Archives

New York Is Right to Keep Antisemitic Protests Away From Synagogues


New York Is Right to Keep Antisemitic Protests Away From Synagogues

Joel M. Margolis


Nov. 19, 2025, New York, New York, USA: Anti-Israel protesters rally outside of Park East Synagogue. Photo: ZUMA Press Wire via Reuters Connect

Hamas’ October 7 massacre, and the subsequent war against Israel, motivated sympathizers of the terrorist group to persecute Jews worldwide, even though the practice of blaming Jews for the actions of Israel is a globally recognized form of antisemitism.

In the US, dozens of these antisemitic campaigns targeted synagogues.

In recent months, the bigoted rallies grew especially menacing at two New York synagogues that hosted events for a non-profit corporation called Nefesh B’Nefesh (NBN). NBN conducts information fairs that promote “aliyah” (immigration) to Israel, and it guides interested parties through the naturalization process.

During the NBN gatherings, congregants could not enter or exit the synagogues without encountering harassment and intimidation by hundreds of angry demonstrators.

The haters obstructed the entrances while screaming antisemitic obscenities and incitements such as “Intifada revolution” and “Resistance you make us proud; take another settler out.” At one of the synagogues, the protestors endorsed antisemitic terrorism by chanting, “Say it loud, say it clear, we support Hamas here.” Meanwhile, a member of the crowd repeatedly shouted, “We need to make them scared.”

On January 13, 2026, New York Governor Kathy Hochul (D) pledged to curb such synagogue-focused hostility by legislating protest-free buffer zones for all houses of worship. Each buffer zone would form a 25-foot perimeter around the property of the religious institution. Outside the boundary, demonstrators could freely exercise their First Amendment right to scream and shout. Inside the line, worshipers could safely enter and exit the facility, engage in their freedoms of speech and religion, and enjoy their right of privacy to avoid the rowdy mob.

Pro-Palestinian organizations oppose the New York buffer zone proposal. The advocates claim that NBN illegally sells “stolen” Palestinian land. In their view, the slated law would not only “censor” their free speech right to denounce the alleged NBN crimes, but make New York State “complicit” in the supposed wrongdoing. They call the information fairs “non-religious political events.”

New York City Mayor Zohran Mamdani (D), who is openly pro-Palestinian, remains noncommittal on the buffer zone scheme. But he opposes NBN, arguing that “sacred spaces” should not be used to breach international law.

The mayor and buffer zone opponents misconstrue the applicable law. The 1994 Freedom of Access to Clinic Entrances (FACE) Act prohibits close-range harassment, intimidation, and physical interference at houses of worship, as well as reproductive health clinics.

Within this Federal framework, states and municipalities have enacted buffer zones to separate potentially dangerous protestors from those who frequent the protected sites. The Supreme Court has upheld the use of buffer zones to balance the adversarial rights involved. Based on subsequent case law, a thin, 25-foot buffer zone, such as the one designed for New York, is valid because it is “narrowly tailored” to meet its Constitutional goals.

Demonstration organizers cannot credibly portray NBN presentations as non-religious political events. In Judaism, “making aliyah” means “going up” to settle in the Biblical Promised Land. The ascent is a religious rite that Jews have performed for millennia. That is why NBN extends its outreach to synagogues. Even if NBN’s operations were purely political, they would deserve just as much First Amendment protection as any religious affair.

Another misconception is that NBN sells land. In reality, the outfit merely provides guidance on how to find housing.

The broader accusation that Israel illegally builds settlements on occupied Palestinian land is also untrue. The territories claimed by Palestinians have already been lawfully allocated to the state that became Israel, pursuant to the 1920 San Remo Treaty and 1922 British Mandate for Palestine. Occupation law applies when a state captures foreign land, but not when it settles its own land. A temporary exception to Israel’s sovereign reach was established when Israel and the Palestinians negotiated interim spheres of territorial control — called “Areas A, B and C” — in the Oslo Accords of the 1990s. Those limits are strictly observed by Israelis.

The International Court of Justice ruling referenced by the protest partisans to claim NBN is selling or promoting settlement on stolen land was an “advisory opinion,” which means it had no legally binding effect. It’s just as well. A dissenting judge on the court rightly rebuked the decision for failing to recognize Israel’s territorial rights. The US government recognizes Israel’s territorial rights. Any buffer zone objectors who dispute that US position should lobby the Trump administration, not Governor Hochul, because the Constitution reserves matters of international relations exclusively for the Federal government.

Regardless of whether Israeli settlements comply with international law, nothing in that legal realm can supersede the Constitutional safeguards planned for New York’s synagogues. The US government is legally barred from accepting any international obligation inconsistent with the Constitution.

The current trend of unbridled antisemitism has trampled on Jewish civil rights. Some of the worst offenders are those who harass Jews at the entrances to their synagogues. A buffer zone is the bare minimum needed to keep that threat at bay.


Joel M. Margolis is the legal commentator of the American Association of Jewish Lawyers and Jurists, the US affiliate of the International Association of Jewish Lawyers and Jurists.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Iść, żuć gumę i nie myśleć, czyli anatomia ideologicznego odruchu


Iść, żuć gumę i nie myśleć, czyli anatomia ideologicznego odruchu

Anna Grabowska (Anne Goldschmid)


Wystarczyło, że zobaczyłam sam tytuł. Nawet nie musiałam czytać tekstu, nie znałam jeszcze nazwiska autorki, a już wiedziałam, kto go napisał. “Czy można jednocześnie iść i żuć gumę?” – pytanie pozorne, retoryczne ale oczywiście z tezą wpisaną w samą konstrukcję zdania. Bo po co pytać, łatwiej ustawić rozmowę od pierwszej linijki, czyli: jedni potrafią myśleć wielowątkowo, inni wcale. Jedni są “świadomi”, inni prymitywni a co najmniej moralnie podejrzani. Ten ton, ta pewność, to intelektualne samozadowolenie podszyte moralnym potępieniem znałam aż za dobrze. Znałam je, bo wcześniej już się z nimi zderzyłam. Jeszcze w czasie słynnej “humanitarnej” flotylli do Gazy, gdy skrytykowałam jeden z tekstów Patrycji Wieczorkiewicz. Spokojnie, rzeczowo, bez inwektyw i bez personalnych wycieczek. W odpowiedzi zostałam nazwana “fanatyczką mordowania dzieci”. Gdy zapytałam, na jakiej podstawie, nie padł żaden cytat, żaden argument, żadne odniesienie do treści mojej wypowiedzi. Jedynym “dowodem winy” zdaniem Wieczorkiewicz była flaga Izraela w moim zdjęciu profilowym.

I w tym momencie wszystko stało się jasne. Nie chodziło o poglądy ani argumenty. Nie chodziło nawet o spór. Pani Patrycji chodziło o znak. Flaga wystarczyła, by uruchomić cały repertuar gotowych reakcji – automatycznych i bezrefleksyjnych, jak ślinotok u psa Pawłowa. Bodziec zadziałał. Ideologiczny odruch został wyzwolony. Nie było już potrzeby myślenia, słuchania, rozróżniania. Nastąpiła sekwencja: dehumanizacja, moralne potępienie, zamknięcie rozmowy. Czyli jak zwykle, nie była to reakcja kogoś, kto się nie zgadza, tylko reakcja ideologii, która rozpoznaje wroga po symbolu, a nie po treści.

Dokładnie ten sam mechanizm działa w tekście Patrycji Wieczorkiewicz opublikowanym przez Krytykę Polityczną. Już w leadzie czytamy: “Gdzie są ci od ‘wolnej Palestyny’, kiedy w Iranie władza morduje demonstrantów? – pytają osoby, które do dziś usprawiedliwiają izraelskie zbrodnie w Gazie”. To zdanie nie jest niewinnym pytaniem, tylko od razu zbiorowym oskarżeniem. Nie pada ani jedno nazwisko, ani jeden cytat, ani jedno konkretne zdanie, które miałoby owo “usprawiedliwianie zbrodni” dokumentować. A więc, najpierw tworzy się figurę moralnie skażonego przeciwnika, a potem – z pełną powagą – rozprawia się z jego rzekomą hipokryzją. Jeśli unieważni się rozmówcę moralnie, nie trzeba już z nim rozmawiać.

Autorka pisze dalej: “Gdy na początku 2024 roku zaangażowałam się w sprawę palestyńską, sprzeciwiając się zbrodniom popełnianym przez Izrael w Strefie Gazy, niektórzy zarzucili mi hipokryzję”. W jednym zdaniu zawarte są trzy skróty myślowe; po pierwsze, Izrael zostaje nazwany sprawcą “zbrodni” bez żadnego rozróżnienia między kontekstem wojny, intencją, Hamasem, tarczami ludzkimi. Po drugie, każdy, kto pyta o Iran, zostaje zredukowany do kogoś, kto “zarzuca hipokryzję”, a więc działa w złej wierze. Po trzecie, znika pytanie zasadnicze: czy można jednocześnie potępiać śmierć cywilów w Gazie i mówić o roli Iranu jako sponsora Hamasu? W tym tekście – nie można. To już byłby dysonans.

Wieczorkiewicz pisze też, że jej krytycy twierdzą, iż “wspiera islamski zamordyzm”. To kolejna figura zastępcza. Krytycy nie imputują intencji. Wskazują fakt: Iran finansuje, zbroi i ideologicznie wspiera Hamas od lat 90. To nie jest wyssana z palca opinia, tylko udokumentowana rzeczywistość. Ale w tym tekście fakt natychmiast zamienia się w “nagonkę”, bo fakt burzy “świętą” konstrukcję ideologiczną.

Widać to aż nadto jaskrawie we fragmencie poświęconym Adamowi Szostkiewiczowi, który – jak pisze autorka – “od lat zajmuje się dbaniem o pozytywny wizerunek Izraela w Polsce”. Czyli znowu, żadna polemika z argumentem, a przypisanie intencji. Jeśli ktoś nie mówi tego, co trzeba, ergo, tego co mówi Wieczorkiewicz, to znaczy, że “dba o wizerunek”, “relatywizuje” I oczywiście “uprawia hasbarę”. Słowo “hasbara” pojawia się tu jak wytrych: “Czy wynika on z intelektualnego lenistwa, czy jest cynicznym graniem hasbarą?”. Pytanie pozorne, bo odpowiedź przecież już została zasugerowana. Hasbara w tym tekście nie jest pojęciem opisowym, jest epitetem, po którym nie trzeba już niczego dowodzić.

Dalej czytamy: “To klasyczny whataboutism: nieautentyczna troska, której celem nie jest pomoc ofiarom, lecz zdyskredytowanie innych ofiar”. To zdanie ewidentnie ironiczne, bo dokładnie to samo robi autorka. Kiedy tylko pojawia się Iran, natychmiast rosną jak grzyby po deszczu: Arabia Saudyjska, Emiraty, CIA z 1953 roku, Zachód, imperializm. Whataboutism owszem, zostaje potępiony – pod warunkiem, że stosuje go ktoś inny.

Kiedy Wieczorkiewicz pisze: “Protest jest formą nacisku, więc jeśli nie ma być czysto symboliczny, potrzebne jest miejsce podatne na nacisk” – próbuje nadać swojej bierności pozór realizmu. Według niej skoro “nie mamy wpływu na Iran”, to protesty w jego sprawie są rzekomo bezsensowne. Chciałoby się powiedzieć: litości, to zdanie rozpada się przy pierwszym kontakcie z historią. Według tej logiki bezsensowne były protesty przeciw apartheidowi, solidarność z dysydentami w ZSRR i demonstracje w obronie kobiet w Afganistanie. Protest nie jest tylko narzędziem nacisku, ale narzędziem delegitymizacji reżimu. Irańczycy wiedzą to doskonale – dlatego ryzykują życie, wiedząc, że świat patrzy.

I w tym miejscu trzeba nazwać rzecz po imieniu. To, z czym mamy do czynienia, nie jest “ostrą krytyką Izraela”, lecz antysemityzmem symbolicznym. Formą uprzedzenia, która nie potrzebuje już Żyda z imienia i nazwiska. Wystarczy znak, flaga lub symbol, który uruchamia cały aparat potępienia. Kiedy autorka pisze o “apologetach izraelskich zbrodni”, o “hasbarze”, o “relatywizowaniu”, nie odnosi się przecież do konkretnych tez czy wypowiedzi. Odnosi się do przynależności symbolicznej. Flaga Izraela w zdjęciu profilowym staje się dowodem winy i substytutem argumentu. To ta sama logika, która pozwala mówić: nie wiem, co powiedział, ale na bank wiem, kim jest.

Antysemityzm symboliczny próbuje być elegancki. Mówi rzekomym językiem wrażliwości i praw człowieka, a jednocześnie odbiera prawo do głosu tym, którzy zostali oznaczeni znakiem. W tej logice nie ma znaczenia, czy ktoś krytykuje rząd Netanjahu, czy popiera rozwiązanie dwupaństwowe, czy sprzeciwia się ofiarom cywilnym. Jeśli ma izraelską flagę, jeśli broni prawa Izraela do istnienia, zostaje zredukowany do “fanatyka”, “propagandysty”, “współwinnego”. Doświadczenie, w którym za spokojną krytykę tekstu pada oskarżenie o “fanatyzm mordowania dzieci” – z uzasadnieniem sprowadzającym się do flagi – nie jest incydentem. Jest po prostu modelem działania.

Antysemityzm symboliczny zawsze ma alibi: “krytykuję państwo, nie ludzi”. Tyle że w praktyce to nie państwo dostaje etykietę “fanatyka”. Dostaje ją konkretna osoba, która nie schowała się w bezpiecznej strefie “ani-ani”. Ideologia boi się widzialności, bo widzialność przypomina o czymś niewygodnym: że Żydzi mają państwo, sprawczość i prawo do obrony – i nie muszą tłumaczyć się z istnienia żadnym Paniom Wieczorkiewicz.

W dalszej części tekstu pojawia się galeria memów i groteskowych obrazów: “dwa dumne lwy”, “Netanjahu w rycerskiej zbroi”, “Greta Thunberg z Chameneim”. To taka walka z chochołem, zamiast zmierzyć się z realnymi argumentami, autorka wybiera internetowy folklor. Pewnie, to taka łatwizna dla zwolenników memów, bo pozwala nie mówić o roli Iranu jako sponsora Hamasu ani o sprzężeniu antysyjonizmu z antysemityzmem.

Gdy wreszcie pada zdanie: “Czasem solidarność polega na uznaniu, że nie każda tragedia świata musi zostać rozwiązana według naszych wyobrażeń i kompasu moralnego”, brzmi jak bardzo mądra puenta, a w istocie jest to usprawiedliwienie bezczynności. Solidarność, która nic nie kosztuje, nie wymaga wyboru i nie pociąga za sobą żadnego ryzyka, nie jest solidarnością. Jest dobrym samopoczuciem.

Patrycja Wieczorkiewicz pisze, że “nie płakałaby po ajatollahach”, ale jednocześnie robi wszystko, by każda realna próba osłabienia ich władzy została uznana za imperialistyczną zbrodnię. Odrzuca interwencję, presję, odpowiedzialność. Zostaje estetyczna pozycja “ani-ani”. Czyli jaka to polityka? Żadna. To komfort obserwatora, który zawsze stoi po właściwej stronie historii, bo nigdy nie musi podejmować decyzji.

Ten tekst nie jest analizą Iranu. Jest niewdzięczna formą ideologicznego tłumaczenia, że czarne jest białe. Jest świadectwem ideologii działającej jak odruch warunkowy. Wystarczy flaga, nazwisko i wystarczy bodziec. Reszta dzieje się sama. Ideologia zastępuje myślenie. Patrycja Wieczorkiewicz po raz kolejny udowadnia, że ideologia, która nie potrzebuje dowodu, nie potrzebuje też prawdy. 


Link do artykułu P. Wieczorkiewicz: https://krytykapolityczna.pl/…/iran-protesty-gdzie…/

Anna Grabowska – urodzona i mieszkająca we Francji wspaniała syjonistka z solidnymi polskimi i żydowskimi korzeniami. Autorka udzieliła pozwolenia na publikację niektórych wpisów z jej Facebooka w „Listach z naszego sadu”.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Israel Issues Veiled Warning to Turkey as Countries Clash Over Gaza Role


Israel Issues Veiled Warning to Turkey as Countries Clash Over Gaza Role

Ailin Vilches Arguello


Turkish President Tayyip Erdogan attends a press conference with German Chancellor Friedrich Merz at the Presidential Palace in Ankara, Turkey, Oct. 30, 2025. Photo: REUTERS/Umit Bektas

Israeli Defense Minister Israel Katz on Tuesday warned regional powers — in an apparent swipe at Turkey — to abandon any ambitions of restoring an empire, as tensions mount over postwar reconstruction in Gaza and competing efforts to assert regional influence.

At a joint press conference with Greek Defense Minister Nikos Dendias in Athens, Katz said Israel was determined “not to allow actors seeking to undermine regional stability to establish a foothold through terrorism, aggression, or military proxies — in Syria, in Gaza, in the Aegean Sea, or in any other arena.”

“Those who dream of dragging the region backward, establishing control through terror, or rebuilding empires at the expense of sovereign states will encounter a resolute alliance of free, strong nations capable of defending themselves,” Katz continued.

Last week, US President Donald Trump announced the establishment of the “Gaza Board of Peace” as part of his administration’s 20-point peace plan intended to end the war in Gaza and advance the process into phase two.

Despite vocal opposition from Israel, Trump has invited Turkey — along with Egypt, Argentina, and several other countries — to take part in his newly created initiative.

Israeli officials have repeatedly rejected any Turkish role in Gaza’s postwar reconstruction, warning that Ankara’s push to expand its regional influence could bolster Hamas’s terrorist infrastructure. Turkey has been a longtime backer of Hamas, the Palestinian terrorist group that ruled Gaza before the war and currently controls just over 40 percent of the enclave’s territory.

Beyond now holding a seat on the Board of Peace, Turkey, a NATO ally, is also seeking a role in a multinational force expected to be deployed to the war-torn enclave to oversee reconstruction efforts, prompting Israeli warnings that Ankara could use its position to shield Hamas from disarmament.

Multiple media outlets reported that Turkish President Tayyip Erdogan has yet to decide whether to accept Trump’s invitation to join the US-led initiative in Gaza, with the country’s participation in the international force still uncertain.

On Monday, Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu vowed that neither Turkish nor Qatari forces would be allowed in Gaza under the US-backed postwar reconstruction bodies, acknowledging a “certain dispute” with Washington over the issue.

“Turkish or Qatari soldiers will not be in the Strip,” the Israeli leader said in a speech to the Knesset. 

Qatar and Turkey “are barely members of an advisory committee of one of the three commissions, in which they don’t have any authority or any influence or any soldiers,” Netanyahu continued. 

Even as talks advance on phase two of Trump’s peace plan, Netanyahu stressed that Israel is still awaiting the return of slain hostage Ran Gvili’s remains, as stipulated in the first stage of the agreement.

“Phase two means one simple thing: Hamas will be disarmed, and Gaza will be demilitarized,” he said. “We are committed to these goals, and they will be achieved, either the hard way or the easy way.”

Under Trump’s Gaza peace plan, the international board of peace would oversee an interim technocratic Palestinian government in the enclave, supported for at least two years by an International Stabilization Force (ISF).

The ISF — comprising troops from multiple participating countries — will oversee the Gaza ceasefire between Israel and Hamas, train local security forces, secure Gaza’s borders with Israel and Egypt, and protect civilians while maintaining humanitarian corridors.

In addition, the ISF would seemingly be expected to take on the responsibility of disarming Hamas — a key component of Trump’s peace plan to end the war in Gaza which the Palestinian terrorist group has repeatedly rejected.

Earlier this month, Erdogan warned that the ISF would fail to earn the trust of the Palestinian people without Turkey’s involvement, signaling Ankara’s determination to assert influence over Gaza’s postwar future.

“It would be impossible for any mechanism to gain the trust of the Palestinian people without Turkey’s involvement,” the Turkish leader said. 

“We are in a key position for such a mission due to our deep historical ties with the Palestinian side, the security and diplomacy channels we have maintained with Israel in the past, and our regional influence as a NATO member country,” he continued.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


What We’re Really Asking Today: Could Another Holocaust Happen?


What We’re Really Asking Today: Could Another Holocaust Happen?

Daniel Staetsky


Illustrative: Demonstrators protest in solidarity with Palestinians in Gaza, amid the ongoing conflict between Israel and Hamas, in London, Oct. 28, 2023. Photo: Reuters/Susannah Ireland

In the West today, Jews and non-Jews speak anxiously about antisemitism. They debate incident statistics, survey results, attitudes toward Israel, and the distinction — supposedly crucial — between hostility to Jews and hostility to the Jewish State.

Enormous intellectual and financial energy is invested in measuring all of this. Yet these debates are largely beside the point. They are a proxy for a darker, unspoken question: could another Holocaust happen?

Statistics cannot answer that question. They were never designed to. Nor can opinion surveys, however sophisticated.

After more than a decade of empirical research into antisemitism in Western societies, I have reached a conclusion that will sound extreme but is, I believe, unavoidable: another catastrophe for the Jews is not only possible but increasingly probable.

This is not because of a sudden resurgence of old-fashioned hatred, but because Western societies are undergoing a profound spiritual and political transformation — and Jews are once again positioned as expendable.

The West has largely de-Christianised. In the vacuum left behind, it is constructing an alternative creed powerful enough to provide meaning, cohesion, and moral orientation to societies that are fragmented, diverse, and unsure of themselves. One of these creeds is pro-Palestinianism. It functions not merely as a political stance, but as a civic religion.

Civic religion is not a new concept. It refers to the shared rituals, symbols, and moral narratives that bind a nation together when traditional faith weakens. What is new is the content. Pro-Palestinianism offers a simple moral universe — victim and oppressor, innocence and guilt — at precisely the moment when Western societies feel incapable of enforcing older lines of belonging and authority.

This helps explain several developments that otherwise appear baffling.

First, the speed and intensity of the Gaza War protests. Within days of October 7, 2023 — before the war had meaningfully unfolded, before casualty figures could be invoked — hundreds of thousands were already mobilised across Britain and Western Europe. The slogans evolved over time, but the mobilisation was instant and relentless. This was not spontaneous outrage reacting to unfolding facts. It was something closer to ritualised response.

There is no need to invoke conspiracy. The machinery behind this mobilisation is visible and long-established. Its urgency does not stem from the Middle East, but from Europe itself. Western societies are grappling with the integration of large immigrant populations, many from Muslim-majority countries, for whom identification with the Palestinian cause is emotionally immediate. Aligning national moral narratives with this cause is a low-cost way to signal inclusion, empathy, and shared purpose. Call it appeasement if you like; the deeper issue is insecurity. Societies that lack confidence in their own values are reluctant to discipline, because discipline presupposes a shared line — and the line is gone.

Second, the sheer disproportionality of the Palestinian issue in European politics. Governments fall, ministers resign, parties form, and retailers boycott over Gaza, while conflicts with far greater strategic relevance — Russia’s war in Ukraine, for example — fade into the background. Palestinian flags saturate cultural spaces, from city streets to school fundraisers to the inner doors of pub toilets. Avoiding the messaging now requires active withdrawal from public life.

This is not noble universalism. It is selective moral inflation. Gaza has “won” the competition for Western attention because it serves an internal function. Casting Israel as a supreme criminal and Palestinians as ultimate victims fits the sensibilities of newly arrived populations whose integration is deemed essential, and progressive movements unhappy with what they deem racism and elite supremacy in their own nations. Pro-Palestinianism promises social harmony, or at least the appearance of it. The reward is cohesion; the price is intellectual honesty.

Third, the widespread willingness to ignore — or actively deny — the atrocities of October 7. The denial is often explained as bad faith or manipulation. I think something simpler is at work. The violence was too alien, too disturbing for contemporary Western sensibilities. It does not fit the moral script that pro-Palestinianism requires. And so it must be softened, relativised, or erased. This is not endorsement of terrorism; it is narrative necessity. Civic religions, like traditional ones, cannot tolerate facts that undermine their moral clarity.

Finally, there is the strangest alliance of all: pro-Palestinianism’s ability to unite groups with fundamentally incompatible worldviews. The most striking case is the enthusiastic embrace of the Palestinian cause by segments of the LGBT community. The contradiction is obvious. Israel is the most LGBT-tolerant society in the Middle East; Palestinian and broader Muslim societies are not. In Gaza, homosexuality can be a capital offense. Yet the alliance persists.

This is not confusion. It is strategy. In Western societies, LGBT rights remain culturally contested, particularly among immigrant communities. Embracing a shared moral cause costs little and builds goodwill where it is most needed — at home, not abroad. Pro-Palestinianism functions as a bridge, allowing incompatible groups to coexist under a single moral banner.

Put together, these puzzles point to a single conclusion. The West is experiencing a genuine spiritual crisis. The sensibilities of the West today are secular; Islam is not attractive for the same reason that Christianity was abandoned. Nihilism cannot integrate diverse populations. And they are diverse. Very large minorities among the young generations in major Western European cities, at times 20%-40%, are Muslim or of Muslim heritage. A new glue is required — one that is emotionally compelling, morally binary, and accessible across cultural divides. Pro-Palestinianism fits the role perfectly.

But civic religions have consequences. They demand sacrifices. Historically, societies stabilise themselves by offloading tension onto those least able to resist. Jews, numerically small and symbolically charged, have always been vulnerable in such moments. There is little reason to believe this time will be different.

I am not predicting gas chambers. At least, I do not insist on them. History rarely repeats itself so neatly. Disenfranchisement, exclusion, informal expulsion, and moral abandonment are more likely. They will be framed, as always, in the language of justice and peace.

The uncomfortable truth is this: pro-Palestinianism did not arise despite Western weakness, but because of it. And until Western societies confront the spiritual emptiness that made this new faith necessary, they will continue to demand offerings. Jews have seen this altar before.


Dr. Daniel Staetsky is an expert in Jewish demography and statistics. He is based in Cambridge, UK.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Antysemityzm i jego ulubiony Żyd


Antysemityzm i jego ulubiony Żyd

Lucy
@lucytabrizi


Od nazistowskich Niemiec po TikToka, „dobry Żyd” to najskuteczniejsze narzędzie, jakim kiedykolwiek posługiwali się antysemici.

Uwaga: To nie jest esej o Żydach progresywnych czy liberalnych jako takich. Chodzi tu o konkretną figurę, która stała się nieodzownym elementem współczesnego ruchu antysyjonistycznego: Żyda antysyjonistę — tak zwanego „dobrego Żyda”, który wypowiada się „jako Żyd”, nie po to, by skomplikować narrację tłumu, lecz by ją pobłogosławić.

To nie niezgoda wobec polityki Izraela definiuje tę postać. Tym, co ją wyróżnia, jest gotowość do przepisania historii, tożsamości i wspólnoty żydowskiej w taki sposób, by istnienie Żydów stało się dwuznaczne moralnie.

Tacy ludzie służą ruchowi antysyjonistycznemu jako preferowana tarcza obronna przed zarzutem antysemityzmu. „Jak to może być nienawiść wobec Żydów”, głosi logika, „skoro sami Żydzi tak mówią?”

Żydowski antysyjonizm często wynika z tragicznego przekonania — że możliwe jest uzyskanie immunitetu, że wystarczy odpowiednio głośno i publicznie potępić własny naród, by zapewnić sobie bezpieczeństwo. Historia nie dostarcza żadnych dowodów na poparcie tego przekonania. Szczególnie pouczający przykład pochodzi z nazistowskich Niemiec. W pierwszych latach reżimu niewielka grupa silnie zasymilowanych Żydów otwarcie popierała Adolfa Hitlera, bagatelizując doniesienia o prześladowaniach i potępiając syjonizm jako zagrożenie dla integracji Żydów. Lojalność ich nie ocaliła. W 1935 roku naziści rozwiązali organizację i aresztowali jej lidera. Reżimowi, jak się okazało, nie były potrzebne rozróżnienia między „dobrymi Żydami” a resztą.

Funkcja ta została następnie przejęta bezpośrednio przez państwo. W okresie poprzedzającym Igrzyska Olimpijskie w Berlinie w 1936 roku, narastała międzynarodowa presja, by zbojkotować zawody z powodu traktowania Żydów w Niemczech. Wybrano jedną żydowską zawodniczkę, Helenę Mayer, do reprezentacji Niemiec — miała zasygnalizować, że z Żydami wszystko jest w porządku. Mayer zdobyła srebro i na podium wykonała nazistowski salut. Obraz ten obiegł świat. Poskutkowało. Bojkot się rozmył.

Tymczasem niemieccy Żydzi nadal byli pozbawiani praw i środków do życia, zanim zostali wywiezieni, deportowani i zamordowani. „Dobry Żyd” spełnił swoją rolę.

Ten sam mechanizm działał w Związku Radzieckim. Już od pierwszych lat reżimu tworzono jawnie żydowskie komórki komunistyczne, które miały za zadanie likwidację życia religijnego, kulturalnego i wspólnotowego Żydów — od wewnątrz. Ich żydowska tożsamość była kluczowa: państwa nie można było oskarżyć o antysemityzm, skoro to sami Żydzi zamykali synagogi, likwidowali instytucje wspólnotowe i aresztowali liderów syjonistycznych.

Na początku lat 50. ta logika osiągnęła punkt kulminacyjny. Za rządów Józefa Stalina przygotowano plan masowej deportacji Żydów radzieckich do obozów pracy, mający zostać uzasadniony publicznymi listami podpisanymi przez Żydów potępiających „syjonizm” i wzywających państwo do działania przeciw „zdradzieckim” Żydom-syjonistom. Plan przerwała jedynie śmierć Stalina.

A jednak ten schemat nie ograniczał się do nazistowskiej Europy ani do stalinowskiej Rosji. W Egipcie za rządów prezydenta Gamala Abdela Nassera Żydzi byli zmuszani do publicznego wyrzekania się syjonizmu jako warunku bezpieczeństwa — tylko po to, by i tak zostali wypędzeni. W komunistycznej Polsce oficjalnie „antysyjonistyczna” czystka objęła żydowskich członków partii i intelektualistów. W Iraku jeden z najbardziej prominentnych antysyjonistycznych Żydów został powieszony po pokazowym procesie, w którym i tak oskarżono go o… syjonizm.

Różne ideologie, ten sam rezultat: Żydzi, którzy wierzyli, że lojalność, asymilacja lub publiczne odrzucenie żydowskiej wspólnoty ich ochronią, odkrywali tę samą prawdę. Antysemityzm nie nagradza uległości; on ją pochłania. Kategoria „dobrego Żyda” nigdy nie przetrwała zderzenia z realną władzą.

Wielu współczesnych Żydów antysyjonistów wierzy, że przeciwstawia się indoktrynacji, że wyzwoliło się z dziedziczonych mitów. Może tak. Ale fakt, że ktoś został raz oszukany, nie daje mu dożywotniego immunitetu na ponowne oszustwo.

To, co często umyka uwadze, to społeczna pozycja, z której ta pewność siebie się wyłania. Większość Żydów antysyjonistów w diasporze nie działa pod przymusem. Są chronieni przez liberalne demokracje, odizolowani geograficznie, a ich poczucie bezpieczeństwa opiera się na przekonaniu, że żydowska podatność na prześladowania to już tylko historyczna ciekawostka. Właśnie to odizolowanie sprawia, że mogą traktować żydowską wspólnotę jako coś opcjonalnego, a żydowską samoobronę jako kwestię do negocjacji. Odcięci od cywilizacyjnej pamięci, z której wyrósł syjonizm, łatwo mylą komfort z oświeceniem. Brak zagrożenia mylą z wnikliwością.

Współczesny antysyjonizm nie zrodził się organicznie z refleksji moralnej. To spadek po ideologicznej kampanii, która zastąpiła słowo „Żyd” słowem „syjonista” — pozostawiając wszystkie oskarżenia bez zmian. Język spisków, dominacji, winy krwi i moralnego zepsucia został jedynie zaktualizowany. Przeciwstawianie się syjonizmowi nie oznacza zatem wyjścia poza historię. To nieświadome wejście w jedną z jej najbardziej wydeptanych kolein.

Uderzającą cechą żydowskiego antysyjonizmu jest upór, by traktować żydowską tożsamość wyłącznie jako religię — system wierzeń czy etykę — a nie jako naród czy wspólnotę. To wymaga wymazania fundamentów żydowskiej cywilizacji. Prawo, język, kalendarz, modlitwa i zbiorowa pamięć są nierozerwalnie związane z Ziemią Izraela. Żydzi od tysięcy lat opisują siebie jako naród, lud, plemię.

Próba oddzielenia judaizmu od syjonizmu nie jest więc powrotem do autentycznej tradycji, lecz jej zaprzeczeniem. Przywiązanie Żydów do Ziemi Izraela jest jednym z najstarszych nieprzerwanych wątków w historii — wyraźnie obecnym przynajmniej od powrotu z niewoli babilońskiej w 536 r. p.n.e. i obecnym w każdej warstwie życia żydowskiego od tego czasu. Antysyjoniści żydowscy traktują Izrael jako współczesny polityczny „dodatek”.

Tymczasem badania niezmiennie pokazują, że około 90% Żydów w diasporze identyfikuje się z syjonizmem w podstawowym sensie: popiera istnienie żydowskiego państwa na żydowskiej ziemi. To przytłaczające poparcie jest tym, co ruchy antysyjonistyczne starają się zamaskować. Bo trudno twierdzić, że nie jest się antyżydowskim, jeśli sprzeciwia się podstawowemu wyrazowi politycznej tożsamości zdecydowanej większości Żydów.

A jednak ruchy antysyjonistyczne nadal wynoszą na piedestał antysyjonistów żydowskich jako moralne osłony przed zarzutami antysemityzmu. W tym celu opierają się na marginesie — najbardziej rzucającym się w oczy przykładem jest Neturei Karta¹ — i przedstawiają go jako autorytet moralny. Nazywa się to często solidarnością, ale nią nie jest. To tokenizm: wynoszenie mniejszościowego głosu nie za to, co wie lub ryzykuje, lecz za to, jaką daje taryfę ulgową.

W tym momencie często pojawia się pytanie: Czym to się różni od nagłaśniania dysydentów z Gazy?

Różnica tkwi w ryzyku, reprezentacji i konsekwencjach.

Wynoszenie głosów żydowskich, które bagatelizują lub usprawiedliwiają antysemityzm, naraża innych Żydów. Wznoszenie głosów sprzeciwu w Gazie ma odwrotny skutek. Żyd w Nowym Jorku, potępiając syjonizm, niewiele ryzykuje — może co najwyżej odsunąć cel dalej w czasie. Często spotyka się z oklaskami, zaproszeniami na wystąpienia i pochwałami na protestach, gdzie żydowska historia jest swobodnie przepisywana. Palestyńczyk w Gazie, który krytykuje Hamas, ryzykuje więzieniem, torturami lub śmiercią, i czyni to wbrew poglądom, które są rzeczywiście popularne, brutalnie egzekwowane i wspierane zbrojnie.

Ta sama logika tokenizacji tłumaczy wynoszenie na piedestał takich grup jak Jewish Council of Australia czy Jewish Voice for Peace (która być może w ogóle nie jest żydowska) — organizacji, które mimo skrajnie marginalnej pozycji w żydowskim życiu publicznym, otrzymują nieproporcjonalnie dużo uwagi ze strony mediów i instytucji. Wartość Jewish Voice for Peace nie tkwi w jej liczebności ani wiarygodności, lecz w funkcji, jaką pełni: zapewnia „żydowską” markę, pod którą wrogość wobec żydowskiego samostanowienia może działać bez podejrzeń i zewnętrznej kontroli.

Ta marka jest tak cenna, że podstawowe pytania o reprezentatywność, odpowiedzialność czy choćby autorstwo uznawane są za niegrzeczne. Część infrastruktury cyfrowej Jewish Voice for Peace została powiązana z administratorami działającymi poza Stanami Zjednoczonymi, w tym w Libanie² — szczegółem, który wywołałby natychmiastowe oburzenie, gdyby dotyczył jakiejkolwiek innej grupy mniejszościowej poza Żydami.

Organizacja wielokrotnie promowała lub gloryfikowała osoby odpowiedzialne za masową przemoc wobec żydowskich cywilów. Wśród nich jest Ghassan Kanafani, który wziął odpowiedzialność za masakrę na lotnisku Lod w 1972 roku, w której zamordowano 26 cywilów. Gloryfikacja terroryzmu najwyraźniej łatwiej przechodzi niezauważona, gdy opatrzona jest żydowską pieczęcią aprobaty.

Podobnie hasło „Globalize the intifada!”, obecnie otwarcie przyjmowane w środowiskach powiązanych z Jewish Voice for Peace, nie odnosi się do abstrakcyjnego protestu, lecz do konkretnej kampanii samobójczych zamachów bombowych, wymierzonej bezpośrednio w izraelskich cywilów w autobusach, restauracjach, szkołach, na targowiskach i w centrach handlowych. Oklaskiwać to hasło, a jednocześnie potępiać przemoc z użyciem broni w amerykańskich szkołach — to czysta hipokryzja moralna.

Ale tak właśnie działa tokenizacja. Poprzez wynoszenie na piedestał marginalnych żydowskich głosów, ruchy wrogie żydowskiemu życiu i samostanowieniu uzyskują pozory żydowskiego poparcia, jednocześnie odrzucając poglądy większości Żydów jako wypaczone, zmanipulowane lub moralnie nieprawomocne.

Przemoc spływa w dół. Sprzeciw nie jest poddawany debacie, lecz atakowany, zawstydzany i uciszany. „Dobry Żyd” nie łagodzi wrogości — on ją sankcjonuje. Wrogość wobec Żydów, przeformułowana jako wrogość wobec „syjonistów”, zyskuje pozór moralnej słuszności. To nie jest postępowe; to najstarszy schemat w żydowskiej historii. I opiera się na logice moralnej stosowanej wyłącznie wobec Żydów. Żaden inny lud rdzennego pochodzenia nie słyszy, że długa nieobecność na ziemi przodków przekreśla do niej więź. Żaden inny naród nie słyszy, że sama walka o przetrwanie jest aktem niesprawiedliwości. Tylko Żydzi poddawani są tej logice — a antysyjonistyczny Żyd zostaje zaproszony do jej potwierdzenia.

Antysyjonista żydowski często posługuje się językiem uniwersalizmu — antykolonializmu, feminizmu, antyrasizmu, praw człowieka — ale te zaangażowania rozpadają się, gdy w grę wchodzą Żydzi. Potępia się kolonializm — z wyjątkiem kolonializmu arabskiego. Broni się feminizmu — z wyjątkiem przypadków, gdy przemoc wobec kobiet pochodzi od sił islamistycznych. Walczy się z faszyzmem — z wyjątkiem sytuacji, gdy retoryka faszystowska kierowana jest wobec Żydów. „Land Back” (zwrot ziemi) to świętość — chyba że chodzi o ziemię żydowską. To nie drobne niespójności; to sygnały ideologiczne, ujawniające nie spójną etykę, lecz hierarchię: kto może być ofiarą, a kto nie ma prawa przetrwać.

„Okupacja” zajmuje szczególne miejsce w myśleniu Żydów antysyjonistów. Traktuje się ją nie jako skutek wojny, lecz jako grzech pierworodny. Jeśli ją zakończymy — przyjdzie pokój. Jeśli ją zakończymy — przywrócimy porządek moralny. To przekonanie daje ukojenie, bo umiejscawia całą odpowiedzialność po stronie Żydów. Jeśli wina leży po naszej stronie, to możemy ją naprawić. Jeśli cierpienie trwa — musi być zasłużone.

A jednak każda znacząca próba zmniejszenia żydowskiej podatności na przemoc w regionie — autonomia, wycofanie, podział, kompromis — spotykała się nie z pojednaniem, lecz z eskalacją przemocy. To nie okupacja zrodziła konflikt. To konflikt doprowadził do okupacji. Uznanie tego wymaga zmierzenia się z dużo trudniejszą prawdą: że wrogość wobec żydowskiej obecności w regionie nie wynikała z granic ani z osiedli, lecz z samej żydowskiej autonomii.

W swojej istocie żydowski antysyjonizm domaga się czegoś niezwykłego — by Żydzi w sposób unikalny wyrzekli się nie tylko państwa, ale także swojej historycznej pamięci, tożsamości zbiorowej i prawa do samoobrony — w zamian za obietnicę moralnej aprobaty ze strony kultur, które nigdy ich nie chroniły.

Wspieranie praw człowieka Palestyńczyków nie wymaga fałszowania historii Żydów. Moralna jasność nie wymaga samounicestwienia. I żadna cywilizacja nie przetrwa, ucząc swoje dzieci, że ich istnienie jest problemem moralnym.

Antysyjonista żydowski nie jest buntownikiem przeciw władzy. To najnowsza odsłona prastarej nadziei: że jeśli Żydzi się siebie wyrzekną, świat w końcu ich pokocha.

Ta nadzieja zawsze kończyła się katastrofą.


Źródła:

1 Benny Morris, 1948: A History of the First Arab–Israeli War (Yale University Press, 2008); Efraim Karsh, Palestine Betrayed (Yale University Press, 2010).

2 George L. Mosse, German Jews Beyond Judaism (Indiana University Press, 1985); Robert Gellately, Backing Hitler (Oxford University Press, 2001).

3 United States Holocaust Memorial Museum, “Helene Mayer”; Olympic Studies Centre archives on the 1936 Berlin Games.

4 Yuri Slezkine, The Jewish Century (Princeton University Press, 2004); Encyclopedia Judaica, “Yevsektsiya.”

5 Jonathan Brent and Vladimir Naumov, Stalin’s Last Crime (HarperCollins, 2003); Simon Sebag Montefiore, Stalin: The Court of the Red Tsar (Vintage, 2004).

6 Joel Beinin, The Dispersion of Egyptian Jewry (University of California Press, 1998); Jan T. Gross, Fear (Random House, 2006); Edwin Black, The Farhud (Dialog Press, 2010).

7 Shaye J. D. Cohen, The Beginnings of Jewishness (University of California Press, 1999); Yosef Hayim Yerushalmi, Zakhor (University of Washington Press, 1982).

8 Pew Research Center, Jewish Americans in 2020; American Jewish Committee survey data on Jewish attachment to Israel.

9 NGO Monitor, reports on Jewish Voice for Peace digital infrastructure and affiliations; Canary Mission, documentation on JVP online administration and network overlaps.


Link do oryginału:

Notes From The Ruins
The Return of the “Good Jew”
Recently, I came across a post by a self-described “progressive Jew,” whose bio announced that he was “choosing love.” The post presented the Nakba as a premeditated act of ethnic cleansing by Jews, a familiar morality tale in which Jewish trauma becomes motive and Arab violence disappears. The 1948 war itself…
Read more

Notes From the Ruins, 25 stycznia 2026


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com