Archive | 2026/08/11

Bojkot Izraela za cenę ludzkiego życia

Izrael jest światowym liderem w profilaktyce nowotworowej – lecz dziś „aktywiści” blokują właśnie te badania, systemy badań przesiewowych i wiedzę medyczną, które mogłyby ratować pacjentów na całym


Bojkot Izraela za cenę ludzkiego życia

Joelle Kaufman


To gościnny esej Joelle Kaufman, byłej dyrektorki korporacyjnej, prelegentki i autorki bestsellerów.


W 1933 roku Niemcy zmusiły do odejścia 15 procent fizyków, którzy odpowiadali za 64 procent cytowań w swojej dziedzinie. Ten schemat powraca, a tym razem jego cenę liczy się w zgonach z powodu raka.

Wyobraźmy sobie, co ratuje przed rakiem największą liczbę ludzi. Zwykle nie jest to przełomowe odkrycie trafiające na pierwsze strony gazet. Nie jest to sławny naukowiec stojący przy mikroskopie ani eksperymentalny lek okrzyknięty cudem.

Takie odkrycia mają ogromne znaczenie, lecz o losie większości pacjentów onkologicznych rozstrzyga się znacznie wcześniej – za sprawą systemów tak zwyczajnych, że niemal ich nie zauważamy.

To mammografia, która wykrywa guz w pierwszym stadium zamiast w trzecim. Kolonoskopia, która znajduje polip, zanim ten przekształci się w coś groźniejszego. Lekarz rodzinny, który zauważa, że pacjent nie zgłosił się na badanie przesiewowe, i ponownie do niego dzwoni. Pielęgniarka, która wyjaśnia badanie w języku zrozumiałym dla pacjenta. Elektroniczna dokumentacja medyczna, która sygnalizuje, że ktoś wypadł z systemu.

To profilaktyka, powtarzalność, dalsza opieka i zasięg.

To lekarz podstawowej opieki zdrowotnej w zwykłej przychodni, daleko od renomowanego centrum onkologicznego, który zleca badanie i pilnuje, by jego wynik nie zniknął gdzieś w systemie komputerowym. To właśnie tam, w lokalnej społeczności, rozstrzyga się o większości wyników leczenia raka – na długo przed tym, zanim ktokolwiek sięgnie po nowatorski lek.

Ten rodzaj medycyny jest mniej efektowny niż wynalezienie nowej terapii. Nie trafia tak często na pierwsze strony gazet ani na zdjęcia z kampanii fundraisingowych. Leczenie może jednak pomóc jedynie tym pacjentom, którzy je otrzymają. System profilaktyki może odmienić los całej populacji.

Izrael robi to równie dobrze jak jakikolwiek inny kraj na świecie.

Badania przesiewowe pozwalające na wczesną diagnozę nowotworów funkcjonują tam w ramach podstawowej opieki zdrowotnej jako ogólnokrajowy program jakości, monitorowany w skali całej populacji za pomocą elektronicznej dokumentacji medycznej. Udział kobiet w badaniach piersi wynosi około 70 procent, a udział w badaniach przesiewowych raka jelita grubego przekracza 64 procent. Dane te oparto na dokumentacji ponad 1,5 miliona kobiet, a oba wskaźniki wzrosły po uruchomieniu programu.

Liczby te oznaczają coś więcej niż przestrzeganie zaleceń dotyczących badań. Świadczą o istnieniu systemu opieki zdrowotnej, który potrafi ustalić, kto potrzebuje pomocy, dotrzeć do tej osoby, śledzić dalszy przebieg opieki i wyciągać wnioski z rezultatów.

Izraelski system ochrony zdrowia obejmuje wszystkich. Towarzyszy pacjentom nie tylko podczas pojedynczej wizyty czy w ramach jednego planu ubezpieczeniowego, lecz często przez całe dziesięciolecia. Potrafi połączyć to, co dzieje się dziś w osiedlowej przychodni, z tym, co stanie się z tym samym pacjentem po latach. Ta ciągłość przekształca codzienną medycynę w wiedzę.

Pozwala badaczom zadawać pytania, na które inne państwa mają trudności z udzieleniem odpowiedzi. Jakie metody docierania do pacjentów rzeczywiście przekonują ludzi do wykonania badań? Które społeczności są pomijane? Jak szybko konkretna interwencja zaczyna ratować życie? Co się dzieje, gdy badania przesiewowe są koordynowane na poziomie krajowym, zamiast pozostawać wyłącznie w gestii poszczególnych lekarzy i pacjentów?

Izrael przekształca odpowiedzi na te pytania w badania, z których może korzystać reszta świata.

Tamtejsze laboratoria stworzyły również systemy sztucznej inteligencji zdolne do odczytywania preparatów histopatologicznych, zwiększając dostęp do specjalistycznej wiedzy w miejscach, które być może nigdy nie będą dysponować wystarczającą liczbą wykwalifikowanych patomorfologów. W najlepszym wydaniu izraelska medycyna wygląda właśnie tak: niewielkie państwo wykorzystuje skalę, dane, konieczność i pomysłowość, by rozwiązywać problemy daleko wykraczające poza jego granice.

Kiedy więc światowy kongres gromadzi ekspertów, by poprawić opiekę onkologiczną w lokalnych społecznościach – dokładnie w tej dziedzinie, w której Izrael jest szczególnie silny – należałoby oczekiwać licznych izraelskich nazwisk w programie. Izraelskich lekarzy omawiających krajowe systemy badań przesiewowych, izraelskich naukowców prezentujących dane populacyjne oraz izraelskich instytucji ochrony zdrowia wyjaśniających, jak podstawowa opieka, technologia i wieloletnia dokumentacja mogą ze sobą współdziałać.

Nie było nikogo. Ani jednego izraelskiego głosu w sali poświęconej dziedzinie, w której Izrael ma do zaoferowania coś wyjątkowo cennego.

Ta nieobecność ma znaczenie. Konferencje nie służą jedynie przekazywaniu informacji. Decydują również o tym, kogo uznaje się za wiarygodnego, które badania trafiają do debaty, jakie instytucje nawiązują współpracę i które idee przenikają z jednego systemu ochrony zdrowia do drugiego. Program konferencji nie jest jedynie harmonogramem. To mapa pokazująca, komu wolno kształtować przyszłość danej dziedziny.

Jeśli wystarczająco często wymazuje się z tej mapy całe państwo, jego wiedza również zaczyna znikać. To jest bojkot, a współczesny bojkot Izraela zazwyczaj działa po cichu. Nie poprzez transparent oznajmiający, że izraelskim naukowcom zakazuje się udziału. Nie poprzez uchwałę, którą można rozpowszechnić, zakwestionować i potępić. Współczesny bojkot akademicki najczęściej realizuje się poprzez milczenie.

Nazwisko po prostu nie trafia na listę. Zaproszenie nigdy nie zostaje wysłane. Artykuł zostaje odrzucony z powodów na tyle niejasnych, by można ich było bronić. Współpraca nagle trafia „do ponownego rozpatrzenia”. Kolega, który wcześniej odpowiadał na wiadomości, przestaje odpisywać. Instytucja utrzymuje, że polityka nie miała nic wspólnego z decyzją, choć jedyną rzeczą, która się zmieniła, była narodowość zaangażowanych osób.

Zespół zadaniowy jednego z izraelskich uniwersytetów odnotował około 500 przypadków bojkotu w ciągu sześciu miesięcy do początku 2025 roku – wzrost o 66 procent. Badaczy niedopuszczanych do konferencji, odrzucane artykuły, zawieszane programy wymiany medycznej i uniwersytety zrywające współpracę. Tu nieobecność. Tam cofnięte zaproszenie. Każdy przypadek z osobna można zakwestionować, ale wszystkie razem tworzą mur.

I właśnie o tę możliwość zaprzeczenia chodzi. Jawny bojkot wywołuje skandal. Cichy bojkot tworzy wzorzec, za który żadna pojedyncza instytucja nie musi brać odpowiedzialności. Każdy może twierdzić, że jego decyzja była odosobniona, proceduralna albo niezwiązana z polityką. Tymczasem izraelscy naukowcy stopniowo odkrywają, że międzynarodowa przestrzeń, w której wcześniej uczestniczyli, staje się coraz mniejsza.

Bojkot odnosi sukces nie dlatego, że dowodzi niskiej jakości izraelskich badań, lecz dlatego, że sprawia, iż coraz mniej osób w ogóle się z nimi styka.

Widzieliśmy to już wcześniej i wiemy dokładnie, jaką cenę się za to płaci. W 1933 roku Niemcy zaczęły usuwać żydowskich naukowców z uniwersytetów. Owe 15 procent fizyków wypędzonych ze stanowisk odpowiadało za 64 procent cytowań w swojej dziedzinie. Einstein, Franck i Schrödinger należeli do najwybitniejszych postaci nauki wypchniętych z niemieckiego świata akademickiego, podobnie jak pięciu kolejnych przyszłych laureatów Nagrody Nobla.

Reżim nie tylko zakończył kariery żydowskich naukowców. Wygnał również najlepszą część własnej nauki. Traktował usunięcie Żydów jako akt narodowego oczyszczenia i zbyt późno odkrył, że oczyścił się z własnego geniuszu. Laboratoria straciły liderów. Uniwersytety utraciły prestiż. Studenci stracili nauczycieli. Wrogowie Niemiec na szczęście zyskali wiele umysłów, które Niemcy odrzuciły.

Świat utracił zaś odkrycia, których naukowcy ci mogliby dokonać wcześniej – albo w ogóle – gdyby ich pracy nie zniszczono poprzez prześladowania i mordy.

Uprzedzenie zawsze najpierw odbiera to, co najlepsze, ponieważ talent nigdy nie rozkłada się równomiernie według politycznych kategorii wymyślanych przez uprzedzenia. Gdy społeczeństwo uzna, że tożsamość ma większe znaczenie niż wkład danej osoby, doskonałość przestaje się liczyć. Naukowiec nie jest już naukowcem. Staje się Żydem. Lekarka nie jest już lekarką. Staje się Izraelką.

Pracę ocenia się dopiero po tym, jak sama tożsamość zdążyła już uczynić ją podejrzaną.

Dzisiejsza wersja tego zjawiska jest cichsza. Na drzwiach uniwersytetów nie wywiesza się żadnych ustaw. Żadna pojedyncza światowa instytucja nie nakazała izraelskim badaczom odejścia. Mechanizm jest zdecentralizowany, nieformalny i chroniony językiem aktywizmu. Jego celem jest jednak profilaktyka, co pod jednym szczególnym względem czyni sytuację jeszcze gorszą.

Wykluczenie lidera w dziedzinie profilaktyki nowotworowej nie kosztuje świata jakiejś abstrakcji. Oznacza utratę protokołów badań przesiewowych wykrywających chorobę na wczesnym etapie. Oznacza utratę systemów zdolnych docierać do całych populacji. Oznacza utratę dowodów, które inne państwa mogłyby wdrożyć już jutro, bez czekania dwudziestu lat na przełomową terapię.

Wiedza medyczna rozprzestrzenia się dzięki relacjom. Naukowcy spotykają się na konferencjach, porównują wyniki, podważają założenia, rozpoczynają współpracę i przenoszą pomysły do własnych instytucji. Model badań przesiewowych przetestowany w jednym kraju może wpłynąć na program zdrowia publicznego w innym. Lekarka może wysłuchać prezentacji, dostrzec, że podobny system sprawdziłby się w jej społeczności, i rozpocząć proces jego dostosowania.

Gdy usuwa się izraelskich ekspertów z takich miejsc, nikt nie jest w stanie dokładnie obliczyć, co znika wraz z nimi. I właśnie dlatego tak łatwo ignorować powstające szkody.

Nie będzie pacjenta, w którego dokumentacji zapisano: „Rak wykryty zbyt późno, ponieważ izraelskiego badacza wykluczono z konferencji”. Na żadnym akcie zgonu nie znajdzie się akademicki bojkot jako czynnik przyczyniający się do śmierci. Skutki będą rozproszone i anonimowe.

System ochrony zdrowia będzie nadal korzystał z mniej skutecznej metody docierania do pacjentów, ponieważ jego administratorzy nigdy nie zetknęli się z lepszą. Lekarz nie dowie się o strategii badań przesiewowych, która mogłaby objąć większą liczbę osób. Współpraca naukowa, która mogłaby doprowadzić do odpowiedzi, nigdy się nie rozpocznie. Państwo cierpiące na niedobór specjalistów wdroży użyteczną technologię wiele lat później, niż mogłoby to zrobić.

Gdy lidera profilaktyki wyklucza się z rozmowy, rachunek prędzej czy później zostaje wystawiony gdzieś indziej. Pojawia się w postaci nowotworów wykrytych późno, choć mogły zostać wykryte wcześnie. Leczenia rozpoczynanego już po zamknięciu najkorzystniejszego okna terapeutycznego. Bardziej inwazyjnych operacji, bardziej wyniszczających terapii i rodzin słyszących wiadomości, których być może nie musiałyby usłyszeć. Pojawia się jako ludzie, którzy umierają, choć nie musieli — a większość z nich nigdy nie dowie się, że bojkot miał z tym cokolwiek wspólnego.

Jest w tym gorzka symetria: to samo uprzedzenie, które niegdyś wypędzało Żydów z laboratoriów, dziś usuwa żydowską i izraelską naukę, która mogłaby ratować zarówno Żydów, jak i nie-Żydów. Język się zmienił. Mechanizmy się zmieniły. Ludzie egzekwujący wykluczenie opowiadają sobie zupełnie inną historię. Ale zasadniczy układ pozostaje ten sam: poświęcić wiedzę, by zachować uprzedzenie.

Rak nie sprawdza narodowości badacza, który opracował protokół badań przesiewowych. Nie pyta, jak głosował naukowiec, jaka flaga powiewa przed jego instytucją ani czy aktywiści aprobują jego rząd. Liczy się jedynie to, czy choroba zostanie wykryta – i czy stanie się to na czas.

Mammografia opracowana dzięki izraelskim badaniom nie działa wyłącznie na Izraelczyków. System sztucznej inteligencji wytrenowany w izraelskim laboratorium nie odmawia odczytania preparatu histopatologicznego Araba, Europejczyka, Afrykanina czy Amerykanina. Wiedza nie dziedziczy narodowości osoby, która ją stworzyła.

Zwolennicy bojkotu rozumieją to doskonale, gdy dana innowacja przynosi im korzyść. Są całkowicie gotowi korzystać z izraelskich technologii, medycyny, cyberbezpieczeństwa, rolnictwa i badań, a jednocześnie próbować usuwać Izraelczyków z instytucji, które te osiągnięcia tworzą. Chcą odkrycia bez odkrywcy; lekarstwa bez Żyda.

Taki układ nie może trwać wiecznie. Nauka zależy od wymiany, krytyki, replikacji i kontaktu. Nie można bez końca izolować ludzi wytwarzających wiedzę, oczekując jednocześnie, że sama wiedza nadal będzie pojawiać się zgodnie z harmonogramem.

Dlatego nazwijmy rzecz po imieniu, ponieważ cicha wersja tego zjawiska zależy właśnie od tego, że nikt jej tak nie nazwie: kiedy tworzy się przestrzeń mającą poprawić opiekę nad wszystkimi, a następnie usuwa z niej ludzi, którzy robią to najlepiej, tylko dlatego, że są Izraelczykami, nie jest to ocena naukowa. Nie jest to humanitaryzm. Nie jest to wierność zasadom. To dyskryminacja z identyfikatorem konferencyjnym.

To najstarsze uprzedzenie przebrane w szaty obecnej dekady. W tym przypadku jego konsekwencji nie będzie się mierzyć wyłącznie liczbą odwołanych zaproszeń, zniszczonych karier czy osłabionych uniwersytetów.

Będą liczone w ludzkich przedwczesnych śmierciach.


Link do oryginału:

Future of Jewish
Boycotting Israel is now costing lives.
Future of Jewish is the ultimate newsletter by and for people passionate about Judaism and Israel. Subscribe to better understand and become smarter about the Jewish world…

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


A man of courage was needed. Instead, American Jews have Schumer


A man of courage was needed. Instead, American Jews have Schumer

Jonathan S. Tobin


The Democrats’ Senate leader may have had no choice but to endorse El-Sayed following his primary victory. Business as usual has normalized Jew-hatred.

Senate Minority Leader Chuck Schumer (D-N.Y.) enters the Public Citizen’s Combating Corruption forum at the National Press Club in Washington, D.C., on July 30, 2026, where he called for stronger anti-corruption measures in the U.S. government by proposing a new independent Anti-Corruption Bureau. Photo by Finn Gomez/Getty Images.

Members of the Jewish community, as well as Democrats and Republicans of all backgrounds with a moral compass, have been expecting too much of Sen. Charles Schumer (D-N.Y.).

Decent people who oppose the normalization of Jew-hatred may have hoped that the Senate Minority Leader would have moved heaven and earth to stop Dr. Abdul El-Sayed from winning his party’s nomination for the U.S. Senate in Michigan. And once El-Sayed narrowly won that primary this week, principled political observers might have hoped that Schumer would have refused to endorse a man whose campaign centered on an effort to stigmatize and drive American Jews out of the public square in the general election.

A victory for antisemitism

Adding another left-wing populist allied to the Democratic Socialist faction who seeks to revive destructive ideologies of the past is one thing. So, too, is the accession to a position of influence of yet another politician who has been steeped in the toxic leftist ideas of the present, such as critical race theory, intersectionality and settler-colonialism, all to exacerbate racial divisions. Several already represent the Democrats in the U.S. House of Representatives. Once you officially accept that the progressive extremists that comprise “The Squad” in that legislative body are legitimate colleagues, the start of a Senate version isn’t much of an innovation.

But El-Sayed is more than just another leftist.

At a time when there is an unprecedented surge of antisemitism around the globe and in the United States, the notion of simply shrugging off the possibility of someone who rationalizes terror against Jews and seeks to demonize the State of Israel and its people (who make up half of the world’s Jewish population) ought to be unacceptable for any decent person. For a person with Islamist beliefs of his own, El-Sayed has the chutzpah to seek to redefine Judaism so as to eliminate a key element of faith and Jewish peoplehood—the love of and devotion to the land of Israel, and the obligation to support its Jewish citizens. That alone would be reason enough to oppose him.

With respect to Schumer, that was never going to happen.

There are two reasons for this. One is simply a matter of the nation’s political organizational chart. Schumer, for better or worse, is the Senate Minority Leader. The responsibilities that go with that position make it impossible for him to stand aside from the battle for the open Michigan seat that Democrats desperately need to take back control of the Senate.

The other reason is personal. It would have been entirely out of character for a man whose entire adult life has been singularly devoted to partisan politics, rather than principled advocacy or good governance, to suddenly grow a conscience and say he will have nothing to do with El-Sayed.

A life of partisanship

After all, politics is Schumer’s life. He has literally never had any other job, having won a seat in New York’s State Assembly right after graduating from Harvard Law School in 1974. He won election to the House in 1980, where he served for 18 years before winning a Senate seat. He spent his first 18 years in the Senate (1999-2017) working assiduously to climb to the top of his party’s Senate caucus and the last decade busily defending that position. And he knows he will have a battle on his hands to retain it next January, whether or not the Democrats gain a majority.

Over the course of his 52 years in elective politics, he has employed every piece of partisan artifice and skill imaginable—not to mention every dirty trick in the book—to get ahead. As such, there was simply no way for him to say that El-Sayed’s open antisemitism was a bridge too far and that he would oppose his election. It didn’t matter that the 41-year-old political hopeful has pronounced claims to defend Jewish safety, which are as disingenuous as the ones touted by another Islamist, New York City Mayor Zohran Mamdani.

Doing so would not only have made it impossible for him to retain his leadership position when the 120th Congress convenes next year and organizes itself. The drift to the left among congressional Democrats is painfully obvious to a person who is as single-minded as Schumer about obtaining every advantage on Capitol Hill, as opposed to pursuing ideological goals. Indeed, it’s entirely possible that a Senate Democratic caucus, whose membership voted 40-7 in April of this year to block arms sales to Israel, might have ousted him sooner than that, had he openly opposed El-Sayed.

Sen. Chris Van Hollen (D-Md.), another relentless foe of Israel, is already making noises about deposing Schumer as leader. And New York’s progressive activists and Democratic Socialists, who elected Mamdani nine months ago, are already chomping at the bit to unseat him when his term is up in 2028. “Squad” ringleader and fellow New Yorker Rep. Alexandria Ocasio-Cortez is a possible challenger, if she doesn’t run for president that year.

Once you grasp these facts, his decision is easy to understand.

The same is true for New York’s junior senator, Sen. Kirsten Gillibrand. She is the chair of the Democratic Senatorial Campaign Committee (DSCC). And it’s her job to elect Democrats.

It’s true that Schumer privately opposed El-Sayed during the primary. But fearing the anger of his party’s base—not to mention Senate colleagues like Sens. Elizabeth Warren (D-Mass.) and Chris Murphy (D-Conn.), who warned him to stay out of the race—he confined his efforts to private conversations with donors.

Much like his “private” opposition to former President Barack Obama’s disastrous Iran nuclear deal in 2015, Schumer wouldn’t stick his neck out even on a matter of life and death like that. He may have spent his career boasting to Jewish audiences that he was the shomer, or “guardian,” of the State of Israel in Congress.

But that was never true—or at least not when it might have required some courage or a willingness to pay a political price for defending Jewish security in the Middle East or the United States. In 2024, Schumer did it again with a speech attacking Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu to give cover to his party’s leaders, former President Joe Biden and Vice President Kamala Harris, for their retreat from a position of support to a Jewish state fighting for its life.

Gillibrand and Schumer see their task as being concerned about picking people who can win elections and help them obtain power, not to judge their moral character. That’s why they were prepared to stand by Graham Platner—the Nazi-tattooed, Israel-bashing Maine oysterman—after he won the Maine primary earlier this year until allegations of sexual misconduct finally ended his run for the Senate.

As Schumer said in an interview with Punchbowl News this week when explaining his decision on El-Sayed: “The issue isn’t me. It’s about winning.”

A Democratic majority and the ability to thwart, if not impeach, President Donald Trump is the only thing that matters to Democrats. And that is the agenda that Schumer will follow.

A new ‘Profiles in Courage?’

Nobody expects Schumer to write a new chapter in President John F. Kennedy’s book Profiles in Courage about courageous senators who paid a heavy political price for voting as their conscience, rather than their party, dictated. But this is no ordinary moment in American politics.

At no previous time in American history has antisemitism been such a potent factor in public discourse.

Since the Hamas-led Palestinian-Arab terror attacks in southern Israel on Oct. 7, 2023, the volume of Jew-hatred in the American academy, media, culture, the arts, politics and online chatter has grown to a level unknown in living memory. The demonization of Israel and the Jewish people by toxic leftist ideologies that falsely labeled them as “white” oppressors didn’t just lead to all those demonstrations on campuses and city streets, where mobs openly called for Jewish genocide (“From the river to the sea”) and terrorism against Jews everywhere (“Globalize the intifada”).

It has created an atmosphere where blood libels against the Jewish victims of an intended genocide were accused of implementing genocide against the Palestinians became normalized in newspapers like The New York Times and in political debates. Liberal Democrats who wouldn’t bend their knees to the new Jew-hatred have been ousted from their seats in the House. And now, Jews have good reason to fear that the incitement against them from people in power like Mamdani is putting them in imminent danger of physical violence.

At such a moment, business and politics as usual of the sort that Schumer has practiced during a half-century of his grubby and grasping efforts to win political prizes is simply insufficient to the challenge of the moment.

The ‘shomer’ that wasn’t

Perhaps Schumer never thought that he’d be required to behave in a manner that would conform to his Jewish stump speech about being a shomer. His own life story exemplified the classic 20th-century American Jewish success story, in which a member of the community rose to great heights while not having to shed his Jewish identity. Had he left politics a decade ago when he finally achieved his ambition to be the Democrats’ Senate leader, he would have been able to escape that charge. But it was the 75-year-old’s fate to last long enough to be in a position of great influence when his fellow Jews were in danger.

We have already seen how uninterested he has been in defending Jewish security. That was amply demonstrated when Americans learned in 2024 that he had advised the Board of Trustees of New York’s Columbia University that “only Republicans” were concerned about their toleration and encouragement of antisemitism on their Morningside Heights campus after Oct. 7. He may have dared to write a book about antisemitism that was published in 2025 as part of his ongoing efforts to pose as a defender of the Jews. But by the time it came out, revelations about his communications with Columbia, as well as the atmosphere of Jew-hatred simmering within his own party, forced him to cancel his book tour.

Characteristically, that humiliation left him undaunted. Indeed, Schumer may well imagine that he can go on indefinitely as one of the nation’s most powerful men without being held accountable for being as bereft of principles as he is of shame.

A moral test

Yet the El-Sayed candidacy isn’t just another embarrassment for the country’s most prominent liberal Jew. Along with every other element of the current surge of vile bigotry that is changing the face of American politics in ways we are only beginning to understand, it is the kind of moral test that comes along once every generation or two.

It’s a moment when lifelong legislators are required to step up and respond to the challenges of history. And we know that most Democrats, including almost all of those who seek their party’s presidential nomination in 2028, are siding with the antisemites like El-Sayed—or staying silent.

Republicans have done better, but if they allow someone like Vice President JD Vance to succeed Trump, then they, too, will fail.

Fair or unfair, public figures are judged not so much on the sum of their lifework but on how they respond to those singular moments in time, whether it is the debate about slavery and the Civil War in the 19th century or the rise of the totalitarians in the 20th. We don’t know what will happen in the coming years, but it is becoming apparent that the explosive growth of antisemitism will, in one way or another, create yet another pivotal chapter in history. Many people will likely emerge from this struggle with their reputations either destroyed or enhanced.

At such a time, it is a pity that rather than a person of courage and character, American Jews are stuck with the likes of the feckless Schumer to represent them.


Jonathan S. Tobin is editor-in-chief of the Jewish News Syndicate, a senior contributor for The Federalist, a columnist for Newsweek and a contributor to many other publications. He covers the American political scene, foreign policy, the U.S.-Israel relationship, Middle East diplomacy, the Jewish world and the arts. He hosts the JNS “Think Twice” podcast, both the weekly video program and the “Jonathan Tobin Daily” program, which are available on all major audio platforms and YouTube. Previously, he was executive editor, then senior online editor and chief political blogger, for Commentary magazine. Before that, he was editor-in-chief of The Jewish Exponent in Philadelphia and editor of the Connecticut Jewish Ledger. He has won more than 60 awards for commentary, art criticism and other writing. He appears regularly on television, commenting on politics and foreign policy. Born in New York City, he studied history at Columbia University.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Ye Moves Forward With Portugal Concert Despite Calls for Cancellation From Israeli Ambassador


Ye Moves Forward With Portugal Concert Despite Calls for Cancellation From Israeli Ambassador

Shiryn Ghermezian


Music artist Kanye West performs during a private concert at the Nokia Theatre in New York City August 29, 2006. Photo: REUTERS/Eric Thayer/File Photo

Ye’s concert scheduled for this Friday in Algarve, Portugal, is set to take place as planned even after Israel’s Embassy in Portugal called for its cancellation and accused the musician, formerly known as Kanye West, of spreading hate speech.

The embassy urged citizens not to attend the show at Algarve Stadium and said the scheduled performance, part of Ye’s European tour, would be “a disgrace for Portugal and for the Portuguese.” In a Portuguese-language video posted on social media on Thursday, Israel’s Ambassador to Portugal Oren Rozenblat cited some of Ye’s past offensive and antisemitic comments, accused him of glorifying Nazi leader Adolf Hitler, promoting antisemitism and more.

“Someone who glorified Hitler, promoted antisemitism and claimed that slavery was a choice, a remark that deeply offended millions of descendants of slavery’s victims. This is not provocation, it is hate speech,” said Rozenblat. He then listed the other countries that have banned the artist from performing, and argued that “a democratic society should not give a platform to someone who glorifies Hitler, promotes Nazism and defends antisemitism.”

The ambassador also asked if Portugal’s citizens would attend the concert of an artist who supported hatred against other communities. “Would you buy a ticket for an artist who promoted hatred against Black people, against Muslims, against Christians or against LGBT people?” he asked. “If the answer is no, why should it be any different when the target is Jews?”

Last year, Ye sold shirts with swastikas, released a song titled “Heil Hitler,” and published several antisemitic posts on social media in which he targeted Jews and expressed admiration for Nazism. He declared, “I’m a Nazi” and said he “liked Hitler.” In January, he apologized for his behavior and comments last year.

In 2022, Ye threatened violence against Jews in a social media post, praised Hitler in an interview with far-right talk show host Alex Jones and promoted antisemitic conspiracy theories and stereotypes during an interview with then-Fox News host Tucker Carlson.

Ye has already had several concerts of his European tour cancelled this year. In scheduled gig this month in Italy was banned by the local authorities because of public order and security concerns. The artist was banned from performing in Australia last year and the United Kingdom banned him recently, a decision that forced the cancellation of London’s Wireless Festival that was set for this month. In Marseille, France, Ye postponed a concert until further notice after being told by the city’s mayor that he was “not welcome” to perform there because of his “unapologetic Nazism.” Poland cancelled Ye’s show that was scheduled for June, after the country’s minister of culture criticized his antisemitic statement, and his recent concert in Switzerland was also cancelled.

Torcato Jorge, the CEO and co-founder of Raya Culture, which is organizing the concert in Portugal on Friday, previously told Euronews Culture the performance is “a music event that’s going to happen.”

“It would become an issue if the services identified a national threat to public order, which is not the case,” Jorge said. “There has to be a state internal security report saying that this citizen cannot enter the country … Each country is free to decide whether or not to allow a citizen to enter, but in the European Union there has been no country that has vetoed their entry into national territory.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com