Izrael jest światowym liderem w profilaktyce nowotworowej – lecz dziś „aktywiści” blokują właśnie te badania, systemy badań przesiewowych i wiedzę medyczną, które mogłyby ratować pacjentów na całym
Bojkot Izraela za cenę ludzkiego życia
Joelle Kaufman
To gościnny esej Joelle Kaufman, byłej dyrektorki korporacyjnej, prelegentki i autorki bestsellerów.
W 1933 roku Niemcy zmusiły do odejścia 15 procent fizyków, którzy odpowiadali za 64 procent cytowań w swojej dziedzinie. Ten schemat powraca, a tym razem jego cenę liczy się w zgonach z powodu raka.
Wyobraźmy sobie, co ratuje przed rakiem największą liczbę ludzi. Zwykle nie jest to przełomowe odkrycie trafiające na pierwsze strony gazet. Nie jest to sławny naukowiec stojący przy mikroskopie ani eksperymentalny lek okrzyknięty cudem.
Takie odkrycia mają ogromne znaczenie, lecz o losie większości pacjentów onkologicznych rozstrzyga się znacznie wcześniej – za sprawą systemów tak zwyczajnych, że niemal ich nie zauważamy.
To mammografia, która wykrywa guz w pierwszym stadium zamiast w trzecim. Kolonoskopia, która znajduje polip, zanim ten przekształci się w coś groźniejszego. Lekarz rodzinny, który zauważa, że pacjent nie zgłosił się na badanie przesiewowe, i ponownie do niego dzwoni. Pielęgniarka, która wyjaśnia badanie w języku zrozumiałym dla pacjenta. Elektroniczna dokumentacja medyczna, która sygnalizuje, że ktoś wypadł z systemu.
To profilaktyka, powtarzalność, dalsza opieka i zasięg.
To lekarz podstawowej opieki zdrowotnej w zwykłej przychodni, daleko od renomowanego centrum onkologicznego, który zleca badanie i pilnuje, by jego wynik nie zniknął gdzieś w systemie komputerowym. To właśnie tam, w lokalnej społeczności, rozstrzyga się o większości wyników leczenia raka – na długo przed tym, zanim ktokolwiek sięgnie po nowatorski lek.
Ten rodzaj medycyny jest mniej efektowny niż wynalezienie nowej terapii. Nie trafia tak często na pierwsze strony gazet ani na zdjęcia z kampanii fundraisingowych. Leczenie może jednak pomóc jedynie tym pacjentom, którzy je otrzymają. System profilaktyki może odmienić los całej populacji.
Izrael robi to równie dobrze jak jakikolwiek inny kraj na świecie.
Badania przesiewowe pozwalające na wczesną diagnozę nowotworów funkcjonują tam w ramach podstawowej opieki zdrowotnej jako ogólnokrajowy program jakości, monitorowany w skali całej populacji za pomocą elektronicznej dokumentacji medycznej. Udział kobiet w badaniach piersi wynosi około 70 procent, a udział w badaniach przesiewowych raka jelita grubego przekracza 64 procent. Dane te oparto na dokumentacji ponad 1,5 miliona kobiet, a oba wskaźniki wzrosły po uruchomieniu programu.
Liczby te oznaczają coś więcej niż przestrzeganie zaleceń dotyczących badań. Świadczą o istnieniu systemu opieki zdrowotnej, który potrafi ustalić, kto potrzebuje pomocy, dotrzeć do tej osoby, śledzić dalszy przebieg opieki i wyciągać wnioski z rezultatów.
Izraelski system ochrony zdrowia obejmuje wszystkich. Towarzyszy pacjentom nie tylko podczas pojedynczej wizyty czy w ramach jednego planu ubezpieczeniowego, lecz często przez całe dziesięciolecia. Potrafi połączyć to, co dzieje się dziś w osiedlowej przychodni, z tym, co stanie się z tym samym pacjentem po latach. Ta ciągłość przekształca codzienną medycynę w wiedzę.
Pozwala badaczom zadawać pytania, na które inne państwa mają trudności z udzieleniem odpowiedzi. Jakie metody docierania do pacjentów rzeczywiście przekonują ludzi do wykonania badań? Które społeczności są pomijane? Jak szybko konkretna interwencja zaczyna ratować życie? Co się dzieje, gdy badania przesiewowe są koordynowane na poziomie krajowym, zamiast pozostawać wyłącznie w gestii poszczególnych lekarzy i pacjentów?
Izrael przekształca odpowiedzi na te pytania w badania, z których może korzystać reszta świata.
Tamtejsze laboratoria stworzyły również systemy sztucznej inteligencji zdolne do odczytywania preparatów histopatologicznych, zwiększając dostęp do specjalistycznej wiedzy w miejscach, które być może nigdy nie będą dysponować wystarczającą liczbą wykwalifikowanych patomorfologów. W najlepszym wydaniu izraelska medycyna wygląda właśnie tak: niewielkie państwo wykorzystuje skalę, dane, konieczność i pomysłowość, by rozwiązywać problemy daleko wykraczające poza jego granice.
Kiedy więc światowy kongres gromadzi ekspertów, by poprawić opiekę onkologiczną w lokalnych społecznościach – dokładnie w tej dziedzinie, w której Izrael jest szczególnie silny – należałoby oczekiwać licznych izraelskich nazwisk w programie. Izraelskich lekarzy omawiających krajowe systemy badań przesiewowych, izraelskich naukowców prezentujących dane populacyjne oraz izraelskich instytucji ochrony zdrowia wyjaśniających, jak podstawowa opieka, technologia i wieloletnia dokumentacja mogą ze sobą współdziałać.
Nie było nikogo. Ani jednego izraelskiego głosu w sali poświęconej dziedzinie, w której Izrael ma do zaoferowania coś wyjątkowo cennego.
Ta nieobecność ma znaczenie. Konferencje nie służą jedynie przekazywaniu informacji. Decydują również o tym, kogo uznaje się za wiarygodnego, które badania trafiają do debaty, jakie instytucje nawiązują współpracę i które idee przenikają z jednego systemu ochrony zdrowia do drugiego. Program konferencji nie jest jedynie harmonogramem. To mapa pokazująca, komu wolno kształtować przyszłość danej dziedziny.
Jeśli wystarczająco często wymazuje się z tej mapy całe państwo, jego wiedza również zaczyna znikać. To jest bojkot, a współczesny bojkot Izraela zazwyczaj działa po cichu. Nie poprzez transparent oznajmiający, że izraelskim naukowcom zakazuje się udziału. Nie poprzez uchwałę, którą można rozpowszechnić, zakwestionować i potępić. Współczesny bojkot akademicki najczęściej realizuje się poprzez milczenie.
Nazwisko po prostu nie trafia na listę. Zaproszenie nigdy nie zostaje wysłane. Artykuł zostaje odrzucony z powodów na tyle niejasnych, by można ich było bronić. Współpraca nagle trafia „do ponownego rozpatrzenia”. Kolega, który wcześniej odpowiadał na wiadomości, przestaje odpisywać. Instytucja utrzymuje, że polityka nie miała nic wspólnego z decyzją, choć jedyną rzeczą, która się zmieniła, była narodowość zaangażowanych osób.
Zespół zadaniowy jednego z izraelskich uniwersytetów odnotował około 500 przypadków bojkotu w ciągu sześciu miesięcy do początku 2025 roku – wzrost o 66 procent. Badaczy niedopuszczanych do konferencji, odrzucane artykuły, zawieszane programy wymiany medycznej i uniwersytety zrywające współpracę. Tu nieobecność. Tam cofnięte zaproszenie. Każdy przypadek z osobna można zakwestionować, ale wszystkie razem tworzą mur.
I właśnie o tę możliwość zaprzeczenia chodzi. Jawny bojkot wywołuje skandal. Cichy bojkot tworzy wzorzec, za który żadna pojedyncza instytucja nie musi brać odpowiedzialności. Każdy może twierdzić, że jego decyzja była odosobniona, proceduralna albo niezwiązana z polityką. Tymczasem izraelscy naukowcy stopniowo odkrywają, że międzynarodowa przestrzeń, w której wcześniej uczestniczyli, staje się coraz mniejsza.
Bojkot odnosi sukces nie dlatego, że dowodzi niskiej jakości izraelskich badań, lecz dlatego, że sprawia, iż coraz mniej osób w ogóle się z nimi styka.
Widzieliśmy to już wcześniej i wiemy dokładnie, jaką cenę się za to płaci. W 1933 roku Niemcy zaczęły usuwać żydowskich naukowców z uniwersytetów. Owe 15 procent fizyków wypędzonych ze stanowisk odpowiadało za 64 procent cytowań w swojej dziedzinie. Einstein, Franck i Schrödinger należeli do najwybitniejszych postaci nauki wypchniętych z niemieckiego świata akademickiego, podobnie jak pięciu kolejnych przyszłych laureatów Nagrody Nobla.
Reżim nie tylko zakończył kariery żydowskich naukowców. Wygnał również najlepszą część własnej nauki. Traktował usunięcie Żydów jako akt narodowego oczyszczenia i zbyt późno odkrył, że oczyścił się z własnego geniuszu. Laboratoria straciły liderów. Uniwersytety utraciły prestiż. Studenci stracili nauczycieli. Wrogowie Niemiec na szczęście zyskali wiele umysłów, które Niemcy odrzuciły.
Świat utracił zaś odkrycia, których naukowcy ci mogliby dokonać wcześniej – albo w ogóle – gdyby ich pracy nie zniszczono poprzez prześladowania i mordy.
Uprzedzenie zawsze najpierw odbiera to, co najlepsze, ponieważ talent nigdy nie rozkłada się równomiernie według politycznych kategorii wymyślanych przez uprzedzenia. Gdy społeczeństwo uzna, że tożsamość ma większe znaczenie niż wkład danej osoby, doskonałość przestaje się liczyć. Naukowiec nie jest już naukowcem. Staje się Żydem. Lekarka nie jest już lekarką. Staje się Izraelką.
Pracę ocenia się dopiero po tym, jak sama tożsamość zdążyła już uczynić ją podejrzaną.
Dzisiejsza wersja tego zjawiska jest cichsza. Na drzwiach uniwersytetów nie wywiesza się żadnych ustaw. Żadna pojedyncza światowa instytucja nie nakazała izraelskim badaczom odejścia. Mechanizm jest zdecentralizowany, nieformalny i chroniony językiem aktywizmu. Jego celem jest jednak profilaktyka, co pod jednym szczególnym względem czyni sytuację jeszcze gorszą.
Wykluczenie lidera w dziedzinie profilaktyki nowotworowej nie kosztuje świata jakiejś abstrakcji. Oznacza utratę protokołów badań przesiewowych wykrywających chorobę na wczesnym etapie. Oznacza utratę systemów zdolnych docierać do całych populacji. Oznacza utratę dowodów, które inne państwa mogłyby wdrożyć już jutro, bez czekania dwudziestu lat na przełomową terapię.
Wiedza medyczna rozprzestrzenia się dzięki relacjom. Naukowcy spotykają się na konferencjach, porównują wyniki, podważają założenia, rozpoczynają współpracę i przenoszą pomysły do własnych instytucji. Model badań przesiewowych przetestowany w jednym kraju może wpłynąć na program zdrowia publicznego w innym. Lekarka może wysłuchać prezentacji, dostrzec, że podobny system sprawdziłby się w jej społeczności, i rozpocząć proces jego dostosowania.
Gdy usuwa się izraelskich ekspertów z takich miejsc, nikt nie jest w stanie dokładnie obliczyć, co znika wraz z nimi. I właśnie dlatego tak łatwo ignorować powstające szkody.
Nie będzie pacjenta, w którego dokumentacji zapisano: „Rak wykryty zbyt późno, ponieważ izraelskiego badacza wykluczono z konferencji”. Na żadnym akcie zgonu nie znajdzie się akademicki bojkot jako czynnik przyczyniający się do śmierci. Skutki będą rozproszone i anonimowe.
System ochrony zdrowia będzie nadal korzystał z mniej skutecznej metody docierania do pacjentów, ponieważ jego administratorzy nigdy nie zetknęli się z lepszą. Lekarz nie dowie się o strategii badań przesiewowych, która mogłaby objąć większą liczbę osób. Współpraca naukowa, która mogłaby doprowadzić do odpowiedzi, nigdy się nie rozpocznie. Państwo cierpiące na niedobór specjalistów wdroży użyteczną technologię wiele lat później, niż mogłoby to zrobić.
Gdy lidera profilaktyki wyklucza się z rozmowy, rachunek prędzej czy później zostaje wystawiony gdzieś indziej. Pojawia się w postaci nowotworów wykrytych późno, choć mogły zostać wykryte wcześnie. Leczenia rozpoczynanego już po zamknięciu najkorzystniejszego okna terapeutycznego. Bardziej inwazyjnych operacji, bardziej wyniszczających terapii i rodzin słyszących wiadomości, których być może nie musiałyby usłyszeć. Pojawia się jako ludzie, którzy umierają, choć nie musieli — a większość z nich nigdy nie dowie się, że bojkot miał z tym cokolwiek wspólnego.
Jest w tym gorzka symetria: to samo uprzedzenie, które niegdyś wypędzało Żydów z laboratoriów, dziś usuwa żydowską i izraelską naukę, która mogłaby ratować zarówno Żydów, jak i nie-Żydów. Język się zmienił. Mechanizmy się zmieniły. Ludzie egzekwujący wykluczenie opowiadają sobie zupełnie inną historię. Ale zasadniczy układ pozostaje ten sam: poświęcić wiedzę, by zachować uprzedzenie.
Rak nie sprawdza narodowości badacza, który opracował protokół badań przesiewowych. Nie pyta, jak głosował naukowiec, jaka flaga powiewa przed jego instytucją ani czy aktywiści aprobują jego rząd. Liczy się jedynie to, czy choroba zostanie wykryta – i czy stanie się to na czas.
Mammografia opracowana dzięki izraelskim badaniom nie działa wyłącznie na Izraelczyków. System sztucznej inteligencji wytrenowany w izraelskim laboratorium nie odmawia odczytania preparatu histopatologicznego Araba, Europejczyka, Afrykanina czy Amerykanina. Wiedza nie dziedziczy narodowości osoby, która ją stworzyła.
Zwolennicy bojkotu rozumieją to doskonale, gdy dana innowacja przynosi im korzyść. Są całkowicie gotowi korzystać z izraelskich technologii, medycyny, cyberbezpieczeństwa, rolnictwa i badań, a jednocześnie próbować usuwać Izraelczyków z instytucji, które te osiągnięcia tworzą. Chcą odkrycia bez odkrywcy; lekarstwa bez Żyda.
Taki układ nie może trwać wiecznie. Nauka zależy od wymiany, krytyki, replikacji i kontaktu. Nie można bez końca izolować ludzi wytwarzających wiedzę, oczekując jednocześnie, że sama wiedza nadal będzie pojawiać się zgodnie z harmonogramem.
Dlatego nazwijmy rzecz po imieniu, ponieważ cicha wersja tego zjawiska zależy właśnie od tego, że nikt jej tak nie nazwie: kiedy tworzy się przestrzeń mającą poprawić opiekę nad wszystkimi, a następnie usuwa z niej ludzi, którzy robią to najlepiej, tylko dlatego, że są Izraelczykami, nie jest to ocena naukowa. Nie jest to humanitaryzm. Nie jest to wierność zasadom. To dyskryminacja z identyfikatorem konferencyjnym.
To najstarsze uprzedzenie przebrane w szaty obecnej dekady. W tym przypadku jego konsekwencji nie będzie się mierzyć wyłącznie liczbą odwołanych zaproszeń, zniszczonych karier czy osłabionych uniwersytetów.
Będą liczone w ludzkich przedwczesnych śmierciach.
Link do oryginału:
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com





