyamerykańskich nastrojów w Europie, podsycanie amerykańskiej irytacji na Europę, walka z rzekomym zachodnim imperializmem i rasizmem i, oczywiście, antysyjonizm jako niezawodny środek na wzmocnienie kretynizmu, czyli stara gra lewicy, która nie umiała wyprodukować porządnych grabi, ale osiągnęła mistrzostwo na polu propagandy.

W ramach dyplomacji NATO zapewnia dyktatora, że Ukraina nigdy nie zostanie jego członkiem, Unia Europejska zapewnia, że właściwie uznaje prawo Ukrainy do obrony swoich granic, a nawet dostarcza trochę broni, ale drugiego sortu i z zastrzeżeniem, żeby jej przypadkiem nie używać do atakowania rosyjskiej armii na rosyjskiej ziemi.

Putin patrzy na giełdy, dostaje przeglądy zachodniej prasy, często rozmawia z prezydentem Chin. Czy mówią sobie szczerze, co myślą o Republice Islamskiej? Wątpię. Prawdopodobnie o niczym nie mówią szczerze, ale niektóre zdania mogą być zbliżone do szczerości i odrobinę różnić się od oficjalnych oświadczeń. Na tym polu mamy jednak tylko domysły. Wnioskujemy z fusów, jakimi są działania na forum ONZ. Troska o przetrwanie Islamskiej Republiki Iranu jest chwilowo ważna dla jednego i drugiego.

Walka o cieśninę Ormuz jest dla Putina żyłą złota w czasie teraźniejszym (Rosja jest jednym z nielicznych krajów mających pozytywny bilans w handlu z Chinami), na nieco dłuższą metę daje nadzieję, że za dwa lata rządy w USA przejmą demokraci, a w dalszej perspektywie, że islam skutecznie zdestabilizuje Zachód. Chwilowo kontrolowane podtrzymywanie konfliktu zarówno w cieśninie Ormuz, jak i na Morzu Czerwonym trzęsie rynkami energii, a to wpływa na eskalację dyplomacji i pustych słów, które kwitowane są złośliwymi uśmiechami w Moskwie i w Pekinie.

Czytałem niedawno futurologiczny esej, w którym Europa Zachodnia pojawia się jako emirat.

Obecnie Islamska Republika Iranu jest w sojuszu z niewiernymi w Chinach, z niewiernymi w Rosji i z niewiernymi w Korei Północnej. Oczywiście gardzi nimi i jej przywódcy prawdziwie wierzą, że z boską pomocą islam podbije świat. Były komunistyczny aparatczyk Putin chodzi do cerkwi, nie wiemy, czy modli się o odzyskanie przez Rosję rangi drugiego mocarstwa świata, ale zapewne jest świadomy, że to jego marzenie jest związane z generalną zmianą układu sił, w którym tym pierwszym mocarstwem byłyby Chiny. Trudno uniknąć myśli o krótkotrwałym, ale intensywnym sojuszu Stalina z Hitlerem, kiedy Rosja miała pozytywny bilans handlowy z Niemcami, gdyż zaopatrywała niemiecką armię i niemiecki przemysł w energię.

Tymczasem chińscy ateiści ćwiczą masową reedukację muzułmanów na skromną lokalną skalę. Wyobrażanie sobie świata za sto lat wydaje mi się stratą czasu. Obserwacja tego, co się dzieje w czasie teraźniejszym, skłania do obaw, że im więcej wkładamy w to pracy, tym bardziej zdajemy sobie sprawę z ogromu tego, co jest przed naszym wzrokiem ukryte. A jednak ta eskalacja dyplomacji skłania do ponurego wniosku, że państwa osi zyskują coraz większą przewagę.

Szukając odpoczynku, czytałem opowieść o Miguelu de Cervantesie, który przez pięć lat był niewolnikiem w Algierii. Kiedy w wieku 33 lat dostał się w łapy muzułmańskich rozbójników, nie był ani sławny, ani nie pochodził z bogatej rodziny, więc długo czekał na wykupienie.

Moją uwagę zwrócił przytoczony przez autora eseju cytat z Don Kichota:

„Wolność, Sancho, jest jednym z najcenniejszych darów, jakimi Niebo obdarzyło człowieka; nie dorównują jej żadne skarby, które kryje ziemia ani skrywa morze; dla wolności, podobnie jak dla honoru, można i należy ryzykować życie; niewola zaś jest największym złem, jakie może spotkać człowieka.”

Ciekawe, że tym razem odebrałem go inaczej niż ponad 70 lat temu, kiedy pierwszy raz czytałem tę zdumiewającą książkę.

Mam wrażenie, że żyjemy w czasach zarazy, zwanej ucieczką od wolności.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com