Katastrofie w Alpach można było zapobiec
Stefan Karczmarewicz

Śmierć pasażerów i załogi lotu Germanwings była następstwem depresji drugiego pilota, ale być może również – niedopatrzeń pracodawcy, lub instytucji medycznych, które go leczyły.
To, co zrobił drugi pilot niemieckich linii nazywa się fachowo rozszerzonym samobójstwem. Dane które już mamy pozwalają na łatwe odtworzenie niepokojąco prostej i logicznej sekwencji zdarzeń, prowadzących w rezultacie do tragicznego końca. Odtwórzmy je, z koniecznymi uproszczeniami, by zwiększyć prawdopodobieństwo, że nasza historia nie odbiegnie zbyt daleko od prawdy (której szczegółów wszak jeszcze nie znamy, a być może nie poznamy).
Był sobie pilot, dla którego latanie było sensem życia. Z tego, co wiem, nie jest to żaden szczególny wyróżnik – piloci często są tak zbudowani mentalnie. Bohater naszej opowieści zapadł na chorobę okulistyczną, która miała postępujący charakter. Jej skutki były znane pacjentowi, a najgorszym z nich miała być utrata w przewidywalnej przyszłości licencji pilota. Popadł w depresję, jednym z jej skutków była zmiana osobowości. Jego dziewczyna nie wytrzymała z nim i odeszła. Zapewne czuł się osaczony, bez nadziei na pozytywne zakończenie. Zapewne – jak niejeden pacjent z ciężką depresją – nie widział sensu życia i odejście wydawało mu się jedynym rozwiązaniem. Mógł, jak wielu samobójców, zginąć tak, żeby nie dać innym szans na ratunek, ale również – by nikogo fizycznie nie skrzywdzić. Wybrał tzw. rozszerzone samobójstwo. Zablokował drzwi kabiny pilotów. Mógł w tym momencie wyłączyć silniki – samolot spadł by znacznie szybciej. On jednak rozpoczął stałe obniżanie lotu, ale z prędkością opadania (tu wierzę wszystkim wypowiadającym się ekspertom lotniczym, których oglądałem, słuchałem, lub czytałem) charakterystyczną dla pierwszej fazy zniżania przed lądowaniem. Być może zaplanował taki scenariusz, jako swoje ostatnie podejście do lądowania w życiu. Jeżeli prawdą jest, że samolot rozbił się w miejscu, które dobrze znał i lubił, przemawia to tym bardziej za hipotezą, że przebieg dramatu nie był przypadkowy, lecz starannie przemyślany. To z kolei czyni mniej prawdopodobne chwilowe obniżenie nastroju, jako przyczynę desperackiego kroku, a tym bardziej każe myśleć o depresji. Tyle faktów i niewysilonych przypuszczeń. Pora na wątpliwości.
Kluczowe pytanie brzmi: czy pracodawca pilota – linia Germanwings, należąca do Lufthansy – wiedział o chorobie narządu wzroku u swojego pilota? Jeżeli wiedział, to czy ktoś w firmie zadał sobie trud, żeby sprawdzić, co taka choroba oznacza i czym musi (lub może) się skończyć? Jeżeli sprawdził i dowiedział się tego, co trzeba, to czy zlecił, by pacjent został poddany kontroli psychologicznej i by testy te były powtarzane systematycznie? Choroba miała wszak charakter postępujący… Jest wysoce prawdopodobne, że w pewnym momencie uznano by, że konieczna jest konsultacja psychiatryczna, z powodu nasilenia depresji. Jest również bardzo prawdopodobne, że psychiatra spowodowałby zawieszenie pacjenta w lotach. Jeżeli pracodawca wiedział i nie wdrożył odpowiedniego toku postępowania, to dyrektor linii i ci pracownicy, którzy zaniechali prostych procedur powinni być uznanymi za współwinnych śmierci 149 osób.
Czytaj dalej tu: Katastrofie w Alpach można było zapobiec
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com