Archive | September 2022

“Tam w nich uderzymy”: Masakra w Monachium i jej następstwa

Obecnie widzimy irańskie zagrożenie nuklearne… Tym razem ignorowanie izraelskich ostrzeżeń będzie miało jeszcze bardziej tragiczne i dalekosiężne konsekwencje. Na zdjęciu: spalony helikopter armii niemieckiej sfotografowany 7 września 1972 r. w bazie lotniczej Fürstenfeldbruck, po tym, jak dzień wcześniej palestyńscy terroryści wysadzili go granatami ręcznymi, mordując dziewięciu izraelskich olimpijczyków, których przetrzymywali jako zakładników. (Zdjęcie: Jewish Virtual Library)


“Tam w nich uderzymy”: Masakra w Monachium i jej następstwa


Richard Kemp
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Pięćdziesiąt lat temu, 5 i 6 września 1972 roku, świat z przerażeniem patrzył, jak Żydów ponownie brutalnie mordowano na niemieckiej ziemi podczas igrzyskach olimpijskich w Monachium. Ośmiu terrorystów z Organizacji Wyzwolenia Palestyny (OWP) o nazwie „Czarny Wrzesień” torturowało i zamordowało 11 izraelskich sportowców, kastrując jednego z nich, gdy umierał na oczach kolegów. Szturmem wpadli do kwatery sportowców, natychmiast zabili dwóch, a pozostałych przetrzymywali jako zakładników, żądając uwolnienia z więzień w Izraelu 234 więźniów skazanych za terroryzm. Premier Golda Meir – która była sygnatariuszką deklaracji niepodległości Izraela w 1948 roku – odmówiła negocjacji z nimi, nazywając to szantażem. Powiedziała później: „Nauczyliśmy się gorzkiej lekcji. Można natychmiast uratować życie tylko po to, aby narazić na niebezpieczeństwo więcej istnień. Terroryzm musi zostać zlikwidowany”.

Tymczasem Berlin zaoferował terrorystom bezpieczny przejazd i nieograniczone ilości  gotówki, którą to ofertę odrzucili. W chaosie katastrofalnie nieudolnej niemieckiej próby zasadzki na zabójców w bazie lotniczej Fürstenfeldbruck pod Monachium 6 września, przy użyciu granatów ręcznych i kul, terroryści zamordowali pozostałych dziewięciu sportowców w helikopterach, które ich tam przywiozły, a także niemieckiego policjanta. Wszyscy terroryści z wyjątkiem trzech zginęli podczas strzelaniny. Jednostka sił specjalnych IDF Sayeret Matkal (Jednostka Rozpoznania Sztabu Generalnego) była przygotowana do przeprowadzenia akcji ratunkowej, ale niemiecki rząd odmówił wpuszczenia ich do kraju i arogancko odrzucił rady szefów Mosadu i Szin Bet, którzy przylecieli do Niemiec.

Musieli stać i patrzeć, jak ich rodacy są mordowani.

Terroryści byli uzbrojeni w broń przemycaną do Niemiec przez dyplomatów z Libii, gdzie zostali przeszkoleni do morderczej misji. Libijski prezydent Muammar Kadafi sfinansował atak na prośbę przywódcy OWP Jasera Arafata, który następnie zaprzeczył jakiemukolwiek udziałowi w tej akcji terrorystycznej, a dwa lata później został nagrodzony owacją na stojąco na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ. Mahmoud Abbas, obecnie prezydent Autonomii Palestyńskiej, był kluczowym graczem w przygotowaniu operacji. Gdy 50 lat później afiszuje się na światowej scenie, Abbas nadal odmawia wyrażania skruchy za morderstwa, które współorganizował.

Nawet podczas ataku, Avery Brundage, przewodniczący Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego (MKOl), upierał się, że igrzyska muszą trwać. Podczas gdy dwóch Izraelczyków leżało martwych, a dziewięciu było trzymanych na muszce, pierwsze zawody lekkoatletyczne tego dnia rozpoczęły się zgodnie z planem, z niemiecką precyzją, o godzinie 8.15. Brundage zgodził się na zawieszenie dopiero 12 godzin po rozpoczęciu ataku, a po krótkiej przerwie igrzyska toczyły się tak, jakby nic się nie stało. „Niesamowite, oni to kontynuują – napisał wtedy „Los Angeles Times” – to prawie jak taniec w Dachau” (które było zaledwie kilka kilometrów dalej).

Przemawiając na nabożeństwie żałobnym dzień po morderstwach, Brundage, który z powodzeniem walczył z amerykańskim bojkotem nazistowskich igrzysk olimpijskich w Berlinie w 1936 r. z powodu prześladowania Żydów, teraz skandalicznie zlekceważył morderstwo 11 Izraelczyków. Prośba kanclerza Niemiec o opuszczenie do połowy masztu flag narodowych podczas igrzysk została cofnięta po tym, jak kraje arabskie odmówiły podporządkowania się.

Szef Mosadu, Zvi Zamir, który był świadkiem masakry, napisał:

„Widzieliśmy izraelskich sportowców ze związanymi rękoma, otoczonych przez terrorystów i wszyscy krok w krok maszerowali w kierunku helikopterów. To był przerażający widok, zwłaszcza dla Żyda na niemieckiej ziemi”.

Szybko nastąpiła akcja przeciwko OWP. Dwa dni po masakrze, 8 września, izraelskie samoloty bojowe zbombardowały dziesięć baz OWP w Syrii i Libanie, zabijając do 200 terrorystów i strącając trzy syryjskie odrzutowce, które próbowały przechwycić siły uderzeniowe. Następnie nastąpiła operacja naziemna, podczas której opancerzone siły IDF wkroczyły do Libanu i zabiły około 45 terrorystów OWP.

Rezolucję Rady Bezpieczeństwa ONZ z 10 września wzywającą Izrael do wstrzymania operacji wojskowych w Syrii i Libanie (umyślnie bez wzmianki o masakrze w Monachium), zawetowały Stany Zjednoczone przy ostrych protestach Związku Radzieckiego i Chin. Ambasador sowiecki zauważył, że zrównanie izraelskich nalotów z wydarzeniami w Monachium „byłoby tolerowaniem agresywnej polityki izraelskich maniaków”. Oczywiście sam Związek Radziecki miał krew na rękach w Monachium, bo to on utworzył OWP i pomógł jej na drodze do terroryzmu w Europie, finansując i wspierając ataki.

Ambasador USA przy ONZ, George W. Bush, powiedział, że rezolucja ignoruje rzeczywistość i „patrzy na skutek, a nie przyczynę”. Dodał, że „milczenie w sprawie katastrofy w Monachium” zachęca do dalszego terroryzmu. Odnosząc się do szerszej kwestii palestyńskiej przemocy, dodał: „Dążymy do świata i wspieramy świat, w którym sportowcy nie muszą obawiać się zamachowców, a pasażerowie samolotów nie muszą obawiać się porwania”.

Słowa Busha w Nowym Jorku zostały dobrze przyjęte w Izraelu, ale słowa nie wystarczyły zaszokowanemu narodowi, który właśnie widział 11 trumien opuszczających lotnisko w Lod we flocie samochodów IDF, podczas gdy w Monachium kontynuowano igrzyska, jak gdyby masakrę Żydów w Europie można było po prostu uznać za drobny incydent. Golda Meir musiała przekuć słowa Busha w czyn: to jej naród był na celowniku.

Do tego nie wystarczyły naloty wojskowe w Syrii i Libanie. Radzenie sobie z zagrożeniem ze strony krajów Bliskiego Wschodu było jedną sprawą, a zmierzenie się z terrorem w Europie czymś zupełnie innym. Przed Monachium wywiad izraelski wielokrotnie przekazywał rządom europejskim informacje o komórkach terrorystycznych i planach ataków w ich krajach. Ale jak powiedziała Meir komisji spraw zagranicznych Knesetu: „Informujemy ich o tym raz, dwa razy, trzy razy lub pięć razy i nic się nie dzieje”. [Cytowane w Rise and Kill First, Ronen Bergman, 2018] Niechęć Europy do działania na podstawie informacji wywiadu i obawa przed antagonizowaniem palestyńskich terrorystów i ich arabskich sponsorów pozwoliła na falę śmiertelnych ataków. W ciągu poprzednich trzech lat 16 osób zostało zabitych i rannych w siedmiu atakach terrorystycznych na cele izraelskie i żydowskie w samych Niemczech Zachodnich.

W obliczu bezczynności w Europie Mosad proponował wcześniej bezpośrednie ataki na terrorystów na europejskim kontynencie. Meir, oddana poszanowaniu suwerenności zaprzyjaźnionych krajów, odmówiła i zezwoliła na działania tylko w krajach Bliskiego Wschodu, które były wrogie Izraelowi. Wszystko zmieniło się wraz z Monachium. Sześć dni po masakrze powiedziała w Knesecie:

„Wszędzie, gdzie zawiązuje się spisek, gdzie szykują się do mordowania Żydów, Izraelczyków – Żydów, gdziekolwiek – tam jesteśmy zobowiązani ich uderzyć”. [Rise and Kill First, Ronen Bergman, 2018]

Tymi słowami Meir rozpoczęła jedną z najbardziej udanych operacji antyterrorystycznych, jakie świat kiedykolwiek widział.

Pomimo tego twardego stanowiska, przed przekazaniem swojej decyzji do gabinetu, Meir, co zrozumiałe, cierpiała, zarówno z powodów moralnych, jak i politycznych. Później powiedziała:

„Nie ma różnicy między zabijaniem a podejmowaniem decyzji, które skłonią innych do zabijania. To dokładnie to samo, a nawet gorzej”.

Martwiła się również o młodych Izraelczyków, których wyśle na największe niebezpieczeństwo fizyczne i psychiczne. Wiedziała, że jeśli człowiek poluje, to na niego też można polować. Jak to ujęła: „Siedzą w paszczy wroga”.

Mosad przygotowywał się do takiej operacji od 1969 roku i natychmiast wysłał do Europy grupy selektywnej eliminacji o kryptonimie „Bayonet”. Pierwsze z kilku uderzeń miało miejsce niecałe dwa miesiące po Monachium, 16 października w Rzymie, kiedy to został zastrzelony przedstawiciel OWP we Włoszech, Wael Zwaiter, kuzyn Jasera Arafata. Kolejne zabójstwa były we Francji, na Cyprze, w Grecji i gdzie indziej. Egzekucje zawieszono po lipcu 1973 r., kiedy w Lillehammer w Norwegii zginął niewinny człowiek, wzięty za terrorystę OWP. Zostały wznowione w 1978 roku za rządów premiera Menachema Begina.

Poza Europą, 9 kwietnia 1973 roku, Operacja Wiosna Młodzieży, wspólny nalot IDF i Mosadu na Bejrut, kierowany przez Ehuda Baraka (późniejszego premiera), pozwolił na likwidację trzech wysokich rangą przywódców OWP i około 50 innych terrorystów. Następnego dnia, Walter Nowak, ambasador Niemiec w Bejrucie, potępił napaść. Skandalicznie, zaledwie sześć miesięcy po Monachium, spotkał się z jednym z przywódców Czarnego Września, (zabitym w tym nalocie IDF), Abu Youssefem, który sam był organizatorem masakry, aby zaproponować perspektywę stworzenia „nowej podstawy zaufania” między OWP i rządem niemieckim. Incydent ten charakteryzuje dwa odmienne podejścia: kiedy Niemcy ugłaskiwały terrorystów, Izrael ich eliminował.

Selektywna eliminacja zlecona przez Goldę Meir miała na celu powstrzymanie ataków terrorystycznych na Izraelczyków przeprowadzanych w Europie i z Europy, a nie, jak często się przypuszcza, w odwecie za Monachium – większość zabitych nie była bezpośrednio związana z masakrą olimpijską. Szef Mossadu Zvi Zamir wyjaśnia: „Nie byliśmy zaangażowani w zemstę”. Dalej wyjaśnia: „To, co zrobiliśmy, to konkretnie zapobiegliśmy [podobnym akcjom] w przyszłości. Działaliśmy przeciwko tym, którzy myśleli, że będą nadal dokonywać aktów terroru”.

Chodziło o zapobieganie i zakłócanie ataków terrorystycznych na obywateli Izraela w krajach, w których władze krajowe okazały się niechętne do działania. Chodziło również o odstraszanie, aby terroryści zrozumieli, że cena ich działań będzie wysoka – najlepiej zbyt wysoka. To tłumaczyło dramatyczny sposób przeprowadzania niektórych ataków, w tym użycie materiałów wybuchowych, a nie „czystszych” metod lub incydentów, które można by uznać za wypadki. Mosad chciał, aby terroryści nie mieli wątpliwości, dlaczego ich towarzysze są zabijani i kto to robi. Z powodów politycznych należało to zrównoważyć z możliwością zaprzeczania, konsekwentną zasadą wielu izraelskich operacji antyterrorystycznych wcześniej i od tego czasu. Poszło bardzo źle w Lillehammer, gdzie sześciu agentów Mossadu aresztowano i postawiono przed sądem.

Izraelowi konieczność selektywnej eliminacji raz jeszcze potwierdziło porwanie przez Palestyńczyków w niecałe dwa miesiące po igrzyskach olimpijskich, samolotu Lufthansy z Bejrutu do Frankfurtu. Palestyńczycy domagali się uwolnienia trzech terrorystów, którzy przeżyli w Monachium. Niemiecki rząd natychmiast zapłacił 9 milionów dolarów okupu i uwolnił mężczyzn, którzy zostali przewiezieni przez Zagrzeb do Libii, gdzie powitano ich jak bohaterów.

Ostatnią rzeczą, jakiej chciał Berlin, było postawienie tych morderców przed sądem, a niemiecki wywiad ostrzegał przed kolejnymi aktami terroryzmu, aby wymusić ich uwolnienie. Ten obrót wydarzeń był zatem bardzo wygodny i niektórzy eksperci, w tym ówczesny szef Mosadu, oskarżali niemiecki rząd o zapłacenie OWP za zainscenizowanie porwania, aby tym ukryć uwolnienie terrorystów. Ta wersja została również potwierdzona w rozmowie z Abu Daoudem, przywódcą masakry w Monachium.

Po ich uwolnieniu szef niemieckiego MSZ wystosował notatkę do kancelarii kanclerza mówiąc: „Powinniśmy cieszyć się, że cała sprawa dostatecznie się uspokoiła”. Odzwierciedlało to powszechne nastawienie w Europie wtedy i później. W 1977 r. władze francuskie aresztowały Abu Daouda, przywódcę terrorystów. Pytali, czy Niemcy chcą jego ekstradycji, ale Niemcy odmówili. Francuski rząd, zaniepokojony możliwością ataków na własnej ziemi w wyniku przetrzymywania go, kilka dni później pozwolił Daoudowi polecieć do Algierii wbrew silnym protestom Izraela i USA, za co otrzymał pochwały ze strony Związku Radzieckiego. Daoud do śmierci chwalił się zorganizowaną przez siebie masakrą.

Oprócz strachu przed terroryzmem, ugłaskiwanie arabskich terrorystów przez rządy europejskie było motywowane obawami, że zbyt bliskie sojusze z Izraelem w zakresie bezpieczeństwa zaszkodziłyby ich stosunkom z krajami arabskimi, zagrażając dostawom ropy i kontraktom eksportowym.

Przywódcy amerykańscy i europejscy często krytykowali izraelską politykę selektywnej eliminacji, co czasami miało wpływ na wymianę informacji wywiadowczych, a także stosunki dyplomatyczne i handlowe, a niektórzy oskarżali Izrael o taktykę terrorystyczną. Jak zauważyła Golda Meir:

„Osoba, która grozi bronią i osoba, która się broni, aby się upewnić, że broń nie zostanie przeciw niej użyta, to nie to samo”.

Po tym, jak islamscy terroryści zaczęli kierować broń przeciwko obywatelom Zachodu, te „pryncypialne” sprzeciwy z konieczności rozmyły się, a Ameryka i jej sojusznicy często byli zmuszani do uciekania się do polityki wzorowanej na izraelskiej. Stany Zjednoczone i Wielka Brytania wykorzystywały agencje wywiadowcze, siły specjalne, drony i naloty do przeprowadzania selektywnej eliminacji terrorystów, m.in. w Jemenie, Pakistanie, Afganistanie, Iraku i Syrii. Dwa dni po atakach terrorystycznych w Paryżu w 2015 r. francuskie siły zbrojne, wspierane przez Wielką Brytanię, rozpoczęły falę nalotów na bazy Państwa Islamskiego w Syrii, powtarzając ataki Izraela w Libanie i Syrii w dniach po Monachium.

Nic dziwnego, że w tej zmienionej sytuacji, ilekroć Mosad dostarczał krajom europejskim informacji wywiadowczych o planach terrorystycznych na ich terenie, nie trzeba było im mówić „dwa razy, trzy razy czy pięć razy”. Kiedy na celowniku byli ich [nieżydowscy] obywatele, szybko podejmowali działania, których nie udało im się podjąć w latach 70., kiedy Izraelczycy byli głównym celem.

Zbyt często kraje zachodnie, pomimo wcześniejszego odrzucenia, potępienia, a czasem wrogości wobec Izraela, musiały ostatecznie pójść za przykładem działania, do którego Izrael został zmuszony, aby chronić swój naród. Przykładem są reakcje Ameryki i Europy na ataki dżihadystów na ich własnym terytorium, zwłaszcza po 11 września.

Obecnie przeżywamy inny przykład: zagrożenie nuklearne ze strony Iranu. Przywódcy izraelscy wielokrotnie ostrzegali, że program nuklearny Teheranu stanowi nie tylko poważne zagrożenie dla ich własnego kraju, ale dla całego regionu i świata. Podobnie jak w odpowiedzi na Monachium, Izrael prowadzi ukrytą kampanię, aby go powstrzymać, w tym poprzez selektywną eliminację. Tymczasem USA i kraje europejskie ugłaskują mułłów w Teheranie, tak jak zrobiły to z palestyńskimi terrorystami w latach 70., i są na skraju zawarcia umowy, która utoruje drogę do irańskiego potencjału nuklearnego. Tym razem ignorowanie izraelskich ostrzeżeń będzie miało jeszcze bardziej tragiczne i bardziej dalekosiężne konsekwencje.

Energiczna kampania Izraela po Monachium zakończyła się sukcesem. Przekonała świat arabski, że Mosad może uderzyć gdziekolwiek i kiedykolwiek zechce, wzbudzając strach wśród terrorystów i zmuszając ich do uciekania i ukrywania się w miejscach, w których wcześniej działali bezkarnie, a niektóre umiarkowane rządy arabskie nawet naciskały na OWP, by powstrzymała ataki. Ofensywa nie zakończyła całego arabskiego terroryzmu w Europie przeciwko Izraelczykom i podobnie jak w przypadku działań antyterrorystycznych na całym świecie, wystąpiły poważne negatywne konsekwencje. Ale działania Mosadu na kontynencie i Operacja Wiosna Młodzieży w Bejrucie przekonały przywódcę OWP Jasera Arafata do nakazania zakończenia ataków Czarnego Września na cele poza Izraelem od końca 1973 roku. Jak powiedziała Meir:

„Nie lubimy czynów militarnych. Podejmujemy je, bo musimy i dzięki Bogu jesteśmy skuteczni”.

Czasami uważa się Monachium za izraelski 11 września. Pięćdziesiąt lat później trauma masakry z 1972 r. tkwi głęboko w umysłach wszystkich mieszkańców Izraela i wielu innych ludzi, którzy obserwowali jej przebieg z rozdzierającą serce udręką. Niewątpliwie 11 Izraelczyków, którzy zginęli w Monachium, było na pierwszym miejscu w umysłach tych odważnych mężczyzn i kobiet, którzy odgrywali swoje indywidualne role w kampanii, której celem było zapobieżenie powtórce okropności, jakie spotkały sportowców. Według słów Goldy Meir w tamtym czasie:

Być może nadejdzie dzień, w którym historie o bohaterstwie i zaradności, poświęceniu i oddaniu tych wojowników będą opowiadane w Izraelu, a pokolenia będą opowiadać je z podziwem i dumą tym, którzy przyjdą po nich, jako kolejny rozdział w dziedzictwie bohaterstwa naszego narodu”.

Ku pamięci:

    • David Berger
    • Anton Fliegerbauer
    • Ze’ev Friedman
    • Yosef Gutfreund
    • Eliezer Halfin
    • Yosef Romano
    • Amitzur Shapira
    • Kehat Shorr
    • Mark Slavin
    • Andre Spitzer
    • Yakov Springer
    • Moshe Weinberg

Richard Justin Kemp – Były dowódca sił brytyjskich w Afganistanie, pracował w Joint Intelligence Committee oraz COBR. Po przejściu na emeryturę napisał książkę o wojnie w Afganistanie Attack State Red, która stała się bestsellerem.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


German president accepts state’s responsibility for not preventing 1972 massacre

German president accepts state’s responsibility for not preventing 1972 massacre

Uri Dagon, Reuters and ILH Staff


“That it took 50 years to reach this understanding of the last days, that is indeed shameful,” Frank-Walter Steinmeier said at a news conference alongside Israeli counterpart Isaac Herzog.

,
German President Frank-Walter Steinmeier and Israeli President Isaac Herzog in Berlin, September 4, 2022 | Photo: Reuters / Michele Tantussi

German President Frank-Walter Steinmeier on Sunday described the 50 years it took to reach a compensation agreement about the 1972 Munich Olympics attack “shameful.” Steinmeier spoke alongside President Isaac Herzog, who is visiting Germany ahead of the 50th anniversary of the attacks which led to the death of 11 Israelis, one German police officer after Palestinian terrorists took the Israeli squad was taken hostage at their residences at the Olympic village.

The incident, and the continuation of the games shortly after, outraged Israelis all over. The Israeli Mossad later assassinated the masterminds of the Palestinian faction responsible for the attack.

“Here in Berlin I stand and declare: Am Yisrael Chai! The People of Israel live! Thank you, my friend President Steinmeier, for the warm welcome. You are a true friend to me, my people & my country. Israel values our alliance and Germany’s commitment to our security and wellbeing,” Herzog said upon arriving at the presidential residence. “The foundations of the Israel-Germany relationship are complicated, challenging, and painful. We have been fated to be forever linked by the past and no less importantly by the future. This is a correct, critical, and indispensable alliance. For both Israel and Germany,” he continued.

Steinmeier regretted that “too long, we did not want to accept that we also share responsibility: It was our task to ensure the safety of the Israeli athletes,” he said.

Germany and Israel reached an agreement only in late August over the level of compensation and responsibility that Germany would shoulder. “That it took 50 years to reach this understanding of the last days, that is indeed shameful,” Steinmeier told a news conference. “We did not want to recognize the suffering felt by those who had been left behind,” he said but added that now Germany was duty-bound to “shed light on hidden aspects of the Munich massacre.”

Herzog, who flew to Germany along with his wife for a three-day state visit, emphasized the suffering of the victims’ relatives, who “hit a wall” every time they attempted to raise the compensation issue with Germany or with the International Olympic Committee.

“I think there was tragic suppression here,” Israel’s president said, underlining “the fact that the hostages were being led to slaughter and the Games went on.”

Before the August agreement was announced, the families had said they were unhappy with the latest German compensation offers and that they planned to boycott the ceremony on Monday marking the 50th anniversary of the attack in protest.

The Frankfurter Allgemeine newspaper, citing Germany’s news agency DPA, said compensation of 28 million euros ($28.02 million) had been discussed, of which the federal government would cover 22.5 million euros. The German government did not confirm the amounts, saying the talks with the victims’ representatives were confidential.

Steinmeier and Herzog are scheduled to lay wreaths in Munich on the anniversary of the attacks. German Chancellor Olaf Scholz will also meet Herzog during his three day state visit. Herzog’s late father, Chaim Herzog, was the first president of Israel to officially visit Germany in 1987.

Herzog also addressed the threat his country feels is posed by the Iran nuclear deal, which is currently being re-negotiated in Vienna, after the US withdrew in 2018. Israel opposes the deal.


i24NEWS contributed to this report.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


News From Israel- September 04, 2022

News From Israel- September 04, 2022

ILTV Israel News


A shooting terror attack on a public bus this morning, leaving 7 Israelis injured in the Jordan Valley

The 50th anniversary of the Munich Olympics Massacre coming up. The victims’ families again speaking out against hate.

And for the first time in years… Druze from the Northern Golan Heights increasingly applying for Israeli citizenship. But why now?


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Władysław Gomułka. Polski patriota, komunistyczny autokrata czy człowiek, który się zagubił?

I sekretarz Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej na spacerze z żoną Zofią i synem Ryszardem. Warszawa, 31 maja 1965 r. (fot. ADM)


Władysław Gomułka. Polski patriota, komunistyczny autokrata czy człowiek, który się zagubił?

Łukasz Kremky


Był niewątpliwie prawdziwym komunistą. Ale powinniśmy widzieć go jako specyficznie polskiego komunistę. Zresztą on wciąż się zmieniał, a w pewnym momencie przestał nadążać za czasami, w których żył.

40 lat temu zmarł Władysław Gomułka

Z prof. Anitą Prażmowską rozmawia Łukasz Kremky

Łukasz Kremky: Kariera polityczna Gomułki zaczęła się w latach 20. i 30. Dlaczego został komunistą?

Anita Prażmowska: W Polsce nie w pełni akceptujemy fakt, że jest coś takiego jak kultura robotnicza. Kiedy zdamy sobie sprawę z jej istnienia, droga życiowa Gomułki staje się oczywista. On do komunizmu dochodził nie przez literaturę czy zafascynowanie ideologią, ale przez własne doświadczenie i poczucie wspólnoty interesów z innymi przedstawicielami klasy pracującej, działalność w związkach. Od początku pociągały go radykalne frakcje ruchu robotniczego.

Marzeniem polskich komunistów był przed wojną wyjazd do ZSRR. Gomułka uczył się w szkole leninowskiej w latach 1934-35, ale wrócił rozczarowany.

– We wspomnieniach z lat 70. napisał, że to, co zobaczył w Związku Radzieckim, zszokowało go. Zaskoczyła go skrajna bieda. Widział puste sklepy, złe warunki życia i dramatyczne skutki kolektywizacji rolnictwa. Odkrył przepaść między propagandą a realiami życia, a także skalę politycznych represji.

Nie zmieniło to jego stosunku do komunizmu?

– Przeżywał poważne dylematy. Trzeba jednak wziąć pod uwagę warunki życia w międzywojennej Polsce, niezwykle trudne dla robotników: rządy sanacji, Bereza Kartuska, prześladowania opozycji. Być może uznał, że walka z faszyzmem i politycznymi represjami stawia go w sytuacji, że musi się opowiedzieć: jesteś za albo przeciw, że nie ma innej drogi niż komunizm. Ale to wyłącznie moje domysły.

W 1938 r. Stalin zlikwidował Komunistyczną Partię Polski, a rok później zaatakował Polskę. Jak ludzie – tacy jak Gomułka – godzili bycie komunistą z byciem Polakiem?

– Już po śmierci Stalina w gronie działaczy partyjnych rozpoczęła się debata o zbrodniach stalinizmu. Po ujawnieniu informacji o zamordowaniu liderów KPP większość komunistów przeżywała głębokie moralne dylematy. Poczucie traumy było wszechobecne, szczególnie wśród osób pełniących wysokie funkcje państwowe. Wydaje mi się, że dylemat, jak pogodzić polskość z komunizmem, nigdy nie został przez polskich komunistów do końca rozwiązany. Ciągle im towarzyszył. Ale byli też przekonani, że nie zdobyliby władzy bez radzieckiego wsparcia.

Władysław Gomułka, przed 1947 r.
Władysław Gomułka, przed 1947 r.  fot. Władysław Miernicki, Public domain, via Wikimedia Commons

Gomułka wspominał, że na początku wojny był rozczarowany polityką Stalina, ale już w 1943 r. znalazł się w kierownictwie Polskiej Partii Robotniczej.

– Gomułka wrócił do Polski po ataku Niemiec na Związek Radziecki, lecz nie został uznany przez Sowietów za wystarczająco sprawnego polityka, by powierzyć mu wprowadzanie komunizmu w Polsce. Był kilkakrotnie proszony o przyjazd do Warszawy, ale chyba nie wierzył we współpracę z kierownictwem PPR. Jego pozycja jednak wzrosła po zamordowaniu Marcelego Nowotki, a potem aresztowaniu przez Gestapo Pawła Findera i Małgorzaty Fornalskiej. Władza w partii wpadła w ręce polityków z dalszego szeregu, jednym z nich był Gomułka.

W składzie PKWN był jedynym komunistą ze struktur partii w Polsce – reszta to towarzysze przysłani z Moskwy. Widać w tamtym czasie napięcie między „krajowcami” a „szynelami”.

– To prawda. Bierut awansował – Sowieci w pełni mu ufali. Gomułkę Komintern opisywał jako uczciwego działacza, ale pozbawionego kompetencji politycznych. Stalin nie mógł jednak ignorować polityków z dużym stażem partyjnym w kraju, więc Gomułka wszedł do kierownictwa. Mam jednak wrażenie, że cały czas był outsiderem. Decyzje podejmowali ludzie powiązani z Moskwą. Sposób, w jaki Gomułka rozmawiał ze Stalinem, pokazuje, że on zupełnie nie wiedział, jak komunikować się z radzieckim przywódcą. Naiwnie myślał, że nawiąże dialog.

W 1944 r. Bierut napisał do Stalina, że Gomułkę charakteryzuje brak pryncypialnego nastawienia i wykonywanie „zygzaków od sekciarstwa do skrajnego oportunizmu”.

– Gomułka miał niewiele wspólnego z ludźmi takimi jak Hilary Minc czy Jakub Berman, którzy wywodzili się z innych środowisk. Został ministrem Ziem Odzyskanych i zachowywał się jak polityk suwerennego państwa. Domagał się np. ustanowienia dużych gospodarstw prywatnych, sprzecznych z modelem kolektywizacji. Był wściekły, gdy odkrył, że Armii Czerwonej pozwolono rabować Ziemie Odzyskane. Mówił, że to Polacy powinni je kontrolować. Chyba nie zdawał sobie wtedy sprawy, jak szkodziło to jego pozycji.

Z drugiej strony popierał likwidację opozycji i terror. A może decyzje zapadały poza nim?

– Jako sekretarz generalny partii był częścią tych procesów. Pytanie, czy uważał, że są konieczne, czy może wierzył, że są słuszne. Wydaje mi się, że to drugie. Podczas wojny widział nieudane próby dotarcia przez PPR do polskiego podziemia. Był przekonany, że współpraca z tymi organizacjami nie jest możliwa. Uważał, że bezpieczeństwo wewnętrzne jest kluczowe, a największym zagrożeniem pozostawały resztki podziemia. W tej kwestii nie potrzebował poleceń z Moskwy.

Władysław Gomułka na ul. Marszałkowskiej w Warszawie, 1945 r.Władysław Gomułka na ul. Marszałkowskiej w Warszawie, 1945 r.  nieznany/unknown, Public domain, via Wikimedia Commons

To dlaczego został aresztowany?

– Pod koniec lat 40. polityka wobec Polski zaostrzyła się, głównie w odpowiedzi na sytuację w Niemczech, doktrynę Trumana, ogłoszenie planu Marshalla i kwestię Jugosławii. Radzieccy przywódcy czuli coraz większą wrogość ze strony Zachodu. Powstał Kominform. Gomułka nie pasował do nowej sytuacji, zachowywał się tak, jakby wciąż można było realizować niezależną politykę, być może nie tak daleko idącą jak w przypadku Jugosławii, ale jakiegoś rodzaju „polską drogę”.

Czuł się zdradzony przez partię i kolegów?

– Nie, bo chyba zawsze uważał ich za łajdaków. Wiedział, że stoją za jego aresztowaniem, są służalczy wobec Moskwy i popełniają błąd. Nawet gdy został pozbawiony wszystkich stanowisk, odmówił złożenia samokrytyki.

Jak znosił areszt?

– Z żoną zostali zatrzymani rankiem 2 sierpnia 1951 r. w Krynicy Morskiej, a następnie przewiezieni do ośrodka Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Miedzeszynie i umieszczeni w osobnych celach, co było emocjonalnie bolesne. Gomułka domagał się przedstawienia powodów aresztowania. Ironizował, że wciąż pozostały mu 4 lata wyroku z czasów sanacji.

Po półtora roku przesłuchania utknęły. Gomułka odrzucił zarzuty o odchylenie nacjonalistyczne i o to, że podczas zjednoczenia PPS z PPR pozwolił na przeniknięcie do PZPR działaczy reprezentujących luksemburgizm, trockizm itd. Odpowiadał, że działał w zgodzie z polityką partii, przywoływał szczegóły, był dobrze przygotowany. Gdy przedstawiono mu obciążające go zeznania Mariana Spychalskiego, mówił, że zostały uzyskane w wyniku tortur. Dopiero po czasie zaczął załamywać się nerwowo, miał napady złości. Domagał się przewiezienia do szpitala, bał się o stan postrzelonej jeszcze przed wojną nogi.

Wolność odzyskał po śmierci Bieruta i odsunięciu Bermana i Minca. Stał się naturalnym kandydatem do przejęcia władzy. Dlaczego?

– Samo usunięcie polityków odpowiedzialnych za zbrodnie było niewystarczające. Gomułka był postrzegany jako jedyny ważny polityk nieobciążony zbrodniami stalinizmu, który dodatkowo sam padł jego ofiarą. Pamiętano, że sprzeciwiał się kolektywizacji i pełnemu podporządkowaniu ZSRR.

Władysław Gomułka na wiecu na pl. Defilad w Warszawie, 1956 r.Władysław Gomułka na wiecu na pl. Defilad w Warszawie, 1956 r.  Public domain, via Wikimedia Commons

Gomułka zdecydował się na sojusz z tzw. grupą puławską, zwolennikami reform, choć ideologicznie można go umieścić gdzieś pomiędzy puławianami a konserwatystami z tzw. grupy natolińskiej.

– On zawsze robił to, co uważał za słuszne. Pozytywnie oceniał zmiany dokonujące się po śmierci Stalina, ale uważał też, że pora zająć się modernizacją kraju. Rakowski pisał, że próbował wtedy dowiedzieć się, po której stronie ma się opowiedzieć „Polityka”, ale Gomułka mówił mu, że trzeba stabilizować sytuację społeczną, a nie myśleć koniunkturalnie. Dlatego uważam, że on nie lubił żadnej z tych grup.

Dlaczego Chruszczow przekonał się do Gomułki? Jesienią 1956 r. interwencja radziecka wisiała na włosku.

– Chruszczow przyjechał do Warszawy wściekły, zachowywał się agresywnie, ale nie był głupcem i dobrze wiedział, że sytuacja jest problematyczna. Po nocy negocjacji Polacy przekonali stronę radziecką, że kontrolują sytuację w kraju i że to nie jest rewolucja. Gomułka rozumiał potrzebę szybkiej deeskalacji, miał w pamięci wojnę i jej straszne skutki.

W tamtym czasie problemem była też kwestia niemiecka. Rosjanie nie chcieli konfliktu z Polską, woleli znaleźć kompromis, ale sprawdzenie tego wymagałoby dostępu do archiwów sowieckich.

Istnieje hipoteza, że to Chińczycy uratowali Gomułkę, protestując przeciw interwencji w Polsce.

– Tak, ale wymagałaby zbadania, jak ZSRR reagował na sygnały z Pekinu. Kluczowe jest to, co było dyskutowane w wąskim kręgu radzieckiego kierownictwa, a tego nie wiemy.

Władysław Gomułka z Nikitą Chruszczowem podczas powitania sowieckiego przywódcy, który przyleciał do Warszawy z przyjacielską wizytą 22 lipca 1959 r.Władysław Gomułka z Nikitą Chruszczowem podczas powitania sowieckiego przywódcy, który przyleciał do Warszawy z przyjacielską wizytą 22 lipca 1959 r.  fot. Tadeusz Rolke / Agencja Wyborcza.pl

W 1956 r. społeczeństwo widziało w Gomułce bohatera, zupełnie nie pamiętając jego zaangażowania w brutalne instalowanie komunizmu w latach 40.

– Okres po 1945 r. określam jako czas wojny domowej. Nie jest to może prawdziwa wojna, ale czas anarchii. Kluczowym problemem jest bezpieczeństwo, komuniści mówią wówczas o odbudowie, z którą społeczeństwo wiąże ogromne nadzieje. Rola Gomułki nie była wtedy aż tak widoczna.

Co dla Gomułki oznaczała ta słynna „polska droga do socjalizmu”?

– Uzyskanie prawa do decydowania w kwestii tego, jak socjalizm ma być budowany w Polsce. Podniesienie standardu życia. Gomułka, zaangażowany w politykę gospodarczą, chciał, żeby było lepiej. Oczywiście to się nie udało. Istotne stało się też uniezależnienie krajowej produkcji od sowieckich subsydiów, idea nawiązania szerszej współpracy gospodarczej z Zachodem, czemu Gomułka był jednak przeciwny.

Dla niego lepszy standard życia nie oznaczał jednak w żadnym stopniu więcej demokracji, a jedynie lepsze warunki materialne.

Popaździernikowa odwilż szybko wyparowała. Gomułka przestraszył się entuzjazmu, który wyniósł go do władzy?

– Obawiał się rewizjonizmu, tego, że zmiany po śmierci Stalina zajdą za daleko. Ale podejrzewam, że nie była to kwestia strachu, ale tego, co uważał za słuszne. Dalsza reforma mogła w jego ocenie spowodować tylko kłopoty. Stąd konflikt ze środowiskiem młodych intelektualistów, pisarzami. Jednocześnie pozwalał, by w ministerstwach pracowali eksperci, np. minister spraw zagranicznych Adam Rapacki miał olbrzymią swobodę działania.

Gomułka uważał, że jego powrót do władzy wyczerpuje potrzebę reform?

– Tak, udało się zatrzymać interwencję, a czas zabrać się do pracy.

Władysław Gomułka witany przez członków Pionierororganisation Ernst Thälmann w NRD, 1963 r.
Władysław Gomułka witany przez członków Pionierororganisation Ernst Thälmann w NRD, 1963 r.  Bundesarchiv, Bild 183-B0121-0010-023 / Junge, Peter Heinz / CC-BY-SA 3.0, CC BY-SA 3.0 DE , via Wikimedia Commons

Jaki był stosunek Gomułki do Kościoła?

– Był ateistą, nigdy nie wspomina o swojej religijności. Jego żona pochodziła z ortodoksyjnej żydowskiej rodziny, z którą zerwała kontakty. Na pewno postrzegał zorganizowaną religię jako zagrożenie dla partii. W 1945 r. to on podjął decyzję, że Kościół utraci kontrolę nad posiadłościami ziemskimi i instytucjami edukacyjnymi. W pewnym jednak stopniu akceptował rolę Kościoła w społeczeństwie, bo był pragmatyczny. W Polsce nigdy nie zakazano katechezy na terenie świątyń. Kościół był w sporze z władzą, co widać przy okazji obchodów milenijnych, ale jednocześnie utrzymany był jakiś kontakt.

Z czasem popularność Gomułki spadła, on ciągle mówił o rewizjonizmie.

– Gomułka uważał, że swoboda dana uniwersytetom i młodym studentom, z których wielu to dzieci wpływowych działaczy partyjnych, wychowała grupę, która zamiast pozostać lojalna wobec partii, kwestionuje jej decyzje. Młodzi intelektualiści zarzucali systemowi nadmierną biurokratyzację i brak demokratyczności. Gomułka w ogóle nie odpowiadał na te zarzuty, bo nie rozumiał tych aspiracji. Był wręcz rozczarowany faktem, że np. syn członka Rady Państwa Zygmunta Modzelewskiego, Karol, był dysydentem.

Sami Sowieci pytali go, dlaczego dzieci sekretarzy otwarcie krytykują reżim.

Gomułka odpowiadał, że czasy, gdy mogli mówić Polakom, kogo rozstrzelać, już minęły. Nie chodziło mu o obronę Modzelewskiego, ale o prawo polskiego państwa do decyzji o tym, kto stanowi dla niego zagrożenie.

Był krytykowany z wielu stron – z lewej, przez „rewizjonistów”, ale też z prawej, bardziej dogmatycznej.

– Nie widział zmian nawet w samej partii, że w siłę rośnie m.in. nacjonalistyczny „Grunwald”, że Mieczysław Moczar i ZBoWiD to realna polityczna siła. Rakowski twierdzi, że próbował kilka razy zwracać Gomułce uwagę, że to zagrożenie, ale ten nie reagował.

Dlaczego Gomułka poparł interwencję w Czechosłowacji?

– Początkowo miał pozytywne zdanie o Dubczeku, ale uważał, że proces liberalizacji zaszedł za daleko. Mój doktorant, Jan Kozdra, który dość dokładnie badał tę sprawę, uważa, że to Gomułka zasugerował Breżniewowi interwencję, argumentując, że armia czeska nie będzie stawiać oporu.

Jego relacje z Leonidem Breżniewem były chyba lepsze niż z Chruszczowem?

– Gomułka nigdy nie miał do sowieckich przywódców pełnego zaufania, obserwował ich i oczekiwał racjonalności. Swoje pierwsze spotkanie ze Stalinem ocenił jako „teatralne”. Podczas pierwszej rozmowy z Chruszczowem doszło do ostrej wymiany zdań i ta relacja nigdy nie uległa poprawie. Kiedy Breżniew doszedł do władzy, Gomułka miał nadzieję na lepszy kontakt, otwarcie cieszył się z odsunięcia Chruszczowa, zawsze agresywnego i prostackiego w obyciu. Liczył, że przekona Sowietów do wielu pomysłów, m.in. do reformy RWPG, ale niewiele z tego wyszło.

Władysław Gomułka i Leonid Breżniew w NRD, 1967 r.
Władysław Gomułka i Leonid Breżniew w NRD, 1967 r.  Bundesarchiv, Bild 183-F0417-0001-011 / Kohls, Ulrich / CC-BY-SA 3.0, CC BY-SA 3.0 DE , via Wikimedia Commons

Jaka była rola Gomułki w wydarzeniach Marca ’68? Andrzej Werblan w rozmowie z Robertem Walenciakiem zaznacza, że Gomułka nigdy nie był antysemitą, ale zawsze był „antyinteligencki”.

– Starałam się prześledzić tamte wydarzenia i wiem, że zdecydowanie to nie było działanie Gomułki. Mówimy o wpływie na wydarzenie wielu frakcji, które powstały w partii w latach 60.

Więc to jest oznaka jego słabości?

– Można tak na to spojrzeć. Gomułka stracił kontrolę, toczyła się walka o władzę, w której antysemityzm stał się narzędziem. Moczarowcy starali się budować swoją pozycję, sugerując, że w kierownictwie partii są osoby o niejasnej tożsamości narodowej.

Dynamika wydarzeń była złożona i nie do końca ją rozumiem, bo nie chodziło jedynie o to, kto co mówił, bo to wiemy, ale o to, jak doszło do społecznej mobilizacji. Jak to się stało, że antysemickie hasła zyskały wystarczającą wagę, by np. móc usunąć z ważnego i potrzebnego stanowiska lekarzy czy wojskowych? W archiwach widać tylko to, co robili poszczególni ludzie, ale nie widać tej mobilizacji. I nie wydaje mi się, żeby Gomułka odegrał znaczącą rolę w tych procesach, to policja, armia i MSW były aktywnie zaangażowane w ten atak.

Ale w wydarzeniach Grudnia ’70 już tak? Bronił się potem, że decyzję o strzelaniu do robotników podjęło kolektywnie całe Biuro Polityczne.

– Nie wiem, na ile to była jego decyzja, ale to on był pierwszym sekretarzem. Nie powstrzymał pacyfikacji. Nawet jeśli nie inicjował wydarzeń, to świadomie wyraził na nie zgodę. Postrzegał to jako zamieszki, a nie protesty. W dużej mierze wynikało to z narastającej w nim wojowniczości i agresji.

Władysław Gomułka (drugi od prawej) i Nicolae Ceau?escu (drugi od lewej), 1966 r.Władysław Gomułka (drugi od prawej) i Nicolae Ceau?escu (drugi od lewej), 1966 r.  unknown, image comes from the Romanian National Archives, CC BY-SA 3.0 RO , via Wikimedia Commons

Istnieje hipoteza, że Grudzień ’70 był prowokacją, żeby Gomułkę ostatecznie skompromitować i pozbawić władzy.

– Nie miałam dostępu do źródeł, które by to potwierdzały. Widzę to jako sytuację, w której stracił kontrolę, miał wtedy zawał serca. Edward Gierek mówił, że to Moskwa przekazała mu sygnał przez ambasadora, że oczekują, by przejął obowiązki I sekretarza.

Po 1968 r. był bardzo osłabiony. Decyzje zaczęły zapadać poza Gomułką. Weźmy np. słynne przemówienie bodajże z końca marca 1968, w którym stwierdził, że wydarzenia zaszły wystarczająco daleko, a w odpowiedzi słyszy: „Śmielej, śmielej”. Słuchałam tego wystąpienia i nie rozumiałam, co się dzieje. Gomułka nie chciał brnąć dalej, on chciał to ukrócić, ugasić te emocje.

Czyli w Grudniu ’70 już nie kontrolował wydarzeń?

– Nie, miał na nie wpływ, ale sytuacja była coraz trudniejsza. Jego zwycięstwem było na pewno podpisanie traktatu granicznego z Niemcami. To niewątpliwe osiągnięcie, ale fizycznie i politycznie Gomułka był już słaby.

Można powiedzieć, że dwie kwestie charakteryzują myślenie Gomułki – sprzeciw wobec kolektywizacji i sprawa granicy z Niemcami. Czy szczególnie ta druga kwestia jest dla niego warunkiem koniecznym utrzymania większej suwerenności w relacji z ZSRR?

– Gomułka w swoim krytycznym stosunku do ZSRR zawsze zatrzymywał się na kwestii polityki międzynarodowej, uważając, że Polska potrzebuje gwarancji radzieckich, by utrzymać bezpieczeństwo, i że nie ma alternatywy dla pozostania w bloku sowieckim. Tym powodem były oczywiście Niemcy.

W wielu prywatnych rozmowach Gomułka wracał do Warszawy zniszczonej po powstaniu. Bał się odrodzenia zagrożenia ze strony Niemiec.

To widać przy okazji planu Rapackiego z 1957 r., który dążył do demilitaryzacji. W rzeczywistości to był pomysł Gomułki, który Sowieci akceptowali. Ale projekt upadł, bo Zachód nie był nim zainteresowany, szczególnie USA. Widać więc zabiegi Gomułki, by zapewnić Polsce więcej kontroli i bezpieczeństwa. Układ z Niemcami wyrażał jego przekonanie, że tylko przez samodzielne rozmowy z RFN Polska może zapewnić sobie stabilne miejsce w Europie.

W pani opowieści Gomułka ma wiele twarzy: komunistycznego autokraty, więźnia politycznego, polskiego patrioty, wreszcie symbolu komunistycznej bylejakości. Która jest najbliższa prawdy?

– Gomułka się zmieniał. Mam poczucie, że on przez całą swoją karierę, aż do końca życia, gorączkowo usiłował zrozumieć rzeczywistość. Wywodził się ze środowiska robotniczego, ale stopniowo radykalizował się wobec własnych doświadczeń. Najpierw kształtował go czas wojny, potem widzimy go jako człowieka, który się zagubił i ktoś decydował o jego losie. Potem nastąpił powrót.

Grób Władysława Gomułki na Cmentarzu Wojskowym na warszawskich PowązkachGrób Władysława Gomułki na Cmentarzu Wojskowym na warszawskich Powązkach  fot. Cezary Piwowarski, CC BY-SA 4.0 , via Wikimedia Commons

Zaraz po tym powrocie powiedział członkom biura politycznego: „Jestem uparty”. Przekonanie o słuszności własnych przekonań chyba towarzyszyło mu całe życie.

– Często wracam do biografii Stalina, autorstwa Isaaka Deutschera. Uważam ją za wybitną, bo Deutscher zawsze stara się dostrzegać w decyzjach Stalina pewną racjonalność. Cokolwiek Gomułka mówił o sobie, zawsze starał się reagować na wydarzenia w sposób racjonalny. Mówił „jestem uparty”, tracił wiarę w reformy, ale szukał faktów, statystyk. Można to dostrzec we własnoręcznych przypisach do przemówień dotyczących szczegółowych informacji i statystyk. Oczywiście często widział tylko to, co chciał widzieć.

W pewnym momencie przestał pasować do swojej epoki. Nie widział, szczególnie w latach 60., nawet zmian w samej partii.

A gdybyśmy mieli pokusić się o próbę scharakteryzowania Gomułki w jednym zdaniu?

– Nie mam wątpliwości, że był prawdziwym komunistą, ale mam poczucie, że powinniśmy widzieć go jako specyficznie polskiego komunistę. Uosabiał pewien okres dziejów Polski. Rekonstrukcja historii, z którą dziś mamy do czynienia w Polsce, jest próbą zniekształcenia tego obrazu. Musimy wziąć pod uwagę to, co nam się podoba, i to, co nie – faszystów, komunistów, ludowców – wszystkie te bardzo ciekawe polskie spory. Gomułka jest ich kluczową częścią.

Rozmawiał Łukasz Kremky


Anita Prażmowska, profesor historii na London School of Economics and Political Science. Zajmuje się zimną wojną i komunizmem w Europie Wschodniej i Polsce. Jest autorką wielu książek poświęconych czasom kształtowania się władzy komunistycznej w Polsce, m.in. anglojęzycznej biografii Władysława Gomułki, która w 2016 r. ukazała się również po polsku


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Why Did the FBI Raid Mar-a-Lago?

Why Did the FBI Raid Mar-a-Lago?

LEE SMITH


Trump’s ‘stash of nuclear secrets’ is this summer’s Kremlin collusion conspiracy. But the latest chapter of Russiagate may end with a bang.

AP PHOTO/WILFREDO LEE

The FBI raid on Mar-a-Lago feels like peak Russiagate. There’s the synchronized press hysteria, moving from one absurd end-of-America “bombshell” to the next, accompanied by dark intonations regarding secrets about to be revealed and blustering accusations of high treason. Donald Trump was said to be hoarding “nuclear documents,” which he planned to peddle for billions to the Saudis. Who’s buying the map of Fort Knox? Does Trump have access to Colonel Sanders’ secret fried chicken recipe, too?

It’s no laughing matter to the American press, or for the partisan operatives and national security bureaucrats who feed them their cues. For them, the Mar-a-Lago raid is Russiagate II: The Palm Beach Papers.

Director of National Intelligence Avril Haines’ proposed damage assessment of the documents is a remake of the January 2017 intelligence community assessment which claimed, without evidence, that Vladimir Putin wanted to put Trump in the Oval Office. The extensive redactions on the affidavit the FBI used to get a warrant to raid Trump’s home are akin to the excessive redactions on the application that the FBI showed a secret court in 2016 to get a warrant to spy on the Trump campaign. What was true for the original Russiagate holds here, too: The redactions are designed to hide not state secrets, but government corruption.

The Mar-a-Lago raid feels like Russiagate because, well, it is Russiagate: a conspiracy theory weaponized by the country’s courtier class to serve the interests of a delirious and deracinated oligarchy, spawning daily prophesies of doom fed by an endless supply of national security “leaks” asserting that the former commander-in-chief really was and is a secret Russian agent. And proof of the president’s treachery, chant the priestly keepers of the “collusion” mysteries, will soon be revealed to the public. It is their blanket justification for every past crime and every new banana republic-style abuse of power, accompanied by a drumbeat of ever more outlandish and violent threats.

It is in this context that the FBI’s raid on Mar-a-Lago should be understood: Government records and reports from political and media operatives and bureaucrats who previously starred in Russiagate I give evidence that the FBI raided Trump’s home to seize documents exposing the crimes that the FBI and Justice Department have been committing since 2016. The fact that Russiagate shows no signs of ending anytime soon is bad news for the republic, betrayed from within by a performative elite whose ability to project power outside its gilded bubble requires a steady supply of paranoia, fear, and hysteria.

The story of the Mar-a-Lago raid begins at the end of Trump’s presidency, when he declassified documents related to Russiagate. Those records contain evidence of how the FBI spied on Trump’s campaign, presidential transition team, and administration. The documents reportedly include transcripts of FBI intercepts of Trump aides, a declassified copy of the Foreign Intelligence Surveillance Act (FISA) warrant to collect the electronic communications of Trump campaign volunteer Carter Page, and reports regarding Christopher Steele and Stefan Halper, the two main confidential human sources used by the FBI to spy on Trump’s circle.

Kash Patel, who served in a variety of Pentagon roles and as a principal deputy in the Office of the Director of National Intelligence in the Trump administration, has said that 60% of the documents related to Russiagate are already in public view. As lead investigator for the House Intelligence Committee’s probe of the FBI’s illegal investigation of the Trump campaign, Patel helped get vital Russiagate records declassified. When Trump named Patel to the ODNI post, he and acting Director Richard Grenell put more Russiagate documents before the U.S. public in 2020. Patel has told the press that what Trump declassified on Jan. 19, 2021, constitutes the remainder of the Russiagate records—which is what the FBI was apparently after.

So, are the Russiagate documents secret? With hours left in Trump’s presidency, the DOJ raised “privacy concerns” about Trump’s declassification, and White House Chief of Staff Mark Meadows agreed to submit the documents for a final review. “I am returning the bulk of the binder of declassified documents to the Department of Justice,” Meadows wrote in a memo, “with the instruction that the Department must expeditiously conduct a Privacy Act review under the standards that the Department of Justice would normally apply, redact material appropriately, and release the remaining material with redactions applied.”

The problem, however, is that Biden’s DOJ, which was tasked with conducting that review, is staffed with key operatives who targeted Trump starting in 2016, like Deputy Attorney General Lisa Monaco. As Barack Obama’s Homeland Security adviser, Monaco met in the White House with Haines, then deputy national security adviser (and former deputy CIA director), and National Security Adviser Susan Rice, who is now director of Biden’s Domestic Policy Council, to push the Trump-Russia narrative. As far as Monaco and her confederates were concerned, once Meadows turned over the declassified documents, the national security establishment was in the clear: The documents would never be seen again.

After Trump’s departure, the National Archives and Records Administration (NARA) demanded Trump hand over papers the former president claimed as his own. Starting in the spring of 2021, Trump’s lawyers and NARA officials went back and forth over certain items, like his correspondence with North Korean leader Kim Jong-un and a letter from Obama. Eventually, the Trump team agreed to hand over 15 boxes’ worth of records. On Jan. 18, 2022, NARA retrieved the documents from Mar-a-Lago, including the Kim letters. (Press reports concerning nuclear “secrets” in Trump’s possession seem to be purposeful misrepresentations of his correspondence with the North Korean dictator, with whom he sought to strike a nuclear accord.)

The archives and DOJ tracks crossed on Feb. 9, when NARA told federal law enforcement that the 15 boxes contained classified information. Rep. Carolyn Maloney, D-N.Y., made this information public when she wrote a letter to the archives the same day asking if the 15 boxes included classified information. NARA officials responded that they did, and that they were in communication with the Justice Department. The stage was thus set for the Russiagate revival, which began three months later.

In a May 5 article, Breitbart News asked Patel to comment on reports that the former president had been holding classified material at Mar-a-Lago. No, said Patel. He explained that while president, “Trump declassified whole sets of materials.” “The president has unilateral authority to declassify documents,” said Patel. “He exercised it here in full.”

Patel told Breitbart that he wouldn’t get into specifics about the documents that Trump had officially made public. Despite the fact that the material was no longer classified, the former federal prosecutor suspected that the press would nonetheless accuse him of illegally disclosing government secrets. So he vaguely indicated what the documents contained.

“It’s information that Trump felt spoke to matters regarding everything from Russiagate to the Ukraine impeachment fiasco to major national security matters of great public importance,” said Patel, “anything the president felt the American people had a right to know is in there and more.”

It seems that the FBI and DOJ may have interpreted Patel to mean that he had seen the declassified Russiagate documents at Mar-A-Lago. Maybe they thought there were copies of the records. They’d demonized Trump for six years—after all that time, they likely came to believe the image of him they’d pushed through the media. He was capable of committing any outrage—even copying the documents to protect himself, which, as seasoned bureaucrats, is precisely what they would have done. And hadn’t Patel intimated that among the papers Trump kept at Mar-a-Lago were the very records exposing their crimes?

On May 11, less than a week after the Breitbart story, the DOJ obtained a grand jury subpoena to search Trump’s home. But before visiting Mar-a-Lago, they made a “preliminary review” of the 15 boxes of NARA material that they’d ignored for four months.

According to the affidavit, between May 16 and 18, a team of FBI agents poured through the documents. But they couldn’t have found any of the Russiagate documents Patel had referred to in the Breitbart article, because, according to a July 2022 article by reporter John Solomon, the archives did not have the declassified documents.

Did Trump have them? It seems the Justice Department was determined to find out. On June 3, a DOJ official and three FBI agents visited Mar-a-Lago on official business. Trump hailed them cheerfully. “I appreciate the job you’re doing,” he said to the law enforcement officials. “Anything you need, let us know.”

The agents asked to see the storage locker where Trump kept mementos from his term in office. Shortly after the visit, DOJ sent a letter to his aides instructing them to further secure the facility. Trump’s staff complied by adding a second lock. With DOJ trying to flush Trump out by showing up at his door, they wanted to find out who went into the facility after they officially warned that the facility wasn’t secure. It seems they were looking for someone in particular.

On June 21, Patel announced that he and Solomon had been appointed by Trump to obtain the declassified Russiagate documents from the archives: Patel said he was going to post them on his website. DOJ, however, already knew what Patel and Solomon would only discover a month later: The archives didn’t have the declassified documents. So if Patel said he would post them, law enforcement may have wondered, where would he get them from?

The answer must have seemed clear: Mar-a-Lago. On June 22, the Justice Department subpoenaed surveillance video footage of the storage locker. According to a New York Times story, sourced to “people familiar with the tapes,” “video showed boxes being moved out of the storage room sometime around the contact from the Justice Department.” Video “also showed boxes being slipped into different containers.” With this, the FBI was ready to move on Trump’s home.

Still, U.S. Attorney General Merrick Garland deliberated for weeks about whether to raid a a former president’s home. It had never been done before. Was it his destiny to be the man who ushered the United States into such dangerous territory? But the pressure to get Trump was building. It likely came from below (Monaco) and above: President Biden told aides he wanted his top law enforcement officer to target Trump. Garland finally resolved to pull the trigger. On Aug. 5, the FBI got the warrant for the raid, which took place three days later.

Preserving the stability of the United States at present is something like a Mexican standoff.

So was the FBI after what they believed to be Trump’s secret stash of Russiagate documents? The warrant was drawn so broadly that it allowed the agents to seize any document from Trump’s term in the White House. But an Aug. 26 New York Times story confirmed that the FBI was “spurred” to act after discovering Trump had retained “documents related to the use of ‘clandestine human sources,’”and other documents related to “foreign intercepts collected under the Foreign Intelligence Surveillance Act.”

Those at all familiar with Russiagate will recognize these keywords, employed by the same media organization that won a 2018 Pulitzer Prize for partnering with U.S. intelligence services to destabilize and delegitimize Trump’s presidency. The descriptions in the article also line up with what Trump reportedly declassified before he left the White House.

Yet if what the FBI was after were the Russiagate documents that it imagined were hidden somewhere at Mar-a-Lago, it’s not clear if the agents found them. According to the Times story, the safe in Trump’s closet “did not contain the materials investigators sought.” Maybe the materials were somewhere else. Perhaps Trump never had them. Trump allies I’ve spoken with don’t think he has the documents.

Garland’s dilemma now is whether to risk finding out the truth. Press reports suggest that he is undecided about indicting Trump. That makes sense—it would likely sow chaos across the country and, Garland must worry, perhaps force Trump’s hand. For if the former president does have the documents, in whatever form, and posts them, it might bring the house down on the U.S. national security apparatus and the Democratic administration that it shields.

The effect of the FBI raid on Mar-a-Lago is therefore to obscure the real scandal: U.S. spies committed a series of crimes in their effort to unseat a U.S. president, and then ignored the lawful orders of that president in order to keep their crimes hidden from the American public.

What is preserving the stability of the United States at present is therefore something like a Mexican standoff. Does Trump actually have the documents? If so, will he put them before the public? Will Garland indict him, and risk finding out? Given the Biden administration’s tendency to instrumentalize the violence of its rhetoric and turn federal bureaucracies loose on its political opponents, it is likely that the standoff will not hold for long.



Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com