Archives

Izrael wezwał ambasadora Polski na dywanik

Gideon Saar (Fot. REUTERS/Yves Herman)


Izrael wezwał ambasadora Polski na dywanik

Jarosław Marczuk


Poszło m.in. o jedne z ostatnich wypowiedzi premiera Donalda Tuska i stanowisko polskiego MSZ.
O tym, że Maciej Hunia, ambasador Polski w Izraelu, został wezwany przez izraelskie MSZ, izraelskie media poinformowały po godzinie 14. 

Jak podkreślił szef izraelskiego MSZ Gideon Saar, powodem są “skandaliczne odniesienia do obozów koncentracyjnych” i oskarżenia wobec Izraela o świadome głodzenie mieszkańców Gazy.

Polska krytykuje Izrael za działania w Strefie Gazy

Chodzi o ostatnie wypowiedzi premiera Donalda Tuska i polskiego MSZ.

“Polska była, jest i będzie po stronie Izraela w jego konfrontacji z islamskim terroryzmem, ale nigdy po stronie polityków, których działania prowadzą do głodu i śmierci matek i dzieci. To musi być oczywiste dla narodów, które przeszły wspólnie przez piekło II wojny światowej” – napisał na X premier Tusk w niedzielę. 

Oburzenie izraelskiego MSZ wywołało połączenie  “aktualnego potępienia Hamasu z niedopuszczalnym odniesieniem do polityków, któremu towarzyszyło przypomnienie o strasznych dniach II wojny światowej”.

– Nie jest przypadkiem, że w ostatnich dniach polski rząd zdecydował się odwołać do pamięci o Holokauście, używając niepokojących sformułowań – dodał Gideon Saar, jak donosi “Haarec”.

“Haarec” wskazuje, że izraelskim władzom nie przypadły także do gustu słowa ministra Sikorskiego, który w ostatnich dniach w mediach krytykował działania Izraela w Strefie Gazy. 

Maciej Hunia

Maciej Hunia Fot. Radek Pietruszka / PAP

W poniedziałek polski MSZ wydał oświadczenie w sprawie sytuacji w enklawie.

“Polska uznaje prawo Izraela do obrony oraz rozwoju w bezpiecznym otoczeniu w międzynarodowo uznanych granicach. Nie akceptuje jednak liczby ofiar w Strefie Gazy zabitych przez siły izraelskie w deklarowanym przez nie dążeniu do wyeliminowania zdolności bojowych i organizacyjnych Hamasu” – napisano w oświadczeniu.

Strefa Gazy.

Strefa Gazy. Fot. REUTERS/Hatem Khaled

“Przekaz Polski jest jasny: nie ma i nigdy nie będzie zgody Polski na wykorzystywanie ograniczania w dostępie do pomocy humanitarnej osobom dotkniętym konfliktem zbrojnym w osiągnięciu celów militarnych lub politycznych; na wykorzystywanie głodu jako broni przeciwko ludności cywilnej; na tworzenie obozów koncentracyjnych w celu rozwiązania konfliktu” – podkreślono.

“Obowiązkiem Izraela, jako siły okupującej, jest ochrona ludności cywilnej. Izrael tego obowiązku nie wypełnia” – dodano.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


List otwarty do Adama Michnika

Redaktor jest na urlopie, pod jego nieobecność przypominamy ważniejsze teksty z przeszłości. Dziś “List Otwarty do Adanma Michnika” z lutego 2014 roku. p.o. Administratora, Paulina Raniszewska &&&&&&&


List otwarty do Adama Michnika

Andrzej Koraszewski


Drogi Adamie!

Wracają lata trzydzieste i powraca klarowna dychotomia, albo jesteśmy po stronie łajdactwa, albo mówimy głośno NIE dla planów ludobójstwa, NIE dla obłędu antysemityzmu. Dla uczciwego człowieka nie ma tu niczego pośredniego. Nie wystarczy tu troskliwa pamięć o tych, których już nie ma, nie wystarczy sprzeciw przeciw antysemityzmowi kibiców czy internautów, nie ma miejsca dla formułek o rozłożonej winie. Podobnie jak w latach trzydziestych, albo należymy do tych, którzy żądają numerus clausus i ławkowego getta, albo stajemy razem z tymi, którym obiecuje się zagładę. Nie ma trzeciej drogi i nic tu nie zmienią okazjonalne bąknięcia, że ta czy tamta wypowiedź zapowiadających ludobójstwo jest być może nazbyt drastyczna, lub że jakaś karykatura nazbyt przypomina karykatury ze Stürmera.

Podejrzewam, iż uznasz moje stwierdzenie, że powróciły lata trzydzieste z ich antysemickim obłędem za przesadzone. Argumenty na rzecz tej tezy muszę z konieczności podawać w wielkim skrócie.

Okrzyk: „To nie antysemityzm tylko antysyjonizm” doskonale pamiętamy obaj z czasów Twojego relegowania ze studiów i pierwszego aresztowania. Dziś ten okrzyk wydaje się być hasłem ONZ, Unii Europejskiej i wielu rządów państw europejskich, Amnesty International, pism takich jak brytyjski „Guardian”, wielu Kościołów.

Zacznijmy od ONZ w latach 2002-2012 ta organizacja mająca dążyć do pokojowego rozwiązywania konfliktów wydała 435 rezolucji potępiających Izrael, 5 Koreę Północną, 4 Sudan. Jako historyk i człowiek, który poświęcił swoje życie obronie praw człowieka, masz prawdopodobnie wątpliwości, czy te proporcje odzwierciedlają problemy tego świata.

Kiedy i jak antysemityzm zaczął się ponownie wkradać do światowej polityki? Kiedy jako „antysyjonizm” stał się ponownie szacownym poglądem? Kiedy pod płaszczykiem udawanego współczucia dla Palestyńczyków stał się akceptowaną w towarzystwie formą poparcia dla ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej?

Obaj wiemy, że antysemityzm nie zniknął wraz z upadkiem Trzeciej Rzeszy. Stał się zaledwie niemodny. Holocaust nie przeszkadzał Brytyjczykom w ostrzeliwaniu statków wiozących uciekinierów z Europy. Nie przeszkodził im również w biernym i czynnym przygotowaniu armii arabskich do zagłady palestyńskich Żydów w 1948 roku. Mordy ocalałych Żydów polskich w Kielcach, Częstochowie i wielu innych miejscach były przy tym niemal niewinnym epizodem.

Napadnięty w dniu ogłoszenia niepodległości Izrael przetrwał napaść połączonych armii sąsiadów, co przy wielokrotnej przewadze w liczebności wojsk i uzbrojenia wydawało się cudem. Żydzi wbrew planom ich sąsiadów, na które było ciche przyzwolenie Zachodu, żyli nadal. Wywoływało to nie tylko arabską irytację. Antysyjonistyczne głosy w zachodnim świecie słychać było bardzo wyraźnie w końcu lat czterdziestych i w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Ta niechęć Zachodu do tego, że ci Żydzi nadal żyją, była tak wyraźna, iż Stalin zwęszył tu okazję do wstawienia nogi na Bliski Wschód. Przez kilka lat Związek Radziecki był głównym opiekunem Izraela w ONZ, a obóz socjalistyczny głównym dostawcą broni do tego kraju.

W tym czasie Zachód stworzył interesujący problem uchodźców palestyńskich. Arabowie, których armie najeźdźcze zachęcały do opuszczenia swoich domów na tydzień, póki nie oczyści się całej Palestyny z Żydów, w liczbie około 700 tysięcy znaleźli się w Jordanii, Libanie, Syrii, Egipcie i kilku innych krajach. Organizacja Narodów Zjednoczonych ustanowiła specjalną agencję, której zadaniem było pomaganie tym uchodźcom. Ta agencja nigdy nie protestowała przeciw pozbawieniu palestyńskich uchodźców wszelkich praw, przeciw trzymaniu ich przez pokolenia w obozach dla uchodźców, przeciw nadaniu uchodźcom palestyńskim osobliwego prawa do bycia uchodźcą przez wiele pokoleń. Przyjęta przez ONZ definicja uchodźcy jest klarowna. Uchodźcą jest się tylko do czasu zabezpieczenia normalnego życia. Dlatego Polacy przybyli z Kresów przestawali być uchodźcami w momencie, w którym mieli schronienie i możliwość podjęcia pracy. Czy wyobrażasz sobie powojenną Europę z polskimi uchodźcami trzymanymi przez dziesięciolecia w obozach, czy z niemieckimi wypędzonymi trzymanymi do dziś w obozach? Palestyńczycy żyją do dziś w obozach dla uchodźców, w większości krajów są pozbawieni prawa do nabycia domu, prawa do pracy, prawa do wykształcenia, prawa do swobody podróżowania. Współczujący Palestyńczykom mieszkańcy Zachodu z reguły nie wspominają losu, jaki zgotowały im państwa, które ich przyjęły, i nigdy nie zgłaszają pretensji do ONZ i rządów zachodnich za świadome i celowe podtrzymywanie piekła palestyńskich uchodźców.

Na czym zatem polega współczucie dla Palestyńczyków? Pozwolisz, że przedstawię to w najbardziej drastyczny sposób, otóż bardzo często jest to współczucie, że Żydzi utrudniają Palestyńczykom zabijanie Żydów. Słyszymy gromkie protesty, że okupujący oddzielają się murem od okupowanych, że w Izraelu Arabowie mający prawo do reprezentacji politycznej, do pracy w każdym zawodzie, pełny dostęp do oświaty, do niecenzurowanej prasy, którzy mają prawo do nabywania własności i wykonywania każdego zawodu (włącznie z pracą sędziego Sądu Najwyższego, dyplomaty reprezentującego kraj za granicą, czy oficera armii) są obywatelami drugiej kategorii, a Izrael nazywany jest krajem apartheidu.

Czy nie dziwi Cię to, Adamie, że ci sami ludzie są całkowicie obojętni na los Palestyńczyków w obozach dla uchodźców w krajach arabskich, na fakt pozbawienia ich elementarnych praw ludzkich, na to, że są świadomie i z premedytacją wykorzystywani jako mięso armatnie w konflikcie islamu z Żydami?

Czy zatem konflikt palestyńsko-izraelski jest rzeczywiście głównym problemem Bliskiego Wschodu, czy pozwalamy się okłamywać? Arabowie nie zgodzili się na utworzenie państwa palestyńskiego w 1947 roku, nie utworzyli na Zachodnim Brzegu państwa palestyńskiego w latach 1948-1967, odmawiają jego utworzenia dziś. Gaza jest dziś całkowicie samorządną enklawą, Zachodni Brzeg ma niespotykaną w dotychczasowych dziejach autonomię „terytoriów okupowanych”.

Zarówno w rządzonej przez Hamas Gazie, jak i w Autonomii Palestyńskiej są obozy dla uchodźców z obywatelami już nie drugiej, a piątej kategorii, o których prawa Zachód nigdy się nie upominał.

Palestyńczycy są więźniami arabskiego antysemityzmu. Tresowani do nienawiści, szczuci do nienawiści i kochani wyłącznie jako mordercy Żydów.

W innym liście otwartym (reakcji się nie doczekałem) proponowałem Lechowi Wałęsie, żeby zgłosił do Pokojowej Nagrody Nobla kandydaturę wspaniałego palestyńskiego lekarza z Gazy, autora książki Nie będę nienawidził, pewnie o nim nigdy nie słyszałeś, „Gazeta Wyborcza” nigdy o nim nie pisała. [ 1 ] Nawet dla Smoleńskiego byłoby to zbyt trudne.

A więc, czy konflikt izraelsko-palestyński jest centralną kwestia Bliskiego Wschodu, czy tym problemem są ci, którzy chcą, żeby Palestyńczycy zostali na zawsze więźniami muzułmańskiej nienawiści?

Postawmy to pytanie inaczej, czy dla muzułmanów wojna z Izraelem jest wojną religijną i czy chrześcijański  Zachód (wraz z jego lewicą laicką) opowiedział się w tej wojnie po stronie wyznawców Allaha?

Dla założyciela Bractwa Muzułmańskiego Hassana al-Banny to pytanie byłoby absurdalne. Dla niego było oczywiste, że sprawa Izraela to wojna z Żydami, która może się skończyć tylko po zabiciu ostatniego Żyda.

Co mówią jego następcy? Naczelny kapłan tego Bractwa mówił, że kolejny Holocaust będzie z ręki wiernych. Posłuchaj co mówił:

Może wolałbyś usłyszeć podobne wypowiedzi z ust obecnego przewodnika generalnego Bractwa Muzułmańskiego? Obsługująca ten region Marta Urzędowska z pewnością oszczędzi Ci tak drastycznych rzeczy, by nie zakłócać obrazu umiarkowanego Bractwa Muzułmańskiego.

Kusi mnie, żeby dać tu linki do pięciu, czy dziesięciu filmów z wypowiedziami kapłanów i polityków, ale muszę zachować umiar, powiem tylko, że zwrot „O Allahu, zabij ich co do jednego” powtarza się w nich z wielką regularnością.

Czy pamiętasz Adamie obrzydliwą atmosferę w Polsce po wojnie sześciodniowej na Bliskim Wschodzie? Władysław Gomułka zżymał się na tych, którzy odważali się wyrażać radość z powodu tego, że Żydom po raz kolejny udało się uniemożliwić próbę wymordowania ich. Czy pamiętasz jego wykrzywioną twarz, krzyczącą „Polak ma tylko jedną ojczyznę”. Antoni Słonimski odpowiedział na to z gorzką ironią: „Rozumiem, ale dlaczego to musi być Egipt?”

Czy zadałeś sobie kiedyś trud prześledzenia arabskiej propagandy w dniach poprzedzających tę wojnę? Sytuacja międzynarodowa odwróciła się, Związek Radziecki zbroił Egipt, Syrię, Irak i kilka innych krajów. Francja odważnie dostarczała broni Izraelowi.

Czy w obliczu otwarcie zapowiadanej zagłady pojawiły się na Morzu Śródziemnym jakieś amerykańskie lotniskowce, a może Brytyjczycy postawili Egiptowi ultimatum, może ONZ wzmocnił swoje siły pokojowe na Synaju? Nic z tych rzeczy, Związek Radziecki zagrzewał do wojny, reszta świata przyglądała się z zaciekawieniem.

A co zapowiadano? Spójrz na trzy karykatury z krajów arabskich opublikowane w przeddzień tej wojny:

Czy znasz słowo nakba, Adamie? To ciekawe arabskie słowo, oznacza ono klęskę i uczucie upokorzenia po nieudanej próbie wymordowania Żydów. To ważne słowo Adamie, osobliwy klucz do dzisiejszego świata. Po każdej nieudanej próbie wymordowania Żydów rośnie uczucie upokorzenia i natychmiast rozpoczynają się przygotowania do następnej takiej próby.

„Gazeta Wyborcza” prezentuje premiera Netanyahu jako polityka żądnego krwi, stojącego na drodze do pokoju. Nie pamiętam, żeby ta gazeta cytowała kiedykolwiek jego słowa: „Kiedy Arabowie odłożą broń, następnego dnia będzie pokój, kiedy Izraelczycy odłożą broń, następnego dnia przestaną istnieć”.

Czy te słowa ilustrują rzeczywistość, czy są, jak to ładnie nazywają dziennikarze Twojej gazety „retoryką”?

Świat islamu jest podzielony, liczba muzułmańskich ofiar z rąk muzułmanów liczy się w milionach ludzkich istnień. Świat islamu „łączy” tak naprawdę tylko jedna sprawa, wściekły, obłędny antysemityzm. Kiedy gniew ludu obraca się przeciw dyktatorowi, padają zarzuty, że był kryptosyjonistą i współpracował z Izraelem. Musiałeś widzieć karykatury Mubaraka i Kaddafiego z gwiazdą Dawida na czole, syryjska opozycja zarzuca Assadowi współpracę z Izraelem, a Assad zarzuca syryjskiej opozycji, że jest wspierana i zbrojona przez Izrael. Iran zarzuca krajom arabskim, że są uległe wobec Izraela i próbuje pozyskać zwolenników w tych krajach, przekonując, że dla nich wymordowanie Żydów jest świętym obowiązkiem. Szalony świat, w którym nieliczni liberałowie próbują wzywać do opamiętania. Czy ktoś ich słyszy? Czy to na nich koncentrujemy naszą uwagę?

I znów gorzka uwaga — nie pamiętam, żeby „Gazeta Wyborcza” zechciała udzielić swoich łam tym autorom opozycji egipskiej, irańskiej, libańskiej czy tureckiej, którzy nawołują do opamiętania.

Co się stało? Dlaczego niemal cała zachodnia inteligencja zaczęła opowiadać się po stronie otwartych, nie kryjących swoich zamiarów zwolenników ludobójstwa? Dlaczego ambicją zachodnich intelektualistów stała się otwarta lub dyskretna obrona Hamasu, Hezbollahu, Bractwa Muzułmańskiego, irańskich dyktatorów i każdego kto deklaruje gotowość wymordowania Żydów?

Twoi dziennikarze nie są w żaden sposób oryginalni, maszerują w karnym szeregu idących za obowiązującą dziś w świecie modą. Jest oczywiście różnica między Kostkiem Gebertem a Robertem Stefanickim, ale są to drobne różnice stylu i osobistej kultury. Duch jest ten sam jaki widzimy w BBC, w „Guardianie”, w wielu gazetach francuskich, holenderskich, czy belgijskich. Tego ducha bodaj najlepiej oddaje tytuł informacji w „Gazecie Wyborczej” o zamachu terrorystycznym na granicy egipsko-izraelskiej. Tytuł waszej notki brzmiał: „Izraelski samolot zaatakował pojazd, który wjechał od strony Egiptu”. Islamiści zaatakowali egipski posterunek graniczny, zamordowali 16 żołnierzy egipskich, ukradli dwa wojskowe pojazdy, którymi próbowali wjechać na teren Izraela, a Twoja gazeta pisze: Izraelski samolot zaatakował pojazd, który wjechał od strony Egiptu!

Odpowiesz, że w kolejnych dniach naprawiono ten błąd informując obszernie o tym incydencie. Adamie, ja piszę o duchu informowania o konflikcie, który z wielu powodów zdominował umysły współczesnego świata.

Jednym z najbardziej antysemickich miast dzisiejszej Europy jest Malmoe. Mieszkający w tym mieście Żydzi pospiesznie pakują walizki, szukając innego miejsca na ziemi ze względu na zagrożenie życia. Szwedzka prasa donosi o tym niechętnie, władze odwołują spotkania z izraelskim sportowcami, doniesienia na temat konfliktu na Bliskim Wschodzie często są tu takie, że artykuły Stefanickiego, Zawadzkiego czy Urzędowskiej należałyby do wyjątkowo obiektywnych.

Kiedy w 1971 roku przyjechałem na dworzec w Malmoe witał nas tam Natan Tenenbaum z zabawnym transparentem: „Wychodźstwo Starozakonne wita ostatniego arianina Rzeczpospolitej”. Zostawiałem za sobą zatęchła atmosferę polskiego antysemityzmu, który w tamtych czasach miał ohydną gębę najwyższych władz państwowych.

Szwecja tamtych czasów nie tylko wolna była od antysemityzmu, ale wyznaczała wzory moralne, jako kraj otwierający swoje granice dla prześladowanych.

Z pewnym zażenowaniem reagowałem, kiedy nazywano mnie uchodźcą politycznym. Nie byłem zdecydowany na otwartą walkę i ewentualne więzienie, nie byłem również gotowy na konformizm wobec tamtych władz w Polsce. Wyjechałem, bo chciałem żyć normalnym życiem. Na Ciebie i innych patrzyłem z niekłamanym podziwem i uważałem, że moim obowiązkiem jest poświęcenie części tego mojego normalnego życia w Szwecji na informowanie świata o waszych działaniach i o waszych losach. Po szwedzkiej stronie cudownych partnerów znalazłem w Amnesty International. Tamtej Szwecji już nie ma. Drogi moich dawnych przyjaciół poszły w różne strony. Jeden z nich widząc na tablicy ogłoszeniowej spółdzielczego domu towarowego dumny napis, że spółdzielnia bojkotuje żydowskie (przepraszam, izraelskie) towary, robi wściekłą awanturę, była przyjaciółka próbuje nas przekonać, że Izrael jest państwem apartheidu, mającym tysiące więźniów politycznych i że jest największym zagrożeniem dla pokoju na świecie.

Próbuję zrozumieć co się stało, jak ludzie, w których inteligencję i uczciwość nie mogę wątpić, wylądowali wśród sympatyków morderców i zwolenników ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej?

Nie mam na to pytane jednoznacznej odpowiedzi, ale bez wątpienia częścią wyjaśnienia jest skradziony autorytet moralny. ONZ miała być w założeniach autorytetem moralnym tego świata. Antoni Słonimski był przedstawicielem Polski kiedy kładziono powojenne zręby tej organizacji. Jego teksty z tamtego okresu tchną pięknym, naiwnym romantyzmem. Założyciel Amnesty International chciał tak niewiele, aby świat dowiadywał się o prześladowaniach tych, których uwięziono za ich poglądy, dziś jego organizacja wykorzystuje nagromadzony autorytet dla otwartego popierania terrorystów . Założyciel Human Rights Watch wycofał z niej swoje nazwisko i założył nową organizację, ponieważ ludzie, którzy przejęli założoną przez niego organizację, sprzeniewierzyli się jej pierwotnym celom.

Mam wrażenie, że wielu uczciwych ludzi pogubiło się w tym wszystkim ufając skradzionym autorytetom moralnym. Jednym z moich wielkich zawodów jest BBC, korporacja, która przez dziesięciolecia tworzyła standardy dziennikarskiej rzetelności. (Złośliwa anegdota głosiła, że Orwell nigdy na własne oczy nie widział żadnego totalitarnego kraju, ale pracował w BBC, więc miał doświadczenie z pierwszej ręki.)

Jednym z najważniejszych źródeł autorytetu moralnego „Gazety Wyborczej” były i nadal są życiorysy jej założycieli. W czasach gdy świat ponownie stanął na rozdrożu, lament nad losem umarłych nie zastąpi uczciwości intelektualnej wobec żywych.

W ubiegłą sobotę przesłałem Ci mail, w którym pisałem:

Drogi Adamie,
Wczoraj czołowe postaci Iranu zapowiedziały szybką likwidację Izraela, Sekretarz Generalny Hezbollahu oświadczył, że jego organizacja jest zaopatrzona w broń, która umożliwi śmierć dziesiątków tysięcy mieszkańców Izraela. Informacje o tym publikowałem wczoraj. Dziś New York Times poinformował o tym w notce na dalszych stronach, BBC, Guardian wcale, Ban Ki-Moon wspomniał, czytelnik „Gazety” nie miał szans się o tym dowiedzieć. Czy zapowiedź szybkiego ludobójstwa jest warta wspomnienia? Czy zniekształcenia informacji na temat konfliktu na Bliskim Wschodzie, które znajdujemy w „Gazecie Wyborczej” są groźniejsze niż te na stronach lewaków i neonazistów? Moim zdaniem tak. Uczciwy człowiek Wam wierzy. Tych zniekształceń jest u Was niestety bardzo dużo, w postaci przemilczeń, w postaci jednostronnej informacji ludzi, którym się wydaje, że jeśli dają informacje islamistów i zrównoważą ją informacją z Haaretz, to już są uczciwi.
Gdybyś chciał się dowiedzieć co się stało wczoraj w Teheranie to możesz to przeczytać tu. (Jest to link do naszego tekstu pod tytułem: „Iran — eliminacja Izraela jest bliska i bardziej możliwa niż kiedykolwiek”. ) Z Twojej gazety tego się nie dowiesz.
Otworzyłem dziś „Gazetę” i znalazłem Twój tekst o godności. Jak zawsze ciekawy, a jednak wolałbym, żeby najlepsza gazeta w tym kraju była lepszym źródłem informacji o świecie.
Serdeczne pozdrowienia

Andrzej

W poniedziałek przeczytałem w „Gazecie Wyborczej” artykuł Roberta Stefanickiego pod znamiennym tytułem: „Wystraszony Iran chce nastraszyć Izrael”. Wytłuszczony początek głosi:

Istnienie Izraela to obraza dla ludzkości — twierdził prezydent Iranu Mahmud Ahmadineżad. Irańscy przywódcy zaostrzają retorykę w odpowiedzi na groźby ataku, którymi szermują politycy z Izraela. Komentatorzy twierdzą jednak, że ta wojna nie wybuchnie.

W dalszej części artykułu autor cytuje niektóre wypowiedzi irańskiego prezydenta określającego Żydów jako „skorumpowaną nieludzką mniejszość sprzeciwiającą się wszystkim boskim wartościom”, stwierdzającego, że „stawianie czoła istnieniu tego sztucznego tworu syjonistycznego jest równoznaczne z obroną praw i godności wszystkich istot ludzkich”. Autor cytuje również słowa Najwyższego Przywódcy Alego Chameinego, że syjonistyczna rakowata narośl pozostaje największym problemem wszystkich muzułmanów i niebawem zniknie z pejzażu regionu.

Och, to stały rytuał, uspakaja nas dziennikarz „Gazety Wyborczej” i nie warto by było zwracać na te słowa uwagi, gdyby nie rosnące napięcie między Iranem a Izraelem.

Czy nie sądzisz, drogi Adamie, że mieszkańcy Izraela, którzy trzykrotnie bronili się przed ostateczną zagładą z rąk połączonych armii państw arabskich, mieszkańcy tego kraju liczącego niespełna 8 milionów ludności, na który tylko w tym roku spadło blisko 400 rakiet, którzy codziennie słyszą wezwania do anihilacji swego istnienia, mogą mieć na ten temat inne zdanie i że jest to dziennikarstwo, delikatnie mówiąc, łajdackie?

Czytajmy jednak dalej. Dziennikarz „Gazety Wyborczej” daje odpór (pamiętasz jak modne było to słowo w Polsce w 1968 roku w kręgach moczarowskich siepaczy?). Stefanicki pisze:

„Bloger w USA opublikował izraelskie plany zaatakowania Iranu: wojna zacznie się od cyberataku, następnie pociski balistyczne uderzą w irańskie instalacje nuklearne i centra dowodzenia, izraelskie myśliwce dokończą dzieła”. I następnie ten dziennikarz dodaje: „Zdaniem komentatorów publikacja była kontrolowanym przeciekiem z Jerozolimy”.

Ten tajemniczy bloger to Richard Silverstein, dość dobrze znany ze swoich antyizraelskich wystąpień, który wiele razy podawał kłamliwe informacje. Ta zaś oparta była na swobodnych dywagacjach innego blogera i nie miała nic wspólnego z żadnymi „przeciekami z Jerozolimy”.  Dziennikarz „Gazety Wyborczej” miałby przynajmniej dość przyzwoitości, żeby podać źródło. Użyj jednak wyobraźni, czy sądzisz, że władze Izraela chciałyby puszczać tak doskonałe plany, zdradzając swoją wyuzdaną taktykę? Jeden żałosny kłamca podpiera się innym żałosnym kłamcą i Twoja gazeta to publikuje.

Zostawmy Roberta Stefanickiego, wszystkie głosy na temat tego konfliktu są w „Gazecie” w podobnym duchu. Niemal wszystkie prezentują konflikt na Bliskim Wschodzie tak jakby były tam dwie strony, krzywdzeni muzułmanie i krzywdzący ich Żydzi. Palestyńczycy będący największą ofiarą współczesnego antysemityzmu, są dziś nosicielami najpotężniejszego ładunku nienawiści. Te różnice są jednak na granicy błędu. Głęboko niechętny stosunek do Żydów w Autonomii wynosi 97 procent, w Jordanii 97 procent, w Egipcie 95. Tylko izraelscy Arabowie mniej chętnie nienawidzą Żydów (35 procent).  Trudno się dziwić Palestyńczykom, ich życie od kołyski jest przygotowaniem do roli morderców.

Kończąc ten list chciałbym Ci pokazać krótki film z Iranu. Na tym filmie podczas wiecu nienawiści do Izraela, duchowny wzywa do wojennego okrzyku Allahu Akbar. Tłum milczy, tłum nie daje się podbechtać, w końcu przekazująca to na żywo telewizja puszcza muzykę.

Być może Adamie pora wsłuchać się w milczenie tego tłumu.

Drogi Adamie,

Nie wiem, czy kiedykolwiek przeczytasz ten list. Atmosfera lat trzydziestych powróciła i znów na prawo i lewo widzimy obłędną gębę morderczego antysemityzmu. Obrońcy osobliwej moralności próbują nas przekonać, że maleńki Izrael jest supermocarstwem zagrażającym światu. Egipski pisarz, żałuje, że jest już stary i nie może sam stanąć do walki, ale przekonuje, że strata dziesięciu milionów Egipcjan nie byłaby zbyt wielka, żeby uwolnić świat od Żydów.

On i wielu innych wierzą, że z pomocą Allaha, któregoś dnia to się wreszcie uda. Wątpię w pomoc Allaha, ale pomoc Zachodu dzielnie zbrojącego coraz liczniejsze armie arabskie jest widoczna gołym okiem. Pomoc tych, którzy otwarcie lub dyskretnie opowiadają się po stronie nienawiści, widoczna jest dla nielicznych. Najbardziej przekonujące są skradzione autorytety moralne, te bowiem przekonują ludzi uczciwych, kierujących się szlachetnymi intencjami.

Czy ludzie tacy jak Ty zdążą się ocknąć i czy usłyszymy ich głos? Nie wiem. Trudno w tej sprawie o optymizm. Musiałem jednak ten list napisać.
*Pierwsza publikacja w portalu “Racjonalista” , 22 sierpnia 2012r.

Uzupełnienie

Odpowiedzi od Adama Michnika nigdy nie dostałem, ale wiem, że ten list krążył wśród dziennikarzy  “Gazety Wyborczej”. Napisał do mnie Mariusz Zawadzki przekonując mnie, że jego łajdactwo to czysta cnota. Całkiem niedawno miałem długą i początkowo przyjazną wymianę zdań z Pawłem Smoleńskim, przyjazny ton się skończył, kiedy napisał obrzydliwy tekst po śmierci Ariela Szarona (piszę o tej naszej wymianie zdań w artykule pt.: Mała rzecz o brzydocie łajdactwa.  Z przyjemnością muszę odnotować, że dziś moje uwagi o artykułach Marty Urzędowskiej są niesprawiedliwe. Odnoszę wrażenie, że ta dziennikarka przeszła przez te dwa lata bardzo pozytywną ewolucję i nie  tylko widzi, ale i rozumie z tamtej rzeczywistości znacznie więcej, a co więcej, stara się uczciwie to prezentować.

Adam Michnik od dawna jest już tylko honorowym Naczelnym. Naczelnym Redaktorem tego dziennika jest Jarosław Kurski. Naczelny to twarz pisma, profil każdego pisma jest kształtowany przez jego redaktora naczelnego. Tak więc wszystkie świństwa, kłamstwa i brednie są jakoś powiązane z twarzą Jarosława Kurskiego. Żyjemy w czasach, w których brunatna fala wzrasta, a zwyczajna uczciwość staje się czymyś w niektórych kręgach zgoła wstydliwym.

Dobrzyń nad Wisłą, 14 lutego 2014r.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Yitzhak Rabin’s Syrian catastrophe that never happened

Yitzhak Rabin’s Syrian catastrophe that never happened

Jonathan S. Tobin


A 1993 attempt to give away the Golan Heights was a close escape for Israel. The unrepentant architect of that fiasco is now supporting Trump’s fantasies regarding Syria.

The Israeli border with Syria from the Golan Heights on July 3, 2025. Photo by Oren Cohen/Flash90.

Some scholars of history disdain counter-factual scenarios or, as they are popularly known, “what if” questions about the past, as a fanciful waste of time. They are wrong. As some of our most distinguished contemporary historians like Niall Ferguson and Andrew Roberts often point out, they are extremely helpful in understanding the past as well as our current dilemmas.

While some people who write about history are determinists and act as if everything that wound up happening was predestined to occur, the truth is that no one ever knows what the future will bring. Whether because of a matter of chance or factors not fully appreciated at the time, any single action can change what follows. As Eugene Rice, the eminent scholar who once chaired Columbia University’s history department, taught me a long time ago, everything in history is “evitable.” Unless you examine those “what if” scenarios, which might have led to very different historical outcomes—whether losing wars that were won or the absence of leaders who made a profound difference—you can’t fully appreciate how history turned out.

Or, for that matter, the world we must live in today.

Rabin’s Golan gambit

Recent events in Syria, with the regime that succeeded the brutal dictatorship of Bashar Assad engaging in the attempted slaughter of that country’s Druze population, which was stopped by Israeli intervention, reminded me of the importance of considering counterfactual historical questions.

One of the most intriguing and scary “what if” scenarios about recent Middle East history concerns the foreign-policy project that was the late Israeli Prime Minister Yitzhak Rabin’s top priority when he took office in 1992: an attempt to trade the Golan Heights to Hafez Assad, Bashar’s even more brutal father, and the dictator of Syria from 1971 until his death in 2001.

Curiously, the architect of that attempt—Itamar Rabinovich, former Israeli ambassador to the United States—was back in the news last week, lambasting the government of Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu for its decision to use force to try to save the Druze. The 82-year-old Rabinovich’s comments about recent events merely reflected the reflexive contempt from the Israeli left and The New York Times of anything that the current Israeli government and its leader do. The idea that it is “discordant” or that the rescue mission “runs against the effort to negotiate”—as if the theoretical chance that the current Syrian government run by former members of Al-Qaeda and ISIS are realistic candidates for inclusion in the Abraham Accords is more important than saving the lives of the Druze—is both risible and offensive.

But it did show that as far as the editors of The Times and foreign-policy establishment are concerned, the long-discredited views of Rabinovich still make him a credible source of analysis about Syria or U.S.-Israel relations. And that ought to matter to those who hope that the Trump administration will not be led down the garden path toward another attempt to pressure Israel to make dangerous concessions to Syria.

Rabinovich served as Rabin’s ambassador to Washington from 1993 to 1996. A professor at Tel Aviv University who would eventually become its president, he came to Rabin’s attention because of his scholarly work in which he sought to argue that David Ben-Gurion, Israel’s first prime minister, missed an opportunity to make peace with Syria in 1949, in the immediate aftermath of the War of Independence. The book he wrote on that subject, The Road Not Taken: Early Arab-Israeli Negotiations, won the National Jewish Book Award in 1992. His deep dive into this subject was an effort to promote a different counterfactual in which readers were asked to imagine whether a negotiated peace with Syria was possible, and what that might have meant for the Jewish state’s future and the region.

The conceit of the book was utterly implausible. The reign of the one Syrian leader who flirted with the concept of talks with Israel, military dictator Husni Al-Zaim, was brief. He was overthrown and executed only a few months after he took power from his predecessors. These coup d’états were the first in a series of such seizures of power that would follow over the next two decades until the Assad clan seized control in Damascus and ruled for more than half a century. Syria was no more ready for peace with Israel than most of those who still seek Israel’s destruction are today.

The ludicrous notion that peace with Syria was possible and thrown away by a belligerent Israeli leader in 1949 was typical of the thought of a generation of Israeli “new historians” that came into prominence in the 1980s and 1990s. They sought to debunk traditional narratives about Israel being an embattled small country beset by bloodthirsty enemies. And, as Rabin’s choice of Rabinovich to both represent the Jewish state in Washington and lead a new attempt to negotiate peace with Syria showed, this intellectual fashion had a real impact on policy with disastrous consequences.

For a brief period, Rabinovich was the face of an all-out diplomatic offensive aimed at convincing the Israeli people that they should give up the strategic Golan in the hope of peace with the Assad regime. Rabin had opposed any idea of giving up the Golan or negotiating with the terrorists of the Palestine Liberation Organization during his campaign in the 1992 election, when he sought to defeat then Prime Minister Yitzhak Shamir and his Likud Party. But he went back on his word when he won and began a diplomatic offensive with Syria while Foreign Minister Shimon Peres authorized secret talks with representatives of the PLO’s Yasser Arafat in Oslo, Norway.

A quest for a ‘New Middle East’

The Syrian gambit failed as a matter of diplomacy and domestic politics.

Assad was perfectly willing to accept the gift of the Golan from which Syrian artillery had shelled Israeli farmers in the Galilee from 1949 to 1967, though he showed little interest in actual peace, much to the frustration of the Bill Clinton administration and Rabin.

Even in those heady days of optimism about the possibility of peace, the Israeli public was outraged about the idea of giving up a beautiful region that provided their country with strategic depth (as the opening days of the 1973 Yom Kippur War had proved when Syrian invaders breached its defenses but were stopped before reaching the rest of the country) and where many Israelis had settled. In the early 1990s, the country was plastered with signs, banners and bumper stickers proclaiming in Hebrew, Ha’am im haGolan (“The people are with the Golan”), which proclaimed fervent opposition to Rabin’s scheme for surrendering it.

In August 1993, when Assad was still stringing along Rabinovich and U.S. Secretary of State Warren Christopher, Rabin decided to prioritize the Palestinian track that led to the signing of the Oslo Accords.

Seen in retrospect, the project to give up the Golan in a vain attempt to trade land for peace with Syria was a close escape from disaster. The notion that the Assad regime was ready to end Syria’s war to destroy the Jewish state was a delusion. It was fervently embraced by a generation of Israeli and American diplomats, politicians and journalists who cheered for them. They were desperate to create—in the words of Peres—a “new Middle East” in which the conflict would end. Then, Israel and its neighbors, including Palestinian Arabs and Syrians, might resemble Belgium, Luxembourg and the Netherlands, rather than combatants in a bitter century-long struggle rooted in an implacable belief that the Jewish state must be eradicated.

Given the dismal results of their efforts in which Israeli attempts to trade land for peace via the 1993 Oslo Accords with the Palestinians led to the bloodshed of the Second Intifada, the 2005 withdrawal from Gaza, the creation of a Hamas-run terror state, and ultimately, the horrors of Oct. 7, 2023, it’s difficult to think of the high hopes of the peace processors with anything but sorrow and anger. But many people were infatuated with the idea that anything was possible in the wake of the collapse of the Soviet Union and the inauguration of a unipolar world in which democracy and peace would flourish everywhere.

That dream was predicated on the notion that deep-seated hatreds and the eliminationist ideology that was at the heart of both Palestinian nationalism and the mindset of an Arab world that viewed a Jewish state in their midst as an intolerable affront to their honor and faith could simply be wished away.

Rabinovich has never conceded that his efforts were futile. He has continued to write about the 1993 Syrian diplomatic track as being as much of a missed opportunity as his cherished myth about 1949. Like many other Israelis and Americans who devoted years to trying to push for more concessions to the Jewish state’s foes in the belief that doing so would magically make peace, there has been no accountability for his mistakes, except with respect to the Israeli public’s repeated rejections of those ideas at the ballot box. He has spent the rest of his life accepting honors from the academic and foreign-policy establishments while those who have opposed these foolish and destructive ideas are still described by most academics, diplomats and newspapers like the Times as “extremists” and “hardliners” who don’t want peace.

View of a vineyard in the northern Golan Heights, July 2, 2025. Photo by Michael Giladi/Flash90.

What if Israel had given up the Golan?

Let’s play the counter-factual game and try to imagine what would have been the consequences if Assad had, like Arafat, played the Rabin and Clinton administrations more cleverly.

Assad could have gotten an Oslo Accords-like deal in which he would have been given an enormously valuable tangible asset in exchange for airy promises about peace that he would have had—like Arafat’s talk of peace while fomenting, subsidizing and planning a renewed terrorist offensive against Israel in which he hoped to diminish it further on the way to its destruction—no intention of fulfilling.

In the years after Oslo, Israel paid dearly in blood for surrendering much of Judea and Samaria, and the Gaza Strip, to Arafat’s newly proclaimed PLO-run Palestinian Authority. The whole thing exploded—literally, as well as figuratively—after Clinton and then Prime Minister Ehud Barak offered Arafat an independent state with control of part of Jerusalem in 2020. Arafat was convinced that the Israelis and their American allies were weak and could be bludgeoned into even greater surrenders, and he followed up his refusal with a terrorist war of attrition in the form of the Second Intifada (2000-05) that cost more than 1,000 Israeli lives and many more Palestinian ones.

Israeli Prime Minister Ariel Sharon’s withdrawal in the summer of 2005 of every Israeli soldier, settler and settlement from Gaza was another experiment in land for peace. It led to the creation of an independent Palestinian terror state led by Hamas. It was used as a launching pad for rockets and missile attacks on Israelis for 16 years before Hamas used it to fulfill their plans for the genocide of Israelis on Oct. 7.

The same could have been true of the Golan, making life in Israel’s north intolerable. And once Israel would have given up the region under the auspices of Washington, undoing the damage by taking it back from an internationally recognized nation, rather than just a terrorist group, might have been even more difficult than the war to ensure that Hamas and Palestinian terrorists could not repeat their horrific crimes of Oct. 7.

One might argue that possession of the Golan and the prestige that the pain this would have meant for Israel would have bolstered the Assad family’s barbarous minority regime, whose hold on a country made up of a mosaic of faiths and ethnic groups was predicated on a willingness to butcher its citizens. Maybe that would have allowed it to avoid the tumult of the 2010 Arab Spring, which ignited a bloody civil war that led to hundreds of thousands of dead Syrians and forced millions out of their homes. But that’s highly unlikely when you consider Bashar Assad’s weakness when compared to his even more terrible father.

In the following years, chaos spread throughout Syria. President Barack Obama’s punting on his “red line” threat to Assad not to use chemical weapons on his own people led to interventions by Iran, its Hezbollah terrorist auxiliaries and Russia. Israelis were grateful that they had never given up the Golan, the fearsome geographic barrier to invasion from the East. If they had, a diminished Israel, shorn of its main line of defense, would have been inevitably drawn into the Syrian civil war with unimaginable consequences for its security and existence.

Trump’s Syria delusions

That’s something to keep in mind as the Trump administration, besotted with the mad idea of including a government made up of ex-jihadis into an expanded Abraham Accords, leans on Israel to facilitate this project.

The cost of doing so would mean not just an Israeli promise to stay out of Syria’s internal conflicts, leaving the Druze to their fate at the hands of their Sunni Islamist enemies. It would also mean the withdrawal of Israel from the buffer zones it seized after Assad’s fall. And anyone who thinks that a Syrian government, whether run by ex-jihadis or a non-existent liberal faction, would agree to normalization with Israel without forcing it to give up the Golan Heights, which President Donald Trump recognized in his first term as Israeli sovereign territory, is dreaming.

Trump has lifted sanctions on Damascus and took the country’s new leader, Ahmed al-Sharaa, better known by his nom de guerre Abu Mohammed al-Julani, off the terrorist watch list (with a $10 million bounty for the capture of this foreigner Al-Qaeda operative) and even shook his hand in Riyadh at the behest of the Syrian’s Saudi allies.

Reportedly, Washington is upset with Netanyahu for his skepticism about the project and his use of force to save the Druze because it interferes with his scheme for including Syria in his plans for the Middle East. According to some in the administration, that vision, if not quite the Benelux of Peres’s dreams, will be a place where the Iranian-led war against Israel will be replaced by trade and mutual recognition.

Even if al-Julani proves—as his murders of the Druze and other minorities illustrate—to be the same Islamist terrorist he always was, these gestures cost America nothing. However, if the administration thinks that the debt Israel owes Trump for joining the attack on Iran’s nuclear program and his steadfast support for the Jewish state means it must gamble its security on the delusion that al-Julani and friends are potential peace partners, Netanyahu—who played along with Clinton’s and Obama’s efforts to convince him to repeat Rabin’s folly but never promised to give up the Golan—must refuse.

The counterfactual scenario advocated by Rabin and Rabinovich to surrender the Golan is a warning from the not-so-distant past. Israelis and Americans should not give in to magical thinking about the Middle East, and the Muslim and Arab worlds, where the hatred for Jews, Israel, and just as importantly, America and the West, is still mainstream.


Jonathan S. Tobin is editor-in-chief of the Jewish News Syndicate, a senior contributor for The Federalist, a columnist for Newsweek and a contributor to many other publications. He covers the American political scene, foreign policy, the U.S.-Israel relationship, Middle East diplomacy, the Jewish world and the arts. He hosts the JNS “Think Twice” podcast, both the weekly video program and the “Jonathan Tobin Daily” program, which are available on all major audio platforms and YouTube. Previously, he was executive editor, then senior online editor and chief political blogger, for Commentary magazine. Before that, he was editor-in-chief of The Jewish Exponent in Philadelphia and editor of the Connecticut Jewish Ledger. He has won more than 60 awards for commentary, art criticism and other writing. He appears regularly on television, commenting on politics and foreign policy. Born in New York City, he studied history at Columbia University.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Irlandia pierwszym krajem w Europie, który wprowadza zakaz importu z Izraela

Simon Harris – Irlands regeringschef


Irlandia pierwszym krajem w Europie, który wprowadza zakaz importu z Izraela

Hank Berrien


Po raz pierwszy od klęski nazistowskich Niemiec jakikolwiek europejski rząd promuje prawo, które wprost nawołuje do bojkotu towarów produkowanych przez Żydów.

Rząd Irlandii, który w ostatnich latach otwarcie demonstrował swoją wrogość wobec Izraela, poszedł o krok dalej w atakach na państwo żydowskie, stając się pierwszym krajem w Europie, który wprowadził przepisy zakazujące importu z biblijnych terenów Judei i Samarii.

Irlandzki minister spraw zagranicznych i handlu, a zarazem były premier Simon Harris, przedstawił projekt ustawy zatytułowany: „Ogólny plan zakazu importu towarów z izraelskich osiedli na okupowanym terytorium palestyńskim” (ang. General Scheme of the Israeli Settlements in the Occupied Palestinian Territory (Prohibition of Importation of Goods) Bill). Jak informuje Jerusalem Post, ustawa została przyjęta przez irlandzki rząd i obecnie musi uzyskać zatwierdzenie Komisji ds. Spraw Zagranicznych i Handlu w Oireachtas (irlandzkim parlamencie) w ramach tzw. wstępnego przeglądu legislacyjnego.

— Sytuacja w Palestynie pozostaje kwestią głęboko niepokojącą opinię publiczną — oświadczył Harris. — Wielokrotnie podkreślałem, że nasz rząd wykorzysta wszystkie dostępne narzędzia, by zareagować na przerażającą sytuację w terenie oraz przyczynić się do długofalowych wysiłków na rzecz osiągnięcia trwałego pokoju opartego na rozwiązaniu dwupaństwowym.

— Irlandia zabiera głos i potępia działalność ludobójczą w Gazie — dodał Harris w rozmowie z dziennikarzami, zachęcając inne państwa, by poszły za jej przykładem. — Każdy kraj musi wykorzystać wszelkie środki, jakie ma do dyspozycji.

Były minister sprawiedliwości i równości, a także minister obrony Alan Shatter ostro skrytykował Harrisa na platformie X, pisząc:

Tylko Simon Harris i obecny rząd mogliby być tak nierozsądni, by stworzyć akronim PIGS (świnie) jako nazwę dla ustawy, która ma na celu bojkot towarów produkowanych przez Żydów. Rząd z dumą opublikował swoją farsową wersję ustawy o okupowanych terytoriach (OTB) — po raz pierwszy od czasu klęski nazistowskich Niemiec jakikolwiek europejski rząd promuje prawo, które wprost nawołuje do bojkotu towarów produkowanych przez Żydów i penalizuje tych, którzy je importują.

W grudniu ubiegłego roku izraelski minister spraw zagranicznych Gideon Sa’ar ogłosił, że Izrael zamknie swoją ambasadę w Irlandii, powołując się na „skrajnie antyizraelską politykę” tego kraju.

— Działania Irlandii i stosowana przez nią retoryka antysemicka są zakorzenione w delegitymizacji i demonizacji państwa żydowskiego oraz podwójnych standardach. Irlandia przekroczyła wszystkie czerwone linie w relacjach z Izraelem — powiedział Sa’ar. — Izrael będzie inwestował swoje zasoby w rozwijanie relacji dwustronnych z państwami na całym świecie, kierując się m.in. ich stosunkiem do Izraela.

Premier (Taoiseach) Irlandii Simon Harris skomentował:

To niezwykle godna pożałowania decyzja rządu Netanjahu. Kategorycznie odrzucam twierdzenie, że Irlandia jest krajem antyizraelskim. Irlandia opowiada się za pokojem, prawami człowieka i prawem międzynarodowym.

Pomimo zapewnień Harrisa, że irlandzki rząd nie jest antyizraelski, fakty sugerują co innego.

W lutym 2024 ówczesny premier Leo Varadkar potępił możliwą izraelską operację przeciwko twierdzom Hamasu w Rafah, określając ją jako „rażące naruszenie prawa międzynarodowego, do długiej listy innych naruszeń, za które odpowiada Izrael”. Dodał też ostro, krytykując nieustępliwość Izraela:

Jest dla mnie całkowicie oczywiste, że Izrael nie słucha już żadnego kraju na świecie — nie sądzę nawet, że słuchają już Amerykanów. Są zaślepieni gniewem.

W maju 2024, zaledwie kilka dni po tym, jak Harris stwierdził: „brzydzę się działaniami rządu Netanjahu w związku z sytuacją na Bliskim Wschodzie”, Irlandia oficjalnie uznała państwo palestyńskie.

Harris ogłosił wówczas:

Rząd uznaje Palestynę za suwerenne i niepodległe państwo oraz zgadza się na nawiązanie pełnych stosunków dyplomatycznych między Dublinem a Ramallah. Chcieliśmy dokonać tego uznania na zakończenie procesu pokojowego. Jednak wraz z Hiszpanią i Norwegią zdecydowaliśmy się na ten krok, by utrzymać cud pokoju przy życiu.

7 listopada irlandzki parlament przyjął niewiążącą uchwałę potępiającą Izrael, w której stwierdzono:

Na naszych oczach Izrael dokonuje ludobójstwa w Gazie.

Irlandia dołączyła też do sprawy wniesionej przez RPA przeciwko Izraelowi przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości (MTS). Przypomnijmy, że dopiero w 1996 roku Irlandia pozwoliła na otwarcie izraelskiej ambasady w swoim kraju — jako ostatnie państwo Unii Europejskiej.

Jeszcze wcześniej, w maju 1945 roku — zaledwie kilka dni po samobójstwie Adolfa Hitlera — ówczesny irlandzki premier Éamon de Valera udał się do nazistowskiego ambasadora Eduarda Hempela, by „złożyć mu kondolencje”. Jak sam twierdził:

Z pewnością nie zamierzałem jeszcze bardziej upokarzać go w godzinie klęski.


[webmaster]


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


US Congress Pushes to Designate Muslim Brotherhood as a Terrorist Organization

US Congress Pushes to Designate Muslim Brotherhood as a Terrorist Organization

Corey Walker


US Sen. Ted Cruz (R-TX) speaking at a press conference about the United States restricting weapons for Israel, at the US Capitol, Washington, DC. Photo: Michael Brochstein/Sipa USA via Reuters Connect

Members of the US Congress are moving quickly to designate the Muslim Brotherhood as an official terrorist organization.

Sen. Ted Cruz (R-TX) announced on Tuesday that he will reintroduce an updated version of the Muslim Brotherhood Terrorist Designation Act.

“In the coming days, I will be circulating and re-introducing a modernized version of the Muslim Brotherhood Terrorist Designation Act, which I have been pushing for my entire Senate career,” he posted on X/Twitter. “The Muslim Brotherhood used the Biden administration to consolidate and deepen their influence, but the Trump administration and Republican Congress can no longer afford to avoid the threat they pose to Americans and American national security.”

Meanwhile, Rep. Jared Moskowitz (D-FL) sent a letter to the White House on Tuesday asking US President Donald Trump to open an investigation into the Muslim Brotherhood, saying that the group maintains “a documented history of promoting extremist ideologies.”

“Egypt, Saudi Arabia, and the UAE all declared the Muslim Brotherhood an FTO [foreign terrorist organization] over a decade ago, and France is considering its own action. Following suit would help the US disrupt the Muslim Brotherhood’s ability to recruit and finance terror around the globe,” Moskowitz wrote on X/Twitter.

The push to proscribe the Muslim Brotherhood gained momentum last month, when the Institute for the Study of Global Antisemitism and Policy (ISGAP) organized a meeting to help members of Congress develop “strategies to ban the growing threat of the Muslim Brotherhood in the United States,” the research group said in a press release.

“The Muslim Brotherhood appears to be the intellectual inspiration behind all Islamist groups (and their jihadist offshoots) that operate today, such as ISIS, al Qaeda, and Hamas,” ISGAP wrote in a 2023 report. “Sunni jihadist groups are grounded in the firm ideological roots that key MB [Muslim Brotherhood] ideologues pioneered in the last century.”

Hamas, the internationally designated terrorist group that has ruled Gaza for nearly two decades and perpetrated the largest single-day massacre of Jews since the Holocaust with its invasion of Israel on Oct. 7, 2023, is a Palestinian offshoot of the Muslim Brotherhood. Both Cruz and Moskowitz noted that Hamas is a “branch” and an “affiliate” of the global Islamist movement.

While several countries in the Middle East have already classified the Muslim Brotherhood as a terrorist organization, the United States has yet to do the same, despite several attempts by Congress over the years. During Trump’s first term in office, officials in both the White House and Congress took initial steps toward sanctioning the group’s international branches, but a formal designation was never finalized.

US lawmakers believe they have identified multiple pathways to economically cripple the internationally designated terror organization. Congress could combat the Muslim Brotherhood by designating it a Foreign Terrorist Organization (FTO) or placing it on the Specially Designated Global Terrorist (SDGT) list. Both options would levy heavy penalties on the group through methods such as freezing its assets or sanctioning its leadership.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com