Archive | 2016/03/30

Na końcu świata. O książce „Czym było Auschwitz?

O książce „Czym było Auschwitz? Rozmowy z moją córką”

Adam Puchejda


Krótka książka Wieviorki to jedno z najbardziej rzetelnych i przystępnie napisanych dzieł o Zagładzie Żydów. A jednak nawet ta wytrawna historyczka dała się uwieść sile stereotypowych odpowiedzi i zbyt łatwo przechodzi od opisu zdarzeń do poszukiwania ich uogólnionych przyczyn.

Współcześnie każda niemal rozmowa o Auschwitz, co nieuniknione, staje się rozmową o odpowiedzialności i winie. W mniejszym stopniu zajmujemy się dziś opisem Zagłady Żydów, w przekonaniu, że wszystko lub niemal wszystko zostało już na ten temat powiedziane, w większym zaś rozważaniem etycznych i politycznych zagadnień dotyczących przyczyn ludobójstwa (na Żydach lub innych zbiorowościach), a także możliwości lub, przeciwnie, niemożliwości jego powstrzymania w przyszłości. Książka Annette Wieviorki, paradoksalnie, wpisuje się w ten sam nurt.

Piszę „paradoksalnie”, ponieważ choć jest to bez wątpienia dzieło wytrawnej historyczki, „wybitnej znawczyni dziejów Szoa”, jak czytamy na okładce, a zatem osoby, która opis przeszłości powinna stawiać na pierwszym miejscu, jest to także, a może przede wszystkim, kolejna książka szukająca odpowiedzi na pytanie: „Dlaczego?”. Rozmowy z córką, Mathilde, która chce dowiedzieć się od matki, czym było Auschwitz, jaki los spotkał Berthę, przyjaciółkę rodziny, ocaloną z obozu, której wytatuowany na ramieniu obozowy numer wywołuje szok u 13-latki, przekształca się, przyznaje Wieviorka, w kolejny zestaw pytań, „które sama zadaję sobie w nieskończoność i które od ponad półwiecza powracają w rozważaniach historyków i filozofów”.

I to właśnie na te proste, wydawałoby się, a w ustach dziecka wyrażone jedynie dosadniej pytania „tak trudno znaleźć odpowiedzi”. Bo też – dodaje na wstępie autorka – „choć łatwo mi jako historyczce opisać Auschwitz, wyjaśnić, jak przebiegało ludobójstwo na Żydach, sedno rzeczy pozostaje dosłownie niepojęte, a zatem niewytłumaczalne: dlaczego naziści postanowili usunąć Żydów z powierzchni ziemi? Dlaczego włożyli tyle wysiłku w to, żeby ściągnąć ze wszystkich krańców okupowanej Europy – od Amsterdamu po Bordeaux, od Warszawy po Saloniki – dzieci i starców, tylko po to, żeby ich zamordować?”.

Rzecz jasna, Wieviorka w tej króciutkiej książce – ledwie 92 strony małego formatu – także nie udziela odpowiedzi na te kluczowe pytania. W końcu rozważanie ich przez dziesiątki lat i to w znacznie dłuższych dziełach także nie przyniosło definitywnych rozstrzygnięć. Ale kiedy już skłania się ku odpowiedziom – co samo w sobie też jest przecież czymś najzupełniej naturalnym, zwłaszcza, gdy w grę wchodzi zagłada narodu, ludobójstwo – wówczas rozgrzesza się jednak z bycia krytyczną historyczką, uważną zapisywaczką tego, co miało miejsce, co się wydarzyło. Nie szuka już coraz lepszego, gęstszego opisu przeszłości, bo to zająć może następne lata i może skomplikować obraz jeszcze bardziej. Nie stawia więc kolejnych pytań, nie mnoży wątpliwości, daje za to pole narracjom, które narzucają się niejako same – odziedziczonym po przeszłych pokoleniach, trwającym w tradycji, zapośredniczonym nieraz w samym języku. Przychodzącym łatwo, czasem zbyt łatwo.

Ostro brzmią te słowa i to kolejny paradoks, ponieważ dziełko Wieviorki to jedno z najbardziej, jak sądzę, rzetelnych i przystępnie napisanych dzieł o Zagładzie Żydów. To książeczka, która powinna być czytana w każdej szkole, tak francuskiej, jak i polskiej, a może zwłaszcza polskiej, bo obawiam się, że połowy faktów przedstawionych w tym króciutkim tomie polscy uczniowie po prostu nie znają. To książeczka ważna, mimo że trudna, bolesna, a czasem też niepełna i posługująca się stereotypem.

Autorka nikogo w niej nie oszczędza, pisze bez złudzeń o sytuacji Żydów francuskich i polskich, o getcie warszawskim, o polskim antysemityzmie i francuskiej policji zatrzymującej Żydów, o „morderstwach zza biurka”, którymi obarczyć trzeba tak wielu ślepych biuralistów we wszystkich krajach okupowanej Europy, o Rumkowskim, „upojonym władzą” szefie łódzkiego Judenratu, o Żydach umierających z głodu we francuskim Drancy przed deportacją do Auschwitz, wreszcie o samych obozach, o Auschwitz, Treblince, Sobiborze, o ich śmiertelnej specyfice i (nie)ludzkim działaniu. Niemało jak na tak niewielką liczbę stron.

Na marginesie, wydawca mógłby trochę bardziej wspomóc tłumaczkę, odpowiedzialną za przypisy, w przywoływaniu niektórych faktów, np. tego, że Archiwum Ringelbluma znajduje sie w Warszawie, w Żydowskim Instytucie Historycznym, jednym z pierwszych w świecie instytutów naukowych zajmujących się historią Zagłady, co dla wielu polskich czytelników może być zaskoczeniem. A słowa „Żyd” mógłby nie zapisywać – jak tylu innych polskich wydawców i dziennikarzy, z „Kulturą Liberalną” włącznie – w błędnej, schrystianizowanej ortografii, od małej litery. Wreszcie, mógłby trochę bardziej zatroszczyć się o jakość oprawy i szatę graficzną, która nie zachęca do sięgnięcia po to dzieło.

Wszystko to jednak kwestie drugorzędne lub nawet trzeciorzędne w obliczu poważniejszego problemu, który ujawnia się także na kartach tej książki, a związany jest z łatwym, zbyt łatwym, jak już wspominałem, przejściem od opisu zdarzeń do poszukiwania ich uogólnionych przyczyn. Kiedy spojrzymy na „Czym było Auschwitz?” z tego punktu widzenia, szybko dostrzeżemy, że tam, gdzie w opis wkrada się luka, gdzie nie znamy pełnej odpowiedzi lub znamy tylko jej niewielkie fragmenty, tam, gdzie trudno dać rzeczy odpowiednie słowo, a odpowiedź narzuca się sama, tam właśnie stereotyp zastępuje opis, a wiara wyjaśnienie.

Pisze np. Wieviorka o różnicy między okupacją w Polsce i we Francji, a także o powiązanej z nią różnicy w liczbie ocalonych Żydów:

We Francji [żeby przetrwać] na przykład trzeba było zaopatrzyć się w fałszywe dokumenty i uzbierać pieniądze dla przemytnika, który przeprowadzał nielegalnie przez linię demarkacyjną, dzielącą strefę okupowaną od strefy wolnej. Dla obcokrajowców, nie najlepiej mówiących po francusku i to z akcentem, okazywało się to szczególnie niebezpieczne. Przede wszystkim zaś trzeba było wyżywić siebie i rodzinę. Im większa doskwierała im bieda, tym mniej zostawało oszczędności i trudniej było przeżyć. Jednakże wielu Żydom się to udało dzięki pomocy społeczeństwa. Spośród 330 tysięcy Żydów zamieszkujących Francję w 1939 roku około 75 tysięcy zginęło w wyniku deportacji. (…) Ocalało więc czterech na pięciu. W Polsce, gdzie zginęło około trzech milionów Żydów, ukrycie się było prawie niemożliwe. Być może dlatego że społeczeństwo cechowało się głębokim antysemityzmem, a tym samym niechętnie ukrywało Żydów. W Polsce, tak jak w Niemczech, uważano, że istnieje jakaś «kwestia żydowska», i znaczna część Polaków – choć sami byli okrutnie gnębieni przez nazistów – nie miała nic przeciwko temu, żeby ci ostatni rozwiązali problem, który ich zdaniem stanowiła właśnie duża liczba Żydów w ich kraju. Z drugiej strony niemieckie prawo obowiązujące w tej kwestii w Polsce było surowsze niż we Francji. Jeśli jakiś polski katolik ukrywał Żyda i został na tym przyłapany, zabijano na miejscu jego i wszystkie mieszkające z nim osoby (s. 65–66).

Opis historyczki zatrzymuje się tu na przedstawieniu liczb i przywołaniu przepisów niemieckiego prawa obowiązującego na okupowanych terenach Polski, w większości wcielonych do tzw. Generalgouvernement, o czym zresztą w książce nie ma ani słowa. Gdy ten sam opis zamienia się jednak w historyczny dyskurs, wyjaśnienie, wtedy tłumaczem, spajającym poszczególne elementy, dostarczającym nam prawdy o historycznej rzeczywistości, staje się „kontekst”, w tym wypadku kontekst ideologiczny i społeczno-polityczny. Ogromna dysproporcja w żydowskich ofiarach na okupowanych ziemiach przedwojennej Polski i wojennej Francji wyjaśniona zostaje wtedy bądź to czynnikiem ideologicznym (antysemityzm), bądź też politycznym („kwestia żydowska”). W ten sposób otrzymujemy upragnioną odpowiedź na pytanie „dlaczego”, dlaczego tak wielu Żydów zginęło w Polsce, a nie w Niemczech czy we Francji. Ten sposób rozumowania prowadzi jednak do błędnych wniosków. I kłopotem nie są fakty – polski antysemityzm czy polityczne próby przymuszenia Żydów do emigracji, a tym samym dążenie włodarzy II RP do jeszcze większego unarodowienia państwa narodowego – problemem jest metoda przyjęta do ich interpretacji, do takiego, a nie innego łączenia ich w całość, oraz… pośpiech.

Metoda ta polega na przedstawianiu panoramy zdarzeń za pomocą ledwie kilku kresek. Jednego lub dwóch czynników (ideologicznego lub politycznego), które mają tłumaczyć zachowanie całych zbiorowości. Pojedynczych zdarzeń o lokalnym charakterze, które stają jako dowód na los tysięcy innych, a przez to obraz jakiejś spójnej całości. Oczywiście, podobne podejście ma swoje uzasadnienie, właściwe jest jednak mniej historykom, a bardziej moralistom, którzy nie mogą czekać, by dać świadectwo, nie mogą jak kupiec ważyć każdego elementu, nim obliczą cenę. Dla moralistów zbrodnia jest zbrodnią i nic jej ani nie usprawiedliwia, ani nie wyjaśnia. Historyk musi być większym relatywistą. Dzięki temu pierwszemu ten drugi może jednak więcej zauważyć, zadać nowe pytania, zwrócić uwagę na nieznane wcześniej elementy. Kiedy przyjdzie jednak do opisu, coraz dokładniejszego, gęstszego opisu tego, co naprawdę się wydarzyło, każdy szczegół okaże się ważny, bo każdy rzuci światło na nieco inny aspekt sprawy.

Paradoksalnie, a to już kolejny z paradoksów w tej małej książeczce, Wieviorka dużo lepiej niż z polską rolą w Zagładzie radzi sobie z opisem niemieckiej odpowiedzialności. Dla polskiego czytelnika może to być kontrast szokujący, bo jeśli, jak w przypadku Polaków, to, co nieznane lub nieznane dostatecznie, jest wyjaśnione poprzez odwołanie do uogólnionych czynników, w przypadku Niemców, bez wątpienia inicjatorów Zagłady, co jest też podkreślone w tej książce, wyjaśnione jest bez emocji, spokojnie, chciałoby się rzec, niemal racjonalnie. Wieviorka na pytanie o winę Niemców odpowiada wszakże:

Nie ma czegoś takiego jak zbiorowa wina całego narodu. Obywatele niemieccy, którzy sprzeciwiali się nazistom byli prześladowani, zamykani w obozach koncentracyjnych, skazywani na wygnanie. I choć Niemcy, jak wiele innych europejskich krajów, były przesiąknięte antysemityzmem, aktywni, krwiożerczy antysemici należeli do mniejszości. Dziś szacuje się, że w ludobójstwie brało czynny udział około 100 tysięcy Niemców. Pozostaje jednak pytanie o resztę, o tych, którzy patrzyli, jak ich żydowscy sąsiedzi zostają aresztowani, albo tych, którzy kierowali pociągami z deportowanymi. Najbardziej uderza niesłychana obojętność większości Niemców (s. 81–82).

Ten obraz, choć daleki od wyczerpania, jest dużo bardziej gęsty, subtelny i pokazujący różniącą się zbiorowość w działaniu. Nie ma tu mowy o prostych rozwiązaniach, jak np. przekonanie, że powszechna wiara w ideologię hitlerowską może być czynnikiem tłumaczącym milczące poparcie wielu Niemców dla prześladowań Żydów. W ten sposób dochodzimy, jak się zdaje, do banalnej konstatacji, że bliższa koszula ciału, czyli łatwiej pisać o kimś, kogo lepiej się zna i rozumie, jak np. o Niemcach, niż o kimś dalszym, kto żyje – jak pisze autorka na początku książki, we Freudowskiej zgoła frazie – „na tym końcu świata, w południowej Polsce”, gdzie znajdował się obóz Auschwitz.

Pułapki wiedzy znaturalizowanej, czyli takiej, którą przyjmuje się na wiarę, jako coś oczywistego, ujawniają się zresztą także w innych miejscach tej książki. Jedną z nich jest choćby przekonanie, że Francja, obok Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy Związku Sowieckiego, była zwycięzcą II wojny światowej, co jest najzwyklejszym kłamstwem zręcznych polityków, z de Gaulle’em na czele, które przyjmujemy z dobrodziejstwem inwentarza. Innym jest mimo wszystko zdumiewające przekonanie, że Żydzi we Francji „nie są już naprawdę prześladowani, nawet jeśli wciąż można się spotkać z antysemityzmem”, bo rasizm jest w Heksagonie zakazany. Podobnie zaskakujące może być kończące książkę wyznanie autorki, która deklaruje swą niezmąconą wiarę „w rozum, w wartość intelektu, nawet jeśli Auschwitz pozostaje w dużej mierze niewytłumaczalne”. Rozum staje się tu – jak to tyle razy już bywało w historii – przedmiotem wiary, nie analizy.

Ten, szukam właściwego słowa, stosunkowo komfortowy punkt widzenia autorki wypływa być może stąd, że pisze historię Zagłady, wychodząc od doświadczenia konkretnej osoby, która sama sobą zaświadcza o jej prawdziwości. Nie bierze jednak pod uwagę tego, że kolejni świadkowie Szoa, którzy zdołali przetrwać, powoli odchodzą (miesiąc temu zmarł choćby ostatni uczestnik słynnego buntu w Treblince, Samuel Willenberg), a bez ich obecności, bez możliwości, jakkolwiek brzmi to szokująco, zobaczenia – jak 13-letnia Mathilde – na ramieniu Berthe wytatuowanego numeru obozowego, historia Zagłady traci coś najbliższego ludzkiemu zrozumieniu – ludzi, którzy mogą sami zaświadczyć o prawdziwości tego, co się wydarzyło. Po śmierci ostatniego świadka historia Szoa będzie narażona na jeszcze większe manipulacje, z możliwością pojawienia się powszechnego – nie, tak jak dzisiaj to bywa, marginalnego – zjawiska zaprzeczania samemu faktowi jej zaistnienia.

Dlatego tym bardziej ważne jest, by pisać historię, która w sposób mozolny i możliwie dokładny opisuje każdy szczegół wojennej rzeczywistości, rezygnując z umacniania stereotypów. Te ostatnie łatwo stają się pożywką politycznej walki i rozmaitych odmian polityki historycznej. Książka Wieviorki, choć zmierza w dobrym kierunku, jest nadal ledwie w połowie tej drogi.


Adam Puchejda – historyk idei, teoretyk polityki, publicysta, stały współpracownik „Kultury Liberalnej”, Twitter: @AdamPuchejda.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Jan Grabowski to the publishers of University of Ottawa.

Jan Grabowski to the publishers of University of Ottawa.

Jan Grabowski


Ms. Amanda Crocker
Managing Editor
Between the Lines
401 Richmond St W,
Toronto, ON M5V 3A8
info@btlbooks.com

Dear Ms. Crocker,

I am writing to you as a professor of history of the Holocaust at the University of Ottawa. Quite recently I became aware of an exchange which occurred between Polish ambassador in Canada and yourself. The Polish ambassador, unhappy with one of your publications, decided to make his displeasure very public, placing his letter on the embassy website and sending copies to various cultural and ethnic institutions and associations across the Dominion. The ambassador pointed out an error contained in a book A Flight to Freedom. Stories of Escape to Canada. The book, a feel-good collection of short stories of refugees from around the world looking for and finding a better home in Canada, has been put together by two Toronto academics, Ratna Omidvar and Dana Wagner. The ambassador’s deep concern was only with one statement in the entire book; on p. 178, a Jewish survivor of the Holocaust from Sokolow Podlaski (small town north-east of Warsaw) is quoted saying: “in 1941, German troops, Polish SS (Schutzstaffel), and collaborators began herding Jewish families into makeshift ghettoes”. In his rather long letter the ambassador protested the usage of the incorrect term (indeed, there never was “a Polish SS”), reminded the editor about Poland’s heroic struggle against the Nazis and – as Polish diplomats invariably do – invoked the high number of Poles decorated by the state of Israel for having saved the Jews under the German occupation. Finally, he demanded an apology, corrections and then sent another letter, this time to the Polish-Canadian associations – which he also made public. Here, the good ambassador was less cordial: “please, send your own letters to the editor and make others aware of the protest […] I know that some members of the Polish community in Canada think about initiating legal action against the publisher. We would consider offering our support [for such an action]”. The authors of the book immediately reacted and wrote to Mr. Bosacki a public letter, in which they apologized profusely: “We apologize for any hurt and misunderstanding caused by our wording. We sincerely regret the error. We will correct it by replacing the current wording with “the SS.” This new wording is in context, preceded by the explanation that “ Wehrmacht troops had taken over in Eastern Poland”. This correction will be made immediately by issuing an errata to be inserted in all print copies yet to be sold. The new wording will be used in reprints of the print book. The new wording will also be used in the e-book, which is yet to be published. Further, we will post notice of our error on our social media accounts and on the book and publisher websites”.
This, in turn, makes me, as a historian of the Holocaust, uneasy: in their haste to appease the upset Polish official the two authors (none of whom is historian by trade) are likely to stumble from one error into another. First, the revised statement would imply that the German Wehrmacht took over this area in 1941. It did not: Sokolów Podlaski had been under the German occupation since September 1939. Second, replacing the incorrect term “Polish SS” with “SS” makes no sense for the simple reason that the SS was not involved in the resettlement of the Jews into the Sokolow Podlaski ghetto in 1941. There were two major ghettoes in this area: one in Sokolow Podlaski and the other one in Wegrow, 12 kilometers away, with a joint population of about 24.000 Jews. Both ghettoes, (administered from Sokolow) have been created in 1940 and 1941 and, in both cases, the Jews have been herded into the ghettoes by the German gendarmerie and by their – much more numerous – Polish underlings from the Polish Police (Polnische Polizei – PP). Incidentally, in September 1942, during the brutal liquidation of the Sokolów and Wegrow ghettoes (and the subsequent deportation of their inhabitants to the extermination camp in nearby Treblinka), it was the Polish Police with the assistance of the Polish voluntary firefighters, who – hand in hand with the Germans and their Ukrainian auxiliaries – committed particularly heinous crimes on the helpless Jews. The number of Jewish victims, brutally murdered, or delivered to the execution sites by the Polish Police in Sokolów Podlaski and Wegrow goes in the hundreds. The degree of involvement of the PP in the crimes against the local Jewish communities (Sokolow, Wegrow, Stoczek) has even raised some concerns in the reports of the Polish underground sent at the time from the area to headquarters in Warsaw. The presence of their Polish neighbors, sometimes former classmates, among the killers was, for the terrorized Jews, even more painful (and better engraved in memory) than that of the largely anonymous Germans. We, historians of the Holocaust, tend to treat the testimonies of survivors with deep respect. Not everything is always true, the trauma of the experienced horrors and the decades of trying to forget leave an imprint on the accuracy of the historical record. Nevertheless, if a survivor recalls the horrors committed in his community by Poles in uniforms, his testimony should not be dismissed lightly. Even if the murderers were not clad in the grey-green uniforms of the SS but in dark-blue uniforms of the Polish Police. In his letter sent to the Polish-Canadian associations, ambassador Bosacki wrote: “let us not allow for the historical truth to be wiped away”. Indeed, let us not allow this to happen. We should treat the Polish ambassador’s exhortations as an encouragement for further study of the more painful aspects of the history of the Holocaust – with special attention devoted to the attitudes of the local populations in the face of the Jewish catastrophe. In the case of “Flight to Freedom” I would encourage the authors to include in their erratum a more complete and more exhaustive explanation, one which will place the testimony of the survivor of the Holocaust in the proper historical context.

Sincerely Yours,

Jan Grabowski
Professor/Professeur titulaire
Department of History/Département d’histoire
University of Ottawa/Université d’Ottawa

cc. Canada Council for the Arts
Ontario Arts Council
Polish embassy, Ottawa
Canada Book Fund


nadeslal: Leon Rozenbaum


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


US Professor Amazed at Wealth in Gaza City; Notes 900 Mosques, Only 2 Libraries

US Professor Amazed at Wealth in Gaza City; Notes 900 Mosques, Only 2 Libraries

Gaza. Photo: Wikimedia Commons.

A professor at the Jackson School of International Studies at the University of Washington in Seattle visited Gaza City for six hours a few weeks ago, and he was astonished that after reading years of propaganda about how poverty stricken Gazans are, they really aren’t.

I was flooded with impressions as we drove into the old city of Gaza. The first was, unexpectedly, that it looked nothing like India. Given the severe poverty, even humanitarian crisis, that Gaza as a whole is experiencing, I had expected the obvious and wrenching poverty that I had seen in some Indian cities or many other Third World countries, for that matter—collapsing infrastructure, rickety shacks, a surfeit of beggars, children in rags, adults sleeping on the sidewalks. At least in this part of the city and others that I saw later in the day, none of that was visible. Instead, I saw hordes of children going to school, university students walking in and out of the gates of the two universities—both the children and the university students reasonably dressed. I observed morning shoppers buying vegetables and fruits from stands, shopkeepers opening their shops, and people walking purposefully to wherever they were going for the start of the day. There were cranes and construction workers everywhere, with lots of uncompleted buildings being worked on. A garbage truck, with a UN sign on it, was making its rounds.

There was the occasional bombed out building, from the 2014 War. One had the entire top of the building, several stories, simply blown off. But other than those, most buildings were in decent shape, and some apartment buildings were downright nice. There were definitely some junkers on the road, but most of the cars looked like late-model varieties. Some of the side streets were pocked and broken up; the main thoroughfares, though, were in good shape. There were almost no traffic lights, and traffic was a bit chaotic. I must add again that I was in Gaza City (both the old and new parts of the city) only and did not go to some of the outer areas and refugee camps where the bombing in the 2014 war was the heaviest and where, I understand, destruction was massive.

People were certainly not in rags. Men were mostly in chino-type pants and button-down shirts. With very few exceptions, women were covered with the hijab and burka. Perhaps 10-20 percent of them were in black with their faces totally covered. Incidentally, this sort of veiling was not a traditional practice in Palestinian society; it is very much a product of the “new fundamentalism.”

The fascinating people I met during the day actually related to Israel in what I considered a very interesting fashion. In conversation after conversation, there was a kind of by-the-way acknowledgment of the destructiveness of Israel’s policies and, for sure, a general hatred for Israel. But what was striking was how everyone quickly went on from those sorts of almost off-handed comments to criticize how the Hamas government or the people themselves are also responsible for the state of affairs. There was no obsessing about Israel, which I found interesting. Indeed, there might even be a general acceptance of Israel in terms of realizing that Israel will long be part of their future.

Even a professor of international studies had no idea that Gaza didn’t look like the most poverty-stricken parts of Third World countries. The power of anti-Israel propaganda and one-sided media coverage is immense.

And Hamas is building….lots of mosques.

…My final meeting was with a fascinating character, Atef Abu Saif. Atef holds a Ph.D. in political science from the European University Institute in Florence, having worked with a friend of mine, Professor Phillipe Schmitter. Atef is also a novelist. He now teaches political science at Al-Azhar Gaza University and writes frequently, including for the New York Times and Slate. An open member of Fatah (although critical of the Fatah leadership), he has clashed with Hamas on a number of occasions, landing him in jail for short stints.

Atef’s main contention is that there are actually two Gazas. One is the one run by Hamas and includes its supporters. He noted, for example, that there has been a mosque-building binge, leading to a total of 879 mosques in the Strip by 2014, as compared to two public libraries. In his words, “Gaza has become one huge mosque.” The second Gaza consists of the Palestinian public in Gaza, engaged in all sorts of cultural and social activities outside Hamas’s orbit. If not quite a civil society, he intimated, there is a lot that goes on beneath the radar.

My guess is that those libraries were built when Israel controlled Gaza.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com