Archives

Dlaczego nie zamierzam debatować z krytykami Izraela


Dlaczego nie zamierzam debatować z krytykami Izraela

Sam Harris


Wielu czytelników i słuchaczy podcastu wyrażało rozczarowanie moim niezmiennym poparciem dla Izraela i obecnie namawia mnie do debaty z kimś – właściwie z kimkolwiek – z coraz liczniejszego grona uczonych, naciągaczy i moralnych szaleńców, którzy uczynili z tego oblężonego kraju swoją zawodową lub psychiatryczną obsesję. Wygląda na to, że społeczność Making Sense przejęła tę fascynację, co w ostatnich dniach doprowadziło do kilku gorących sporów. Wyjaśniałem swoje stanowisko wobec Izraela w wielu podcastach i wystąpieniach publicznych, ale być może pomocne będzie krótkie podsumowanie go tutaj.

Po pierwsze, moje ogólne nastawienie: nie interesuje mnie analizowanie wszystkich sposobów, na jakie Izrael zawiódł – od skorumpowanego sojuszu premiera Netanjahu ze skrajną prawicą, przez liczne przestępstwa popełniane przez osadników na Zachodnim Brzegu, po śmierć niewinnych cywilów w kilku wojnach – ponieważ żadne z tych uchybień, niezależnie od ich wagi, nie zmieni mojego przekonania, że (1) etyczna różnica między Izraelem a jego wrogami pozostaje ogromna oraz że (2) światowa obsesja na punkcie państwa żydowskiego, traktowanego tak, jakby było największym złoczyńcą pośród narodów, jest godna pogardy, ponieważ wyrasta z odwiecznych kłamstw i urojeń.

Następnie prosta heurystyka: jak zasugerowałem już przynajmniej w jednym wątku społeczności, jeśli moja nieustępliwość w tych kwestiach wydaje się wam niezrozumiała, może pomóc świadomość, że z jakiegoś powodu uważam wojujący islam za dziesięciokrotnie gorszy, niż wy go postrzegacie. Kiedy mówię o „dżihadystach” i różnych ich organizacjach – Hamasie, Hezbollahu, Al-Kaidzie, Państwie Islamskim, IRGC itd. – mam na myśli ludzi, których uważam za gorszych od nazistów (dżihadyści są w istocie nazistami pewnymi istnienia Raju). Moje poglądy na konflikt na Bliskim Wschodzie nie zmienią się zasadniczo, dopóki moi krytycy nie przedstawią dowodów, że Izrael stał się równie zły jak jego wrogowie.

Możecie jednak być pewni, że jeśli Siły Obronne Izraela przekształcą się w kult śmierci wykorzystujący własną ludność cywilną jako żywe tarcze (a mimo to pozostający szeroko popieranym), jeśli zwykli Izraelczycy zaczną stawiać męczeństwo ponad wszelkie ziemskie priorytety, wychowując kolejne pokolenia pełnych zapału fanatycznych samobójców, jeśli mieszkańcy Tel Awiwu zaczną aprobować porywanie palestyńskich niemowląt, starszych kobiet i innych cywilów jako zakładników, a następnie gromadzić się w tysiącach, domagając się ich krwi – jeśli, innymi słowy, Izraelczycy zaczną przypominać Palestyńczyków – wówczas nie będzie mnie obchodziło, kto wygra tę wojnę. Dopóki do tego nie dojdzie, między obiema stronami istnieje przepaść różnic, a ja uważam, że powinniśmy skupić się na tym, jak brutalizujące jest dla każdego wolnego społeczeństwa mierzenie się z wrogami, którzy mogą szczerze twierdzić, że „kochają śmierć” bardziej, niż inni kochają życie – ponieważ właśnie taka była sytuacja Izraela przez większą część ostatniego stulecia.

Problemem na Bliskim Wschodzie nie jest i nigdy nie było istnienie państwa Izrael. Problemem jest dżihadyzm, islamizm, islamski ekstremizm, islamofaszyzm, wojujący islam – lub jakichkolwiek słów chcecie użyć, by opisać agresję i triumfalistyczne szaleństwo tych, którzy zbyt poważnie traktują najbardziej zgubne doktryny islamu.

Nie będę debatował o historii Bliskiego Wschodu, ponieważ jest ona nieistotna dla rozwiązania tamtejszego konfliktu. Oczywiście wiele osób twierdzi, że musimy rozplątać i ponownie przeanalizować każdy wątek tej historii, sięgając co najmniej wieku wstecz. Powód, dla którego jestem przekonany, że to jałowe zajęcie, jest prosty: Palestyńczycy i Izraelczycy przedstawiają rozbieżne wersje przeszłości, a żadna ilość badań czy debat ich nie pogodzi.

Znacznie ważniejsze do zrozumienia – i uważam, że jest to jedyna rzecz naprawdę warta rozważenia – jest to, czego obecni mieszkańcy Izraela, terytoriów palestyńskich i otaczających państw arabskich chcą dziś od życia. (Nie tego, czego udają, że chcą, ani tego, czego chce garstka rodzin królewskich, podczas gdy ich społeczeństwa pragną czegoś zupełnie innego). Do czego naprawdę dążą Żydzi i muzułmanie w tym regionie? Co są gotowi poświęcić? Za co są gotowi umrzeć? I za co są gotowi pozwolić umrzeć swoim dzieciom?

Kiedy w ten sposób skupiamy się na teraźniejszości, musimy – jeśli jesteśmy uczciwi – przyznać, że po obu stronach tego konfliktu istnieją dwie bardzo różne rzeczywistości: kulturowo, psychologicznie, etycznie, duchowo – pod każdym względem, który ma znaczenie. Tak, Izrael ma również swoich religijnych fanatyków. Nie są oni jednak tego samego rodzaju fanatykami, jakich spotykamy w Hamasie czy Hezbollahu, i znacznie słabiej reprezentują otaczającą ich kulturę. Niezależnie od wszystkiego, co można powiedzieć przeciwko premierowi Netanjahu, izraelskiej skrajnej prawicy i osadnikom na Zachodnim Brzegu — a jest wiele rzeczy zasługujących na potępienie – uważam, że następujące stwierdzenie pozostaje prawdziwe:

Gdyby Palestyńczycy złożyli broń, nastałby pokój. Mogłoby dojść do rozwiązania dwupaństwowego; mogłoby nawet dojść do rozwiązania jednopaństwowego; nie miałoby to znaczenia. Gdyby Palestyńczycy po prostu przestali zabijać Żydów i przestali budować kulturę, która celebruje bezsensowne morderstwo i męczeństwo jako najwyższe wartości, między Jordanem a Morzem Śródziemnym mogłoby istnieć różnorodne, tolerancyjne i zamożne społeczeństwo. Mogło istnieć już osiemdziesiąt lat temu. Ale gdyby Izraelczycy złożyli broń, doszłoby do ludobójstwa. Było to oczywiste 7 października 2023 roku. I dla każdego, kto zwracał uwagę na rzeczywistość, było to prawdą każdego dnia od momentu powstania państwa Izrael.

Prawda jest taka, że nigdy nie wiedziałem, jak Izrael powinien był odpowiedzieć na wydarzenia z 7 października. Wiem jedynie, że on, podobnie jak każde inne wolne społeczeństwo, musi ostatecznie pokonać wojujący islam. To, jak należy to zrobić, rzeczywiście podlega debacie. Nie o to jednak toczy się spór wśród krytyków Izraela, zwłaszcza po lewej stronie. Dla nich martwienie się o wojujący islam – nawet w Izraelu, nawet po największej masakrze Żydów od czasów Holokaustu – jest jedynie kolejnym przejawem „islamofobii”. To po prostu kolejny przejaw „kolonializmu” i „rasizmu” (jakby ten ostatni zarzut miał na Bliskim Wschodzie jakikolwiek sens).

Jeśli chcecie zrozumieć mój pogląd na ten konflikt, zadajcie jedno pytanie, które wyjaśnia wszystko w teraźniejszości:

Co zrobiłaby każda ze stron, gdyby miała moc zrobić dokładnie to, czego chce?

Choć wielu udaje, że jest inaczej, wszyscy znają odpowiedź na to pytanie z moralną pewnością.

Gdyby Hamas miał taką władzę, przeprowadziłby rzeczywiste ludobójstwo w Izraelu. Organizacja wielokrotnie potwierdzała swoje zaangażowanie w ten projekt, zarówno przed 7 października, jak i po tej dacie. I choć prawdą jest, że nienawiść do Żydów w świecie muzułmańskim została ogromnie wzmocniona przez trwającą od stulecia fascynację nazistowską propagandą i teoriami spiskowymi, nie jest to zjawisko wyłącznie współczesne. Istnieje na przykład słynny hadis przepowiadający, że Dzień Sądu nie nadejdzie, dopóki kamienie i drzewa nie zawołają: „O muzułmaninie, za mną ukrywa się Żyd, przyjdź i go zabij”. Nic dziwnego, że Hamas przywołał ten hadis w swojej karcie założycielskiej.

Większość Palestyńczyków o tym wie, a mimo to Hamas pozostaje popularny. Przez ponad dekadę Hamas przekierowywał zagraniczną pomoc, która miała poprawić życie w Gazie, i wykorzystywał ją do budowy największego schronu przeciwbombowego, jaki kiedykolwiek stworzył nasz gatunek – setek kilometrów tuneli – a mimo to podczas wojny nie pozwolono cywilom palestyńskim się w nich schronić. Dlaczego? Ponieważ Hamas wykorzystywał tych mężczyzn, kobiety i dzieci jako żywe tarcze. A kiedy Izrael wykonywał telefony i wysyłał miliony wiadomości tekstowych, wzywając cywilów do ewakuacji, głośniki w najbliższych meczetach ostrzegały ich, by pozostali na miejscu. Snajperzy Hamasu zabili wielu tych, którzy próbowali przenieść się w bezpieczne miejsce. Palestyńczycy wiedzą o tym wszystkim, a mimo to Hamas pozostaje popularny. Nawet po całym spustoszeniu, jakie sprowadził na własny naród, pozostaje najpopularniejszą frakcją palestyńską, wyraźnie wyprzedzając swojego rywala, Fatah. Dlatego właśnie na Bliskim Wschodzie nie ma pokoju.

Cierpienie w Gazie jest straszliwe i nigdy nie udawałem, że jest inaczej. Ale cierpienie gdzie indziej – cierpienie, o którym nie myślicie – jest równie realne. Powinniście zadać sobie pytanie, dlaczego obchodzi was ono mniej. Ta różnica, emocjonalna i polityczna, pokazuje, jak wygląda przegrana wojna informacyjna.

Nie widzieliśmy wszystkich martwych dzieci w Jemenie, Syrii czy Sudanie, gdzie liczby ofiar są znacznie wyższe niż w Gazie, ale wszyscy byliśmy świadkami pornografii nędzy i śmierci, systematycznie wytwarzanej przez zwolenników Hamasu. Możecie uważać, że wasza szczególna troska o Izrael wynika z faktu, że my, Amerykanie, dostarczamy wiele broni używanej przez izraelską armię do zabijania Palestyńczyków. Ale dostarczaliśmy broń także Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonym Emiratom Arabskim w wojnie w Jemenie, która pochłonęła szacunkowo 377 tysięcy istnień ludzkich. Gdzie były wtedy protesty? Gdzie było moralizatorstwo celebrytów w sprawie jemeńskich ofiar? Dlaczego Zohran Mamdani nie uczynił sprzeciwu wobec tego zła jednym z głównych tematów swojej kampanii na burmistrza Nowego Jorku? Jemen przez lata był najgorszym kryzysem humanitarnym na świecie, przy pełnym udziale amerykańskiej broni i wsparcia logistycznego, a mimo to nigdy nie stał się centralną obsesją moralną uniwersytetów, mediów, sieci aktywistycznych czy polityki lewicowej w taki sposób, jak Gaza.

Zwrócenie na to uwagi nie jest retorycznym grzechem „whataboutismu”. Ujawnia raczej rażącą dysproporcję moralną: świat po prostu nie przejmuje się tym, gdy muzułmanie zabijają innych muzułmanów – zdumiewające, ale niewiele bardziej przejmuje się także wtedy, gdy zabijają chrześcijan – natomiast bardzo przejmuje się tym, gdy robią to Żydzi. Zgromadzenie Ogólne ONZ i Rada Praw Człowieka przyjęły więcej rezolucji przeciwko Izraelowi niż przeciwko wszystkim innym państwom łącznie, w tym Korei Północnej, Iranowi, Rosji, Chinom, Syrii, Sudanowi i Jemenowi. Kilka z tych krajów dopuściło się rzeczywistych ludobójstw. Nic z tego nie ma sensu. A jednak taki jest świat, w którym żyjemy.

Spośród 193 państw świata dwie trzecie zostały stworzone przez kartografów, którzy po prostu wyobrazili sobie ich granice, nie zwracając większej uwagi na plemienne interesy ludzi zamieszkujących te terytoria. W rzeczywistości ponad połowa z nich powstała po 1948 roku, czyli po roku założenia Izraela. A jednak istnieje tylko jedno państwo, którego legitymacja jest nieustannie kwestionowana na całym świecie. Jest tylko jeden naród na Ziemi, który musi stale uzasadniać swoje prawo do istnienia, nawet wtedy, gdy samo przetrwanie jego mieszkańców jest zagrożone przez otwarcie ludobójczych wrogów.

Ta obsesja na punkcie Izraela oraz podwójne standardy stosowane wobec jego obywateli stanowią dziś główny rdzeń tej zmiennej moralnej przypadłości powszechnie znanej jako „antysemityzm”.

Przez większość życia wierzyłem, że niebezpieczny antysemityzm należy już do przeszłości, przynajmniej na Zachodzie. Niestety reakcja na wydarzenia z 7 października mocno podważyła to przekonanie. Zbrodnie popełnione przez Hamas ujawniły poziom nienawiści do Żydów na świecie, który zszokował nawet tych z nas, którzy przez znaczną część życia zajmowali się badaniem antysemityzmu. Co istotne, nienawiść ta ujawniła się jeszcze przed izraelską inwazją na Gazę. Kiedy wciąż identyfikowano ciała młodych ludzi okaleczonych i zamordowanych podczas festiwalu muzycznego Nova, studenci Harvardu i profesorowie Uniwersytetu Columbia – a także demonstranci w Nowym Jorku, Londynie, Sydney i Toronto – świętowali działania ich zabójców.

Dlaczego antysemityzm ma znaczenie? Dla Żydów odpowiedź jest oczywista, ale dlaczego miałby mieć znaczenie dla wszystkich pozostałych? Ma znaczenie dlatego, że kiedy przyjrzymy się temu, czego jeszcze nienawidzą antysemici, odkryjemy, że nienawidzą wszystkiego, co umożliwia istnienie bogatych kulturowo, różnorodnych i otwartych społeczeństw. Prawdziwi antysemici przynoszą ze sobą coś więcej niż tylko nienawiść do Żydów: przynoszą cenzurę, represje polityczne, myślenie spiskowe oraz politykę odczłowieczania i szukania kozłów ofiarnych. Potępianie antysemityzmu nie jest więc szczególnym uprzywilejowaniem jednej grupy. Jest obroną moralnej i instytucjonalnej architektury, która umożliwia istnienie wolnych społeczeństw.

Na zakończenie chciałbym zwrócić się do członków społeczności Making Sense z jeszcze jedną ogólną uwagą. Wielu z was pisało do mnie, że straciliście do mnie szacunek z powodu tej kwestii (lub że nadal cenicie moją pracę i robicie mi „wyjątek” w sprawie Izraela). Odrzucam taki sposób myślenia i wy również powinniście go odrzucić. Nikt nie powinien być częścią tej społeczności tylko dlatego, że zgadza się ze mną. Nie prowadzę partii politycznej i nie istnieje żadna linia, której ja lub ktokolwiek inny miałby się trzymać. Jeśli spadłem z piedestału dlatego, że powiedziałem coś, z czym się nie zgadzacie, problemem był piedestał, a nie niezgoda. Oczywiście, jeśli uważacie, że was okłamuję lub że brakuje mi uczciwości, powinniście odejść i nigdy nie oglądać się za siebie. Jeśli jednak sądzicie po prostu, że się mylę, nawet w ważnej sprawie – a zwłaszcza w ważnej sprawie – zachęcam was, byście nadal przedstawiali lepsze dowody i argumenty. W końcu właśnie temu służy prawdziwa wspólnota intelektualna i moralna.


Link do oryginału:

Sam Harris
Why I Won’t Debate Critics of Israel
Many readers and podcast listeners have been dismayed by my enduring support for Israel and now urge me to debate someone—really anyone—drawn from a growing cast of scholars, grifters, and moral lunatics who have made that beleaguered country their professional or psychiatric obsession. The…
Read more

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Dlaczego narracje antyizraelskie się opłacają


Dlaczego narracje antyizraelskie się opłacają

Ben M. Freeman


Najważniejsze wnioski

  • Carlson i Owens (mamy również nad Wisłą takich błaznów wielu – przyp. tłumacza) mogą wcale nie potrzebować ukrytych sponsorów. W gospodarce opartej na popycie na oburzenie i kontrowersje ich występy często same w sobie stanowią nagrodę.
  • Żydzi i Izrael są szczególnie atrakcyjnymi celami. Narracje antyizraelskie i antyżydowskie przyciągają uwagę, ponieważ często opierają się na silnie oddziałujących emocjonalnie motywach spiskowych.
  • Znaczenie ma struktura bodźców. Współczesny ekosystem medialny coraz częściej premiuje komentatorów formułujących najbardziej prowokacyjne tezy.

Ekonomia oburzenia

Ilekroć Tucker Carlson lub Candace Owens wygłaszają szczególnie kontrowersyjną tezę, natychmiast pojawia się to samo pytanie: czy ktoś im za to płaci?

To zrozumiała reakcja. Oboje coraz częściej prezentują stanowiska, które jeszcze niedawno byłyby uznawane za skrajne nawet w środowiskach konserwatywnych. Powielają teorie spiskowe, udzielają głosu ekstremistom, wykazują zaskakującą wyrozumiałość wobec wrogich reżimów i przedstawiają wydarzenia polityczne poprzez narracje o ukrytych aktorach, skrywanych prawdach oraz potężnych siłach działających za kulisami.

Znacznie ciekawsze pytanie brzmi jednak: czy w ogóle muszą być opłacani?

Założenie leżące u podstaw wielu dyskusji o cynicznym zarabianiu na kontrowersjach (grift) jest takie, że musi istnieć ktoś ukryty finansujący przekaz i nagradzający takie zachowanie. Tymczasem w epoce cyfrowej mechanizm wynagradzania jest w dużej mierze jawny. To sama publiczność stała się mecenasem, a uwaga – walutą. Bodźcem nie musi być czek od zagranicznego rządu czy organizacji. Są nim wyświetlenia, subskrypcje, kontrakty sponsorskie, płatne wystąpienia i wpływy. W gospodarce opartej na ściąganiu uwagi najbardziej opłacalna pozycja często nie jest tą najbardziej zgodną z prawdą, lecz tą najbardziej prowokacyjną.

Dlaczego celem stają się Żydzi i Izrael

To pomaga wyjaśnić, dlaczego Izrael i Żydzi stali się tak atrakcyjnym tematem dla internetowych komentatorów. Konflikt izraelsko-palestyński jest jedną z najbardziej nacechowanych emocjonalnie kwestii w polityce międzynarodowej. Wywołuje oburzenie, generuje zaangażowanie i łatwo wpisuje się w narracje o władzy, krzywdzie oraz ukrytych motywach. Złożoność przegrywa z jednoznacznością. Niuanse przegrywają z oburzeniem.

Candace Owens jest być może najbardziej wyrazistym przykładem tego zjawiska. Poświęciła niezliczone godziny swoich materiałów twierdzeniom dotyczącym żydowskich wpływów, potęgi syjonizmu oraz rzekomych prób uciszania krytyków Izraela, czyniąc z tematów, które niegdyś pozostawały na marginesie, jeden z filarów swojej marki.

Choć często podkreśla, że jej krytyka dotyczy konkretnych osób lub instytucji, a nie Żydów jako całości, konstrukcja jej argumentacji jest dziwnie znajoma. Wydarzenia polityczne przedstawiane są jako dowód na istnienie ukrytej koordynacji. Krytyka staje się dowodem, że za kulisami działają potężne interesy. Im większy sprzeciw napotyka, tym częściej przedstawia go jako potwierdzenie, że ujawnia zakazane prawdy.

Ten schemat nie jest niczym nowym. Antyżydowskie teorie spiskowe od dawna opierają się na przekonaniu, że widocznymi wydarzeniami potajemnie kierują niewidoczni aktorzy. Media społecznościowe nie stworzyły takiego sposobu myślenia. Stworzyły natomiast bezprecedensowe możliwości czerpania z niego zysków.

To istotne dlatego, że idee antyżydowskie wyjątkowo łatwo dostosowują się do kultury teorii spiskowych. Przez stulecia Żydów przedstawiano jako ukrytą siłę stojącą za wydarzeniami politycznymi, gospodarczymi i społecznymi. Współczesne teorie spiskowe często odtwarzają te same założenia, zastępując dawne słownictwo współczesnymi odniesieniami do wpływów, sieci powiązań, władzy i kontroli. W rezultacie narracje dotyczące Żydów naturalnie wpisują się w internetowy ekosystem zbudowany wokół rzekomego ujawniania ukrytych prawd.

Ewolucja poglądów Carlsona przebiegała podobnym torem. Szczególnie uderzające jest to, że kiedyś jednoznacznie oceniał reżim irański. W 2012 roku określił Islamską Republikę Iranu jako „złą”, a jej przywódców jako „szaleńców”. Ponad dekadę później sprawia często wrażenie bardziej zainteresowanego krytykowaniem tych, którzy przeciwstawiają się Iranowi i jego sojusznikom, niż samego irańskiego reżimu.

Odzwierciedla to szerszy trend obecny w części internetowego ekosystemu medialnego. Rosnący sceptycyzm wobec zachodnich instytucji coraz częściej przekłada się na sympatię wobec tych, którzy się im przeciwstawiają. Jeśli Waszyngton wspiera Izrael, Izrael staje się podejrzany. Jeśli służby wywiadowcze ostrzegają przed Iranem, zagrożenie ze strony Iranu jest bagatelizowane. Jeśli dziennikarze dokumentują działania organizacji terrorystycznych, to ich relacje stają się przedmiotem podejrzeń.

Efektem jest sposób postrzegania świata, w którym narracje antyizraelskie z góry uznawane są za wiarygodne, podczas gdy dowody podważające te narracje poddawane są wyjątkowo rygorystycznej weryfikacji. Założenie nie sprowadza się już tylko do tego, że instytucje głównego nurtu czasem się mylą. Chodzi o przekonanie, że są one z natury zwodnicze, a prawdy należy szukać po przeciwnej stronie.

Uzależnienie od oczekiwań odbiorców i gospodarka uwagi

W pewnym momencie niewiedza przestaje być wiarygodnym wyjaśnieniem. Zarówno Carlson, jak i Owens wielokrotnie spotykali się z krytyką dotyczącą promowanych przez siebie narracji. Mimo to pozostają one centralnym elementem ich publicznego wizerunku, ponieważ generują właśnie tę uwagę, kontrowersje i zaangażowanie, od których zależą ich wpływy.

Dlatego spekulacje o tajnym finansowaniu często przesłaniają znacznie ważniejszy aspekt całego zjawiska. Współczesne zarabianie na kontrowersjach nie musi opierać się na ukrytym sponsorze. Tę rolę pełni sama publiczność. Rynek nagradza oburzenie. Algorytmy premiują kontrowersje. Najbardziej skrajne głosy często przyciągają największą uwagę, a uwagę można z niezwykłą skutecznością zamieniać na pieniądze, wpływy i władzę.

Pytanie nie brzmi więc, czy Tucker Carlson i Candace Owens otrzymują wynagrodzenie za promowanie coraz bardziej skrajnych narracji dotyczących Żydów i Izraela. Znacznie bardziej niepokojąca jest możliwość, że wcale tego nie potrzebują. W ekosystemie, w którym oburzenie przynosi zyski, a kontrowersje są nagradzane, odpowiednie bodźce już istnieją.

To właśnie czyni to zjawisko tak niebezpiecznym. Problem nie polega jedynie na tym, że rozpowszechniają się fałszywe informacje. Polega na tym, że system coraz bardziej premiuje tych, którzy robią to najskuteczniej.


Link do oryginału: https://honestreporting.com/why-anti-israel-narratives-pay/?utm_source=substack&utm_medium=email

Honest Reporting, 21 czerwca 2026

Ben M. Freeman

Założyciel współczesnego ruchu Jewish Pride, autor książek Jewish Pride: Rebuilding a People (2021), Reclaiming Our Story: The Pursuit of Jewish Pride (2022) oraz The Jews: An Indigenous People (2025). Jego działalność edukacyjna koncentruje się na żydowskiej tożsamości oraz historycznej i współczesnej nienawiści wobec Żydów. Od ponad piętnastu lat zajmuje się badaniami nad Zagładą. Rozgłos zyskał w czasie kryzysu związanego z oskarżeniami o antysemityzm w Partii Pracy pod przywództwem Jeremy’ego Corbyna w Wielkiej Brytanii i szybko stał się jednym z czołowych przedstawicieli swojego pokolenia w walce z nienawiścią wobec Żydów.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


It’s Not Biased if It’s Against Jews


It’s Not Biased if It’s Against Jews

Jon Michaels and Matthew Segal


Civil rights law has always recognized coded discrimination, but a federal court decision suggests that may no longer apply to Jews—or their allies

A rioter breaks the front door windows of Hamilton Hall on the Columbia University campus in order to secure a chain around the building to prevent authorities from entering, April 30, 2024 in New York City / Alex Kent/Getty Images

To paraphrase Law & Order, in the American legal system, bias-motivated offenses are considered especially reprehensible. Punching someone is bad. Punching them for racist reasons is worse. So various laws, both criminal and civil, prescribe enhanced penalties in those situations. Sometimes the racism is unmistakable. At other times, it’s hidden behind code words or dog whistles—thugsurbanglobalists, etc.—or seemingly neutral markers like hair and dress. No matter; courts, prosecutors, and legislators have become quite adept at sniffing out crafty bigotry.

Yet the invocation of Zionism has, inexplicably, thrown them all for a loop. In the United States and across the globe, participants in purportedly anti-Zionist movements are committing crimes and civil offenses. Sometimes they harm Jews. Sometimes they harm non-Jews. But, in all cases, the people who commit these crimes—as well as their legions of defenders—argue that there is no bias. Any animus, they insist, is not antisemitic or anti-Jewish. It is anti-Zionist. Some of their best friends, these assailants are quick to add, are Jews.

As much as these claims have been dissected, debated and, regularly, debunked in a variety of settings, the courts are just beginning to weigh in. Will they treat the targeting of alleged “Zionists” as purely political—and thus not evidence of racial or religious bias? Or will they see it as integral to the racial and/or religious identity of American Jews?

Earlier this month, a federal district court judge in New York gave us a sneak peek at how the U.S. legal system might resolve what many see as yet another ham-fisted effort to work around long-standing civil rights laws. The results weren’t pretty. The court adopted a number of conclusions that, if accepted by other courts, would substantially weaken the civil rights of those harmed by anti-Zionist campaigns of harassment and violence. That’s bad news for Jews, their allies, and anyone else who happened to get in the anti-Zionists’ way.

If allowed to stand, the ruling could embolden more anti-Jewish agitators, effectively furnishing them with a virtual blueprint to harass without violating the KKK Act.

Mariano Torres and Lester Wilson, the men at the center of the New York case, got in the way. Neither Torres nor Wilson is Jewish. They are janitors employed by Columbia University. And like so many trying to go about their studies or jobs in Morningside Heights or around the country since Oct. 7, 2023, Torres and Wilson found their efforts impeded—and their lives imperiled—by those obsessed with Jews and Israel, the Jewish state.

On April 30, 2024, this obsession turned riotous. Masked militants, armed with hammers, knives, bolt cutters, chains, and zip ties, stormed Hamilton Hall and confronted the two working men. Torres and Wilson each refused to yield, which drew the ire of the rioters who then assaulted the janitors, detained them, sought to bribe them, and slurred them as “Jew lovers,” “Jew workers,” and “Zionists.” Eventually, according to their lawsuit, Torres fled, and Wilson was forced out of the building. The rioters, meanwhile, kept going. They seized the building, broke windows to chain the doors shut, barricaded themselves inside, and unfurled banners declaring an “intifada.”

Torres and Wilson later filed a civil rights lawsuit. With the help of the Louis D. Brandeis Center for Human Rights Under Law and the Torridon Law firm, the pair relied on the Civil Rights Act of 1871, also known as the Ku Klux Klan Act, to argue that they were victimized by an anti-Jewish riot. A provision of that law prohibits people from conspiring to deprive “any person or class of persons of the equal protection of the laws.” To satisfy that equal protection component, plaintiffs must generally show that the conspiracy was motivated by “some racial or perhaps otherwise class-based, invidiously discriminatory animus.”

According to Torres and Wilson’s complaint, that’s precisely what occurred: The rioters, motivated by anti-Jewish animus, had conspired to deprive equal protection of the laws to people who are or are perceived to be Jews or supporters of Jews.

The clear focus of the lawsuit was illegal conduct, not speech. Torres and Wilson sought damages for alleged assault and battery during an illegal building occupation. They weren’t concerned with the rioters’ opinions on world affairs. They were concerned with the crowbars, rope, chains, and zip ties. They were concerned with their seizure of university property. They were concerned with being detained and threatened.

Torres and Wilson also happened to understand the nature of the riot because, allegedly, the rioters made it clear. Jews and those presumed to side with (or, gasp, love) Jews were the problem.

This is precisely the type of situation Congress anticipated when enacting the KKK Act—that is, the supercharging of ordinary crimes into far more socially corrosive hate crimes based on evidence of discriminatory animus. Yet the court twisted itself, the facts, and the law in knots, rendering an error-filled decision that had the effect of widening what we see as an emerging anti-Zionism exception to civil rights law. So long as you scream about Zionists and not Jews (or, as in this case, even if you interchangeably slur Zionists and Jews as you brandish knives and hammers), the courts will give you a hall pass.

We count four errors, none subtle and some gratuitous.

First, the court deemed it of critical importance that the rioters weren’t singularly focused on harming Jews. Defining the rioters’ objectives in terms of seizing a building and issuing demands related to Israel, the court seemed to insist that because the rioters had those intentions, they couldn’t also have had an additional objective: namely, to deprive Jews of their civil rights, including their right to access their school’s buildings without passing through a phalanx of occupiers seeking to identify Jew lovers.

As a matter of law, that can’t be right. With apologies to Walt Whitman, even violent bigots may contain multitudes. Klansmen tormenting Black families, for example, may genuinely be motivated by economic anxieties or other feelings of inadequacy. But that doesn’t mean their purpose isn’t also to deprive Black families of their political and economic rights. For how else, in their view, can they address those anxieties other than to knock Black people down a peg or two?

Here, if Torres and Wilson’s allegations are true (and at this stage of litigation, courts must assume as much), then the rioters were motivated to take the actions they did—occupying a building, issuing demands, and attacking perceived “Jew worker[s]” and “Jew lover[s]” who got in their way—partly because they wanted to harass and intimidate Jews. To bar them from buildings. To impede their studies. To limit their participation in campus and civic life. And to exclude them from positions of power. After all, if the janitors were, as the rioters allegedly said, “working for the Jews,” wouldn’t it be necessary for the rioters to knock those all-powerful Jews down a peg or two?

It’s possible to imagine a less clear-cut case, one in which people accused of bias could reasonably contend that their brand of anti-Zionism didn’t have any indicia of anti-Jewish animus. But that would have to be a case in which rioters didn’t allegedly toggle between anti-Zionist and anti-Jewish slurs. It would have to be a case in which those who deployed the term intifada and who sought to portray it as a benign reference to peaceful “struggle” hadn’t themselves used that term to describe their own violent, anti-Jewish riot.

In such a hypothetical case, a court might reasonably struggle with deciding whether the riot was anti-Jewish. Then, depending on the law at issue, the court might have to consider whether an anti-Zionist riot, even if not anti-Jewish, might still amount to discrimination based on national origin. (Israel is a country, and Columbia has Israeli students, staff, and faculty who enjoy the same rights as non-Israelis.)

But that was not this case. Given the facts alleged by Torres and Wilson, it is baffling that the court failed to recognize the riot’s anti-Jewish nature and purpose.

The court’s view—that the rioters merely wanted to seize a building and use the unfurled banner to effect transformative changes to Columbia’s policies—seemed to confuse tactical and strategic intent. True, the rioters allegedly deployed the tactic of taking over a building. But that doesn’t mean they did not have broader, anti-Jewish strategic aims. To suggest otherwise is to misunderstand what racism is and how it works. Racism does not cease to exist just because racists typically have a set of policy demands.

The second error was no less glaring and galling. In assessing the rioters’ alleged objectives, the court seemed to say that the evidence cited by Torres and Wilson could not possibly establish discrimination if it took the form of what the court called “political speech.” This included unfurling “intifada” banners and slurring Torres and Wilson as “Jew lover[s]” and “Zionists.”

But political speech can, of course, be racist. The phrases “America first” and “Spend your money with Americans only,” for example, are undoubtedly examples of political speech. And shouting those phrases, without more, is undoubtedly free expression protected by the First Amendment. But both phrases happen to have been popularized by the Klan. So if someone shouts them while committing a violent crime, that speech—though “political”—not only fails to excuse the crime but also may demonstrate that the crime was extraordinary, precisely because it was motivated by anti-Black racism.

Judge Colleen McMahon whiffed on this crucial point. Shouting about “intifada” or “Zionists” or “Jew lovers” while committing crimes doesn’t—or, at least, shouldn’t—save Torres and Wilson’s alleged tormentors.

Third, the court remarked that “the Jewish community itself is divided over whether anti-Zionism is inherently antisemitic.” Seemingly relying on that intramural dispute, the court declined to acknowledge that anti-Zionist rhetoric can be racist.

By inserting the modifier inherently, Judge McMahon gave away the ghost. What does it matter if some Jews think anti-Zionism is not inherently anti-Jewish? Characterizing someone as “a Jew” isn’t inherently bigoted either. As Adam Sandler has demonstrated, it might be downright celebratory. Yet it also, depending on the setting, can be racist. If someone menaces a woman on the subway, attacking her while calling her “a Jew” (or “Jew lover”), courts would certainly view such an utterance as evidence of anti-Jewish animus.

It is therefore stunning to see this court hold that the term Zionist—even when used as a slur—can’t, as a matter of law, ever be antisemitic or racist.

We struggle to believe that any court would apply similar standards to other groups and other code words or symbols. Some Black people are reportedly comfortable with the Confederate flag. But we would hope that no judge would use those reports as evidence that all Black people are estopped from alleging racism if someone takes over a building and raises the Confederate flag from its balcony.

The truth is that no minority group is monolithic. But diversity within a racial, ethnic, or religious group can’t be a reason to weaken civil rights protections for that group. Does anyone seriously think that if college campuses were to experience a wave of anti-Kwanzaa violence, the application of civil rights laws to that violence should hinge on polling Black people about their pro- or anti-Kwanzaa views? Again, we hope no court would think that.

Courts should not invent a different approach for Jews. Many Jews, including those experiencing the lion’s share of harassment and violence on college campuses and across the United States, feel that a connection to the ancient and present Jewish homeland (aka Zionism) is constitutive of their religious, ethnic, or national identities. Anti-Zionist Jews aren’t required to feel the same way. But neither are they empowered to deprive other Jews of the protections of this country’s civil rights laws.

And if that deeply felt connection between many Jews and Israel wasn’t enough to defeat an emerging anti-Zionism exception in civil rights law, the alleged facts of this case would be. The ease of fluency with which the rioters toggled among calling the janitors “Jew lover,” “Jew worker,” men who were “working for the Jews,” and “Zionist” should have sufficed in this case to bring Torres and Wilson within the protection of the KKK Act.

Fourth—yes, there’s more—the court seemed to think it mattered that Torres and Wilson were neither Jewish nor trying to defend Jews. Whether they’re incorporated into Sandler’s “Chanukah Song” lyrics is completely irrelevant. The KKK Act nowhere requires proof that plaintiffs are themselves members of the disfavored group. They need only be victims—collateral damage, if you will—of those who sought to target that group.

And for good reason. If white, Christian neighbors refuse to allow the Klan to run across their yard to reach a Black or Jewish family’s home—and are assaulted for their troubles—they are, justly, afforded a civil rights remedy. No one probes the victims’ motives, which could range from racial solidarity to human decency to the preservation of a newly sodded lawn. Otherwise, campaigns of racial or religious subordination could be advanced solely through the systematic targeting of third parties, leaving vulnerable minorities even more isolated and defenseless.

We assign no malice to the district court. But we genuinely wonder why Judge McMahon bought into a set of deeply problematic assumptions about the forms that anti-Jewish bias can take. If allowed to stand, her ruling will not only wrong Torres and Wilson, whom the court recognizes were treated “despicabl[y],” but also signal to other non-Jews—laborers, cops, and university presidents alike—that they, too, are at the mercy of the mob. Just as dangerously, the ruling could embolden more anti-Jewish agitators, effectively furnishing them with a virtual blueprint to harass without violating the KKK Act.

Our wonderment is heightened because, so far as we can tell, Judge McMahon’s ruling wasn’t generically hostile to civil rights plaintiffs of all kinds and creeds. It was distressingly bespoke, limiting the rights of people who are Jewish or Jewish adjacent. While we would hate to see an across-the-board retrenchment of civil rights, we can’t help but feel the sting that comes when one group, and one group alone at a moment of special peril, is denied the equal protection of the law.

Traditionally, this nation has made good on its constitutional promises by broadly construing civil rights protections, thereby bringing more groups into the fold. With some notable exceptions, this has been especially true of civil rights protections codified by statute. Even the current U.S. Supreme Court, with its conservative bent, recently read a civil rights law enacted in the 1960s expansively to protect transgender persons. Now, at a time when Jews are increasingly targeted for hate and violence, often under the troublingly talismanic anti-Zionist banner, Jews and their allies are being denied protection under existing civil rights laws by the very courts charged with applying them. The divergence of two sets of antidiscrimination norms—a broadening set of antidiscrimination protections for many groups and a narrowing one for Jews and their allies—is unmistakable.

We therefore hope that Torres and Wilson will appeal their case and that the court of appeals will recognize the district court’s missteps and make things right. To deter and punish anti-Jewish violence, our legal system must be capable of diagnosing it.


Jon Michaels is Professor of Law at UCLA Law School. The views expressed here are solely his personal views and do not reflect those of any employer.


Matthew Segal is Professor of the Practice in the Department of Political Science at Tufts University. The views expressed here are solely his personal views and do not reflect those of any employer.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Iranian Soccer Fans Wave Pre-Revolutionary Flag During World Cup Match, Ignoring FIFA Ban


Iranian Soccer Fans Wave Pre-Revolutionary Flag During World Cup Match, Ignoring FIFA Ban

Shiryn Ghermezian


Soccer Football – FIFA World Cup 2026 – Group G – Iran v New Zealand – Los Angeles Stadium, Inglewood, California, US – June 15, 2026, Iran fans celebrate after the match. Photo: REUTERS/Matthew Childs

Fans of the Iranian national soccer team disregarded a FIFA ban by displaying Iran’s pre-revolutionary flag inside SoFi Stadium in Inglewood, California, during the country’s World Cup opener against New Zealand on Monday night.

Iran’s official flag before 1979 is red, white, and green, and at the center is the Lion and Sun emblem, which shows a lion holding a sword while standing in front of a sun. The Iranian pre-revolutionary flag was seen throughout the crowd at Monday’s World Cup match, and the Lion and Sun emblem was also displayed on various T-shirts worn by fans in the stands.

FIFA previously said the pre-revolutionary flags would be banned from matches for the 2026 World Cup because they violate the organization’s “stadium code of conduct” rules, which state that “banners, flags, fliers, apparel and, other paraphernalia, that are of a political, offensive and/or discriminatory nature, containing wording, symbols or any other attributes aimed at discrimination of any kind against a country” will not be allowed at World Cup venues. A lawsuit was filed to challenge the prohibition, but at an emergency hearing held in Los Angeles hours before Iran’s match on Monday, a judge upheld FIFA’s ban on the flag, according to The Athletic.

Some Iranian fans turned their backs to the field and booed when Iran’s national anthem was played before kickoff on Monday, while hundreds of Iranian-Americans rallied outside SoFi Stadium to protest the current Iranian regime, an authoritarian, Islamist theocracy which seized power in 1979. Monday’s game between Iran and New Zealand ended with a 2-2 draw.

The Los Angeles area is home to the largest Iranian population in the United States and is nicknamed “Tehrangeles” after the capital of Iran.

The Iranian team landed in the US on Sunday, the day before the match, because of visa complications. Amir Ghalenoei, the coach of Iran’s World Cup team, said they were ordered to leave the US and return to their training base in Tijuana, Mexico, only a few hours after the game ended. He did not specify who ordered the team to leave the country, but they had expected to spend the night in California to recover from their World Cup opening game.

“They didn’t even give us time to recover,” Ghalenoei said through an interpreter, as reported by the Associated Press. “After the game today, they said to us, ‘You have to leave immediately.’ It’s very important for us to have time for recovery, [but] we are asked to get on a plane and return to our camp in Tijuana, and we are really troubled by that.”

The coach claimed several players developed cramps during Monday’s match because they did not have time to properly prepare beforehand due to their travel issues.

“The fact they delayed our arrivals and they are forcing us to go back early without time for recovery, they are making the situation more difficult,” he said.

“We don’t know why they are returning us, to be honest,” Ghalenoei added. “I think it’s very strange. It seems like others are doing the planning for us. The decision-making for us is being made elsewhere. We were supposed to come two nights before the game, and we were supposed to stay tonight to recover and return tomorrow at lunchtime. We have no idea why. I think our team is perhaps the most oppressed in the World Cup.”

Iran still has two World Cup group-stage matches. They will play against Belgium in Inglewood on Sunday, before heading to Seattle to face Egypt next week. After the US and Israel launched its war against Iran on Feb. 28, Iran requested to move its three World Cup matches outside of the US, but FIFA denied their request.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Moja babka, Palestynka

Moja babcia – zdjęcie zrobione w Tel Awiwie w 1933 roku


Moja babka, Palestynka

Forest Rain


Moja babka, Dvora Marcia, była Palestynką. Mam dokumenty, które to potwierdzają.

Chodziła do szkoły w Palestynie. Dorastała w Palestynie. Wyszła za mąż, miała dwóch synów i wraz ze swoim (pierwszym) mężem działała w Irgun Haszomer, chroniąc żydowską ziemię przed kradzieżą przez Beduinów. Moja babka pracowała jako główna sekretarka na Izraelskiej Giełdzie Diamentów i pełniła funkcję łączniczki między członkami różnych izraelskich podziemnych organizacji oporu, pomagając przekazywać wiadomości między nimi – wszystko dla jednego celu… wyzwolenia Palestyny.

Od rzeki do morza, Palestyna musi być wolna!

Wolna od Brytyjczyków. Wolna, by powrócić do swojego naturalnego stanu. Powrócić do tego, czym zawsze była – Izraelem, Syjonem.

Moja babka pojechała do Ameryki, by lobbować na rzecz utworzenia Państwa Izrael. Rozprowadzała ulotki i występowała w radiu. Przemawiała z pasją przed różnymi audytoriami, zbierając fundusze i budując świadomość na temat losu mieszkańców Palestyny.

Moja babka była bojowniczką o wolność. Nie terrorystką – prawdziwą bojowniczką o wolność, walczącą o prawo swojego narodu, narodu żydowskiego, do życia w wolności w swojej ojczyźnie.

To właśnie głos mojej babki w radiu skłoniło mojego dziadka, by jej poszukał. Czuł, że musi ją poznać. Kiedyś zapytałam go, dlaczego on – wychowany w niepraktykującej rodzinie chrześcijańskiej – był tak zainteresowany i poruszony apelem mojej babki o wyzwolenie Palestyny i pomoc narodowi żydowskiemu w odbudowie ojczyzny.

Odpowiedział: „Bo uważałem, że żydowska krew jest warta więcej niż arabska ropa naftowa”.

Potem powiedział mi, że kiedy w końcu ją odnalazł, wystarczyły mu trzy sekundy, by zrozumieć, że musi się z nią ożenić. Niedługo później rzeczywiście został jej drugim mężem.

Moi dziadkowie tańczyli na ulicach Nowego Jorku, świętując koniec mandatu brytyjskiego i oficjalne utworzenie Państwa Izrael. Wkrótce potem opuścili Amerykę i przenieśli się do Izraela. Moja matka urodziła się w Jafie.

Moja babka, Palestynka, miała już izraelską córkę.

W czasach, gdy świat wydaje się popadać w obłęd, wszystko stoi na głowie. Czarne jest białe, góra jest dołem, a fakty, które kiedyś były dla wszystkich oczywiste, nagle stały się skrajnie zagmatwane i zbyt skomplikowane, by je pojąć.

Palestyna.

Palestyna to nazwa nadana Ziemi Izraela wyłącznie po to, by odciąć naród żydowski od Judei, od Izraela, od Syjonu. Stało się to w II wieku n.e., kiedy Rzymianie stłumili powstanie Szymona Bar Kochby (132 r. n.e.) i przejęli kontrolę nad Jerozolimą oraz Judeą, którą przemianowano na Palaestina, próbując osłabić żydowską identyfikację z ziemią Izraela. Po I wojnie światowej nazwa „Palestyna” została nadana terytorium mandatu brytyjskiego; obejmowało ono nie tylko dzisiejszy Izrael, ale także dzisiejszą Jordanię. W okresie poprzedzającym niepodległość Izraela w 1948 roku międzynarodowa prasa często określała mianem Palestyńczyków Żydów, a nie Arabów, mieszkających na terytorium mandatowym.

Słowa nadają rzeczywistości znaczenie i kształt, dlatego nazwy mają ogromne znaczenie. Oczywiste jest, że Żydzi należą do Judei, ale kto należy do Palestyny?

Palestyna jest i zawsze była nazwą motywowaną politycznie. To nazwa mająca na celu poniżenie i zniszczenie żydowskiego związku z naszą ojczyzną.

Nazywanie Izraela „Palestyną” było pierwotną mową nienawiści.

A dziś, jakby znikąd, nagle pojawił się nowy naród zwany „Palestyńczykami”, który domaga się „Palestyny” dla siebie. I większość ludzi na świecie akceptuje tę narrację, wzmacniając opowieść będącą wypaczeniem historii i szyderstwem z wysiłków mojej palestyńskiej babki oraz tysięcy innych ludzi takich jak ona, którzy starali się przywrócić Palestynie jej należny status i uznanie za to, czym naprawdę i zawsze była – Izraelem.

To prawdopodobnie największy chwyt medialny w historii świata. I wszyscy go zaakceptowali. Świat uznał, że istnieje „naród palestyński”, a termin ten nie oznacza już tego, co oznaczał zawsze – Żydów.

Świat się zgadza, że każdy naród ma prawo do samostanowienia (chyba że chodzi o Kurdów albo Tybetańczyków). Nagle więc rozsądne wydaje się oddanie „Palestyny” „Palestyńczykom”.

Kiedy nadawano nazwę Palestine miastu w Teksasie, jej założyciele nie myśleli o narodzie arabskim. Tak samo mieszkańcy Palestine w Illinois. Myśleli o Syjonie, kraju, na którym wzorowali się założyciele Ameryki.

„Palestyńska narracja” to jedna wielka kampania reklamowa, którą świat połknął wraz z haczykiem, żyłką i ciężarkiem. Opiera się ona na założeniu, że jeśli wystarczająco często powtarza się kłamstwo, ludzie zaczynają w nie wierzyć. A jeśli uwierzy wystarczająco wielu – staje się ono faktem.

Fakty są jednak takie, że istnieją Żydzi i istnieją Arabowie. Są izraelscy Arabowie, jordańscy Arabowie, Syryjczycy, Libańczycy i Egipcjanie. Są arabscy muzułmanie i arabscy chrześcijanie.

Arabscy „Palestyńczycy” to narodowość wymyślona po to, by ułatwić i usprawiedliwić oczyszczenie Izraela z Żydów.

„Palestyńczycy” kradną moją historię, by ukraść moją ziemię. Kradzież mojej ziemi jest o krok od mojego unicestwienia. Bez Izraela nie ma narodu żydowskiego. „Palestyńczycy” przywłaszczają sobie moją historię jako własną. Zaprzeczają moim korzeniom, by zaprzeczyć mojej przyszłości.

Słowa mają moc. Każdy, kto używa terminologii definiowanej przez Arabów pragnących ustanowić Państwo Palestyna, jest współwinny.

Za każdym razem, gdy mówisz „Palestyńczyk” i nie masz na myśli Żydów dążących do wyzwolenia swojej ziemi spod okupacji, jesteś współwinny. Za każdym razem, gdy wypowiadasz słowo „Palestyna”, zaprzeczasz mojej przeszłości, moim korzeniom, a co gorsza – zaprzeczasz mojej przyszłości.

Dosłownie wymazujesz Izrael z mapy.

Wszyscy byliśmy współwinni. Czas zmienić język i powrócić do faktycznych, historycznych definicji. Zanim będzie za późno (o ile już nie jest).

To naprawdę nie jest takie skomplikowane. Palestyna zawsze była Izraelem. Palestyńczykami byli Żydzi.

Z miłości do Syjonu – moja babka była Palestynką.


Link do oryginału:

Inspiration from Zion
My grandmother, the Palestinian
Dvora Marcia, my grandmother, was a Palestinian. I have the documents to prove it…
Read more

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com