Archive | March 2016

Żydokomuna i komunopolonia

Życie w tańcuŻydokomuna i komunopolonia

WIĘŹ 8-9 (646) 2012
Kazimierz Wóycicki

Paweł Śpiewak, Żydokomuna. Interpretacje historyczne,
Wydawnictwo Czerwone i Czarne, Warszawa 2012, 270 s.


Historia Żydów w dużej części przynależy też do dziejów Polski. Nie powinna być więc traktowana jako egzotyczna czy osobna, w istocie jednak dzieje się tak często. Zastanowienia wymaga więc dziś fakt, że historii polskich Żydów nie włącza się do historii Polski albo też traktuje się ją jako coś marginalnego. Z pewnością „Żydokomuna” Pawła Śpiewaka może przyczynić się do zmiany tego stanu rzeczy. Ta świetnie napisana książka wymaga bardzo starannej lektury, stawia bowiem zasadnicze kwestie nie tylko dla stosunków polsko-żydowskich, ale i dla samej historii Polski.

Pierwszym niezbędnym zadaniem jest lepsze poznanie dziejów społeczności żydowskiej w Polsce w szerokim europejskim kontekście. Zawężenie tego kontekstu wyłącznie do wewnętrznych dziejów żydostwa lub zagadnień antysemityzmu nie może dać właściwego zrozumienia.

Dzieje społeczności żydowskiej – tak, jak ją przedstawia Paweł Śpiewak (lub przynajmniej taką interpretację podpowiada) – były w znacznie większym stopniu podobne do dziejów innych procesów narodotwórczych, niż się to powszechnie wydaje. To, że historia żydowskiego procesu narodotwórczego kończy się w Izraelu, a nie gdzieś w Europie, jest wynikiem skomplikowanego zbiegu przypadków, niestety w części przypadków tragicznych. Mówiąc o procesie narodotwórczym, należy mieć oczywiście na względzie tworzenie się nowoczesnych narodów w XIX i po części XX wieku.

Tak jak wiele innych narodowości, które przeobrażają się w nowoczesne narody, wyłaniając się z przednowoczesnej etnicznej mozaiki, również Żydzi zaczynają odkrywać siebie nie tylko jako etniczną czy religijną wspólnotę, ale również jako naród. Zarówno europejskie oświecenie (Haskala), jak i włączenie się społeczności żydowskiej w procesy modernizacji (m.in. dzięki dużej liczbie ludności miejskiej) czyni Żydów pionierami dziewiętnastowiecznej nowoczesności.

Problem polegał na tym, że wielu innych proces ten prowadził do stworzenia państwa narodowego. Urbanizacja, industrializacja i wspólny język pozwoliły na utworzenie państw narodowych nawet tam, gdzie, jak się wydawało, brak było ku temu historycznych przesłanek – jak w przypadku Słowaków czy Łotyszy. Pod wieloma względami społeczność żydowska miała więcej elementów nowoczesności niż inne społeczności, które w końcu dobiły się swego państwa. Masa żydowskiej biedoty czy malowniczy chasydzi nie powinni utrudniać zobaczenia tej właśnie żydowskiej nowoczesności. W przypadku innych narodów podobną funkcję pełnili przecież np. równie dzisiaj dla nas egzotyczni chłopi.

Żydowskiemu ruchowi narodotwórczemu brak jednak było jednego istotnego elementu, który nie pozwolił Żydom utworzyć własnego nowoczesnego państwa narodowego na terenie kontynentu europejskiego – terytorium. Nie wiadomo było ani nie sposób było określić, na jakim terytorium, na jakim obszarze, w jakim miejscu mieliby Żydzi tworzyć swoje państwo. Jedynie to stawiało ich w sytuacji wyjątkowej i trudnej, na koniec zaś tragicznej.

W Europie, w której wielkie procesy cywilizacyjne prowadziły do tworzenia się państw narodowych, Żydzi pozostawali bez swego terytorium – mało tego, byli postrzegani przez innych jako przeszkoda na drodze do uzyskania ich własnych państw narodowych. Wszędzie będąc mniejszością, szukać musieli często dla zachowania własnej tożsamości sojuszników przeciw większości na danym obszarze, opierając się o najmożniejszych Rosjan czy Niemców, co wywoływało dodatkowe konflikty. Bogaty opis Pawła Śpiewaka dostarcza wielu przykładów takiej właśnie sytuacji – jego opis w dużej części zgodny jest z dawnymi już interpretacjami, jakie przedstawiała Hannah Arendt. Nowością i przesunięciem akcentów jest to, że Pawła Śpiewaka interesują przede wszystkim przyczyny zaangażowania Żydów w ruch komunistyczny, gdy tymczasem Arendt interesowały głównie źródła antysemityzmu jako składowej ruchów totalitarnych.

Jeśli ruch narodotwórczy Żydów był często w konflikcie interesów z innymi ruchami narodowymi, to oczywiste staje się pytanie, jak układały się i jak mogły układać się stosunki między polskim a żydowskim ruchem narodowym na ziemiach polskich, gdzie Żydzi stanowili tak liczną mniejszość.

Nieuchronnie nasuwa się pytanie, czy po stronie polskiej (jak i po żydowskiej) nie można było prowadzić zupełnie innej polityki – ścisłego aliansu i ustalania wspólnoty interesów. Oczywiście istnieje wiele argumentów, że tak nie mogło się zdarzyć, ponieważ obie strony tego nie chciały. Polacy uważali, że Żydzi mają inne interesy niż Polacy, Żydzi odrzuceni przez Polaków tym bardziej zamykali się i koncentrowali się na własnych interesach. Tak pewnie musiało być, problem w tym, że tego zaczarowanego koła nikt właściwie nie usiłował przerwać.

Należy zdać sobie jednak sprawę, że stosunki polsko-żydowskie mogły układać się zupełnie inaczej. Żydzi wzięli istotny udział w modernizacji Polski, być może jednak, gdyby te stosunki układały się inaczej i lepiej, ich wkład mógłby być jeszcze większy, a Polska na ścieżkę nowoczesności mogłaby wkroczyć wcześniej i szybciej. Takie jednak wyobrażenie musiałoby być połączone z pełną akceptacją polskich Żydów jako polskich obywateli i Polaków bez żadnych dwuznaczności (i często głupich żartów z tym związanych).

Tylko pozornie centralnym tematem książki Śpiewaka jest żydokomuna. Tym niemniej wobec toksycznej siły tego stereotypu jest to temat ważny. Trzeba od razu powiedzieć, że wyznawcom tego mitu (z których większość, choć może nie wszyscy, są antysemitami) książka Pawła Śpiewaka dostarczyć może dziesiątków argumentów za antysemickimi przekonaniami. Czytając selektywnie i bez zrozumienia, można istotnie odnaleźć w książce opis szczególnego związku, jaki łączył część społeczności żydowskiej z ruchem komunistycznym.

Autor nie unika wspominania o faktach, które z jakichś powodów mogłyby okazać mu się przydatne w dążeniu do demistyfikacji „żydokomuny”. Jest świadomy powszechnie obecnych i obiegowych argumentów, przekonujących że „żydokomuna” istniała i może istnieje dalej. Pisze więc o stalinowskich oprawcach, podaje dokładne statystyki, nie kwestionując danych takich historyków jak Piotr Gontarczyk. Czytam u Śpiewaka o roku 1968: „Wyjątkowo ohydną, bo służalczą rolę, odegrali oficjalni przedstawiciele polskiego żydostwa. Syjonizm atakowano w «Fołks Sztyme», organie Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów, organizowano «spontaniczne akcje» pośród aktywu żydowskiego w celu potępienia państwa Izrael”.

W innym miejscu można w jego książce przeczytać: „Udział Żydów w ruchu komunistycznym w Sowietach i w Polsce, liczna obecność w służbach bezpieczeństwa, wywiadzie oraz w kontrwywiadzie daje się z trudem, jeśli w ogóle, pogodzić z tym dominującym paradygmatem mówienia o Żydach w diasporze [że istotą żydowskich dziejów jest cierpienie i nauka – dop. KW]. Wskazuje na wymiar odpowiedzialności i winy”.

W istocie jednak Paweł Śpiewak całkowicie obala mit żydokomuny, i to w sposób niepodlegający wątpliwości. Nie oburza on go i jego argumenty nie są moralizowaniem (jak zdarza się wielu anty-antysemitom). Jest świetnym historykiem, który odważnie podejmuje temat zakazany dotychczas dla nauki, a zawładnięty przez brak rozsądku i głupotę.

Śpiewak wie, że jeśli mielibyśmy mówić o żydokomunie, to tak samo winniśmy mówić o „komunopolonii”. Fakt, że Żydzi mieli więcej powodów, by wiązać się z ruchem komunistycznym, nie stanowi ani o tym, że byli jego twórcami, ani o tym, że nie mogli stawać się również jego ofiarami.

Autor w niezwykle przenikliwy sposób opisuje i objaśnia powojenną sytuację w Polsce, kiedy Żydzi stanowią istotną część wyższego aparatu władz i służb bezpieczeństwa. Pokazuje, jak przedwojenny mit nakłada się na nową sytuację (nieproporcjonalna liczba Żydów przy władzy). Wskazuje, że nowe formy antysemityzmu były atakiem na janczarów, a nie na ich dowódców w Moskwie, że beznadziejność i klęska wywołują demona. Pokazuje, jak można wyjaśnić nadreprezentatywność Żydów (o której można mówić tylko wtedy, gdy nie jest ona legendarnym ogólnikiem, lecz jest dokładnie określona na podstawie badań), bynajmniej nie usprawiedliwiając czynów takich ludzi jak stalinowski kat Samuel Morel.

Stosunek do Żydów stanowi bardzo poważny test dla polskiej tożsamości. I wcale nie z powodu oczywistej potrzeby zwalczania antysemityzmu, który najpewniej w Polsce utrzymuje się na średnim europejskim poziomie (co bynajmniej nie stanowi żadnego usprawiedliwienia). Stosunek do Żydów i ich kultury wyznacza w Polsce granicę między zwolennikami państwa ściśle narodowego (choćby nie było to wypowiedziane wprost i nie było skażone nacjonalizmem) a zwolennikami polskiego federalizmu. Polski federalizm to odwoływanie się do wielokulturowości pierwszej Rzeczypospolitej. Ta wielokulturowość obejmuje Ukraińców, Białorusinów, Litwinów, a nawet (choć na wpółmityczny sposób) także Ormian czy polskich Tatarów. W znacznie mniejszym stopniu obejmuje zaś Żydów, którzy traktowani są odrębnie (nawet jeśli z sympatią). Ukraińcy, Białorusini i Litwini opuścili jednak tę, wyobrażoną już tylko, wielokulturową Rzeczpospolitą w XIX wieku wraz z narodzinami nowoczesnych ruchów narodowych. Jeśli z federalizmu dawnej Rzeczypospolitej coś pozostało, czy też pozostawało dłużej, to właśnie związek z Żydami.

Ostatnia część książki Śpiewaka ma charakter bardziej osobisty. Marzec 1968 roku, antysemicka kampania w PZPR i wywołane tym antysemickie nastroje w społeczeństwie były już wielokrotnie opisywane. Paweł Śpiewak patrzy jednak na tę epokę oczami pokolenia, które ją przeżywało. Przywołuje pamięć o postaciach, które doskonale znane są jego i mojej generacji – takich jak Wiktor Woroszylski czy Roman Zimand. To właśnie oni, a nie „stalinowscy kaci” wskazywani byli jako pseudodowód istnienia żydokomuny. Istotnie biografie niektórych z nich (jak np. niewspomnianego w książce Krzysztofa Wolickiego, z którym byłem zaprzyjaźniony, co budziło niechętne uwagi tych, którzy nie mogli zapomnieć mu jego wcześniejszej działalności) były w rozmaity sposób uwikłane w dzieje powojennej komunistycznej władzy. Zarzuty te i wypomnienia czyniono wtedy, gdy osoby te były już w poważny sposób zaangażowane w opozycję antysystemową.

Jeśli ktoś chce pamiętać każdego żydowskiego stalinistę, to będąc konsekwentnym (choć nie jest to konsekwencja godna specjalnej pochwały), winien też pamiętać każdego żydowskiego opozycjonistę – spośród działaczy tego ruchu, który stworzył „Solidarność”, a następnie przyniósł Polsce niepodległość. Jest zadziwiające i godne podziwu, że tak minimalna żydowska społeczność wyłania z siebie tylu dzielnych ludzi niewahających się wziąć udziału w tak ryzykownym przedsięwzięciu, jakim było obalanie komuny.

Nie chcę w ten sposób w żadnym wypadku powiedzieć, że walka z systemem może być jakimś zadośćuczynieniem za zaangażowanie w stalinizm (to problem winy i odpowiedzialności, o którym pisze Śpiewak). Byłoby czymś niestosownym zestawianie obu zjawisk. Chcę jedynie powiedzieć, że trzeba zauważać pozytywny wkład Żydów – zarówno tych, którzy chcą się tak nazywać, jak i tych, którzy są tak nazywani – w najnowsze dzieje Polski.

Z pewną ironią można też zauważyć, że wiodącymi intelektualnie postaciami dla dwóch przeciwstawnych politycznie obozów są obecnie Adam Michnik i Bronisław Wildstein – jeden i drugi o wspaniałej biografii opozycyjnej. Dla nieuleczalnych antysemitów mogłoby to być powodem do stwierdzenia, że Żydzi – jak zawsze – są wszechobecni i sięgają po rząd dusz. Może to być jednak wyrazem normalności: że Żydzi to dziś nie tylko „żydolewica”, ale i „żydoprawica”. Wspominam tu oczywiście o żydowskich korzeniach Adama Michnika i Bronisława Wildsteina tylko z pewną złośliwością pod adresem tych, którzy z własnego obozu w taki czy inny sposób chcieliby wykluczać żydowskich współobywateli. W istocie owa żydowskość nie powinna bowiem mieć dzisiaj żadnego znaczenia, gdy mówimy o czyjejś obecności w życiu publicznym.

Mimo wszystko w stosunkach polsko-żydowskich dokonały się po roku 1989 pozytywne zmiany. I jeśli coś stanowi trudność w tych stosunkach, to nie jest to antysemityzm (słabnący, choć wciąż oczywiście należy go zwalczać), lecz właśnie brak zrozumienia, że dzieje polskich Żydów i dzieje Polski są nie do oddzielenia, że dzisiejsza polska społeczność nie zrozumie własnych dziejów i nie opowie sobie i światu własnej historii bez wiedzy o dziejach żydowskich współobywateli.

Tematyka stosunków polsko-żydowskich nadal budzi duże emocje. Należy jednak zadać pytanie, czy ich siła może być miarą znaczenia tej tematyki. Społeczność żydowska w dzisiejszej Polsce to zaledwie 20-30 tys. osób, a polityka polska nie jest aż tak globalna, aby stosunki polsko-izraelskie stały w centrum zainteresowań Warszawy. Jest jednak czynnik decydujący o tym, że problematyka polsko-żydowska długo jeszcze zachowa wielkie znaczenie. Jest nim pamięć o Holokauście. Głównymi depozytariuszami tej pamięci są oczywiście Żydzi. Są jednak nimi w poważny sposób również Polacy, ponieważ zagłada w dużej mierze rozegrała się na ziemiach polskich. Tragedia Holokaustu łączy więc obie społeczności w nierozerwalny sposób, nawet jeśli stosunek sąsiedztwa i bezpośredniego współżycia został bardzo poważnie ograniczony.

Ostatnia moja uwaga dotyczy samego autora tej wspaniałej książki. Paweł Śpiewak ma wybitną biografię zarówno jako intelektualista, jak i uczestnik ruchów obywatelskich i opozycyjnych przed rokiem 1989. Obecnie został on dyrektorem Żydowskiego Instytutu Historycznego. Ta niezwykle ważna dla polskiej kultury instytucja miała przez długi czas pecha. Niegdyś zsyłano tam na kierownicze stanowiska strąconych z piedestału komunistycznych działaczy żydowskiego pochodzenia. Ich wykorzenienie decydowało, że w istocie posiadali oni niemal zerowe kompetencje, by kierować tą instytucją. Szczególnie szkodliwe było to, że – będąc całkowicie areligijni lub na komunistyczny sposób religijności wrodzy – zajmować się mieli zbiorami poświęconymi żydowskiej tradycji przepojonej religijnością.

Sytuacja z czasem poprawiała się, zwłaszcza po roku 1989, ale nigdy na czele Żydowskiego Instytutu Historycznego nie stał człowiek obdarzony taką intelektualną charyzmą i takim naukowym autorytetem. Nie wygląda na to, aby książka przygotowywana była z myślą o objęciu tego stanowiska. Ukazała się jednak w momencie, gdy Paweł Śpiewak określa na nowo kierunki kierowanej przez siebie placówki. Daje to nadzieje, że ŻIH stanie się miejscem i inspiratorem wielu debat, których Polska tak bardzo potrzebuje, a tematyka żydowska zyska swoje pełne obywatelstwo w kulturze polskiej. Nawet jeśli stanie się to tak późno i po tylu tragediach, będzie to z pewnością czymś szalenie istotnym.

Kazimierz Wóycicki


Kazimierz Wóycicki – ur. 1949. Politolog, filozof, publicysta. W latach 70. i 80. redaktor WIĘZI. Autor m.in. książek Niemiecki rachunek sumienia. Niemcy wobec swojej przeszłości 1933-1945 oraz Niemiecka pamięć. Rozrachunek z przeszłością NRD i przemiany niemieckiej świadomości historycznej. Był m.in. dyrektorem Instytutu Polskiego w Düsseldorfie i Lipsku, dyrektorem szczecińskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej. Obecnie wykładowca w Centrum Studiów Wschodnich Uniwersytetu Warszawskiego. Współinicjator polsko-niemieckiego kręgu dyskusyjnego „Grupa Kopernika”. Przewodniczący Stowarzyszenia Przyjaciół Muzeum Historii Polski. Członek Polskiego Pen Clubu. Prowadzi stronę internetową kazwoy.wordpress.com. Mieszka w Warszawie.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Jak hartowała się stal?

Jak hartowała się stal? Khlevniuk: Józef Stalin padł ofiarą własnego systemu [WYWIAD]

Rafał Zychal


Ostatnie chwile życia Józefa Stalina do dziś są owiane aurą tajemnicy. Czy wszechmocny dyktator umarł tylko dlatego, że najbliżsi współpracownicy bali się wejść do jego gabinetu i udzielić mu pomocy? A może za tę śmierć rzeczywiście odpowiada Ławrientij Beria? Mimo upływu lat, pytania wciąż wracają. Wątpliwości te, w rozmowie z Onetem, rozwiewa Oleg Khlevniuk. Rosyjski historyk wskazuje też, skąd wzięła się wyjątkowa brutalność przywódcy ZSRR i dlaczego w pewnym momencie niewiele brakowało, by Stalin nagle stracił wszystko, co osiągnął. I czy był gotów rozpętać III wojnę światową?

Józef Stalin

Z Olegiem Khlevniukiem – rosyjskim historykiem, badaczem dziejów stalinowskiej Rosji oraz jej przywódcy, a także autorem książki “Stalin. Nowa biografia”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Znak Horyzont, rozmawia Rafał Zychal.

Rafał Zychal (Onet): Na samym początku swojej książki pisze Pan, że praca nad nią była “powołaniem”. Skąd właśnie taka motywacja? Czy to sposób na rozprawienie się z gloryfikacją czy nawet mitem Stalina w dzisiejszej Rosji?

Oleg Khlevniuk: Przede wszystkim, miałem na myśli powołanie zawodowe. Już od kilkudziesięciu lat zajmuję się badaniem radzieckiej historii – to trudny i niekończący się proces. Jednocześnie jestem głęboko przekonany, że historyk nie powinien odpowiadać na polityczne zwroty czy zmiany nastrojów społecznych. Nasza historiografia naukowa ma problemy, które powinna rozwiązać. To oczywiście nie oznacza, że naukowcy ignorują zupełnie to, co się dzieje wokół nich. Jednak najlepszym sposobem udziału profesjonalnych historyków w debacie publicznej jest publikacja wyników ich badań. Najlepiej w formie bardziej przystępnej dla zwykłego czytelnika. I to jest to, co chciałem osiągnąć pisząc swoją książkę na temat Stalina.

Jednak pewna idealizacja postaci Józefa Stalina w dzisiejszej Rosji jest faktem. Skąd ona się bierze? A może to tylko tęsknota za tamtymi czasami?

Mit Stalina bazuje również na prostym przeciwstawieniu “chwalebnej” przeszłości i obecnych czasów, które są mocno krytykowane. Ludzie nie rozumieją, a częściowo i obawiają się przyszłości. Dlatego wolą patrzeć w przeszłość, gdy wszystko było oczywiste i wydawało się godne naśladowania. Wtedy może byliśmy ubodzy, ale wszyscy, sprawiedliwie. Walczono też z korupcją. Było i wielkie zwycięstwo oraz wielkie mocarstwo, którego wszyscy się bali. I dlatego sympatycy Stalina – politycy, dziennikarze czy publicyści, świadomi tych sentymentów w narodzie, wykorzystują je. I tworzy się taki zaklęty krąg – stare mity tworzą nowe. W ten sposób Józef Stalin znów staje się obiektem jakiegoś zupełnie nieracjonalnego uwielbienia. Obecna “restalinizacja” w społeczeństwie jest więc rezultatem wielu procesów – historycznego analfabetyzmu, kolejnych kryzysów, frustracji wynikającej z przeprowadzonych reform, strachu przed przyszłością, ale także właśnie celowego działania ze strony niektórych polityków.

Sporo miejsca poświęca Pan analizie przemiany samego Stalina. Co sprawiło, że stał się najpierw rewolucjonistą, a potem dyktatorem? Czy były to wrodzone cechy charakteru? A może po prostu determinacja i odrobina szczęścia?

Stalin stał się rewolucjonistą w typowy dla tamtych czasów sposób. Przemoc państwowa i niesprawiedliwość w przedrewolucyjnej Rosji napędzały ruchy rewolucyjne, które rozwijały się w wielu kierunkach. On wywodził się ze społecznych nizin, a na dodatek był przedstawicielem uciskanych mniejszości narodowych. A to zawsze jest niebezpieczna mieszanka. Gdy dołączył do ruchu rewolucyjnego, bardzo radykalnego w swojej istocie, zrobił pierwszy krok do tego, by stać się dyktatorem. Zresztą często w historii jest tak, że właśnie tacy radykalni rewolucjoniści stają się potem dyktatorami, mniejszymi czy większymi.

Dlaczego okazał się lepszy od swoich rywali na szczytach władzy?

Kwestia jego zwycięstwa w wewnątrzpartyjnej rywalizacji i objęcie niczym nieskrępowanej, dyktatorskiej władzy w tak olbrzymim kraju jest nieco inną sprawą. Wielu uważa, że taki przebieg zdarzeń był nieunikniony, a Stalin był potrzebny krajowi i znacznie przewyższał swoich oponentów. Można jednak kwestionować tak proste przedstawianie tej sprawy. To była naprawdę twarda walka, a jej rezultat wcale nie był taki oczywisty.

Sprawując swoją władzę, Józef Stalin nie stronił od brutalnych metod w polityce i w zarządzaniu państwem? Czy kierowały nim podobne motywacje, jak u innych dyktatorów, czy jednak Stalin się czymś wśród nich wyróżniał?

Sam Stalin, jak i stalinizm oraz Związek Radziecki, były wynikiem rewolucyjnych wstrząsów w Rosji, I wojny światowej oraz wojny domowej. Zginęły miliony ludzi, upadło państwo, nastąpił też upadek moralności. Mieliśmy do czynienia z wszechobecną brutalizacją, a ludzkie życie przestało cokolwiek znaczyć. Przemoc w polityce stała się normą. Jednak Stalin wniósł swój wkład do tych ogólnych tendencji. Rozpoczął też nową rewolucję. Zaczęło się od kolektywizacji, która miała uderzyć w mieszkańców wsi i zniszczyć dotychczasowy model, który tam panował. Wprowadził też terror, którego celem była budowa jego osobistej potęgi. On nigdy nie miał zahamowań, gdy trzeba było sięgnąć po przemoc, nawet jeżeli skutkiem tego były olbrzymie ofiary. W ogóle, kwestia osobistych ambicji jest bardzo istotna, gdy analizujemy tamte czasy. Za wieloma z najbardziej krwawych represji stały właśnie zupełnie osobiste motywacje.

Ale tak ogromna skala przemocy w kraju była niezbędna dla utrzymania władzy?

Uważam, że nie. Jestem zdania, że taka polityka nie tylko osłabiała sam kraj, ale i jego autorytarne władze. Zresztą, jego następcy, mając tego świadomość, szybko odżegnali się od skrajności stalinizmu tuż po śmierci wodza. Szybko zrezygnowali bowiem z najbardziej skrajnych elementów jego polityki. Opowiedzieli się za bardziej “normalnym” systemem autorytarny. To był wyraźny krok naprzód. On ułatwił życie nie tylko wielu milionom ludzi w samym ZSRR, ale i w innych krajach.

Czy to właśnie władza sama w sobie była dla Stalina najważniejszym celem, nawet jeżeli oznaczała śmierć obywateli oraz zrujnowanie kraju?

Tak, wiele faktów wskazuje na to, że właśnie chęć posiadania władzy była dla Stalina rzeczą najważniejszą. Ale to nie jest nic nadzwyczajnego. Wszyscy autorytarni przywódcy kierują się podobnymi motywacjami. Warto też przypomnieć, że były w historii takie momenty, kiedy Stalin był gotowy na pewne ustępstwa, zwłaszcza społeczno-ekonomiczne. Miało to miejsce choćby wtedy, gdy jego wyjątkowo skrajna polityka wpędziła kraj w kryzys. Tak było między innymi w latach 1934-35. Po klęsce głodu z lat 1932-33, władze Związku Radzieckiego zezwoliły rolnikom na posiadanie małych gospodarstw rolnych na własny użytek. To ocaliło miliony istnień ludzkich. Podobnych przykładów jest więcej. Te odstępstwa od radykalnego kursu pokazują, że taka polityka była możliwa. Ale to właśnie polityczne interesy Stalina i jego uprzedzenia były tym, co pchało go w kierunku bardziej radykalnego kursu.

Jaki moment w historii był tym punktem, w którym sam Stalin oraz jego władza były najsłabsze? Agresja Niemiec na ZSRR w 1941 roku?

W literaturze naukowej, a szczególnie w prostalinowskiej publicystyce, można spotkać się z różnymi wariantami teorii słabego dyktatora. Głosi ona, że Stalin wcale nie był tak wszechmocny, jak się go czasem maluje i wiele ważnych decyzji podejmował pod presją nomenklatury. I że to nie on, lecz regionalni urzędnicy ponoszą winę za terror i inne “wypaczenia”. Wszystko to jednak nie znajduje potwierdzenia w dokumentach. Jako historycy nie znamy ani jednego przypadku, by jakaś decyzja zapadła wbrew woli Stalina albo poza jego wiedzą. To był naprawdę wyjątkowo mocny przywódca. Bez trudu mógł skazać na śmierć nie tylko miliony zwykłych ludzi, ale także członków najwyższych władz ZSRR.

Oczywiście, były krytyczne momenty, kiedy władza partii komunistycznej i samego Stalina były wystawiane na próbę. Choćby wtedy, gdy przeprowadzano kolektywizację. Władza musiała wówczas zmierzyć się z oporem mieszkańców wsi, który był naprawdę ogromny. Na początku lat trzydziestych ponad trzy miliony chłopów, opowiedziało się przeciw władzom, często z bronią w ręku. I często przejmowało kontrolę nad niektórymi terenami w ZSRR. Z nimi jednak władze uporały się dość szybko. O wiele większym problemem było zagrożenie z zewnątrz. Bardzo obawiał się zjednoczenia w czasie wojny: sił antysowieckich, sił wewnątrz kraju z i wrogów zewnętrznych. W końcu w podobny sposób do władzy doszli przecież bolszewicy. Gdy wojna z Niemcami rozpoczęła się od serii katastrofalnych porażek, to Stalin naprawdę liczył się z najgorszym. Można powiedzieć, że się załamał.

Co się wtedy wydarzyło?

30 czerwca, zaledwie tydzień po rozpoczęciu działań wojennych, pozostał na daczy i nie przyjechał jak zwykle do swojego gabinetu na Kremlu. Grupa jego współpracowników, z Mołotowem na czele, bez zapowiedzi pojechała wtedy do niego i zaproponowała powołanie nowego organu władzy – Państwowego Komitetu Obrony. Na jego czele oczywiście miałby stanąć Stalin. I ten ruch dał powód do spekulacji, że został on zaszantażowany przez swoich współpracowników, że mogli mu grozić nawet aresztowaniem. Jednak w rzeczywistości nic takiego nie miało miejsca. Współpracownicy nie byli w stanie wykonać takiego ruchu. Poruszali się przecież na tym samym wózku, a na dodatek potrzebowali Stalina. Inną sprawą jest, że podczas wojny, on sam dużo bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, potrzebował współpracowników. I dlatego był wobec nich bardziej lojalny. Gdy wojna się skończyła, sytuacja uległa zmianie.

Paradoksem jest to, że Józef Stalin padł
ofiarą własnego systemu, w którym
wszyscy bali się wszystkiego
Oleg Khlevniuk

A co było jego największą porażką – zarówno jako polityka, jak i człowieka?

Stalin, jako polityk i dyktator, osiągnął wiele. Bez wątpienia. Zmarł też we własnym łóżku, a nie zginął z rąk swoich przeciwników, co jest częstym scenariuszem w przypadku takich władców. Ale sukces Stalina w wielu wymiarach oznaczał klęskę jego kraju i śmierć dziesiątków milionów ludzi w różnych częściach świata. W ostatecznym rozrachunku to właśnie oni zapłacili swoim życiem za ambicje Stalina i stabilizację jego władzy. Porażką Stalina było jednak to, jak szybko po śmierci rozmontowano stworzony przez niego system władzy. Trwało to zaledwie kilka miesięcy. Nawet najbardziej zagorzali staliniści mieli świadomość, że kraj nie może być już dalej rządzony w ten sposób. I tak, stopniowo, w przeszłość odchodziły takie filary reżimu Stalina jak GUŁAG czy represje na masową skalę. Zmianie uległa też polityka gospodarcza – zmniejszono obciążenia, jakim byli poddawani chłopi, przyhamowano inwestycje w przemysł ciężki czy zbrojenia na masową skalę. Nowe władze ZSRR większy nacisk położyły na kwestie socjalne. A wkrótce, sam Stalin został przez Chruszczowa oskarżony o odejście od “socjalistycznej praworządności“.

A już jako człowiek, mąż, ojciec, dziadek, Józef Stalin poniósł całkowitą porażkę. Losy jego najbliższych są naznaczone kolejnymi tragediami. W 1932 roku żona popełniła samobójstwo, starszy syn zginał w niemieckim obozie, młodszy również zmarł młodo z powodu alkoholizmu. Co więcej, córka Stalina uciekła do USA – kraju, który uważał za swojego największego wroga. A swoje wnuki dyktator widział może kilka razy w życiu.

Ostanie lata Stalina to jeden z najbardziej zagadkowych okresów w życiu dyktatora. Zwłaszcza jego podejrzliwość, upór i okrucieństwo. Jak wielki wpływ na taką formę sprawowania władzy miał jego stan zdrowia?

Znany lekarz, Aleksandr Miasnikow, który był przy Stalinie, gdy ten umierał, napisał w swoich pamiętnikach, że przywódca ZSRR od dawna miał poważne problemy zdrowotne. Przy czym schorzenie to, czyli miażdżyca, nie mogła doprowadzić do zmian w jego osobowości. Bo trzeba zaznaczyć, że wyjątkowe okrucieństwo oraz podejrzliwość Stalina objawiała się na długo przed jego śmiercią. W latach 1937-38 osobiście nadzorował czystki, w wyniku których aresztowano ponad półtora miliona osób, a 700 tysięcy z nich rozstrzelano. Dlatego wydaje mi się, że lepiej powiedzieć, że choroba nie spowodowała, a uwydatniła u Stalina pewne negatywne cechy osobowości, które posiadał od zawsze.

Śmierć Stalina rodzi wciąż wiele pytań. Czy ktoś ją zaplanował? A jeśli nie, to dlaczego w ostatnich dniach jego otoczenie tak zwlekało z pomocą. Czy to był jedynie strach przed gniewem dyktatora?

Ostatnie chwile Stalina są źródłem wielu spekulacji. Ale żadna z nich nie ma oparcia w twardych faktach. Jedni twierdzą, że Stalin został zamordowany z rozkazu Berii. Inni twierdzą, że za zabójstwem Stalina stały z kolei kraje Zachodu. Jest więc wiele spiskowych teorii na ten temat, jedna bardziej osobliwa od drugiej. Moim zdaniem Stalin zmarł, bo był ciężko chory. Nie był już młodą osobą, miał 74 lata. Nie był też okazem zdrowia. Swoje zrobiły też nocne uczty, wypalone papierosy, brak aktywności fizycznej.

Jest oczywistym, że w krytycznym momencie, w pierwszych dniach marca 1953 roku, pomoc medyczna dotarła do niego z opóźnieniem – bez względu na to, czy ona by coś dała, czy nie. Ale to nie było tak, że jego współpracownicy celowo opóźniali przyjazd lekarzy. Oni się po prostu obawiali podjąć jakąkolwiek decyzję i nie mieli świadomości, w jak złym stanie znajdował się Stalin. Paradoksem jest to, że Józef Stalin padł ofiarą własnego systemu, w którym wszyscy bali się wszystkiego.

Chęć posiadania władzy była dla Stalina rzeczą najważniejszą.
To właśnie jego polityczne interesy i uprzedzenia były tym,
co pchało go w kierunku bardziej radykalnego kursu.
Oleg Khlevniuk

Na ile wiarygodne są tezy, które mówią, że w ostatnich latach życia Stalin szykował się na kolejny konflikt światowy? I co sprawiło, że zdecydował się rozpocząć swoją ostatniej wielką operację, czyli antysemicką kampanię?

Oczywiście, Stalin zawsze przygotowywał się do nowej wojny. Związek Radziecki znajdował się w stanie ciągłej mobilizacji – rozwijała się armia, rozwijał się przemysł zbrojeniowy. I tak jak w czasach przedwojennych, trwały akcje represyjne, których celem było wyeliminowanie wszelkich buntów i zjednoczenie społeczeństwa wokół wspólnego wroga. Kampania wymierzona w “kosmopolitów”, a tak naprawdę w Żydów, była przykładem takiej polityki. Innym pytaniem jest, jak daleko Stalin był gotów się posunąć? I czy są dowody na to, że przygotowywał uderzenie na Zachód, które oznaczałoby wybuch III wojny światowej? Czy prawdziwe są pogłoski, że Stalin szykował masową akcję deportacji Żydów, podobnie jak to wcześniej miało miejsce w przypadku innych mniejszości narodowych? Historycy całymi latami poszukiwali dokumentów, które pozwoliłyby potwierdzić te przypuszczenia. Jak na razie takich dowodów nie odnaleziono.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Tajemnica Szczypiorskiego

Tajemnica Szczypiorskiego

Gk, PAP, Rzeczpospolita


Andrzej Szczypiorski, późniejszy znany pisarz, w latach 50. na zlecenie bezpieki pomagał zwabić do Polski swojego ojca, działacza emigracyjnego PPS.

W wywiadzie-rzece, przeprowadzonym na początku lat 90., Andrzej Szczypiorski, jeden z najbardziej znanych współczesnych pisarzy polskich, powiedział: “To, co jest poza moją pamięcią, to, co jak gdyby gwałci moją pamięć, to, co się w niej nie mieści, jest eliminowane, nie jest akceptowane. Wiem, że to jest groźne. Wiem, że to jest może nawet i nieprzyzwoite, ponieważ mogłoby się zdarzyć, że nie zapamiętuję rzeczy dla mnie niewygodnych, rzeczy, w których jestem widziany w niewłaściwym świetle, niedobrym dla siebie – wobec tego to nie istnieje. Może i tak jest, ale w tej chwili mówię o mechanizmach i tak je opisuję, jak one wydają się funkcjonować”. Szczypiorski przyznał się do selektywnej pamięci? To wyznanie każe na nowo spojrzeć na biografię zmarłego przed sześciu laty pisarza.

Rozpracowanie Szczypiorskiego “z perspektywą werbunku” od końca lat 40. prowadził Departament V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, nadzorujący działalność organizacji wyznaniowych, politycznych i społecznych. Na podstawie donosów podejrzewano go o powiązanie z rzekomą działalnością szpiegowską jego ojca Adama.

Od 1945 r. Szczypiorski senior przebywał na emigracji w Szwecji, gdzie kierował pracami lokalnej organizacji Polskiej Partii Socjalistycznej. Pięć lat później wyjechał

do Wielkiej Brytanii, gdzie był jednym z aktywniejszych działaczy PPS. Blisko współpracował z przywódcami partii Adamem Ciołkoszem oraz Zygmuntem Zarembą. Wystarczyło to, by znalazł się na długiej liście emigracyjnych polityków, którymi interesował się peerelowski wywiad.

Adam Szczypiorski utrzymywał kontakt korespondencyjny z liczną rodziną w kraju. W Polsce mieszkał jego syn oraz ojciec, trzech braci i dwie siostry. Obiektem szczególnego zainteresowania wywiadu stał się właśnie syn Andrzej. Praca dziennikarska oraz osobiste cechy Szczypiorskiego juniora (“lubi się bawić, ciągle potrzebuje pieniędzy”) stwarzały nadzieję na jego operacyjne wykorzystanie dla rozpracowania działalności ojca. Pojawiła się nawet propozycja, by w tym celu wysłać niesfornego redaktora do Londynu w charakterze korespondenta prasowego. Andrzej pozostał jednak w kraju. W 1954 roku został kierownikiem literackim Teatru im. Wyspiańskiego w Katowicach. W 1955 roku Czytelnik wydał jego debiutancki tom opowiadań “Ojcowie epoki”.

Bezpieka rozważała dwa sposoby wykorzystania Adama Szczypiorskiego: chciała go albo zwerbować, albo przynajmniej ściągnąć do kraju, by wykorzystać w propagandzie fakt powrotu prominentnego działacza emigracyjnego. Za najlepszy sposób na dotarcie do niego uznano “wykorzystanie uczuć rodzinnych”. Z inspiracji wywiadu PRL Andrzej Szczypiorski w listach do ojca pytał, “czy długo jeszcze myśli tak żyć na obczyźnie, z dala od kraju i rodziny”. Pierwszym celem było wzbudzenie u Adama Szczypiorskiego zaufania do dawno niewidzianego syna. Oficer wywiadu z satysfakcją odnotował, że listy ojca do syna były “nacechowane wielką serdecznością”.

Kolejnym krokiem miało być zorganizowanie spotkania syna z rodzicami. Podczas bezpośredniego spotkania miał przekonywać ich do powrotu do kraju. Na początku kwietnia 1955 r. Adam Szczypiorski w odpowiedzi na propozycję spotkania

zawiadomił syna o planowanym wyjeździe żony do Austrii na obchody wyzwolenia więźniów obozów koncentracyjnych. Dodał, iż świadomość rychłego spotkania z synem po dziesięcioletniej przerwie sprawia, że w ostatnich dniach matka o niczym innym nie myśli. Andrzej Szczypiorski przekonywał ppłk. Leona Winiawskiego, że w tej sytuacji nietrudno będzie pozyskać matkę i wykorzystać jej wpływ na ojca, by przekonać go do powrotu do kraju. Według oficera wywiadu Andrzej był zainteresowany wyjazdem do Wiednia, gdyż “przypuszcza, że podniesie to jego walory, jest karierowiczem, ale człowiekiem zdolnym”. Przebieg spotkania został w szczegółach opracowany przez peerelowski wywiad. Ustalono, że rozmowa syna z matką będzie nagrywana przez aparat podsłuchowy zainstalowany w zamkniętej walizce.

Zgodnie z planem w końcu kwietnia 1955 r. Andrzej Szczypiorski wyjechał do Wiednia. Do spotkania jednak nie doszło. W rozmowie telefonicznej Jadwiga Szczypiorska z rozpaczą mówiła o straconej okazji widzenia się z synem. Tłumaczyła, że nie przyjechała na spotkanie, gdyż byłoby to dla niej zbyt bolesne rozdrapywanie ran. Po tak wielkim przeżyciu nie miałaby już siły wrócić do Londynu.

Do rozmowy włączył się również ojciec. Był wyraźnie przygnębiony sytuacją życiową na emigracji. Szczypiorscy, ogromnie wzruszeni, na przemian wypytywali syna o jego żonę, dziecko, pracę. Piętnastominutowa rozmowa telefoniczna po dziesięcioletniej rozłące wywarła również wrażenie na Andrzeju. Nazajutrz Szczypiorski napisał list do rodziców. Treść listu omówił z oficerem wywiadu z polskiej placówki dyplomatycznej w Wiedniu. W liście oprócz spraw rodzinnych poruszył również kwestie polityczne. Pisał, że “po 10 latach dzięki wysiłkom całego narodu powstała z ruin wspaniała Warszawa”, że “nieprawdą są oszczerstwa zachodniej propagandy o ucisku w Polsce ludzi różnych przekonań. Zarówno komuniści, jak i nie komuniści żyją wspólnie jednym celem: utrzymaniem pokoju na świecie i walką o dalszy wzrost dobrobytu w Polsce”. W raporcie napisanym po powrocie z Austrii przekonywał swoich mocodawców, że ojciec do listu nadanego z zagranicy będzie przywiązywał większe znaczenie, gdyż na pewno przypuszczał, iż listy z kraju były kontrolowane. W liście wysłanym z Wiednia mógł się spodziewać, że syn napisze “całą prawdę”.

Mimo nieoczekiwanego przebiegu wiedeńska misja zakończyła się sukcesem. Po powrocie do kraju Andrzej Szczypiorski tryskał optymizmem. Spodziewał się nieufności, a w telefonicznej rozmowie wyczuł “daleko idącą wiarę i przychylność” rodziców. W tej sytuacji uważał, że należy działać “raczej szybko, szczególnie, iż nie ma najmniejszej obawy co do podejrzeń”. Przekonywał, że nie ma potrzeby rozkładać sprawy na raty (najpierw spotkanie z matką, a później z ojcem). Należało kuć żelazo póki gorące i doprowadzić jak najszybciej do spotkania z ojcem lub obojgiem rodziców.

W połowie czerwca 1955 r. Szczypiorski zamierzał wyjechać do Paryża na spotkanie z rodzicami. Jednak problemy z uzyskaniem francuskiej wizy sprawiły, że termin trzeba było przesunąć. Do stolicy Francji przyleciał ostatecznie około północy z 12 na 13 września (wskutek awarii samolot był kilka godzin opóźniony). Na lotnisku czekali już na niego rodzice, po czym wszyscy razem pojechali do hotelu. Ze względu na późną porę pierwsza rozmowa trwała zaledwie pół godziny. Następnego dnia rano Szczypiorski skontaktował się w ambasadzie ze “Spokojnym”, formalnie pracownikiem polskiej placówki, faktycznie rezydentem wywiadu PRL. Koszty pobytu Szczypiorskiego w Paryżu (190 tys. franków plus 20 tys. kieszonkowego) sfinansowano z funduszu operacyjnego wywiadu. Opowiadając “Spokojnemu” o swoich pierwszych wrażeniach ze spotkania z rodzicami, Andrzej stwierdził, że matka gotowa była natychmiast wracać do kraju. Gorzej przedstawiała się sprawa z ojcem.

Po wizycie w ambasadzie Szczypiorski cały dzień spędził z rodzicami. Ojciec oprowadzał go po mieście. Andrzej opowiadał o swoim życiu rodzinnym, pracy pisarskiej i planach twórczych, o coraz lepszych materialnych warunkach życia. Jak odnotował w sprawozdaniu dla bezpieki z pierwszego dnia pobytu w Paryżu: “Duże wrażenie na rodzicach zrobił fakt, że moja żona i dziecko spędzili dwa tygodnie wakacji w Sopocie, a obecnie są na wakacjach w Ustroniu, w Beskidach”. Matka z żalem stwierdziła, że ani ona, ani ojciec przez ostatnie pięć lat nigdzie nie wyjeżdżali na urlop. Z rozpaczą opowiadała o ich trudnej sytuacji materialnej. Gdy Andrzej płacił za taksówkę (120 franków) i dał kierowcy 20 franków napiwku, ojciec był zbulwersowany jego “rozrzutnością”.

W rozmowie z rodzicami Szczypiorski początkowo nie poruszał otwarcie sprawy ich powrotu. Adam Szczypiorski ciągle był nieufny i obawiał się o własne bezpieczeństwo. Twierdził, że po przyjeździe do Polski trafiłby do więzienia. Syn argumentował, że w kraju nic mu nie grozi, a po powrocie nie musiałby pracować fizycznie. Ojciec powtarzał, że nawet jeśli tak jest, to “odwilż” może się skończyć, przyjdzie “przymrozek” i wtedy przypomną mu, że przez dziesięć lat był na emigracji. Z niepokojem dodał, że ma już sześćdziesiąt lat, a w tym wieku nie jest łatwo znaleźć pracę. Syn starając się rozwiać obawy ojca, roześmiał się i zaznaczył, że okres “przegięć” minął już bezpowrotnie, a w Polsce każdy człowiek z kwalifikacjami jest na wagę złota.

17 września Andrzej, ponaglany przez centralę, zdecydował się na przeprowadzenie zasadniczej rozmowy. Zaproponował ojcu powrót do kraju, obiecał, że otrzyma pracę zgodną ze swoimi kwalifikacjami, mieszkanie i przyzwoite warunki życia. Adam Szczypiorski nie był zaskoczony propozycją, choć ciągle wyrażał obawy, że ze względu na podeszły wiek nie będzie mógł otrzymać w Polsce pracy, że po dziesięciu latach na emigracji nikt mu nie zechce zaufać.

Również Jadwiga Szczypiorska namawiała męża do natychmiastowego powrotu. Napór syna i żony przyniósł wreszcie skutek. Jeszcze tego dnia wieczorem Andrzej zorganizował w kawiarni spotkanie rodziców ze “Spokojnym” w celu omówienia szczegółów wyjazdu do Polski. Przed powrotem Adam Szczypiorski wrócił jeszcze na kilkanaście dni do Londynu.

Ostatecznie 4 października 1955 r. Szczypiorscy odlecieli z Paryża do Warszawy. Następnego dnia do kraju wrócił Andrzej Szczypiorski. Przed odjazdem oświadczył “Spokojnemu”, że chciałby w przyszłości wyjechać wraz z żoną na jakąś placówkę zagraniczną jako attaché kulturalny czy prasowy. “Nie mówił otwarcie, że wykonywałby również naszą robotę, ale do tego zmierzał” – raportował oficer wywiadu. Już na lotnisku Andrzej powiedział “Spokojnemu”, że “niczego tak nie pragnie, ażeby mógł u mnie pracować”. W raporcie dla centrali oficer wywiadu pochwalił Szczypiorskiego, że “wszelkie zadania związane ze sprawą powrotu jego rodziców wykonywał sumiennie”. W nagrodę Andrzej Szczypiorski w 1956 r. mianowany został attaché do spraw kulturalnych, najpierw w konsulacie, a następnie w ambasadzie PRL w Kopenhadze. Na placówce dyplomatycznej pozostał do 1958 r.

Współpraca Andrzeja Szczypiorskiego z wywiadem PRL nie skończyła się wraz z powrotem jego rodziców. W archiwum IPN zachowały się odpisy 9 sprawozdań pisarza z rozmów z ojcem. W jednym z raportów Andrzej donosił: “Ojciec czuje się b. dobrze, jest oszołomiony Warszawą, stale wyraża swój zachwyt w związku z odbudową miasta i ogromem pracy, jakiego dokonano. Szczególne wrażenie wywarł na nim Pałac Kultury i Nauki oraz rekonstrukcja Rynku Starego Miasta”. Na podstawie rozmów z ojcem Andrzej Szczypiorski przekazywał także ogólne wiadomości o położeniu emigracji politycznej, sporach między poszczególnymi ugrupowaniami oraz wewnątrz nich.

Wrażenia z pobytu w Paryżu oraz z wyjazdu do Wiednia pisarz zamieścił w wydanym w 1957 r. zbiorze “Z daleka i z bliska. Reportaże, felietony, eseje”. Pisał o muzeach, kawiarniach, rozmowach z przygodnymi osobami, ale nie o spotkaniu z rodzicami i rzeczywistym celu obu wyjazdów. Okoliczności powrotu rodziców do kraju do końca życia pozostały jego tajemnicą.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com