Iść, żuć gumę i nie myśleć, czyli anatomia ideologicznego odruchu


Iść, żuć gumę i nie myśleć, czyli anatomia ideologicznego odruchu

Anna Grabowska (Anne Goldschmid)


Wystarczyło, że zobaczyłam sam tytuł. Nawet nie musiałam czytać tekstu, nie znałam jeszcze nazwiska autorki, a już wiedziałam, kto go napisał. “Czy można jednocześnie iść i żuć gumę?” – pytanie pozorne, retoryczne ale oczywiście z tezą wpisaną w samą konstrukcję zdania. Bo po co pytać, łatwiej ustawić rozmowę od pierwszej linijki, czyli: jedni potrafią myśleć wielowątkowo, inni wcale. Jedni są “świadomi”, inni prymitywni a co najmniej moralnie podejrzani. Ten ton, ta pewność, to intelektualne samozadowolenie podszyte moralnym potępieniem znałam aż za dobrze. Znałam je, bo wcześniej już się z nimi zderzyłam. Jeszcze w czasie słynnej “humanitarnej” flotylli do Gazy, gdy skrytykowałam jeden z tekstów Patrycji Wieczorkiewicz. Spokojnie, rzeczowo, bez inwektyw i bez personalnych wycieczek. W odpowiedzi zostałam nazwana “fanatyczką mordowania dzieci”. Gdy zapytałam, na jakiej podstawie, nie padł żaden cytat, żaden argument, żadne odniesienie do treści mojej wypowiedzi. Jedynym “dowodem winy” zdaniem Wieczorkiewicz była flaga Izraela w moim zdjęciu profilowym.

I w tym momencie wszystko stało się jasne. Nie chodziło o poglądy ani argumenty. Nie chodziło nawet o spór. Pani Patrycji chodziło o znak. Flaga wystarczyła, by uruchomić cały repertuar gotowych reakcji – automatycznych i bezrefleksyjnych, jak ślinotok u psa Pawłowa. Bodziec zadziałał. Ideologiczny odruch został wyzwolony. Nie było już potrzeby myślenia, słuchania, rozróżniania. Nastąpiła sekwencja: dehumanizacja, moralne potępienie, zamknięcie rozmowy. Czyli jak zwykle, nie była to reakcja kogoś, kto się nie zgadza, tylko reakcja ideologii, która rozpoznaje wroga po symbolu, a nie po treści.

Dokładnie ten sam mechanizm działa w tekście Patrycji Wieczorkiewicz opublikowanym przez Krytykę Polityczną. Już w leadzie czytamy: “Gdzie są ci od ‘wolnej Palestyny’, kiedy w Iranie władza morduje demonstrantów? – pytają osoby, które do dziś usprawiedliwiają izraelskie zbrodnie w Gazie”. To zdanie nie jest niewinnym pytaniem, tylko od razu zbiorowym oskarżeniem. Nie pada ani jedno nazwisko, ani jeden cytat, ani jedno konkretne zdanie, które miałoby owo “usprawiedliwianie zbrodni” dokumentować. A więc, najpierw tworzy się figurę moralnie skażonego przeciwnika, a potem – z pełną powagą – rozprawia się z jego rzekomą hipokryzją. Jeśli unieważni się rozmówcę moralnie, nie trzeba już z nim rozmawiać.

Autorka pisze dalej: “Gdy na początku 2024 roku zaangażowałam się w sprawę palestyńską, sprzeciwiając się zbrodniom popełnianym przez Izrael w Strefie Gazy, niektórzy zarzucili mi hipokryzję”. W jednym zdaniu zawarte są trzy skróty myślowe; po pierwsze, Izrael zostaje nazwany sprawcą “zbrodni” bez żadnego rozróżnienia między kontekstem wojny, intencją, Hamasem, tarczami ludzkimi. Po drugie, każdy, kto pyta o Iran, zostaje zredukowany do kogoś, kto “zarzuca hipokryzję”, a więc działa w złej wierze. Po trzecie, znika pytanie zasadnicze: czy można jednocześnie potępiać śmierć cywilów w Gazie i mówić o roli Iranu jako sponsora Hamasu? W tym tekście – nie można. To już byłby dysonans.

Wieczorkiewicz pisze też, że jej krytycy twierdzą, iż “wspiera islamski zamordyzm”. To kolejna figura zastępcza. Krytycy nie imputują intencji. Wskazują fakt: Iran finansuje, zbroi i ideologicznie wspiera Hamas od lat 90. To nie jest wyssana z palca opinia, tylko udokumentowana rzeczywistość. Ale w tym tekście fakt natychmiast zamienia się w “nagonkę”, bo fakt burzy “świętą” konstrukcję ideologiczną.

Widać to aż nadto jaskrawie we fragmencie poświęconym Adamowi Szostkiewiczowi, który – jak pisze autorka – “od lat zajmuje się dbaniem o pozytywny wizerunek Izraela w Polsce”. Czyli znowu, żadna polemika z argumentem, a przypisanie intencji. Jeśli ktoś nie mówi tego, co trzeba, ergo, tego co mówi Wieczorkiewicz, to znaczy, że “dba o wizerunek”, “relatywizuje” I oczywiście “uprawia hasbarę”. Słowo “hasbara” pojawia się tu jak wytrych: “Czy wynika on z intelektualnego lenistwa, czy jest cynicznym graniem hasbarą?”. Pytanie pozorne, bo odpowiedź przecież już została zasugerowana. Hasbara w tym tekście nie jest pojęciem opisowym, jest epitetem, po którym nie trzeba już niczego dowodzić.

Dalej czytamy: “To klasyczny whataboutism: nieautentyczna troska, której celem nie jest pomoc ofiarom, lecz zdyskredytowanie innych ofiar”. To zdanie ewidentnie ironiczne, bo dokładnie to samo robi autorka. Kiedy tylko pojawia się Iran, natychmiast rosną jak grzyby po deszczu: Arabia Saudyjska, Emiraty, CIA z 1953 roku, Zachód, imperializm. Whataboutism owszem, zostaje potępiony – pod warunkiem, że stosuje go ktoś inny.

Kiedy Wieczorkiewicz pisze: “Protest jest formą nacisku, więc jeśli nie ma być czysto symboliczny, potrzebne jest miejsce podatne na nacisk” – próbuje nadać swojej bierności pozór realizmu. Według niej skoro “nie mamy wpływu na Iran”, to protesty w jego sprawie są rzekomo bezsensowne. Chciałoby się powiedzieć: litości, to zdanie rozpada się przy pierwszym kontakcie z historią. Według tej logiki bezsensowne były protesty przeciw apartheidowi, solidarność z dysydentami w ZSRR i demonstracje w obronie kobiet w Afganistanie. Protest nie jest tylko narzędziem nacisku, ale narzędziem delegitymizacji reżimu. Irańczycy wiedzą to doskonale – dlatego ryzykują życie, wiedząc, że świat patrzy.

I w tym miejscu trzeba nazwać rzecz po imieniu. To, z czym mamy do czynienia, nie jest “ostrą krytyką Izraela”, lecz antysemityzmem symbolicznym. Formą uprzedzenia, która nie potrzebuje już Żyda z imienia i nazwiska. Wystarczy znak, flaga lub symbol, który uruchamia cały aparat potępienia. Kiedy autorka pisze o “apologetach izraelskich zbrodni”, o “hasbarze”, o “relatywizowaniu”, nie odnosi się przecież do konkretnych tez czy wypowiedzi. Odnosi się do przynależności symbolicznej. Flaga Izraela w zdjęciu profilowym staje się dowodem winy i substytutem argumentu. To ta sama logika, która pozwala mówić: nie wiem, co powiedział, ale na bank wiem, kim jest.

Antysemityzm symboliczny próbuje być elegancki. Mówi rzekomym językiem wrażliwości i praw człowieka, a jednocześnie odbiera prawo do głosu tym, którzy zostali oznaczeni znakiem. W tej logice nie ma znaczenia, czy ktoś krytykuje rząd Netanjahu, czy popiera rozwiązanie dwupaństwowe, czy sprzeciwia się ofiarom cywilnym. Jeśli ma izraelską flagę, jeśli broni prawa Izraela do istnienia, zostaje zredukowany do “fanatyka”, “propagandysty”, “współwinnego”. Doświadczenie, w którym za spokojną krytykę tekstu pada oskarżenie o “fanatyzm mordowania dzieci” – z uzasadnieniem sprowadzającym się do flagi – nie jest incydentem. Jest po prostu modelem działania.

Antysemityzm symboliczny zawsze ma alibi: “krytykuję państwo, nie ludzi”. Tyle że w praktyce to nie państwo dostaje etykietę “fanatyka”. Dostaje ją konkretna osoba, która nie schowała się w bezpiecznej strefie “ani-ani”. Ideologia boi się widzialności, bo widzialność przypomina o czymś niewygodnym: że Żydzi mają państwo, sprawczość i prawo do obrony – i nie muszą tłumaczyć się z istnienia żadnym Paniom Wieczorkiewicz.

W dalszej części tekstu pojawia się galeria memów i groteskowych obrazów: “dwa dumne lwy”, “Netanjahu w rycerskiej zbroi”, “Greta Thunberg z Chameneim”. To taka walka z chochołem, zamiast zmierzyć się z realnymi argumentami, autorka wybiera internetowy folklor. Pewnie, to taka łatwizna dla zwolenników memów, bo pozwala nie mówić o roli Iranu jako sponsora Hamasu ani o sprzężeniu antysyjonizmu z antysemityzmem.

Gdy wreszcie pada zdanie: “Czasem solidarność polega na uznaniu, że nie każda tragedia świata musi zostać rozwiązana według naszych wyobrażeń i kompasu moralnego”, brzmi jak bardzo mądra puenta, a w istocie jest to usprawiedliwienie bezczynności. Solidarność, która nic nie kosztuje, nie wymaga wyboru i nie pociąga za sobą żadnego ryzyka, nie jest solidarnością. Jest dobrym samopoczuciem.

Patrycja Wieczorkiewicz pisze, że “nie płakałaby po ajatollahach”, ale jednocześnie robi wszystko, by każda realna próba osłabienia ich władzy została uznana za imperialistyczną zbrodnię. Odrzuca interwencję, presję, odpowiedzialność. Zostaje estetyczna pozycja “ani-ani”. Czyli jaka to polityka? Żadna. To komfort obserwatora, który zawsze stoi po właściwej stronie historii, bo nigdy nie musi podejmować decyzji.

Ten tekst nie jest analizą Iranu. Jest niewdzięczna formą ideologicznego tłumaczenia, że czarne jest białe. Jest świadectwem ideologii działającej jak odruch warunkowy. Wystarczy flaga, nazwisko i wystarczy bodziec. Reszta dzieje się sama. Ideologia zastępuje myślenie. Patrycja Wieczorkiewicz po raz kolejny udowadnia, że ideologia, która nie potrzebuje dowodu, nie potrzebuje też prawdy. 


Link do artykułu P. Wieczorkiewicz: https://krytykapolityczna.pl/…/iran-protesty-gdzie…/

Anna Grabowska – urodzona i mieszkająca we Francji wspaniała syjonistka z solidnymi polskimi i żydowskimi korzeniami. Autorka udzieliła pozwolenia na publikację niektórych wpisów z jej Facebooka w „Listach z naszego sadu”.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com