Archive | September 2022

Destruction of the Temple: On Mount Gerizim

Destruction of the Temple: On Mount Gerizim

ELI KAVON


The tragedy is that the Samaritans could not be integrated into the Jewish people as a whole. But it was they who refused.

.

MEMBERS OF the Samaritan community pray atop Mount Gerizim at sunrise during a service marking the end of Passover. / (photo credit: NASSER ISHTAYEH/FLASH90)

The city of Jerusalem was most vital on the pilgrimage holidays of Passover, Shavuot and Sukkot. The Temple Mount teemed with life and sacrifice, as Jews made the trek from all over the known world to participate in the celebration. The Roman destruction of the Second Temple in 70 created a void that still pains our people to the present day.

But the liberation and reunification of the capital city in June 1967 have enabled a modern pilgrimage of Jews who walk the streets of Jerusalem and pray at the Kotel. Even without a Third Temple, we are living in a Jewish world that has, in part, been redeemed.

As we approach the Ninth of the Hebrew month of Av and commemorate the destruction of both temples in Jerusalem, there is a fascinating footnote to our history of another center of sacrificial cult that was destroyed – by Jews. That was the Samaritan Temple on Mount Gerizim.

The Samaritans considered Shechem, the site of their holy mountain, to be the holiest city, not Jerusalem. It was this issue that proved to be of deep division between Samaritan and Jew. The Samaritans believed they were God’s Chosen People, not the denizens further south in Eretz Yisrael with the capital in Jerusalem.

Who were the Samaritans? Their origin is shrouded in some mystery. Biblical historian Leonard J. Greenspoon states, “The Samaritans traced their lineage back to the same 12 tribes as the Judeans or Jews. While the Davidic monarchy and Jerusalem as the city of David were crucial for Judean self-understanding, the Samaritans could point to other ancient traditions associated with Shechem and other Samaritan sites with centralized and sacrificial worship of God. In effect, the supporters of the Samaritans claim to be the true Israel were drawing from the same traditional sources as the Judeans, but with vastly different interpretations and consequences.”

.
Members of the Samaritan sect take part in a traditional pilgrimage marking the holiday of Shavuot, atop Mount Gerizim (credit: MOHAMAD TOROKMAN/REUTERS)

The Hebrew Bible roots the Jewish condemnation of the Samaritans as descendants of the Assyrian exile of the Northern Kingdom (“The Ten Lost Tribes”) in 721 BCE. The Assyrian military machine’s policy of neutralizing political enemies by mixing up captured populations was seen as the reason the northerners were idol worshipers who could not claim unity as descendants of the tribes of Jacob. 

The building of a temple on Mount Gerizim was viewed by the Jews as a sin as egregious as the Northern Kingdom’s establishment of temples in Beth El and Dan during the period of the divided monarchy. When the Persians allowed Jews to return to Jerusalem to rebuild the Temple, Samaritan offers of helping to rebuild the city were swiftly rejected by the Jewish leadership.

The Samaritan version of the Torah

The Samaritan version of the Torah is fascinating and its existence seems to dispute their position as heretics to be dismissed, heterodox and irrelevant. Greenspoon continues: “Given the centuries of hostility between Jews and Samaritans, it is surprising to learn of the basic compatibility between the beliefs and the practices of the two feuding groups. The Samaritan Pentateuch and the form of the Torah accepted in Jerusalem had hundreds of minor differences between them. But apart from the former’s insistence that God has chosen Shechem as the place for his worship, there are few theologically crucial contradictions in these competing texts. Even after the destruction of its temple, the Samaritan priesthood retained much of it power and prestige. To this day, a small group sustains the distinctive core of Samaritan teaching: we, not they, are the true heirs of Moses.”

The Samaritans built their temple on Mount Gerizim – it had already obtained credence as a holy site in the Torah – at a time when relationships with the conquering Hellenists were good. But the temple would just stand for two centuries. John Hyrcanus, leader of the Hasmonean Jewish state (the result of Maccabee victories over the Seleucids), destroyed the temple on Mount Gerizim in 128 BCE. 

Whether out of long-standing hatred and tension or simply for political reasons, the Hasmonean leader ransacked Shechem. He returned two decades later and completed the destruction of Shechem and of its sister-city Samaria. The destruction was thorough and carried out with great animus.

To describe a Jewish temple not located in Jerusalem is not to describe a Jewish temple. The Jewish yearning for return to Jerusalem was a hallmark of exile. But the uncomfortable reality is that the Samaritans differed with Jews on one major issue and possessed a Torah that was not radically different. At the time John Hyrcanus destroyed the temple on Mount Gerizim, the Samaritans were quite powerful and were a threat that had to be eliminated. But his destruction of Shechem was not subtle. His goal was expansion of the state, an area in which he excelled. 

I cry no tears for the Samaritans. Mount Gerizim’s significance 2,300 years ago remains a footnote today. But for those Jews who only focus on the Ninth of Av and the Jewish people as victims, the destruction of the Samaritan Temple provides an alternative read on Jewish history. Jews are not saints. They are a people who have been killed in great numbers but also they have killed their enemies. 

The tragedy is that the Samaritans could not be integrated into the Jewish people as a whole. But it was they who refused. As a student of history, I will not forget Shechem or the Samaritan Torah. To do so is to be dishonest and self-serving.


The writer is rabbi of Congregation Anshei Sholom in West Palm Beach, Florida.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Stanisław Ossowski “wypaczał” młode umysły. Pisał, że naukowiec nie może być posłuszny ani ministrowi, ani Bogu

Stanisław Ossowski (Repr. Robert Kowalewski / Agencja Wyborcza.pl)


Stanisław Ossowski “wypaczał” młode umysły. Pisał, że naukowiec nie może być posłuszny ani ministrowi, ani Bogu

Grzegorz Motyka


Stanisław Ossowski zastanawia się, gdzie przebiega granica między poszukiwaniem sprawiedliwości za doznane krzywdy a zwykłą zemstą.

.
Lubię ten cytat ze Stanisława Ossowskiego: „Pracownik naukowy to taki człowiek, do którego zawodowych obowiązków należy brak posłuszeństwa w myśleniu. Na tym polega jego służba społeczna”. Lektura wydanego przez wydawnictwo Scholar i Wydział Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego drugiego tomu dzienników tego wybitnego socjologa potwierdza, że słowa te wynikały z jego najgłębszych przekonań.

Skrupulatnie opracowany przez Różę Sułek tom obejmuje lata 1939-49. Okres okupacji Ossowski przeżył we Lwowie i w Warszawie. Po wojnie od razu zaangażował się w odbudowę polskiego życia naukowego, najpierw w Łodzi, a od 1948 r. znów w stolicy. W ramach prowadzonych badań sporo podróżował, m.in. po Opolszczyźnie i Śląsku Cieszyńskim. Z dziecinnym zaciekawieniem obserwował otoczenie, wychwytując paradoksy i niekonsekwencje oraz niepokojące go oznaki przyzwolenia na przemoc. W Ustroniu gospodyni, u której mieszkał, ktoś zarzucił: „Pani jest ewangeliczka, to pani jest Niemka”. Ossowski, chyba z uśmiechem, notuje odpowiedź rezolutnej kobiety: „W takim razie Hitler i Goebbels byli Polakami, bo byli katolikami”.

Po wysłuchaniu wykładu na temat właśnie sądzonych Amona Goetha i Rudolfa Hoessa, komendantów obozów koncentracyjnych w Płaszowie i Auschwitz, dochodzi do wniosku, że pierwszego można co prawda osądzić za okrucieństwo, ale drugiego tylko za sumienne wykonywanie poleceń przełożonych. Dlatego decyzję Trybunału w Norymberdze, że „zbrodnią jest wykonywanie zbrodniczych rozkazów”, uznaje za mającą znaczenie historyczne.

Granica między sprawiedliwością a zwykłą zemstą?

22 lipca 1946 r. zapisuje, że papież Pius XII „wysłał depeszę z prośbą o ułaskawienie Greisera”, gauleitera Kraju Warty, odpowiedzialnego za eksterminację Żydów i Polaków od Poznania aż po Łódź. Ze zdumieniem konstatuje, iż papież „nie wstawiał się w swoim czasie za ofiarami Greisera” ani też „za tysiącami drobniejszych zbrodniarzy wojennych wieszanych w różnych krajach”. I pyta: „Czy były jakieś specjalne powody wyróżnienia Greisera”, oprócz tego, że „był jednym z wielkich tego świata?!”. Aż chce się dodać: cóż przy takich kłopotach z Piusem XII znaczą nasze zżymania na naiwność papieża Franciszka wobec Putina?

Ossowski zastanawia się, gdzie przebiega granica między poszukiwaniem sprawiedliwości za doznane krzywdy a zwykłą zemstą. Przytacza w tym kontekście opinię jednego z prorządowych publicystów, iż „gestapowiec chce świata bez Żydów, my chcemy świata bez gestapowców”, ale zdaje sobie sprawę z niedoskonałości tej argumentacji, którą można instrumentalnie wykorzystać dla usprawiedliwiania kolejnych aktów przemocy. Wszak wtedy do więzień pod fałszywym zarzutem współpracy z Niemcami trafiali polscy patrioci. A i dzisiaj to rozprawą z nazizmem tłumaczy Rosja agresję wobec ukraińskiego państwa.

Stanisław Ossowski „wypaczał” młode umysły

Nie satysfakcjonuje go opinia etyka Tadeusza Kotarbińskiego, by ogłosić powszechną amnestię wobec zbrodniarzy. Ale przestrzega też przed organizowanymi przez władze publicznymi egzekucjami, choćby wspomnianego Greisera. Bo należy się lękać, „czy takie widowiska nie zapłodnią u kogoś skłonności, które dojdą do głosu później w jakichś Kielcach”. Te ostatnie słowa pisze w artykule opublikowanym pod wpływem kieleckiego pogromu w tygodniku „Kuźnica”. Poucza w nim, iż współczucie nie jest jedyną reakcją na nieszczęście innych. Kiedyś na Fidżi zabijano ocalałych z tonących okrętów, a po wojnie w Polsce zabito kilkuset Żydów „tylko za to, że jak owe rozbitki […] uratowali się z powszechnej zagłady”. Upomina się, by Polski Instytut Socjologiczny zbadał „tło społeczne pogromu kieleckiego” i podatność tłumu na fantastyczne plotki. Jednocześnie jednak zwraca uwagę na odpowiedzialność za pogrom tych, którzy dążą do tego, aby pojęcia „Polak” i „obywatel Polski” stały się „bezspornymi synonimami”. A w tym kierunku, przypomnijmy, zmierzała polityka powojennych władz.

W tym kontekście nie dziwi, że w okresie stalinowskim Ossowskiego odsunięto od zająć dydaktycznych. Władze nie chciały, by „wypaczał” młode umysły. Gdy w 1956 r. mógł znowu zabrać publicznie głos, opublikował wspomnianą na początku pochwałę nieposłuszeństwa w myśleniu. Naukowiec nie może być posłuszny, pisał w niej, „ani synodowi, ani komitetowi, ani ministrowi, ani cesarzowi, ani Panu Bogu”. Ani prezesowi, należałoby dziś dodać.


Stanisław Ossowski
Dzienniki. Tom 2: 19391949
Oprac. Róża Sułek
Wyd. Scholar i Wydz. Socjologii UW

Stanisław Ossowski, 'Dzienniki. Tom 2: 1939-1949', oprac. Róża Sułek
Stanisław Ossowski, ‘Dzienniki. Tom 2: 1939-1949’, oprac. Róża Sułek  Wyd. Scholar i Wydz. Socjologii UW

Grzegorz Motyka

Historyk, politolog, pracownik Instytutu Studiów Politycznych PAN. Specjalizuje się w dziejach stosunków polsko-ukraińskich.

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Long-Hyped New York Times Investigation of Hasidic Yeshivas Fizzles

Long-Hyped New York Times Investigation of Hasidic Yeshivas Fizzles

Ira Stoll


A taxi passes by in front of The New York Times head office, Feb. 7, 2013. Photo: Reuters / Carlo Allegri / File.

“In Hasidic Enclaves, Failing Private Schools Flush with Public Money” is the online headline the Times slaps over its long-awaited “New York Times investigation” of Hasidic schools for boys. The print article, under the slightly more sober “Failing Schools, Public Funds,” appears at the top of page one.

It’s a measure of how disappointing the Times article is that it fails to deliver even on the basic headline claim that the yeshivas are “flush” with public money. “New York’s Hasidic boys’ schools received more than $375 million from the government,” the Times breathlessly reports. Yet there’s no evidence that the yeshivas are paying their executives large sums, that they are hiring fancy architects to erect palaces, or that they are otherwise living extravagantly on the public purse. In fact, the article admits (albeit in the 29th paragraph) that Hasidic boys yeshivas “receive far less per pupil than public schools.”

Among the subsidies the Times is complaining about are school lunches. This is remarkably hypocritical. When the city of New York made lunch free to all public school students, including those at affluent schools in neighborhoods such as Park Slope, Tribeca, and the Upper East Side, the Times editorial board praised the decision, saying that it “ensures that more children will get proper nutrition during the school day” and that “Missing meals and experiencing hunger impede a child’s ability to learn and achieve.” Would the Ochs-Sulzberger heirs prefer that only the Hasidic children go hungry?

A particularly striking irony of the Times coming down hard on the Satmar, a community that historically shares the non-Zionism that also runs strong at the Times. One might be tempted to say the Times and the Satmar deserve each other, but that would be unkind and lacking in empathy. It’s the sort of irony that might be caught in editing by a Hasidic editor at the Times, if there were any to give this article a sensitivity read before publication. As it is, the Times vaunted concern about “diversity,” sensitivity, and inclusion doesn’t extend to a reluctance to insult Hasidim in New York.

The whole project was a missed opportunity, because the story of New York’s effort to regulate its yeshivas does raise some interesting issues about the role of education and the history of New York’s compulsory education law.

The Times attacks the yeshivas for breaking the law, writing that the “schools appear to be operating in violation of state laws that guarantee children an adequate education.” But New Yorkers break the law all the time. You can barely walk down a street or walk through a park in New York without smelling marijuana being used in violation of federal law. Why does this law, of all of them, deserve the Times’ extensive attention? If the Times had done its homework it might have investigated why and when that New York law was passed—amid an attack on Catholic education animated by anti-Irish bigotry.

The Jewish law studied in the yeshivas records, in the Talmudic tractate Kiddushin, the conflict over the purpose and content of education. The rabbis said a father was obligated to teach his son a trade. Rabbi Nehorai set aside the trades and taught his son only Torah. I write about this in the concluding chapter of the 2020 book Religious Liberty and Education: A Case Study of Yeshivas Vs. New York.

Instead of a thoughtful or empathetic, nuanced article, the Times produces a comically hypocritical hatchet job — precisely as the prebuttals in Tablet and the New York Sun predicted.

None of this is to say that the Hasidic yeshivas serving boys couldn’t be improved. But so could the public schools in these neighborhoods, which absorb far more taxpayer dollars. So why does the Times have such an investigative zeal for Orthodox Jews? The pretense is that the paper sincerely cares about the children in attendance or about the preservation of taxpayer dollars. I suppose that’s possible.

Whatever the underlying motive, the journalism is lame. It’s the sort of article that, rather than triggering improvements in Hasidic yeshivas, is more likely to generate a circling of the wagons. The Times investigation online, in the manner of an ambulance-chasing lawyer shopping for plaintiffs, carries a form for readers to submit their own horror stories. It amounts to a concession that this first installment, lengthy though it was, fizzled out when it came to producing anything close to evidence justifying increased state regulatory entanglement with religious schools.


Ira Stoll was managing editor of The Forward and North American editor of The Jerusalem Post. His media critique, a regular Algemeiner feature, can be found here.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Iranian General Boasts of Drone ‘Designed for Attacking Tel Aviv, Haifa’

Iranian General Boasts of Drone ‘Designed for Attacking Tel Aviv, Haifa’

Algemeiner Staff


A view of a drone during a military exercise in an undisclosed location in Iran, in this handout image obtained on August 24, 2022. Photo: Iranian Army/WANA (West Asia News Agency)/Handout via Reuters

Iran has “specially designed” a drone capable of attacking Israel’s largest coastal cities, an Iranian general said on Monday.

The suicide drone was identified by Brigadier General Kioumars Heydari, who commands the ground forces of the Iranian army, as “Arash 2” during a television interview, Iran’s Mehr News Agency reported.

“He noted that [the] drone was specially designed for attacking Haifa and Tel Aviv, adding that it is a unique drone made for that purpose,” the semi-official outlet added.

The comments come amid doubts over the possible revival of the 2015 nuclear deal between Iran and world powers. Iranian officials — from Supreme Leader Ayatollah Ali Khamenei on down — have repeatedly threatened to attack Tel Aviv and Haifa to deter action by Israel, which has pledged to prevent Iran from obtaining a nuclear weapon. In June, Heydari said Iran “will raze Tel Aviv and Haifa to the ground by the order of the supreme leader” should Israel make “any mistake.”

Also on Monday, Israel’s deputy foreign minister, Idan Roll, who is in Berlin as part of Israeli Prime Minister Yair Lapid’s delegation to the country, spoke with Olta Xhaçka, foreign minister of Albania, which severed diplomatic ties with Iran on Wednesday. The rupture came after Iran carried out a cyberattack in July that temporarily disabled some Albanian government services, according to the Balkan country — a charge Tehran denies.

On Saturday, Albania reported a second cyberattack from “the same aggressors.”

Roll said he expressed “appreciation” for Albania’s decision in his discussion with Xhaçka, “and offered to share our knowledge and experience in cyber defense.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Wstręt, Żydzi i wielkość narodu

Alfred Dreyfus (Fot. Domena publiczna)


Wstręt, Żydzi i wielkość narodu

Marek Beylin


Wpopularnych wykładniach za każdym konfliktem, kryzysem, za niemal każdą krzywdą narodową bądź indywidualną stali jacyś Żydzi.


Francja musi być wielka i wielka powinna być Polska. Wielkość należy się też Węgrom, Niemcom, Serbii, Hiszpanii, Włochom… Niemal w każdym europejskim kraju rodzimi nacjonaliści, już rządzący bądź ubiegający się o władzę, obiecują swym krajanom wielką ojczyznę. „Wstaniemy z kolan” – krzyczą pospołu od Madrytu, przez Paryż, po Warszawę, niepomni tego, że ta ich wielkość najczęściej zaryje się w błocie i mało komu przyniesie coś dobrego.

Bo chodzi im nie o wielkość mierzoną społecznym dobrobytem czy rozwojem kultury, lecz o taką, która pozwoli dominować nad światem zewnętrznym i we własnych zbiorowościach. Pragną wielkości instrumentów przemocy nad ludźmi, a nie dobrego życia wszystkich.

Wszystkie te siły są spadkobiercami, często nieświadomymi, „sprawy Dreyfusa”. To historia francuskiego oficera, kapitana Alfreda Dreyfusa, którego pod koniec XIX wieku sąd wojskowy skazał za szpiegostwo, choć był niewinny, ale miał żydowskie pochodzenie. To rozorało Francję i nieodwołalnie zmieniło Europę, bo wytworzyła się nowa prawica, lewica i w konsekwencji nowoczesne, trwające w dużej mierze do dziś podziały ideowe. Ustanowiła też ta sprawa wzór hejterskich nagonek, wtedy antysemickiej, nacjonalistycznej oraz prokatolickiej, podtrzymywany w różnych modyfikacjach przez kolejne pokolenia skrajnej prawicy. Także w Polsce. Echa „sprawy Dreyfusa” brzmią zarówno w zabójstwie prezydenta Narutowicza w 1922 r., dokonanego przez endeckiego fanatyka, jak i w obecnych nagonkach PiS na osoby LGBT+ czy nacjonalistyczno-katolickim projekcie edukacji ministra Czarnka.

A o tym, że tamta niby dawna afera wciąż trwa, błyskotliwie opowiada Jolanta Kurska w książce „Wieczny powrót Dreyfusa”.

Gdy w 1894 r. aresztowano Dreyfusa za szpiegostwo na rzecz Niemiec, a następnie skazano na dożywocie, jedynie garstka bliskich upierała się przy jego niewinności. Nie mieli jednak szans w konfrontacji z armią, Kościołem, formacjami konserwatywnymi i zwłaszcza z antysemityzmem. Toteż nawet gdy po ponad roku zaczęły wypływać dowody na niewinność Dreyfusa i na to, że armia sfałszowała proces, gdy w efekcie wiele demokratycznych środowisk, w tym intelektualistów, stanęło z rozmachem po stronie niewinnego, i tak większość Francji wolała wierzyć wojskowym, biskupom i rodzimym konserwatystom.

Kurska trafnie zauważa, że choć ten skandal podzielił i rozgorączkował Francję, to „dreyfusardzi”, obrońcy Dreyfusa, nigdy nie tworzyli większości. Ba, drugą najgłośniejszą ofiarą tej afery był pisarz Émile Zola. Po publikacji słynnego manifestu „J’accuse” (Oskarżam), w którym oskarżał wojskowych o sfałszowanie procesu, uporczywe kłamstwa i szkodzenie republice, piętnował antysemityzm, ukazywał hipokryzję Kościoła oraz wyznawców winy kapitana, został skazany na rok więzienia za obrazę armii. „Wyprujcie mu flaki” – pisano w prasie.

Owszem, Dreyfus doczekał się w końcu ułaskawienia i rehabilitacji, wrócił do armii, nawet awansował. Ale narodowa gorączka pozostała. Bo „sprawa Dreyfusa” szybko, gdy tylko wybuchła, stała się „sprawą Republiki”, wielkim sporem o to, czy powinna trwać, a jeśli tak, to w jakiej formie.

Okładka ukazującego się w milionowym nakładzie dziennika  'Le Petit Journal' przedstawiająca Dreyfusa w więzieniuOkładka ukazującego się w milionowym nakładzie dziennika ‘Le Petit Journal’ przedstawiająca Dreyfusa w więzieniu  Fot. Alamy Stock

ŻYD ZAWSZE WINNY

Po jednej stronie stanęli zwolennicy republikańskich wartości: praw człowieka, sprawiedliwości dla każdego niezależnie od wyznania czy pochodzenia, prawdy jako ostoi ładu. Po przeciwnej były armia, Kościół, rozmaite formacje konserwatywne. Głosiły one odmienną wizję Francji, opartą na tradycyjnym porządku, zasadzie niekwestionowanego autorytetu władzy, nacjonalizmie, w tym antysemityzmie, oraz trwałej hierarchii społecznej, najpełniej gwarantowanej przez wojsko i instytucje kościelne. W tym obozie spotykali się monarchiści z konserwatywnymi republikanami, katolicy i niewierzący, lewicowcy i ultrareakcjoniści, lud i elity.

Łączyła ich negacja, jak określali Francję, „żydowskiej republiki”, Francji rzuconej na kolana przez Niemcy i gniecionej przez Żydów oraz wszelakich obcych. Francji nierządnej i skazanej na „dekadencję” za sprawą demokracji i praw obywatelskich.

Francji negującej dotychczasowe hierarchie, więc także władzę tradycyjnych elit, gwarantujących jedyną drogę do siły państwa i narodu. A głównym spoiwem tych zróżnicowanych szeregów stały się antysemityzm i ksenofobia. Toteż zdarzało się, że tłum wybijał Żydom szyby w oknach, śpiewając „Marsyliankę”, hymn republiki powstały podczas rewolucji francuskiej.

Z tak wszechwładnym przeciwnikiem Dreyfus nie miał szans. Jako Żyd musiał być winny, także wbrew prawdzie, ponieważ antysemicka wiara była zbyt święta, by narażać ją na uszczerbek. Co zresztą czołowy nacjonalista i antysemita Charles Maurras przyznawał bez ogródek. Wina Dreyfusa została bezpowrotnie przesądzona, gdy w 1895 r., podczas publicznej degradacji skazanego, tłumnie zebrani ludzie skandowali: „Śmierć Judaszowi!”, „Śmierć Żydom!”.

Tylko pozornym paradoksem jest to, że sam Dreyfus, wierny człowiek armii, nie różnił się mentalnie od tych, którzy go skazali. Najpewniej gdyby taka sprawa przydarzyła się komuś innemu, broniłby honoru armii i autorytetu hierarchii jak absolutna większość jego kolegów. Tyle że taki Dreyfus, nieodróżnialny od innych oficerów, asymilowany francuski republikański nacjonalista, był według antysemitów szczególnie groźny dla Francji. Infekował ją skrycie i podstępnie. Czyli winny tak czy owak. Podobnie zresztą widzieli zasymilowanych Żydów nacjonaliści antysemici we wszystkich krajach, w tym polscy endecy. Hasło „Żyd zawsze obcy” brzmiało w całej Europie.

Bo antysemityzm nie był tylko francuską specjalnością. Ani jedynie wyposażeniem nacjonalistycznych elit. W ostatnich dekadach XIX wieku stał się najpowszechniejszym wyznaniem w Europie. Był fobią międzynarodową, transklasową, transpartyjną, transideową i transreligijną. Przenikał wszystkie sfery życia: od polityki i wielkiego biznesu po kulturę i aktywność fizyczną – zdrowe nieżydowskie ciało miało

Kpt. Alfred Dreyfus (1859-1935), artylerzysta, oficer żydowskiego pochodzenia. W 1894 r. został niesłusznie oskarżony o zdradę i skazany na dożywocie. Jego sprawa wywołała kryzys polityczny i podzieliła FrancuzówKpt. Alfred Dreyfus (1859-1935), artylerzysta, oficer żydowskiego pochodzenia. W 1894 r. został niesłusznie oskarżony o zdradę i skazany na dożywocie. Jego sprawa wywołała kryzys polityczny i podzieliła Francuzów  Fot. Alamy Stock

W „Ulissesie” Jamesa Joyce’a, opublikowanym w 1922 r., a dziejącym się jednego czerwcowego dnia 1904 r., pewien dyrektor szkoły opowiada dowcip: „Powiadają, że Irlandia ma honor być jedynym krajem, który nigdy nie prześladował Żydów. (…) A wie pan dlaczego? (…) Dlatego że ich nigdy nie wpuściła” (przeł. Maciej Świerkocki). Ta powieść wydobywa też charakterystyczny dla antysemityzmu ton: o wpływach Anglii, kolonizatora Irlandii, mówi się, że są to wpływy żydowskie. Podobnie myślano wszędzie. W popularnych wykładniach za każdym konfliktem, kryzysem, za niemal każdą krzywdą narodową bądź indywidualną stali jacyś Żydzi.

Antysemityzm stał się więc w Europie tyleż naturalnym i masowym, co szacownym składnikiem rozmaitych światopoglądów, od lewicy do prawicy. Toteż zgodnie z duchem epoki łatwo było popaść w antyżydowskie uprzedzenia; ich odrzucanie czy wyzwalanie się z nich wymagało znacznego wysiłku. Zwłaszcza we Francji. Francuzi dorobili się bowiem wielkiej biblii antysemityzmu. Wydana w 1886 r. „La France juive” (Żydowska Francja) mało znanego wcześniej dziennikarza Éduarda Drumonta, dwutomowa cegła licząca 1200 stron, jak i jej krótsza wersja doczekały się do 1914 roku dwustu wydań. Ten narodowy bestseller przydał antysemityzmowi popularności oraz rangi poważnego światopoglądu. Drumont zespolił różne nurty tej fobii w jeden amalgamat. Połączył zwłaszcza tradycyjny antysemityzm chrześcijański i ludowy antykapitalizm z nowoczesnym antysemityzmem klasowym, czyli demaskacją kapitalizmu wraz z jego wyzyskiem i nadużyciami. A wszystko to opakował w modne teorie rasistowskie, czyniąc z Żyda monstrum obcości. W tej wersji władza pieniądza, spekulacje i wszelkie niesprawiedliwości wiązały się z przede wszystkim władzą żydowską.

Symbolem tego zła, sztandarem „żydobanksterstwa”, stało się nazwisko Rotschild.

Siłę oddziaływania tego antysemickiego stereotypu pokazuje to, że sto kilkadziesiąt lat później, gdy Emmanuel Macron ubiegał się o prezydenturę Francji, jego adwersarze z lewicy i prawicy, wypominając mu, że pracował na wysokim stanowisku w banku, stale podkreślali, że był to bank Rotschilda.

Nadzwyczaj nośna okazała się również formuła „żydowskiej republiki” przeciwstawiona ludowi, wierze katolickiej oraz proletariatowi. Pojęcie „żydowskiej republiki” wędrowało po ideowych polach lewicy i prawicy. Spora część lewicy dała się uwieść antykapitalistycznemu antysemityzmowi, większość nie przystąpiła do aktywnego antysemityzmu, ale pozostawała nań obojętna, nie widząc w nim nic szkodliwego. W efekcie korzystała z podręcznego antysemickiego języka: w ówczesnej prasie socjalistycznej łatwo znaleźć epitety: „parch” czy „żydziak”, choć występowały rzadziej niż w publikacjach prawicy czy wydawnictwach katolickich.

Ba, z Drumontem kolegował się Jean Jaurès, jedna z najszlachetniejszych postaci francuskiej lewicy i pewno w ogóle Francji kilku dekad końca XIX i początku XX wieku. I właśnie Jaurès, przywódca socjalistów, wyprowadził podczas „sprawy Dreyfusa” większość swej formacji z objęć antysemityzmu i skierował ją do socjalizmu demokratycznego, wyzbytego uprzedzeń pochodzeniowych i stawiającego na równość praw dla wszystkich (mężczyzn, rzecz jasna, prawa kobiet leżały odłogiem wtedy i jeszcze długo potem). Z pełną mocą antysemityzm na lewicy odrodzi się dopiero w powojennym komunizmie, także w niektórych zachodnich partiach komunistycznych, choćby francuskiej.

Alfred Dreyfus na portrecie z lat 90. XIX wieku Alfred Dreyfus na portrecie z lat 90. XIX wieku   Fot. AP

FABRYKI KŁAMSTWA

Bo „sprawa Dreyfusa” zmieniła polityczną geografię antysemityzmu. W dużej mierze wyprowadziła go z lewicy i formacji centrowo-demokratycznych. Umocniła także podobny trend w innych krajach europejskich. Oczywiście antyżydowskie fobie nadal tam trwały, ale głównie jako wstydliwy margines ruchów.

Konflikt wokół Dreyfusa unowocześnił też nacjonalistyczno-antysemicką prawicę. Odtąd tak we Francji, jak w Europie takie formacje umiejętniej odwoływały się do ludu, przejmując choćby od przeciwnego obozu wątki społecznej sprawiedliwości. Potrafiły też sprawniej przyciągać elity intelektualne. No i, co wnikliwie pokazuje Kurska, nauczyły się, jak słowem i obrazem, czyli karykaturami zamieszczanymi w masowej prasie, przekonująco fabrykować fałszywe informacje i mowę nienawiści.

Gdy dziś oburzamy się na zalew kłamstw i agresji płynących z PiS-owskich mediów, pamiętajmy, że korzenie tych manipulacji tkwią w „sprawie Dreyfusa”. Zmieniły się techniki nagonek na „zdrajców” i „obcych”, lecz sam mechanizm pozostaje ten sam. Takich łączników ze współczesnością jest więcej, co książka Kurskiej wyraziście uprzytomnia.

Przede wszystkim przeciwstawienie wielkości narodu i strasznej dekadencji niszczącej narodowe moce. Dekadencji na ogół „żydowskiej”, ale też nierzadko płynącej w ogóle od „obcych”, a wyrażającej się w emancypacjach społecznych, demokratycznym rozluźnianiu hierarchii, nowych prądach w kulturze. W tej kwestii prezes Kaczyński czy minister Czarnek niczego nie wymyślili. Strasząc dekadencją lub „rewolucją genderową”, które, jak twierdzą, zagrażają wielkości i spójności narodu, wykorzystują tylko wzory powstałe podczas antysemickiego wzmożenia w tamtym czasie.

Dokonało się również wtedy masowe upolitycznienie pojęcia „wstrętu” i związanie go z Żydami. Dostrzegł to Zola, którego tekst zamieściła Kurska w swej książce.

„Ludzie mówią – także moi przyjaciele – że ich po prostu nie cierpią, że sam dotyk ich dłoni budzi u nich dreszcz wstrętu. To fizyczna odraza, wstręt jednej rasy do drugiej (…) Fizyczna odraza jest dla nich dobrym lub wręcz jedynym powodem nienawiści” – pisał Zola w 1896 r.

Potem przez dekady „wstręt” stanowił podstawowe wyposażenie antysemityzmu i jego propagandy. A gdy wskutek Zagłady stracił on rangę światopoglądu szacownego czy neutralnego, „polityka wstrętu” pozostała na służbie innych fobii. Trwała w uprzedzeniach rasowych, klasowych i antyfeministycznych. W Polsce zaś objawiła swą moc także w pogromowych nagonkach PiS-u przeciw osobom LGBT+. Podobieństwo tych dwóch fabryk nienawiści, antysemickiej i przeciw LGBT+, rzuca się w oczy nie bez przyczyny, ponieważ ta obecna wyrosła z tamtej dawnej.

Także podczas „sprawy Dreyfusa” rozkwitł w masowej skali w kręgach nacjonalistyczno-antysemickich oraz kościelnych mechanizm przedstawiający słabszych jako wielką złowrogą siłę. Wtedy odnosił się głównie do Żydów i rozmaitych „obcych”, cudzoziemców i protestantów. Dziś też cieszy się wielkim powodzeniem w formacjach nacjonalistyczno-populistycznych czy „faszoidalnych”. A do ohydnej perfekcji doprowadzili go PiS i wódz Węgier Orbán. Widzimy to choćby w uderzeniach w uchodźców o odmiennych kolorach skóry. Zwłaszcza Kaczyński sprawnie złączył „politykę wstrętu” z perswadowaniem, że ci przybysze, w tym dzieci, kobiety, ludzie wykształceni, zniszczą Polskę i jej tożsamość. Choć w rzeczywistości takiego podboju miałaby dokonać garstka, kilka-kilkanaście tysięcy osób.

Na co dzień słyszymy też w Polsce i na Węgrzech o wielkiej inwazji środowisk LGBT+. Według propagandy PiS (podobnej do orbánowskiej) te osoby chcą wyzuć Polki i Polaków z tożsamości i dokonać – wspólnie z Niemcami i Brukselą – nowego rozbioru ojczyzny.

Tak kontynuowana jest dawna antysemicka propaganda, zgodnie z którą Żydzi pragnęli rzucić Francję na kolana i uczynić ją podległą obcym mocarstwom.

Także wtedy, gdy postaciował się nowoczesny nacjonalizm, formował się zarazem specyficzny sojusz tego światopoglądu z Kościołem. Kurska wnikliwie pokazuje pewną jego odmianę, która dziś w Polsce stała się nader częsta. Dla sztandarowych francuskich nacjonalistów intelektualistów z tamtej epoki Maurice’a Barrèsa i Maurrasa „nie wiara katolicka była najważniejsza, lecz Kościół katolicki jako instytucja zhierarchizowana, stojąca na straży uświęconego porządku, tradycji i obyczajów (…) Ówcześni zwolennicy sojuszu ołtarza z tronem byli to często niewierzący pisarze, publicyści i artyści”. Maurras uważał zresztą samą religię chrześcijańską za niedorzeczny żydowski wymysł.

Ta ich postawa nie stanowiła wyjątku. Podobnie postrzegał Kościół choćby Roman Dmowski i spora część endecji. Ale gdy dziś patrzę na zachowania wielu biskupów i księży w Polsce, na ich mowę nienawiści i „politykę wstrętu”, myślę sobie, że rządzą tym Kościołem głównie „dmowszczyzna”/„maurrasizm”. Kościół skupia się bowiem na walce o zachowanie władzy instytucjonalnej. Toteż Chrystus musi przegrać z Dmowskim.

„Sprawa Dreyfusa” trwa więc wciąż, także w Polsce, w różnych postaciach. I nic nie wskazuje na to, by zniknęła w przyszłości. Tym bardziej więc powinniśmy rozpoznawać, co nas z nią łączy. A książka Jolanty Kurskiej nam to ułatwia.


Jolanta Kurska, „Wieczny powrót Dreyfusa”, Dialog, 2022


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com