O książce „Oskarżam Auschwitz” Mikołaja Grynberga [Z bieżącego pamiętnika] Henryk Grynberg
Henryk Grynberg

Autor przyznaje, że dialogi są wybrane. Nie wyjawia, według jakiego klucza, lecz przypuszczalnie wybrał najinteligentniejsze i najboleśniejsze. Brzmią one prawdziwie i przekonująco, ale nie reprezentują wszystkich, a nawet wątpię, czy większość szczątkowych poholokaustowych rodzin – pisze o „Oskarżam Auschwitz” Henryk Grynberg.
Mikołaj Grynberg, o całe pokolenie młodszy ode mnie, nie jest moim krewnym, ale trochę się znamy, bo portretował mnie przy filmowaniu „Miejsca urodzenia” i portrety te widniały potem na afiszu, ulotce, kasecie, a nawet tylnej okładce mojego „Dziedzictwa” („Aneks” 1993), które skomponowałem z dialogów nagranych przed kamerą i poza nią. Jego książka „Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne” (Wydawnictwo Czarne 2014) również się składa z samych dialogów, jeśli nie liczyć paru minimalnych wprowadzeń do każdego z nich.
Rozmówcy Mikołaja Grynberga, jak i on sam, są potomstwem ludzi, którzy „byli zwierzyną łowną”, „zostali na zawsze uszkodzeni”, „widzieli najgorsze rzeczy na świecie”, „uważali, że nie zasługują na to, by być szczęśliwi”. „Graliśmy normalnych”, „wyglądaliśmy na normalną rodzinę”, ale „nic nie było takie, na jakie wyglądało” – wyznają. Pytają retorycznie, „czy człowiek, na którego oczach zamordowano jego pięcioletniego syna, może być normalny?” i dochodzą do wniosku, że „nie sposób się od Holokaustu uwolnić”. „Wszyscy myślą, że wyzwolenie to szczęście… ale wyzwolenie to też moment, kiedy się orientujesz, że jesteś sam i że nie ma już twojego świata… a ty żyjesz”. Ta istotna konkluzja nie jest nowością, bo dosłownie to samo mówią narratorki „Szkicu węgierskiego” i „Niebieskookiej Marii” w mojej galerii portretów pod zbiorowym tytułem „Drohobycz, Drohobycz”.
„Jestem w komorze gazowej, zasypiam, później się budzę, a wszyscy nie żyją” – to koszmarny wspólny mianownik ocalałych w obu książkach, lecz ich potomkowie opowiadają o szczególnym koszmarze poholokaustowych rodzin mieszanych. Na przykład: „Rodzice nie mieli przyjaciół… nikt nie przychodził do nas, a i myśmy nigdzie nie chodzili”; „Mam z dwu stron dwie różne pustki: z żydowskiej, bo nikogo nie było, a z polskiej, bo mnie nie akceptowali”. Izolowani, wykorzenieni, zagubieni znaleźli się w próżni kulturowej: „siadałyśmy w święta we dwie do wigilijnego stołu”. Jeszcze gorszym koszmarem były małżeństwa, gdzie jedna ze stron (na ogół żona) ukrywała swoje pochodzenie: „Mama po wojnie była w stanie posttraumatycznym i nigdy z niego nie wyszła”. „Wiedziała, że za bycie Żydem jest straszna kara”. „Życie przeżyła jako nie ona”. „Jako już mocno starsza pani pojechała do Izraela i została tam półtora roku… to były jedyne chwile po wojnie, kiedy się nie bała”. A najbardziej koszmarne były związki małżeńskie z antysemitami. Bo „można być antysemitą i mieć swoją Żydówkę w domu”. Klasyczny przykład to Gomułka, główny aktor 1968 roku. „W 1968 świat mojej mamy kolejny raz opustoszał”. W szczególnych przypadkach antysemita nie wiedział, że się ożenił z Żydówką, bo i tak bywało, i „do końca jego życia była tą, za którą on ją uważał”.
Drugie pokolenie ma wiele cech wspólnych z bezpośrednimi dziećmi Holokaustu, które najlepiej znam. Dobrze charakteryzują je wypowiedzi zawarte w książce: „Nie ma się do kogo odezwać, bo wokół jest pusto… odziedziczona pustka”. „Mam w sobie wyrytą niewiarę w ludzi, takie coś, że nikomu w życiu do końca nie ufasz… że to, co widzę, nie jest tym, czym naprawdę jest”. „Nauczyłam się śmiać, ale to nie ze szczęścia…”. „Dobrze jest się ze mną śmiać, ale tak naprawdę nie nawiązuję bliskich relacji”. Specyficzną cechą drugiego pokolenia jest raczej to, że nie rozumiało pojęć rodzinnych: „Co to są «dziadkowie», skąd się oni biorą?” W australijskim przedszkolu nauczycielka zaalarmowała żydowską matkę-imigrantkę, że dziecko jest niedorozwinięte, bo nie wie, co to babcia, dziadek, wujek, ciocia, kuzyn (patrz „Ciąg dalszy”, Warszawa 2008, rozdz. „Milczenie”). „Bardzo mi brakowało tej wiedzy o poprzednich pokoleniach”. „Chciałabym choć raz przytulić się do moich babć”. Stąd usilne, często obsesyjne poszukiwania żydowskich korzeni. Mikołaj Grynberg, z wykształcenia psycholog, rozpoznaje i wskazuje zaburzenia psychiczne tego pokolenia wbrew sceptykom, którzy do niedawna nie wierzyli, że dzieci ocalałych cierpią, „jakby to one przeżyły Zagładę” i wręcz podejrzewali „usilne poszukiwanie zbiorowego urazu Holokaustu, który – gdyby go znaleźć – przywróciłby utracony sens osobistym kłopotom jednostek” (Zygmunt Bauman „Hereditory Victimhood: The Holocaust’s Life as a Ghost”, „Tikkun” 13/1998 i „Widmo Zagłady”, „Midrasz” 9/1999). Zresztą nie zawsze doświadczenia tego pokolenia są negatywne. Na pytanie: „Jak to jest być wychowaną przez ocalałych?”, pada również odpowiedź: „to jest przywilej i odpowiedzialność”; „miałam najlepszych na świecie rodziców”; „chroniłam [ich], żeby nikt nie mógł powtórnie ich zranić”.
Dziwne odrodzenie i grymasy pod adresem Izraela
Niekiedy rozmowy Mikołaja Grynberga ujawniają dziwności tak zwanego odrodzenia życia żydowskiego w Polsce: „Masz u siebie mezuzę?”, „A ty?”, „Miałem, a teraz nie mam”. Ortodoksyjny chłopiec jada tylko z koszernych naczyń, ale obowiązkową jarmułkę zakłada dopiero „tuż przed wejściem do gabinetu…”. Częstochowskie TSKŻ (Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów) boi się swojego własnego szyldu: „Szyldu nie wieszamy od 1968 roku”. Bo co było w 1968 roku? „Wpadli do środka, książki darli, płyty potrzaskali, nawet portret Pereca…”. W 1938 niszczono żydowskie sklepy, w 1968 resztki żydowskiej kultury. A teraz? „Teraz się ta bardzo polska młodzież pojawiła, różne anonimy dostajemy”. Anonimy nie są nowością, lecz powtórką i zmorą z 1968 roku. To materiał dla racjonalistów, którzy zawsze szukali ekonomicznych podstaw antysemityzmu. „Nasza obecność w tamtym kraju dobiegła końca i nie mamy po co udawać, że jest inaczej” – twierdzi potomek urodzony w Ameryce. Ktoś inny uogólnia, że w Europie „wszyscy mają coś na sumieniu” (a nieczystego sumienia nikt nie lubi, nie potrzeba więc przyczyn ekonomicznych ani nawet politycznych – wnioskuje niżej podpisany). A konkluzja jednego z rozmówców, że „nas z tym miejscem łączy ból odziedziczony po rodzicach”, brzmi jak odpowiedź na pretensje, że uczestnicy „marszu żywych” nie przyjeżdżają do Polski podziwiać krajobrazów. Pretensje takie zgłasza zresztą i autor książki, który mieszka w Polsce i broni tej swojej racji stanu – prawie tak samo jak ja pół wieku temu w Izraelu i Ameryce, a nawet jeszcze w kwietniu 1967 roku w Genewie, nim jesienią tegoż roku uciekłem z kraju (patrz „Uchodźcy”, Warszawa 2004).
Czytaj dalej tu: O książce „Oskarżam…
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com