Archive | November 2022

Historyk nie może milczeć. Chyba że jest neo-historykiem, tyle wartym co neo-sędzia. Grabowski polemizuje z Janowskim

Wiceminister Edukacji i Nauki Dariusz Piontkowski i prezes IPN Karol Nawrocki podczas odsłonięcia tablicy Pomnik Historii na gmachu MEiN w Warszawie, 26 września 2022 r. (Fot. Maciek Jaźwiecki / Agencja Wyborcza.pl)


Historyk nie może milczeć. Chyba że jest neo-historykiem, tyle wartym co neo-sędzia. Grabowski polemizuje z Janowskim

Jan Grabowski


Czy pisząc komentarz dotyczący postępującego na naszych oczach upadku polskiej demokracji, stopniowej faszyzacji kraju oraz niszczenia niezależności sądów, mam zapomnieć o moim wykształceniu?  Nie zamierzam.

.

W ostatnim numerze „Ale Historia” ukazał się felieton Macieja Janowskiego (“Jak historycy mogą przeciwdziałać propagandzie, która leje się z mediów?”), profesora PAN, oraz znanego historyka polskiej inteligencji w XIX wieku. Autora do jego napisania skłonił odczyt prof. Timothy Gartona Asha wygłoszony na zakończonym niedawno zjeździe historyków w Krakowie. Jak pisze Janowski, brytyjski historyk wezwał mianowicie swoich polskich kolegów do zajęcia stanowiska, do wyrażenia niezgody na to, co się obecnie w Polsce dzieje. Jak czytamy w artykule, Timothy Garton Ash stwierdził, „że bywają momenty, gdy historycy, którzy co do zasady nie powinni się mieszać w partyjną politykę, powinni zabrać publicznie głos – i że teraz jest taki właśnie moment”.

Janowski się z Ashem nie zgadza. Twierdzi co prawda, że historycy mogą zwracać się do polskiego społeczeństwa, ale wyłącznie jako zwykli, acz zatroskani obywatele. Dlaczego? Gdyż, jak pisze „ekonomista może się profesjonalnie wypowiadać o stanie gospodarki, socjolog – o problemach społecznych, ale historyk nie jest w stanie profesjonalnie komentować teraźniejszości. Może to robić jak każdy inny człowiek, ale nie z mocy swych kompetencji zawodowych”. Jest tak dlatego, że poznanie historyczne nigdy nie jest w pełni naukowe; w źródłowym obrazie przeszłości zawsze są luki, które historyk wypełnia mocą swojej wyobraźni, intuicji, doświadczeń życiowych i talentu literackiego.

Każdy ma prawo głosu w debacie

Przyznam, że nie bardzo rozumiem postulaty prof. Janowskiego. Zacznijmy od tego, że socjologia i ekonomia też nie są „w pełni naukowe” – wystarczy spojrzeć na dowolną dyskusję socjologów czy ekonomistów, żeby dostrzec, że „element intuicji i wyobraźni”, czy też zwykły nieprzewidywalny czynnik ludzki grają tam ogromną rolę. „Doświadczenia życiowe i moc wyobraźni” – aby się w dalszym ciągu odnieść do słów dyrektora IH PAN – mogą skłonić ekonomistę Adama Glapińskiego do postawienia diagnozy diametralnie sprzecznej z diagnozą ekonomisty Bogusława Grabowskiego – choć przecież obaj wychodzą z analizy tych samych danych makroekonomicznych. A co z ekonomią społeczną? O socjologach i ich zmieniających się „modelowaniach zachowań społecznych” już nawet nie wspomnę.

Ale pociągnijmy to rozumowanie do logicznego końca: czy profesor Marcin Zaremba, autor „Wielkiej Trwogi”, posiadacz doktoratów z historii i z socjologii, mógłby z tego tytułu zabrać głos de publicis, czy też nie? Czy prof. Joanna Tokarska-Bakir, bohaterka niezwykle ważnego, proroczego wręcz wywiadu z 2016 r. o nadchodzącym faszyzmie („Rzeźnik na horyzoncie”), mogła się wypowiedzieć, bo miała przy sobie legitymację antropologa kultury, a nie historyka?

Patrząc z perspektywy historyka, który całe zawodowe życie spędził za oceanem, nie mogę ukryć zdumienia. Stosując proponowaną przez prof. Janowskiego masztabę musielibyśmy zanegować fundamentalnie ważne (publiczne, publicystyczne i skierowane do szerokich mas) debaty prowadzone przez historyków w Stanach, w Kanadzie, i w Wielkiej Brytanii. Debaty, których celem jest wyjaśnienie dzisiejszej kondycji tych społeczeństw (nie stroniąc od rozwiązań dotyczących przyszłości) w oparciu o naszą wiedzę o demokracji, kolonizacji, dekolonizacji czy też o wpływach ideologii rasistowskich w epokach minionych.

Nawet do Polski dotarły zapewne dramatyczne apele, artykuły i wywiady Tymothy Snyder’a (występującego w pełnych regaliach profesora historii Uniwersytetu Yale) broniącego demokracji przez „rzeźnikiem” (tu raz jeszcze odwołam się do znakomitego tekstu Joanny Tokarskiej-Bakir), czyli nadchodzącym szybkim krokiem nowym faszyzującym totalitaryzmem w wydaniu trumpowskim. A jak mielibyśmy odnieść się do Historikerstreit 2.0, która od 2020 roku toczona jest w Niemczech? Podobne debaty toczone są też przez historyków belgijskich, francuskich czy holenderskich – a wymieniam jedynie te lepiej mi znane z własnych lektur.

„Wszelkie wnioski z przeszłości dla współczesności muszą być subiektywne: sytuacje nigdy nie są identyczne i wybór odniesień historycznych zależy od tego, które elementy uznamy za ważne” – pisze Janowski. Ale przecież te same reguły wykluczenia można zastosować do przedstawicieli właściwie wszystkich nauk społecznych i humanistycznych! W zgodzie w takimi postulatami, debaty publiczne o stanie naszego społeczeństwa zawęzilibyśmy do przedstawicieli nauk ścisłych oraz licznych „zwykłych, acz zatroskanych obywateli”.

Czy historyk ma zapomnieć o historii?

Wróćmy jednak do historyków. Jak postuluje Janowski, historycy mogą komentować teraźniejszość, ale „nie na mocy swoich kompetencji zawodowych”. Nie bardzo wiem, jak należałoby w praktyce to twierdzenie interpretować: czy pisząc komentarz dotyczący teraźniejszości, mam (jako historyk) powstrzymać się od zaznaczenia mojego stopnia naukowego oraz afiliacji uniwersyteckiej? Trudno mi się z tym zgodzić, ale – na potrzeby dyskusji – załóżmy, że jestem skłonny to zastrzeżenie uznać za zasadne. Co dalej?

Czy pisząc komentarz dotyczący postępującego na naszych oczach upadku polskiej demokracji, stopniowej faszyzacji kraju oraz niszczenia niezależności sądów, mam zapomnieć o moim wykształceniu, o metodach dyskursywnych stosowanych w historii, o stosowanych metodach poznawczych, wreszcie o mojej wiedzy, która pozostaje ze wspomnianymi wcześniej atrybutami w bezpośrednim związku? Czy mam się nie odnosić do znanej mi z własnych badań historii? Czy dopiero wtedy wolno mi zabrać głos de publicis, jak już poczuję się „zwykłym zatroskanym obywatelem”, oczyszczonym z „subiektywnej wiedzy”?

Socjologowi wolno, ekonomiście wolno, antropologowi (choć wszyscy poruszają się w świecie fantazji i interpretacji) wolno – a nam, historykom, nie wolno?

O ile więc nie zgadzam się z Maciejem Janowskim w kwestii obecności historyków (jako historyków) w sferze publicznej, o tyle uważam, że polskich historyków czeka ważna i publiczna dyskusja dotycząca przyszłości naszego zawodu.

Bierzmy przykład z prawników

W połowie października brałem udział w „Igrzyskach Wolności”, konferencji organizowanej co roku przez środowiska opozycyjne wobec sprawujących dziś w Polsce rządy nacjonalistów. W jednym z paneli, któremu się przysłuchiwałem („Gruba kreska czy Norymberga? Przyszłość sądownictwa po katastrofie PIS-u“), udział wzięło kilkoro prawników: adwokatka, sędzia, prawniczka działająca w jednej z organizacji pozarządowych, były rzecznik Praw Obywatelskich. Rozmowa dotyczyła sposobów naprawy głęboko zranionego systemu sądownictwa, a najwięcej czasu poświęcono neo-sędziom. Co zrobić z ludźmi mianowanymi przez prezydenta Dudę na stanowiska sędziowskie z pogwałceniem polskiej konstytucji oraz wbrew wyrokom Trybunałów europejskich? Czy należy „wzruszyć” (co za obosieczne słowo!) wydane przez nich wyroki, które idą już w dziesiątki, jeżeli nie setki tysięcy? Czy należy neo-sędziów objąć amnestią, czy poddać ich czystce; czy może raczej powinno wymagać się od nich (od niektórych z nich) aktu skruchy i ekspiacji? Uczestnicy dyskusji polemizowali gorąco; zdania były podzielone.

Im dłużej przysłuchiwałem się rozważaniom panelistów, tym bardziej wzrastał we mnie podszyty zazdrością podziw. Prawnicy mogą, a my nie? Przecież sytuacja na polu historii niewiele różni się od dramatu dokonującego się w sferze sądownictwa. Odpowiednikiem neo-sędziów na naszym polu są neo-historycy, ludzie z doktoratami z historii pracujący w instytucjach państwowych takich jak IPN, Instytut Pileckiego czy też w rosnących jak grzyby po deszczu muzeach „tożsamościowych”, których celem jest tworzenie oraz obrona „narracji państwowej” w polskiej historii – oraz walka z jej przeciwnikami.

IPN, Instytut Pileckiego czyli PiS-owscy urzędnicy od historii

W normalnym świecie zawodowy historyk to badacz z doktoratem, który sam wyznacza pole swoich zainteresowań badawczych, który następnie sam zdobywa środki na ich prowadzenie w ramach konkursów grantowych ocenianych przez tzw. peers, czyli innych fachowców z tej samej dziedziny. Tymczasem neo-historycy zostają oddelegowani na odcinki badawcze, które władze w danym momencie uznały za szczególnie istotne z punktu widzenia polskiej polityki historycznej (PPH). Prace neo-historyków realizowane są w oparciu o centralne granty wydzielane szczodrą ręką wprost z budżetu państwa bez względu na ich wartość merytoryczną.

Neo-historyków nazwać można „urzędnikami od historii”, cierpliwie i z różnym skutkiem, „produkującymi” masę historiograficzną o dość podłej zazwyczaj jakości.

Jako badacz historii Zagłady doświadczałem (i doświadczam) działań neo-historyków w sposób szczególnie dotkliwy i częsty. Nie mogę nie wspomnieć tu o kampanii nienawiści uruchomionej przez władze po publikacji książki „Dalej jest noc”, której byłem współautorem. W kampanii tej wzięło udział przynajmmniej kilkudziesięciu neo-historyków (znanych mi z nazwiska), a większość z nich z omawianą tematyką nie miała wcześniej nic lub prawie nic wspólnego! Ale najwyraźniej zostali „rzuceni” na ten odcinek walki ideologicznej. Jedni pisali wewnętrzne „raporty krytyczne”, inni zabierali głos w mediach, jeszcze inni dokładali swoje trzy gorsze w starannie dobranych warsztatach i zjazdach. W ślad za zleconymi centralnie atakami, idą pseudo-naukowe publikacje, które też, bocznymi drzwiami, wchodzą w główny nurt polskiej historiografii. Co z tym fantem zrobić? Czy możemy te publikacje, jak już do Polski wróci demokracja, „wzruszyć”, tak jak „wzruszeniu” ulec mogą wyroki neo-sędziów? Ot, temat pod dyskusję dla członków polskiego cechu historyków…

Państwo wydaje krocie, by wypaczyć własną historię

Historia Zagłady jest może najbardziej eksponowanym, najbardziej narażonym na ataki państwa odcinkiem polskiej historii, ale przecież nie jedynym. Wspomnieć trzeba ataki neo-historyków na historyków zajmujących się stosunkami polsko-ukraińskimi czy historią powojennego podziemia antykomunistycznego. W niektórych wypadkach ataki neo-historyków skończyły się brutalnym zwolnieniem ich ofiar z pracy! A co z historykami pracującymi w „zdobytych” przez władze muzeach „tożsamościowych”, takich jak choćby muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku? Przykłady można mnożyć.

Problem z neo-historykami nie jest zagadnieniem marginalnym – w samym IPN zatrudnionych jest ponad 400 pracowników z dyplomami doktorskimi (magistrów nawet nie liczę)! Ilu pracuje w Instytucie Pileckiego i w innych pokrewnych instytucjach, nie wiem. Nie wszyscy, rzecz jasna, mogą być zaliczeni do neo-historyków, ale wszyscy swoimi nazwiskami firmują i legitymizują działania tych instytucji. Pamiętajmy, że sytuacja panująca w dziedzinie historii w Polsce jest czymś bez precedensu. Rzadko kiedy w historii państwo uruchomiło podobne środki w celu wypaczenia własnych dziejów, poddaniu ich dyktatowi władzy.

O ile „wzruszenie” wkładu historiograficznego neo-historyków nie jest rzeczą trudną (na początek wystarczy ich konsekwentnie nie cytować i się do nich nie odnosić), o tyle pozostaje sprawą otwartą jak odnieść się do „naukowych” karier ich autorów. Jak postąpić, gdy już Polska powróci na drogę demokracji? To właśnie powinno stać się przedmiotem bardzo szerokiej, bardzo publicznej dyskusji polskich historyków. Jako życzliwy obserwator polskiej sceny historycznej z wielkim zainteresowaniem będę obserwować zmagania moich polskich koleżanek i kolegów z tym bolesnym problemem. Mam nadzieję, że w dążeniu do naprawy, cech polskich historyków wykaże się odwagą i determinacją równą cechowi polskich prawników walczących o sanację systemu sądownictwa.


Jan Grabowski – Pracuje na uniwersytecie w Ottawie, jest autorem wielu publikacji na temat Holokaustu, m.in. monografii “Na posterunku. Udział polskiej policji granatowej i kryminalnej w Zagładzie Żydów”.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Will a Netanyahu-Ben-Gvir gov’t change Israel as a Jewish state?

Will a Netanyahu-Ben-Gvir gov’t change Israel as a Jewish state?

ZVIKA KLEIN


The Religious Zionist Party has doubled its seats in the next government: The surge from seven seats to 14 or 15 will dramatically affect the possible right-wing government.

Jewish Power party leader Itamar Ben-Gvir?arrives at his party headquarters on the day of Israel’s election in Jerusalem November 1, 2022. / (photo credit: REUTERS/CORINNA KERN)

Both the Religious Zionist Party (RZP) and the Otzma Yehudit party looked very similar on Tuesday evening after the polls offered that their joint list received between 14 and 15 seats in Tuesday’s election.

Party members on both sides were singing and dancing while modern Jewish music was playing in the background, dancing in circles and displaying signs of joy and pride. Both parties are comprised of men wearing kippahs and tzitziot, yet they see themselves as very different from each other.

The RZP has doubled (and possibly more than doubled) its seats in the next government. The surge from seven seats to 14 or 15 will dramatically affect the possible right-wing government if they actually join it as a bloc of the two smaller parties that have joined forces with the support of former prime minister Benjamin Netanyahu.

RZP head Bezalel Smotrich ran in the list with extreme right candidate Itamar Ben Gvir, an individual with ties to Kach, a radical, Orthodox Jewish ultranationalist party that existed in Israel until 1994. According to polls, RZP be the third-largest party in the upcoming Knesset.

RZP holds newfound parliamentary power

The RZP has a few main topics that it wishes to promote, but the ones most relevant to diaspora Jews and secular Israelis are putting forward very conservative views regarding security, religion and state, and of course Israel-Diaspora relations.

Smotrich has said that he will strengthen Judea and Samaria and preferably ask for the Defense Ministry portfolio. In addition, Ben-Gvir is interested in leading the Public Security Ministry.

The second dramatic agenda has to do with a broad topic of issues regarding religion and state. Both Smotrich, his party members and Ben Gvir’s clan have a very conservative, and at times extreme, agenda in order to “strengthen Israel’s Jewish character.”

The Jewish character that the RZP party is looking to promote in Israel is at times even more extreme than the ultra-Orthodox; RZP members such as MK Avi Maoz, who represents the tiny Noam party, Rabbi Amichai Eliyahu and Smotrich himself would like to strengthen the Chief Rabbinate, totally cancel the Kotel deal, then distance the Reform and Conservative movements in Israel and try to freeze the small amount of funds that they received to date.

MK ITAMAR Ben-Gvir, head of the Otzma Yehudit political party, and MK Bezalel Smotrich, chairman of the Religious Zionist Party, at an election campaign event in Sderot earlier this month (credit: FLASH90)

Part of their agenda regarding religion and state is demanding the Diaspora Affairs Ministry portfolio. There are a number of party members that have begun quietly campaigning for the opportunity to become diaspora affairs minister if they join the government.

Possible candidates would be Eliyahu, the son of Safed’s Chief Rabbi Shmuel Eliyahu or former World Bnei Akiva CEO Ohad Tal. 

“We will amend the Law of Return and its different stipulations to reflect current trends in Israel and ensure Jewish continuity in the land of Israel,” the RZP platform states. According to the official document, the Religious Zionist party wants to “annul” the “Grandchild Clause,” which was legislated in 1970, allowing those with at least one Jewish grandparent to make aliyah and become Israeli citizens.

Many of the olim to Israel from Russia and Ukraine aren’t halachically Jewish, but they are still entitled to become Israelis because they have at least one Jewish grandparent. Will this change in a Netanyahu-Smotrich-Ben-Gvir government? It would be more probable than ever before. 

All of the reforms that former religious affairs minister Matan Kahana promoted such as Kashrut and conversion will be sent back in time, yet the party has said that they will insist on electing a Religious Zionist rabbi as the next chief rabbi of Israel.

“We will take a strong stand against the legal loopholes exploited by the Supreme Court with regard to Shabbat, conversions, kashrut, the independent functioning of rabbinical courts and defining the State of Israel as a Jewish state,” the RZP platform states. 

In addition, the RZP platform specified that it will “shore up the conversion system by passing the National Conversion Bill that will ensure that all conversions are conducted in accordance with Torah law and under the auspices of the Chief Rabbinate.”

In addition to making amendments in the Law of Return, RZP plans to “abolish”  what they call Yisrael Beytenu head Avigdor Liberman’s “Passport Law” and “stop handing out Israeli passports to non-Jews who exploit the law to scam the State of Israel,” according to the platform.

The Passport Law allows olim to receive Israeli passports without having to actually live in Israel. The RZP wants to make an amendment to this law. 

Regarding the promotion of traditional family values, RZP said it will “block laws that seek to undermine the fundamental foundations of the family unit.” This, supposedly, is referring to laws for same-sex couples and the like. In addition, it was stated that the RZP will “work to promote the birthrate and reduce the cost of living, specifically the cost of food and daycare.”

Future MK Tal told the Post a week ago that his party hopes to make changes in issues regarding the aliyah programs and benefits. According to Tal, there are “50,000 French Jews who, according to a recent study, would like to emigrate to Israel as soon as possible, but cannot make the move in the absence of a proactive plan to promote their aliyah.”

He also said that most of the aliyah benefits aren’t relevant to olim from western countries, rather for immigrants from Russia and Ethiopia. 

Both the White House and senior American Jewish figures have stressed that they won’t meet with Ben Gvir if he is elected as any sort of minister. Many American Jewish organizations have said off record that they would not only have a difficult time meeting with ministers from this party, they will have extreme discomfort with accepting this type of a government.

A Netanyahu-Smotrich-Ben-Gvir government will be very problematic for most American Jews who are for the most part progressive and liberal. 

Smotrich, who was asked by the UK’s Jewish community umbrella organization to leave their country because of his views, has been seen as of late as less of an extreme politician than he used to be, especially since Ben-Gvir began to stand to his right.

Even though the RZP wasn’t enthusiastic about running together with Otzma Yehudit, Ben-Gvir was good for Smotrich. The criticism that is directed toward Ben-Gvir and Smotrich enjoys a more mainstream approach towards the latter.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


News From Israel- November 01, 2022

News From Israel- November 01, 2022

ILTV Israel News


Israelis from all walks finally head back to the polling booths for the fifth serial election in fewer than 4 years

Meantime, ahead of the results – a panel discussion on what’s most important to voters on election day

And finally… A stark election message from the President of the Jewish state to the leaders of North American Jewish groups


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Tajemnica śmierci Bohdana Piaseckiego. Pozostały trzy hipotezy

Bolesław Piasecki (stoi z tyłu w środku) podczas komunii młodszego syna Jarosława, stojącego z przodu po lewej. Obok niego zamordowany sześć lat później brat Bohdan (FOT. EAST NEWS)


Tajemnica śmierci Bohdana Piaseckiego. Pozostały trzy hipotezy

Jan Król


Organy ścigania zachowywały się tak, jakby nie chciały złapać sprawców porwania i zabójstwa, tylko zatrzeć za nimi ślady.


Miałem 7 lat, gdy do mojego rodzinnego Mielca dotarła wiadomość o porwaniu w Warszawie chłopca czarną Wołgą przez nieznanych osobników. Wzbudziła u mnie wtedy nie tylko strach, ale też zaciekawianie. Skąd mogłem przypuszczać, że 15 lat później poznam ojca porwanego i zamordowanego młodzieńca i że będę z nim współpracował przez kolejnych kilka lat.

Stąd moje zainteresowanie niewyjaśnioną sprawą uprowadzenia i zabójstwa Bohdana Piaseckiego, syna Bolesława, nietuzinkowego, aczkolwiek kontrowersyjnego polityka obecnego w polskim życiu publicznym od przedwojnia aż do śmierci w 1979 r.

Profesor Szymon Rudnicki znaczną część swojej naukowej pasji poświęcił właśnie Bolesławowi Piaseckiemu i jego działalności – w obszernej monografii „Falanga. Ruch Narodowo-Radykalny” (2018) oraz w wydanej w tym roku książce „Zagubiony Bohdan Piasecki – Najdłuższe śledztwo PRL”. Trudno bowiem rozdzielić dramat, który rozgrywał się od 22 stycznia 1957 r. z udziałem syna, od politycznej aktywności ojca, przed wojną lidera skrajnie nacjonalistycznego RNR-Falanga, a po niej szefa koncesjonowanego przez komunistów katolickiego Stowarzyszenia „Pax”.

Szukając odpowiedzi na wiele pytań związanych z tą zbrodnią, prof. Rudnicki sięgnął do tysięcy dokumentów, artykułów i prac badawczych. Przedstawił je w sposób uporządkowany, klarowny, co nie było łatwe wobec wielości wątków, tez, hipotez. Z tekstu wyłania się przerażający obraz śledztwa prowadzonego przez 25 lat przez różne ekipy w zmieniających się warunkach politycznych.

MAMY PAŃSKIEGO SYNA

Bohdan Piasecki, 16-letni uczeń liceum św. Augustyna, wracając ze szkoły z czterema kolegami, kilkaset metrów od domu został zaczepiony przez nieznanego mężczyznę. Pokazał on chłopcu jakiś dokument, po czym Bohdan, nie żegnając się z kolegami, wsiadł z nim do taksówki, granatowej warszawy, i odjechali. Koledzy zapamiętali numer auta: T75-222. 

Samochód marki Warszawa, 1957-1958Samochód marki Warszawa, 1957-1958  fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Półtorej godziny później ojciec odebrał telefon z informacją, że z poczty Warszawa I ma odebrać list. Jego treść brzmiała tak: „Szanowny Panie! 1. Syn pański został przez nas uwięziony. 2. Uwolnienie syna nastąpi tylko w przypadku złożenia przez pana okupu w wysokości czterech tysięcy dolarów USA (w banknotach nie mniejszych niż 20 dolarów) oraz 100 tysięcy złotych (w banknotach stuzłotowych, używanych). 3. W wypadku nie złożenia powyższej sumy syn zostanie zamordowany. 4. Ponieważ ta sprawa nie związana jest z ogólną kampanią polityczną prowadzoną przeciwko panu, a jest jedynie naszymi porachunkami sprzed kilku lat, wyżej ustalona suma będzie ostatecznym rozliczeniem między nami” [wszystkie cytaty z książki prof. Rudnickiego].

CZARNA TECZKA I ROGI JELENIA

Porywacze przygotowali się do zbrodni dużo wcześniej, pozostawiając w 20 różnych punktach stolicy pudełka po zapałkach z instrukcjami, dokąd należy doprowadzić posłańców z gotówką, aby mogła im zostać bezpiecznie przekazana. Instruowali, że w prawej ręce ma on trzymać czarną teczkę z pieniędzmi, a w lewej „małe rogi jelenia”. Ta zabawa w kotka i myszkę trwała osiem dni, po czym porywacze zamilkli, twierdząc, że skoro powiadomiona została milicja, to nie mają już jak bezpiecznie odebrać pieniędzy.

Jednocześnie rozpoczęło się dochodzenie pod kryptonimem „Zagubiony”. Znając numer taksówki, ustalono nazwisko kierowcy. Był nim Ignacy Ekerling, Polak narodowości żydowskiej pracujący wcześniej w Centralnym Komitecie Żydów w Polsce, a następnie w Żydowskim Instytucie Historycznym. Stał się głównym świadkiem w sprawie aż do swojej śmierci w 1977 r.

Ekerling kluczył, zmieniał zeznania, w czym pomagał mu III Departament MSW, któremu powierzono śledztwo. I to, że szukaniem sprawców zajęli się ludzie na co dzień zajmujący się głównie ściganiem opozycji, było według prof. Rudnickiego kluczowym błędem. Lepiej do tego przygotowana Milicja Obywatelska odgrywała jedynie rolę uzupełniającą

KŁODY POD NOGI

Zaczęło się więc gubienie dowodów. Przepadły gdzieś instrukcje od porywaczy, anonim informujący o liście do odebrania na poczcie i list z odciskami palców. A prokuratura została włączona do śledztwa dopiero po kilku miesiącach. „Są istotne stwierdzenia – pisze prof. Rudnicki – ukazujące trudności pierwszych tygodni śledztwa, bałagan, niekompetencję i brak ośrodka decyzyjnego kierującego śledztwem, mimo formalnie istniejącego sztabu”. Dopiero w styczniu 1961 r. kierownik grupy operacyjno-śledczej płk Kwiatkowski przyznał, że wykryciu sprawców nie sprzyjał fakt, iż w decydującym okresie pracowały nad tym aż trzy ośrodki, „co nie sprzyjało koordynacji”.

Bolesław Piasecki i jego najbliżsi współpracownicy: Ryszard Reiff, Jerzy Hagmajer, Zygmunt Przetakiewicz, Ryszard Sienkiewicz, Mieczysław Lipko, ksiądz Mieczysław Suwała, od początku czuli, że gotowość władz do wykrycia sprawców pozostawia wiele do życzenia. To oni chodzili z pieniędzmi na fałszywe miejsca spotkań, to oni znaleźli taksówkę i to oni nie dopuścili do opuszczenia Polski przez Ekerlinga, i to pomimo tego, że z MSW mieli wiadomość, iż chce on przekroczyć granicę w Szczecinie, a został zidentyfikowany w Zebrzydowicach w pociągu Warszawa – Wiedeń. To ludzie Piaseckiego stworzyli charakterystykę Ekerlinga i jego środowiska, a nie organy ścigania.

HAJDA NA SOWIECKIEGO AGENTA

Jednocześnie w prasie zaczęły się pojawiać publikacje mające na celu zacieranie śladów. Podawano, że Bohdan żyje, że przebywa z matką (Halina Piasecka zginęła w powstaniu warszawskim) za granicą. W takim duchu napisany był artykuł „Zagadka cichej uliczki” Leszka Moczulskiego, Zdzisława Szakiewicza i Jerzego Wojdyłły zamieszczony 10 lutego 1957 r. w „Dookoła świata”. Przesłuchiwany w więzieniu Moczulski (zatrzymany w innej sprawie) zeznał, że tekst oparty był na plotkach, a jego początek brzmiał tak: „Dziecku nie grozi nic. Jest niedaleko Warszawy. Ojca czekają przykrości…”.  Ciekaw jestem, czy dzisiaj Leszek Moczulski podtrzymałby swoje zeznania. Czy źródłem tej nieprawdziwej publikacji nie była zewnętrzna inspiracja?

Podglebiem dla takich publikacji były ataki na Piaseckiego prowadzone w związku z jego artykułem „Instynkt państwowy”, który ukazał się 16 października 1956 r. Szef Stowarzyszenia „Pax” przestrzegał w nim przed możliwością „brutalnego realizowania racji stanu w okolicznościach podobnych do ogłoszenia stanu wyjątkowego”, jeśli „nie ujmiemy dyskusji w ramy odpowiedzialności”. Artykuł został odczytany jako groźba środowiska przeciwników październikowych przemian. A w mojej ocenie było to ostrzeżenie przed interwencją radziecką.

Piasecki w tekstach autorstwa Leopolda Tyrmanda, Wiesława Górnickiego czy Tomasza Atkinsa traktowany był jako sowiecki agent, faszysta, sprawca mordów na Żydach podczas wojny. Jednym słowem: potwór.

Dlatego sprawa porwania Bohdana od początku wiązana była z jego aktywnością polityczną. Pojawiło się nawet absurdalne podejrzenie, że sam je zaaranżował, by odwrócić od siebie uwagę.

ZAMORDOWANY TUŻ PO PORWANIU

Zwłoki Bohdana odnalazły się 8 grudnia 1958 r., bez mała po dwóch latach od zaginięcia. Leżały w piwnicach bloku przy ulicy Świerczewskiego 82a (dzisiaj Al. Solidarności), w ustępie, którego drzwi zabite były kowalskimi gwoździami do mocowania podków. Odnaleźli je konserwatorzy z administracji budynku, badający stan przeciwatomowego schronu. Zwłoki były zmumifikowane. W piersi – po lewej stronie – tkwił sztylet. Pod ciałem leżały książki i zeszyty, pantofle gimnastyczne, wieczne pióro i cyrkiel. 

Budynek w Warszawie przy al. 'Solidarności' 82a (dawna al. Świerczewskiego), w którego podziemiach znaleziono ciało zamordowanego Bohdana Piaseckiego
Budynek w Warszawie przy al. ‘Solidarności’ 82a (dawna al. Świerczewskiego), w którego podziemiach znaleziono ciało zamordowanego Bohdana Piaseckiego  Adrian Grycuk, CC BY-SA 3.0 PL , via Wikimedia Commons

Interesujące, że w tym budynku pod numerem 120 znajdowało się konspiracyjne mieszkanie MSW, „z którego korzystali funkcjonariusze pełniący wysokie stanowiska, w innym lokalu mieszkała kochanka oficera MSW”.

Dla rodziny, a szczególnie dla ojca, ale także dla przyjaciół i opinii publicznej był to ogromny szok. Sekcja wykazała, że Bohdan został zamordowany zaraz po uprowadzeniu, a przed wbiciem sztyletu został dwa razy mocno uderzony w tył głowy. Cała operacja z żądaniem okupu była więc zwykłym kamuflażem mającym na celu zyskanie czasu na zatarcie śladów.

Gdy okazało się, że porwanie i mord zostały przygotowane i przeprowadzona „fachowo”, zapewniając sprawcom ochronę, natychmiast zaczęły się pojawiać przeróżne hipotezy.

Rozpracowywano środowisko przeciwników politycznych Piaseckiego, tropiono jego współpracowników, podejrzenia padły na osoby pochodzenia żydowskiego, zarówno spośród znajomych Ekerlinga, jak i z wysokich szczebli władzy. Analizowano środowisko byłych podkomendnych Piaseckiego, a nawet trop radziecki. W sumie rozpatrywano kilkaset wersji. Liczba badanych spraw wzrosła do 1459, a obserwacją, przesłuchaniami, badaniem objęto bez mała 15 tys. osób.

Według przytoczonych przez prof. Rudnickiego opinii osób analizujących, po latach, przebieg śledztwa tych wątków było zbyt wiele. Tak jakby chodziło bardziej o zgubienie tropu niż odkrycie sprawców i ich mocodawców, bo tacy bez wątpienia byli.

UKRĘCONA SPRAWA

Bolesław Piasecki najpierw szukał syna, a po odnalezieniu jego zwłok – zbrodniarzy. Pisał memoriały do organów ścigania i władz, łącznie z najwyższymi (I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka, premier Józef Cyrankiewicz), wykazując opieszałość, brak koordynacji i profesjonalizmu prowadzących dochodzenie.

A gdy się wydawało, że w końcu Ekerling stanie przed sądem, na polecenie Cyrankiewicza oraz sekretarza KC PZPR Jerzego Albrechta sprawę wycofano. Albrecht „mówił Gomułce, że przygotowany akt oskarżenia skompromituje sąd i prokuraturę i odbije się w opinii międzynarodowej jako akt antysemityzmu”.

Pogrzeb Bohdana PiaseckiegoPogrzeb Bohdana Piaseckiego  Public domain, via Wikimedia Commons

Do takiej decyzji miał przekonywać Gomułkę także Roman Zambrowski – członek Biura Politycznego KC PZPR, który argumentował, że proces może wywołać nastroje antysemickie w społeczeństwie. Do rozprawy nigdy nie doszło.

W grudniu 1976 r. jako członek prezydium Stowarzyszenia „Pax” brałem udział w jego posiedzeniu. Bolesław Piasecki przeszytym bólem głosem poinformował nas, że wystąpił do Stanisława Kani – członka Biura Politycznego i sekretarza KC PZPR, odpowiedzialnego za resorty siłowe – o przedłużenie śledztwa, gdyż po 20 latach od porwania zbliżało się przedawnienie. Domagał się wniesienia aktu oskarżenia przeciwko Ekerlingowi. W liście do Kani pisał: „Po rozważeniu całości problemu w sumieniu obywatelskim, a nie ojcowskim, z całą siłą wyrażam przekonanie, że niedopuszczalną byłaby bezkarność przestępcy mającego udział w zbrodni zabójstwa. Sprawa morderstwa Bohdana ma wymiar moralny w skali opinii powszechnej, która oczekuje i domaga się przestrzegania praworządności”.

Odpowiedzi nie otrzymał.

TRZY HIPOTEZY

15 listopada 1961 r. Jerzy Smoleński z Prokuratury Generalnej, kierownik Wydzielonej Grupy Prokuratorów, podpisał 57-stronicową analizę stanu śledztwa. Wymienia w niej dziesiątki błędów, m.in. trzymanie się przez MSW bezzasadnych wersji, rezygnacja z procesu Ekerlinga, brak woli wykrycia i ujęcia sprawców po stronie organów MSW czy „utrudnianie, a nawet przeciwdziałanie w ujawnieniu prawdy”.

Profesor Rudnicki w zakończeniu książki napisał: „każdy przyzwoity kryminał stara się odpowiedzieć na 7 podstawowych pytań: 1. kto? 2. kiedy? 3. gdzie? 4. po co? 5. chciał? 6. mógł? 7. potrafił? (…). A mamy odpowiedź tylko na pytanie drugie i trzecie. (…).

Po odrzuceniu wersji kryminalnej pozostały nam trzy: Żydzi, służby radzieckie i służby polskie. Ale może się one nie wykluczały, a wzajemnie się przenikały? (…) Z braku jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, kto zabił, posługujemy się mniej lub bardziej prawdopodobnymi roboczymi hipotezami. Rozumiem, że przedstawiona konstrukcja jest jedną z możliwych, ale mnie wydaje się najbardziej logiczną. Czy sprawa porwania i zamordowania Bohdana Piaseckiego znajdzie swoje ostateczne rozwiązanie? Zawsze istnieje możliwość, że polskie Archiwum X kiedyś podejmie tę sprawę”.

I po 65 latach od tej zbrodni tylko taka nadzieja nam pozostaje.


Zagubiony Bohdan Piasecki. Najdłuższe śledztwo PRL – Szymon Rudnicki
Aspra 2022

Szymon Rudnicki, 'Zagubiony Bohdan Piasecki. Najdłuższe śledztwo PRL', Aspra 2022
Szymon Rudnicki, ‘Zagubiony Bohdan Piasecki. Najdłuższe śledztwo PRL’, Aspra 2022  materiały prasowe


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Hiding in Plain Sight

Hiding in Plain Sight

ROKHL KAFRISSEN


Rokhl’s Golden City: Context and subtext about gender in Yiddish theater.
.

Nellie CasmanWIKIPEDIA

2022 was the year I began catching the shade of my own mortality out of the corner of my eye. Y’all, I’m feeling old.

And I’m one of the lucky ones! I’m alive (poo poo poo), but my body feels heavy, weighed down with an awareness of the precious years stolen by this pandemic. Without my awareness or consent, I now find myself across the threshold of a new phase of life. And to be completely honest, I hate it. As Nellie Casman first sang a century agovu zaynen mayne zibn gute yorWhere are my seven good years? (And I don’t mean tires.)

.
Looking around the Yiddish world, I’m continually struck by how much has changed since I first took part as an undergraduate. Of course, if you stick around anywhere long enough, everything will change around you, whether you keep up or not. Young people are always arriving and with them come new perspectives, new skills, and new expectations. But the landscape of the Yiddish world has changed far beyond what can be attributed to the arrival of the maddeningly young and fresh-faced. The Yiddish Book Center’s monumental digitization project has transformed our relationship to Yiddish literature, and its full text search capabilities are simply mind blowing. Those developments have gone hand in hand with an explosion of exciting scholarship and new translations in the field.

In the 1940s, Max Weinreich dreamed that Yiddish would find a foothold in the American academy, making up for its lost vitality among the masses. Instead, Yiddish stagnated for decades as a field of study, both in its language pedagogy and literary scholarship. When I started learning Yiddish in the 1990s, we were still using a textbook written in 1949 and largely unchanged in its fifth revised edition, printed in 1992.

Not that the book’s age or oddities made it any less beloved. I still regularly consult my copy of Uriel Weinreich’s College Yiddish, purchased during my sophomore year of college, more than two decades ago. What you have to understand about College Yiddish is that its purpose was not simply to traumatize students with its table of declensions and other austere grammatical doodads. Each lesson in College Yiddish comes with a brief introduction to an aspect of Eastern European Jewish life. If you encountered College Yiddish as a young person in a classroom setting, those lessons were likely seared into your mind, forming a foundation for the rest of your new Yiddish life.

Take Lesson 30, for example: Hirsh Glik’s “Partisan Hymn,” or Zog nit keyn mol. It’s still a tradition to sing it at Holocaust commemoration events, and similar gatherings. Not only did we learn the song in Lesson 30, we sang it together in class. My teacher made sure we understood that how we sang was just as important as the words. This was a song for which you stood, with an attitude of respect and reverence.

Lesson 27 is Der foter fun yidishn teater, the father of Yiddish theater, Avrom Goldfaden. In this two-page text, Goldfaden is described in terms both heroic and pathetic. Here, Goldfaden is the tireless builder of Yiddish theater, whose unforgettable songs quickly traveled the length of the Jewish world, while he himself was poor, humble, even forgotten. Not forgotten, however, by the lovers of College Yiddish.

After graduating in the late 1990s, I moved to New York and worked in the real live Yiddish theater. One of my first jobs was in the office of the Folksbiene. Back then, there were only a handful of good English language books about the Yiddish theater, including Bright Star of Exile, Lulla Rosenfeld’s 1977 book about her grandfather Jacob P. Adler, and Nahma Sandrow’s still indispensable survey of Yiddish theater history, Vagabond Stars (1977), both of which I read eagerly. If I had really needed to know more about Avrom Goldfaden, I suppose I could have ordered my own physical copy of his memoir from the Book Center. But I wasn’t quite that motivated. In my naivete, I assumed I already had the essentials, as gleaned from Lesson 27, despite its slightly drippy, hagiographic tone. The absence of a modern biography of such a massively important figure as Goldfaden never struck me as odd. The Yiddish world in general seemed largely invisible to everyone outside it, including academics.

It’s hard to overstate how the attention of academics, and new scholarly approaches, are radically transforming how we (or at least I) understand modern Yiddish culture, including our beloved father of the Yiddish theater. As theater historian Debra Caplan wrote for In Geveb, “until Alyssa Quint’s The Rise of the Modern Yiddish Stage was published in 2019, there was no full scholarly account of Yiddish theater’s most central, confounding, and enigmatic figure,” Avrom Goldfaden. Further, Caplan says that The Rise of the Modern Yiddish Stage is “a monumental work that tells Goldfaden’s story while also situating it in the context of Yiddish theater’s initial development.”

College Yiddish’s short text about Goldfaden (understandably) tells his story in the simplified mold of the “great man of history.” Such a framing discourages questions about those who helped the “great men” achieve what they did. And it normalizes the absence of women from the epic sweep we expect of history. What Quint does so brilliantly in The Rise of the Modern Yiddish Stage is read Goldfaden’s actors back into the story, using memoir and other texts.

Along with populating Goldfaden’s world with the men and women who brought his shows to life, she does what no other scholar has done: a systematic analysis of Goldfaden’s literary output. Indeed, Quint describes how some of Goldfaden’s most famous contemporaries, as well as those who followed him, downplayed his importance as a playwright, while simultaneously building up the image of a more folkloric artist, one whose primary legacy was his songs, like “Raisins and Almonds.” In doing so, Quint provides an explanation for not only his folksy portrait in College Yiddish, but also the decades of scholarly disinterest in his work. The real Goldfaden, the haughty, Russian-speaking, monocle-wearing artiste, had to wait for an entirely different approach to modern Yiddish culture.

As an impresario, Goldfaden was revolutionary in his use of female actors on the new Yiddish stage, breaking with his own troupe’s previous arrangement in which men played both male and female roles. Goldfaden was now writing female roles to be played by women. Like many dramatic cultural shifts, this one was hardly uncomplicated. Quint writes that “Goldfaden’s cultivation of women actors created a paradoxical situation in which he empowered women but also created female characters that reveal the special contempt he had for a number of his actresses and a hostility he harbored for women generally.”

Goldfaden may have put Jewish women on the stage, but he was hardly invested in their liberation, as can be seen by the reactionary values that run through his shows. In the plays he wrote, good girls waited to be rescued and brought to their family home. The many “powerful women” he wrote were not heroines, but antagonists. These included “overbearing mothers … mercenary businesspeople …. Domineering, shrewish, or even murderous …” He based the character of Brayndele the Cossack, a “man eater,” on one of his actresses! For Brayndele’s plot, he created a gender swap of Bluebeard, in which “the serial murderer is a woman who seduces and kills her husbands.” Quint says that in his memoir, Goldfaden claimed that the actress inspired the role by virtue of her “experience,” both sexually as well as her experience on the stage.

The queer and the conservative ripple in unexpected ways throughout the story of Goldfaden’s theater. She notes that Goldfaden’s memoir “draws attention to his search for female actors.” But the memoir of a playwright who knew Goldfaden at that time describes Goldfaden’s “investment in costuming and training men in ‘female’ manner and behavior,” describing how he taught them to apply makeup and more realistically portray women. “Some of [the actors] developed so well as actors in their female roles that the audience would prefer to see them in female roles rather than in male roles.” The actors who specialized in female roles were called aktyorn vayber or “male ladies” and their performance of femininity was held to “high standards.”

Cross-dressing and queer subtext in Yiddish plays and movies has always been a kind of hiding-in-plain-sight phenomenon. Musician Eve Sicular has been lecturing on the Yiddish celluloid closet for a number of years. I invoked Nellie Casman at the top of this piece both because I wanted to luxuriate in a little self-pity, but also because Casman’s character of dos khazndl (the little cantor) presents a delightful instance of a woman cross-dressing on the Yiddish stage, to great success.

Dos khazndl was a character Casman, the real-life daughter of a cantor, portrayed in the play of the same name, by composer and playwright Arn Nager. Nager comes up frequently in the research of my friend Vivi Lachs, research fellow at Queen Mary University of London. We recently spoke by phone about her research and performance projects. For the last few years, Lachs has been immersed in the culture of the Yiddish-speaking immigrants of London’s East End, and it’s the subject of her last two books. She’s been poring through their newspapers, archives, and, most importantly, tons of Yiddish music hall song sheets.

We don’t necessarily have complete documentation of the artists who appeared at these music halls. Not only does a researcher have to assemble a documentary puzzle, but they also have to work through how exactly to read these performances a century later. And Lachs goes a step further. She is looking for songs to adapt for her own modern-day performance. Yes, our lives and our sensibilities are incredibly different from those long ago East End Jews. But, as Lachs told me, “something about that gap is very engaging.”

Lachs used the example of the song Fraytik af der nakht. The song is written from the point of view of a husband who comes home on Friday night. His wife has set a beautiful table with delicious shabes foods. It is indeed good to be a Jew on shabes. What’s interesting is that Lachs discovered that this particular song was sung on the music hall stage by Madame Reytshl Yozefson. That is, there is an intriguing element of gender play simply by her choice of repertoire. The question is, how to read Madame Reytshl’s choice?

.
It’s tempting to impose a queer or lesbian reading onto the performance. Says Lachs, “You can’t use our modern terms of lesbian and queer when we analyze such a performance” from so far away. “But what we can say is that the issues are there … It’s not like we’ve invented queerness, but that’s not what they were doing in the English music hall.” Lachs suggests that when Madame Reytshl (and other female performers) chose this song, the gender play tended more toward a wishful wistfulness. Women of this time and place worked themselves to the bone to prepare for shabes, so that their husbands could arrive home after shul and enjoy the evening like a king. Imagine, this performance seems to say, how nice it would be to come home on Friday night and have someone else do all the work! And there’s still room there for a queer reading, too. The women in the audience were given license to imagine what it would like to have a wife to take care of you. What’s fascinating is that other women also chose to sing this song, and some, like Rosa Klug, indeed did so dressed in men’s attire.

Using penny song sheets and song books of the London music hall, Lachs has put together a fascinating, surprising picture of women’s performance on the London Yiddish stage. And through those performances, she draws new insights into (and new questions about) the lives of both performers and audience members. Her research will be published in a groundbreaking new volume of essays about Yiddish actresses, appearing very soon. The volume is called Women on the Yiddish Stage, co-edited by Alyssa Quint and Amanda Miryem-Khaye Seigel.

There are actually two parts to Women on the Yiddish Stage: a set of printed volumes and an ongoing digital publication. The printed volumes will include Women on the Yiddish Stage, “as well as two volumes forthcoming from Bloomsbury Press, one, a collection of Yiddish plays by women, and the second, the English translation of Esther Rokhl Kaminska’s memoirs.” The digital part of the project brings together all new translations of primary sources, available to anyone over at the Digital Yiddish Theater Project. As the editors wrote on the DYTP website, “While women assumed key positions in the Yiddish theatre from its first days, their work and lives are not adequately represented in the treatment of Yiddish theatre history. We intend for this series to amplify women’s voices in order to counter this underrepresentation.”

One of the challenges in writing this history is that many women did publish memoirs of their lives on the stage, but they may have been published serially in the Yiddish newspapers and never collected. For example, Sandra Chiritescu has published her translation of “My Path to the Yiddish Theatre: David Edelstadt’s Revolutionary Recitation” by the delightfully named Bella Bellarina. Bellarina’s account originally appeared in the anarchist newspaper Fraye Arbeter Shtime.

Regarding Yiddish plays by women, until very recently, the conventional wisdom was that there simply were not very many of them. And that was that. It may seem obvious, but simply looking for those plays has resulted in a breathtaking expansion of the canon. But as we’ve seen in relation to Yiddish novels by women, it turns out lots of people were assuming those didn’t exist instead of looking for them. Of course, looking for theoretically existent plays isn’t so easy, either.

I recently spoke to Sonia Gollance, the managing editor of the Plotting Yiddish Drama project at the DYTP, “a searchable, continually expanding database of detailed plot synopses of Yiddish plays.” Gollance told me that when she came on in that role, she and the other DYTP scholars drew up a wish list of 250 plays they wanted to include. She noticed that there were only two plays by women on the list, and they were both by Kadya Molodowsky. As Gollance told me, “I was quite familiar with feminist recovery projects for other genres.” The noted Yiddish literary scholar Kathryn Hellerstein had been Gollance’s Ph.D. adviser, and Hellerstein has done key work on Molodowsky and other female Yiddish poets. “That kind of scholarship,” Gollance told me, the kind that “went on starting in the 1980s and 1990s for poetry in particular just doesn’t exist for plays.”

In the hunt for unknown plays by women, Gollance activated her research network, combing various collections of Yiddish materials as well as seeking input from friends and colleagues. Now, more than 10% of the plays represented in Plotting Yiddish Drama are by women, up from 1% at the outset. And Gollance has developed her own translation project around a previously little-known play by a similarly obscure writer named Tea Arciszewska.

I know I started this with a complaint. Everything is hard these days. Food is outrageously expensive. No one is getting booster shots. The student loan ghouls won’t leave me alone. I’m exhausted. You’re exhausted. But there’s something almost magical in the work being done by these scholars. I’m reminded that sometimes the greatest power we can wield lies in simply asking a question.

ATTEND: On Nov. 17, the brilliant Vivi Lachs will present Secrets of the Yiddish Stage, a “rehearsed reading with musical interludes of gems from London’s East-End Yiddish theatre of the turn of the twentieth century.” More information and tickets here. She will also be performing in New York and Boston in December, details coming soon.

ALSO: The Center for Traditional Music and Dance and Old Broadway Synagogue kick off a new live klezmer music series with Pete Rushefsky (tsimbl) and Jake Shulman-Ment (fidl) at Old Broadway, 15 Old Broadway, between 125th and 126th streets, on Saturday night, Oct. 29. More information here … Committee for Yiddish (Toronto) presents “The Holocaust Poetry of Aaron Zeitlin,” with beloved Yiddish teacher and literary scholar Yitskhok Niborski, Nov. 6. Details and registration here … Also on Nov. 6, my friend Uri Schreter will give a talk called “Oh, the Hora! American Klezmer and Israeli Folk Music in Conversation.” Uri’s research poses the question, “What was the musical relationship between klezmer and Israeli folk music?” Co-sponsored by KlezCalifornia and New Lehrhaus. More information and registration here … Tenement Museum and YIVO will co-present a virtual talk called “Yiddish in Translation: On the Hunt for Novels by Women,” Nov. 10, with Dr. Anita Norich … Drisha Institute will offer a five-week course called “Fartaytsht Un Farbesert? The Practice of Translating Yiddish Poetry.” Starting November 15. More information here … The New York premiere of Ver Vet Blaybn (Who Will Remain?) will be at YIVO on November 16. The documentary is about Yiddish poet Avrom Sutzkever and features his granddaughter, Hadas Kalderon. More information here… Finally, if you happen to be in Finland, head to the Alexander Theatre for Helsinki Yiddish Cabaret. The cabaret features a “group of musicians from New York, Berlin and Helsinki” performing “Yiddish revue songs by Helsinki-born Jac Weinstein (1883-1976). The songs offer a fascinating glimpse into the history of Helsinki’s Jewish community. The repertoire includes operetta songs, ballads and couplets that portray Jewish life in a humorous way, including good times and bad.” November 7, more information and tickets here …


Rokhl Kafrissen is a New York-based cultural critic and playwright.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com