Archive | December 2021

Uciekinierzy z Auschwitz

Uciekinierzy z Auschwitz, kurier z Warszawy i dziewczyna z Libiąża. Opowieść wojenna w tysiącu obrazach

Joanna Banaś


Władysława Rzepecka zd. Haratówna ‘Wanda’ druga od lewej (materiały Wydawnictwa Agora)

Władysława Rzepecka zd. Haratówna “Wanda”, kurierka Okręgu Śląskiego Armii Krajowej, jest tytułową bohaterką “Kurierki. Historii kobiety, która mogła zatrzymać Holocaust”. Książka Stanisława Zasady jest jak pudełko ze zdjęciami, z którego ktoś wyciąga jedno po drugim i opowiada, co na nim widzi.
.

Siedemnastolatka jedzie do Warszawy przekazać dowództwu AK dokumenty dotyczące obozu w Auschwitz. W wagonie „tylko dla Niemców” flirtuje z przystojnym esesmanem, który przedstawia się nazwiskiem z „von” i twierdzi, że pracuje w kancelarii Führera. Jest początek roku 1943. Miesiąc później dziewczyna razem z matką trafi do obozu śledczego w Mysłowicach, ale nie z powodu tej podróży.

Migawki z czasów okupacji

Punktem wyjścia książki Stanisława Zasady „Kurierka” jest spektakularna ucieczka 29 grudnia 1942 r. czterech więźniów KL Auschwitz – trzech Polaków i niemieckiego kapo, więźnia z obozowym numerem 2. Przekazali polskiemu ruchowi oporu listy z nazwiskami kilkunastu tysięcy więźniów i planami krematoriów, które do Warszawy przewiozła młoda kurierka.

Jednak opowieść Zasady rozwija się i niczym pajęczyna obejmuje kilka dekad – od lat 20. po współczesność – i obszar od Waszyngtonu przez Londyn, Berlin, Wiedeń, Warszawę, Treblinkę, Bełżec, Oświęcim i Libiąż, aż po Rosję.

Władysława Rzepecka zd. Haratówna „Wanda” (1925-2017) z Libiąża, w czasie wojny łączniczka, a potem kurierka Okręgu Śląskiego Armii Krajowej, jest tytułową bohaterką książki. Tytułową, lecz nie główną. Równorzędnymi postaciami są także jej ojciec por. Andrzej Harat „Wicher”, rotmistrz Witold Pilecki i Jan Kozielecki (Karski), słynny kurier z Warszawy.

Autor opisuje zdarzenia nielinearnie, w formie migawek, za pomocą oddzielonych graficznie krótkich fragmentów tekstu – czasem jest nim jeden cytat, innym razem jedna informacja czy podsumowanie faktów opisanych wcześniej. Nie ma zgodności miejsca, czasu i akcji. Za sprawą takiej konstrukcji obrazy przed naszymi oczami zmieniają się jak w kalejdoskopie.

Dachau, Karski i getto warszawskie

Jesteśmy w Dachau wyzwalanym przez Amerykanów. Patrzymy, jak interesy załatwiają właściciele firmy Topf i Synowie, która wyposażyła KL Auschwitz w piece krematoryjne dużej mocy. Obserwujemy brawurową ucieczkę czterech Polaków z KL Auschwitz esesmańskim kabrioletem w czerwcu 1942 r. Widzimy Dom Sierot, który przy Krochmalnej 92 buduje Janusz Korczak, i towarzyszymy żydowskim sierotom, gdy po powstaniu warszawskiego getta muszą przenieść się na Chłodną 33. Stoimy na rampie 14 czerwca 1940 r., gdy do Auschwitz dociera pierwszy transport więźniów. Śledzimy przygotowania ppor. Witolda Pileckiego do przedostania się do Auschwitz i przebieg jego ucieczki z obozu. Przyglądamy się działalności obozowego ruchu oporu i kibicujemy Polakom, którzy pomagają uciekinierom.

Widzimy, jak latem 1940 r. por. Jan Kozielewski (Karski) w słowackim więzieniu Gestapo podcina sobie oba nadgarstki, bo boi się, że więcej bicia nie zniesie. I jak w przebraniu odwiedza miejsca, w których naziści eksterminują Żydów – chce zobaczyć wszystko na własne oczy, zapamiętać i przekazać informacje tym, którzy mogliby pomóc, a przynajmniej wtedy tak się mu wydawało. Jego oczami zobaczymy, jak przed wtłoczeniem do wagonów Żydów posypuje się podłogę niegaszonym wapnem, by jak najwięcej przewożonych udusiło się jeszcze w drodze do obozów zagłady. I przeczytamy, co napisał o stosunku Polaków do Żydów: „Jest przeważnie bezwzględny, często bezlitosny”.

Jan KarskiJan Karski Fot. JANKARSKI.ORG

Czytamy notę, którą na podstawie raportów Karskiego z tych wypraw minister spraw zagranicznych rządu na uchodźstwie Edward Raczyński wysłał 10 grudnia 1942 r. do ministrów dyplomacji państw walczących z Trzecią Rzeszą. Zawierała informację, że Niemcy chcą wymordować wszystkich Żydów w Europie, ale odpowiedź na nią wystosowana tydzień później odbierze nadzieję na interwencję.

Jesteśmy w płonącym getcie wiosną 1943 r. 16 maja 1943 r. słyszymy głośne „Heil Hitler!” kata getta Jürgena Stroopa w chwili, gdy Wielka Synagoga wylatuje w powietrze. Czytamy list Szmula Zygielbojma, który popełnia samobójstwo na znak protestu świata wobec zagłady Żydów. Śledzimy wreszcie powojenne losy członków ruchu oporu i uciekinierów z Auschwitz.

Książka jak pudełko ze zdjęciami

Muszę przyznać, że początkowo książka Zasady wydała mi się męcząco chaotyczna. Gdyby jednak potraktować tę opowieść jak pudełko ze zdjęciami, z którego ktoś wyciąga jedno po drugim i opowiada, co na nim widzi, to wszystko się tłumaczy: i pomieszanie czasów i miejsc, i poszatkowanie opowieści o losach poszczególnych osób, i powtarzające się informacje, wreszcie także niekonsekwencje i brak odpowiedzi na niektóre pytania, które stawia autor.

Czy na pewno „Wanda” spotkała w pociągu esesmana arystokratę? Czy Manfred von Zwischrecke w ogóle istniał? Jakie dokumenty wiozła kurierka i komu je wręczyła? Czy miała rację, twierdząc, że ich treść dotarła do Karskiego, zanim przedstawił swoje raporty w Londynie i Waszyngtonie? Dlaczego niszcząc niemal wszystkie zdjęcia z okresu okupacji, zostawiła to, na którym pozuje z uciekinierami z Auschwitz? Tego nie dowiemy się nigdy. Bo przecież czasem się nie pamięta, kto jest na zdjęciu w naszym albumie.


Stanisław Zasada, 'Kurierka. Historia kobiety, która mogła zatrzymać Holocaust'

Stanisław Zasada, „Kurierka. Historia kobiety, która mogła zatrzymać Holocaust”, Wydawnictwo Agora


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


When will non-Orthodox Jews gather for daily prayer again? – opinion

When will non-Orthodox Jews gather for daily prayer again? – opinion

NEIL KURSHAN / JTA


Many people, religious and not, yearn for places where they can gather, connect and socialize with other people outside of the home and workplace

Jewish prayer illustrated. / (photo credit: Jewish Week illustration/Photo by Itamar Grinberg for the Israeli Ministry of Tourism/JTA)

I live in one of the most concentrated Jewish communities in the United States, the Upper West Side of Manhattan, and I no longer have a daily morning minyan to attend in person.

It seems that in my neighborhood, as well as many others, COVID-19 snuffed out the live morning minyan — the daily prayer service that needs a quorum of 10 Jews — in non-Orthodox settings. Pre-pandemic I had a choice of multiple minyans I could attend in a variety of egalitarian Jewish settings — synagogues and schools — but none of them is operating in-person now.

I worry that the minyan muscle has atrophied in my community, and the habit has been lost of rising early in the morning, getting out the door with prayer shawl and tefillin, and making it inside the beit midrash in time for prayer.

It’s not that non-Orthodox Jews in my neighborhood aren’t praying each morning. Many are, both alone and online, where services moved for non-Orthodox Jews last March. Zoom services were a necessary accommodation to a public health crisis, and it is unquestionably easier to tune in to services from home, but it hasn’t worked for me. Fifty disembodied faces on a screen feel less like a community to me than the 15 bodies draped in prayer shawls who huddle around the amud (leader’s table) at a typical in-person minyan. The on-key solo voice of the shaliach tzibur, the leader of the service, inspires me less than the multiple off-key voices of those gathered live for prayers.

As Shabbat and holiday services have resumed, with precautions, in person, I thought the morning minyan would, too. But they have remained resolutely online. I am sympathetic to the reasons why, and to the difficulties of reconstituting the in-person morning minyan. It is hard work in many non-Orthodox synagogues to assure that 10 people will be present early in the morning six days a week. It is much easier and more convenient to get out of bed, hit a button on the computer and be transported instantly to the minyan. And without question Zoom has made it possible for those unable because of physical limitations and other reasons to attend an in-person minyan.

Rabbi Neil Kurshan. (credit: COURTESY/JTA)

Yet there is so much that has been lost and that I miss. I miss my fellow “minyannaire” who each year before Rosh Hashanah brings me honey from the beehives on the rooftop of his apartment.

I miss the frail elderly Russian gentleman who stands to say Kaddish for himself because he is convinced that none of his children will say Kaddish for him after he dies.

I miss the mother and her grown son who start their day together sitting side by side and who kiss one another good-bye as they leave the minyan and go their separate ways.

And I miss the easy banter with my fellow minyannaires with whom I share vacation plans, exploits on the pickleball court and the most recent achievements of my grandchildren. I miss how the in-person morning minyan magically imbued the minute details of the mundane with the significance of the sacred.

But above all I miss what Abba Kovner, the late Jewish resistance fighter, called “the tug on the sleeve.” Kovner would tell the story of going to the Western Wall his first week in Israel after the end of World War II. He was about to leave when he felt a tug on his sleeve as he was asked to join a minyan that was forming for prayer. He tells of being inspired not so much by the prayers but more by the sense of belonging. More than anything else I miss knowing that my physical presence is needed to make a minyan.
For more than 40 years, I was responsible for making the minyan happen in my suburban Long Island synagogue. There were many nights I did not sleep well worrying that 10 people might not show up the next morning, and I took too personally the days when only nine people attended and a mourner was unable to say Kaddish. Looking back at all the worry and frustration, I nevertheless feel that I was engaged in worthy work.

Many people, religious and not, yearn for places where they can gather, connect and socialize with other people outside of the home and workplace. Sociologists call these settings “third places,” and so many of them closed during the pandemic — bars, coffee shops, gyms, libraries — that experts fear the impact on people’s mental health and social well-being. As a psychology professor at the Graduate Center of the City University of New York put it at the height of the pandemic, “What’s lost is the sensory sense of being with other people. I don’t think we know yet what the consequences of that will be, except that I think people are going to remain more fearful and anxious.”

Many years after Abba Kovner was called to be the 10th for a minyan at the Western Wall, a museum known as Beit Hatefutzot, the Museum of the Diaspora, was built on the campus of Tel Aviv University. (It has now been overhauled and renamed Anu — Museum of the Jewish People.) Kovner designed a corner in the museum known as “The Minyan” represented by a variety of figures preparing to pray together. Just before the museum opened its doors for the first time someone noticed that there were only nine figures in the model. The museum frantically reached out to Kovner, but he calmly responded that nine was the correct number: There was supposed to be a missing person. The missing person was a call to each person who visited the museum to become the 10th.

When I do join the Zoom minyan of my synagogue community, I note the faces and names of my fellow participants. When it is a day I am observing a yahrzeit, the anniversary of a loved one’s death, I dutifully tap the “raise hand” button so I can be called upon to mention the name of the person for whom I am saying Kaddish. But I yearn to feel again the tug on my sleeve, and to be told to come inside because there are nine people who need me as the missing tenth.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


News From Israel- December 05, 2021

News From Israel- December 05, 2021

ILTV Israel News


A Palestinian terrorist carries out stabbing attack in Jerusalem, the two officers that neutralized him are under investigation

Israeli Prime Minister Naftali Bennett speaks out against Iran’s nuclear program as first round of talks ended with no progress

The city of Bethlehem lights its giant Christmas tree ahead of the holiday season


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Fałszywe dzieci Holocaustu zbijały fortuny na fantazjach o swych krzywdach

Fałszywe dzieci Holocaustu zbijały fortuny na fantazjach o swych krzywdach

Piotr Głuchowski


‘Misha i wilki’, Netflix. Misha Defonseca (z lewej) i pisarka Vera Lee, która pomogła jej pisać rzekomą autobiografię. Misha Defonseca twierdziła, że jako siedmiolatka ocalona z Holocaustu przeszła pół Europy jedynie z kompasem, chlebem i nożem w kieszeni. (Fot. John Blanding / AP Photo)

Misha Defonseca twierdziła, że jako siedmiolatka ocalona z Holocaustu przeszła pół Europy jedynie z kompasem, chlebem i nożem w kieszeni. A w gęstych lasach przewodziła watasze wilków. Na swej historii nieźle zarobiła. Tyle że wszystko zmyśliła. “Misha i wilki”, Netflix.

.

Przed nią było wiele fałszywych dzieci Holocaustu, które zbijały fortuny na fantazjach o swych krzywdach.

Najbardziej znanym z mistyfikatorów był Bruno Dössekker, czyli fałszywy Binjamin Wilkomirski. Urodził się w 1941 r. w niemieckojęzycznej części Szwajcarii, w Biel. Nie był Żydem, ale rodowitym Szwajcarem, nieślubnym dzieckiem Yvone Grosjean, która oddała go do sierocińca. W 1957 r. chłopca przygarnęła rodzina adopcyjna z Zurychu – państwo Dössekker. Po technikum Bruno zajął się muzykowaniem i produkcją instrumentów – głównie klarnetów. Świat usłyszał o nim w 1995 r., gdy jako Wilkomirski opublikował swe rzekome przeżycia pod tytułem „Fragmenty. Wspomnienia o wojennym dzieciństwie”. Książkę wydała frankfurcka oficyna Suhrkamp. W ciągu kolejnych trzech lat praca została przetłumaczona na 13 języków i sprzedana w półmilionowym nakładzie – od USA, przez Wielką Brytanię, po Australię.

W autobiografii narrator jest żydowskim dzieckiem mieszkającym z rodzicami na Łotwie. W 1942 r. ojciec ginie na jego oczach, a kilkuletniego synka wraz z matką i bratem hitlerowcy wywożą do Majdanka, potem do Auschwitz-Birkenau. Tam eksperymenty na chłopcu przeprowadza sam doktor Mengele.

Po wojnie Binjamin męczy się w krakowskim sierocińcu i cudem przeżywa napad „polskich szowinistów”. Polacy są w książce wyłącznie antysemitami, bandytami albo jednym i drugim. W kolejnych latach bohater błąka się po Europie, usiłuje opowiedzieć o swoich losach, ale nikt go nie słucha, dlatego pisze autobiografię.

Gdy „Fragmenty” otrzymały superprestiżową Jewish Book Award oraz brytyjską Jewish Quarterly Literary Prize – a zatem i stempel autentyzmu – Dössekker/Wilkomirski stał się globalną gwiazdą. Kręcono o nim dokumenty, brylował na debatach i seminariach o Holocauście w Europie, USA i Japonii. Amerykanin Daniel Goldhagen, badacz Zagłady, uznał jego memuary za „arcydzieło”. „Fragmenty” promowano – z udziałem autora – w waszyngtońskim Holocaust Memorial Museum. Oszust wystąpił w talk-show Oprah Winfrey, gdzie inna autorka książek o Zagładzie, Laura Grabowski, „przypomniała sobie”, jak „widziała” małego Binjamina w Auschwitz.

W sierpniu 1998 r. Dössekkera/Wilkomirskiego odwiedził dziennikarz Daniel Ganzfried z zuryskiego „Weltwoche” – Żyd, syn więźnia Auschwitz, znawca niemieckiej okupacji Europy Wschodniej. Szybko się zorientował, że – jak to ujął na łamach tygodnika – „Wilkomirski widział obozy koncentracyjne tylko jako turysta”. Jeszcze w tym samym roku na rynek weszła demaskatorska książka Ganzfrieda „Alias Wilkomirski. Die Holocaust-Travestie” („…Parodia Holocaustu”). Nie osiągnęła nawet jednej dziesiątej nakładu, w jakim sprzedały się „Fragmenty”.

Z Łodzi do wieczności

Polski odpowiednik Wilkomirskiego to oczywiście Jerzy Kosiński, autor „Malowanego ptaka”. Urodzony w łódzkiej rodzinie żydowskiej Lewinkopfów okupację spędził z rodzicami u Polaków ze wsi Dąbrowa Rzeczycka na Podkarpaciu. Po wojnie był m.in. instruktorem narciarskim i asystentem w Instytucie Historii PAN. W 1957 r. wyemigrował do USA, gdzie osiem lat później wydał rzekomą autobiografię – zapis potwornych krzywd, jakie spotkały go, gdy tułał się bez rodziców po okupowanej Polsce.

Janusz Rudnicki w tekście Największe oszustwo w historii literatury” („Wyborcza”, 11.10.2019 r.) pisze, że laureat pokojowego Nobla Elie Wiesel „miał już gotową [krytyczną] recenzję książki do »New York Timesa«, bo myślał, że to fikcja, ale potargał ją i napisał pean, [gdy] mu ten oszust wcisnął kit”, że to jednak biografia. „Malowany ptak” stał się z miejsca i arcydziełem, i bestsellerem. Nakład (w kilkunastu językach) przekroczył 2 mln, autor otrzymał stypendia Guggenheima, Forda i American Academy. W 1973 r. został prezesem amerykańskiego PEN Clubu.

Inna jego książka – „Wystarczy być” – została kupiona i sfilmowana przez Hollywood. Jeden z aktorów dostał za film Oscara. W 1982 r. Kosiński – jako megagwiazda – sam wręczał statuetkę w kategorii najlepszy scenariusz. Grał w filmach Warrena Beatty i Johna Schlesingera. Gościł w „Late Night Show” Davida Lettermana i u Johnny’ego Carsona w „The Tonight Show”. Słynna fotografka Annie Leibovitz wykonała mu artystyczne zdjęcia do „New York Timesa”, przez co stanął w jednym rzędzie z Marilyn Monroe, Andy Warholem i Kurtem Vonnegutem.

Reporter „The Village Voice” udowodnił jednak, że „Wystarczy być” jest kopią nieznanej zachodniemu czytelnikowi „Kariery Nikodema Dyzmy”, a „Malowanego ptaka” napisali ghostwritterzy. Jeden z nich, George Reavey, przyznał się do autorstwa większej części książki.

Jerzy Kosiński (z prawej) na ceremonii oscarowej w 1982 r. wręcza statuetkę Colinowi Wellandowi za najlepszy scenariusz przyznaną mu za film 'Rydwany ognia'Jerzy Kosiński (z prawej) na ceremonii oscarowej w 1982 r. wręcza statuetkę Colinowi Wellandowi za najlepszy scenariusz przyznaną mu za film ‘Rydwany ognia’ Fot. ASSOCIATED PRESS / AP Photo

W 1989 r. zagrożony już w USA totalną demaskacją Kosiński przyjechał do Polski. Na wieczorze autorskim w Warszawie w kolejce po autograf stanęli leciwi mieszkańcy Dąbrowy, którzy chowali u siebie Lewinkopfów. Na ich widok pisarz przerwał spotkanie i wyszedł. Dwa lata później zginął śmiercią samobójczą w Nowym Jorku. Zostawił pożegnalną notatkę: „Kładę się teraz do snu, na trochę dłużej niż zwykle. Nazwijmy to wiecznością”.

Ostatecznie „Malowany ptak” obronił się również jako fikcja. Po śmierci Kosińskiego powieść wznowiono kilka razy, a w 2019 r. czeski reżyser Václav Marhoul nakręcił na jej podstawie film, który z powodu ekstremalnego okrucieństwa nie wszedł do dystrybucji w kinach.

Zatrute jabłka Hermana

Herman Rosenblat urodził się ok. 1930 r. w Piotrkowie Trybunalskim. Ojciec zmarł na tyfus w tamtejszym getcie, mamę wywieziono do Treblinki. Syn wylądował w obozie pracy w Schlieben (podobóz Buchenwaldu). Po wojnie wyemigrował do USA, by otworzyć na Brooklynie zakład naprawy telewizorów. W 1957 r. ożenił się z Romą Radzicky.

W 1992 r. oboje padli ofiarą napadu, w wyniku którego ich syn został inwalidą, a Herman (również ranny) wymagał kosztownej i długiej rehabilitacji. Jego zakład upadł, lecz rekonwalescent – poważnie zadłużony – wymyślił inny sposób zarobienia kasy. Napisał książkę „Angel at the Fence: The True Story of a Love That Survived” („Anioł przy ogrodzeniu: Prawdziwa historia o miłości, która ocalała”). Wedle opowieści Roma Radzicky ukrywała się jako chrześcijańskie dziecko u bauera w Schlieben i całą zimę 1944-45 przerzucała przez ogrodzenie obozu jabłka, którymi żywił się mały Herman. Po latach spotkali się na Coney Island i dalej już zgodnie z prawdą.

Na prawa do ekranizacji przełożonej na wiele języków książki wytwórnia Atlantic Overseas Pictures wyłożyła 25 mln dol. A Oprah Winfrey w 1996 r. oceniła „Anioła…” jako „najważniejszą opowieść miłosną w 22-letniej historii jej programu”.

Demaskatorem okazał się Dany Bloom, amerykański Żyd i bloger, który podzielił się wątpliwościami z historykiem Holocaustu Kennethem Waltzerem. Ten ustalił, że więźniom Schlieben – podobnie jak osobom z zewnątrz – nie wolno było zbliżać się do elektrycznego ogrodzenia obozu. Każdy, kto łamał zakaz, był zabijany. A Roma jako dziewczynka nie pracowała w gospodarstwie rolnym obok tego obozu, ale pod Wrocławiem.

Wydawcy książki i producenci planowanego filmu kilka lat próbowali procesować się z Bloomem i Waltzerem, ale złożyli broń, kiedy demaskację potwierdziła słynna badaczka Zagłady, prof. Deborah Esther Lipstadt, obecnie doradczyni prezydenta Bidena ds. zwalczania antysemityzmu. W 2008 r. Rosenblat przyznał się do zmyśleń.

Parada oszustów

Zapotrzebowanie na prawdziwe historie z czasów Zagłady spowodowało wysyp oszustw podobnych do mistyfikacji Wilkomirskiego, Kosińskiego i Rosenblata.

* Pochodzący z Warszawy Żyd, Mieczysław Grajewski, pisał holocaustowe memuary-bestsellery pod pseudonimem „Martin Gray”. W okupowanej Polsce miał rozbijać wraz z cichociemnymi niemieckie więzienia, potem rzekomo uciekł z Treblinki. Wszystko okazało się fikcją.

* Historyczka z Niemiec Marie Sophie Hingst latami pisywała do gazet i gościła w radiowo-telewizyjnych audycjach o Holocauście, dzieląc się wymyśloną historią swojej rodziny, która miała zostać zamordowana w Auschwitz-Birkenau.

* Niejaki Enrico Marco, występując w hiszpańskiej telewizji, dzielił się zmyślonymi przeżyciami z lagru Flossenbürg, podrobił nawet obozowy tatuaż.

Znaleźli się i tacy, którzy masowo fałszowali świadectwa Ocalonych dla kasy.

Claims Conference, żydowska organizacja zajmująca się pozyskiwaniem niemieckich odszkodowań dla ofiar Holocaustu, wyłudziła 42,5 mln dolarów dzięki sfabrykowaniu ponad 5 tys. losów rzekomych więźniów obozów.

Wszystkie wymysły CC i wymienionych wcześniej hochsztaplerów przebiła jednak fantazją Misha Defonseca, autorka wydanych w 1997 r. wspomnień „Misha: A Memoire of the Holocaust Years”, które zostały przetłumaczone na ponad 20 języków i sfilmowane przez Francuzów pod tytułem „Przeżyć z wilkami”. Film wszedł na ekrany w 2007 r., jego rating w Internet Movie Database to 6,7 na 10. Teraz Netflix oferuje tę samą historię – tyle że już prawdziwą. Tytuł: „Misha i wilki”.

„Misha i wilki” – zwiastun

.

Tańcząca z wilkami

Pochodząca z Belgii Defonseca mieszkała w latach 80. XX w. w Mills w stanie Massachusetts. Miała kilkanaście kotów i psów, uchodziła za dziwaczkę. Swą holocaustową historię pierwszy raz opowiedziała sąsiadce, potem powtórzyła ją w lokalnej synagodze, a wreszcie w stanowym Radio Magic. Jej żydowscy rodzice – Gerusza i Reuwen – na początku lat 40. mieli zostać wywiezieni do obozu w Generalnej Guberni, ona sama oddana na wychowanie Belgom – katolikom nazwiskiem de Wael, którzy dali jej imię Monika. Czując się „niekochaną i bezwartościową”, uciekła od opiekunów, by odnaleźć tatę i mamę na okupowanym przez hitlerowców Wschodzie. Jako siedmiolatka przeszła ponad 1000 km. Miała ze sobą kompas, chleb i nóż do obrony.

– Po drodze widziałam zniszczenia i zabijanych ludzi – opowiadała w radiu. – Sama też jednego zabiłam.

Rodziców nie znalazła, ale w lasach zaprzyjaźniła się z wilkami, które „żyły w zgodzie z naturą i nie zabijały więcej, niż musiały”.

Została przywódczynią watahy. Wilki zdobywały dla niej jedzenie i broniły w trudnych sytuacjach.

Doczekawszy w lesie wyzwolenia, porzuciła tożsamość Moniki de Wael i wróciła do żydostwa jako Misha Defonseca.

22,5 miliona dolarów

W połowie lat 90. historią Mishy zainteresowała się amerykańska wydawczyni Jane Daniel. Książka powstała w ciągu kilkunastu miesięcy i od razu została zakontraktowana przez wydawców w USA, Kanadzie, Europie, Australii i Japonii. Prawa autorskie chciał kupić Disney. W ramach przygotowań do występu u Oprah Winfrey producenci talk-show wpuścili Mishę do zagrody z dzikimi wilkami pod Bostonem. Defonseca dała sobie radę, co uwiarygodniło jej opowieść. Akcja rozwijała się doskonale, póki obie panie – wydawczyni i autorka – nie pokłóciły się o przyszłe zyski.

Misha odmówiła podróży do Nowego Jorku i wejścia do studia z Oprah, ponieważ rzekomo nie mogła zostawić swoich zwierząt nawet na jeden dzień. Bez promocji Winfrey książka „Misha: A Memoire…” sprzedała się poniżej oczekiwań – w Stanach Zjednoczonych jedynie pięć tysięcy, w pozostałych krajach – jeszcze mniej. Konflikt między pisarką i edytorką narastał, aż wreszcie Misha najęła prawniczkę, a ta złożyła przeciw wydawczyni pozew o zwrot praw autorskich i wypłatę obiecanych zysków.

Mecenas Ramona Hamblin argumentowała w pozwie, że Jane Daniel uczyniła z Ocalonej źródło pieniędzy, którymi nie podzieliła się jak należy. W 2001 r. wzruszony wojenną opowieścią sąd w Middlesex uznał, że edytorka ukryła część wpływów z książki i winna zapłacić Defonsece 22,5 mln dolarów.

Ani śladu Mishy w księgach

Amerykańska wydawczyni podejrzewała już w tym czasie, że opowieść Mishy nie jest całkiem prawdziwa. Jeszcze w 1996 r. wysłała tekst uznanej żydowskiej historyczce Holocaustu Debórah Dwork. Ta poradziła, aby nie wydawać książki, ponieważ ta opowieść nie mogła się wydarzyć. Zaślepiona przyszłymi zyskami Daniel zlekceważyła jednak ostrzeżenie. Dopiero po wyroku w Middlesex chwyciła się opinii Dwork. Ustaliła w amerykańskim urzędzie imigracyjnym, że Defonseca urodziła się 5 grudnia 1937 r. w Etterbeek w Belgii, a jej biologiczna matka nazywała się Donville albo Donvil. Następnie skontaktowała się z belgijską genealożką, autentyczną Ocaloną, Evelyne Haendel, która przejrzała listy deportowanych Żydów.

Holocaust w Belgii został przeprowadzony precyzyjnie – 25 tys. nazwisk Żydów zakwalifikowanych do Auschwitz i innych fabryk śmierci spisano w kilku księgach, które znalazły się w zbiorach archiwum Biblioteki Królewskiej. W żadnej z nich nie figurowali małżonkowie Gerusza i Reuwen Donville/Donvil ani dziecko imieniem Misha.

Wilki widziała w kinie i w zoo

W 2003 r. Defonseca sprzedała prawa do książki francuskiemu wydawcy, który wypuścił ją na europejskie rynki w 18 językach. 70 tys. egzemplarzy „Przeżyć z wilkami” zeszło w samych Włoszech i Francji. Misha rozpoczęła triumfalne tournée po Europie. Odczyty w szkołach i na uczelniach, konferencje naukowe z innymi Ocalonymi, spotkania z czytelnikami, wywiady w telewizjach itd.

Tymczasem Evelyne Haendel, która nie znalazła niczego w źródłach nazistowskich i żydowskich, zabrała się do wertowania katolickich. W księdze parafialnej z Etterbeek (obecnie dzielnica Brukseli) odnalazła urodzoną w 1937 r. Monikę Ernestynę de Wael, córkę Roberta de Waela i Józefiny z domu Donvil. Co oznaczało, że Misha nie była adoptowanym, tylko naturalnym (i ochrzczonym) dzieckiem dwojga katolików. Ostatecznym dowodem okazała się księga uczniów z przedwojennej podstawówki (Eccole Communale). W latach, kiedy Misha, córka Geruszy i Reuwena Donvilów, miała się błąkać po lasach III Rzeszy i Generalnej Guberni, Monika, córka Roberta i Józefiny de Wael, chodziła do belgijskiej szkoły, a wilki mogła widzieć jedynie w brukselskim zoo.

W 2007 r., gdy edytorka Daniel i genealożka Haendel miały dowody w rękach, na ekrany francuskich kin wszedł film Very’ego Belmonta „Przeżyć z wilkami” („Survivre avec les loups”). Nie warto go oglądać: jest sztampowy, naiwny, tam gdzie ma wzruszać – śmieszy.

Dziewięcioletnia aktorka grająca Mishę – Mathilde Goffart – biega po śniegu w stroju z bajki Andersena, ucieka przed złymi, ale fajtłapowatymi Niemcami, sypia w jaskiniach i zabija nożem marudera, który gwałci w lesie inne dziecko.

Oswaja groźne wadery, które przynoszą jej upolowane przez siebie łasice. Matkuje małym wilczkom. W promującym film programie obwieszona biżuterią rzekoma Misha, czyli Monika de Wael, wystąpiła z wizerunkiem wilka na piersi u boku małej aktorki, mówiąc o swoim wzruszeniu po obejrzeniu premiery i o tym, że Matylda świetnie oddała realia jej wojennej wędrówki na Wschód.

„Przeżyć z wilkami” („Survivre avec les loups”) – zwiastun

.

W tym samym czasie Daniel i Haendel opublikowały w sieci wyniki swego dochodzenia. We Francji i w Belgii wybuchł skandal, który stał się inspiracją dla kolejnego śledztwa, tym razem dziennikarskiego.

Proszę o wybaczenie

Belgijski reporter Marc Metdepenningen (wsławiony rozszyfrowaniem afery pedofila Marca Dutroux) zadał proste pytanie: skoro biografia fałszywej Mishy Defonseki to wymysł, jaka jest prawdziwa biografia Moniki de Wael? Okazało się, że nie mniej ciekawa.

Metdepenningen odnalazł Emmę de Wael, ciotkę Moniki, a ta zdradziła, że po wojnie dziewczynkę wychowywali dziadkowie, ponieważ jej rodzice rzeczywiście zostali wywiezieni do Generalnej Guberni. Nie dlatego jednak, że byli Żydami.

Ojciec Moniki, zawodowy wojskowy Robert de Wael, po niemieckim najeździe współorganizował ruch oporu. Został wykryty przez Gestapo i zabrany do aresztu przy więzieniu Brauweiler w Kolonii. Tam, prawdopodobnie po torturach, wydał konspiracyjnych towarzyszy w zamian za ocalenie dziecka. Hitlerowcy dotrzymali słowa: pozostawili Monikę przy życiu, ale jej rodziców, Roberta i Józefinę, wysłali do Auschwitz. Dziewczynka musiała się odtąd chować z piętnem córki zdrajcy.

Artykuł Metdepenningena ukazał się w lutym 2008 na pierwszej stronie „Le Soir”. Przedrukowały go wszystkie francuskie i belgijskie dzienniki, a telewizje poświęciły tematowi programy publicystyczne. Fałszywa Misha odpowiedziała oświadczeniem: „Nazywano mnie córką zdrajcy, bo podejrzewano, że mój ojciec załamał się w czasie tortur. »Przeżyć z wilkami« to moja książka i moja historia. Nie jest prawdziwa, ale dla mnie taka była. Dzięki niej przetrwałam. Proszę o wybaczenie”.

W 2014 r. sąd stanowy Massachusetts nakazał Defonsece de Wael zwrócić zasądzone wcześniej 22,5 min dol. na konto wydawczyni.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

Iran Nuclear Talks Break, Europe, US Dismayed by Iranian Stance

Iran Nuclear Talks Break, Europe, US Dismayed by Iranian Stance

Reuters and Algemeiner Staff


Deputy Secretary General of the European External Action Service (EEAS) Enrique Mora and Iran’s chief nuclear negotiator Ali Bagheri Kani wait for the start of a meeting of the JCPOA Joint Commission in Vienna, Austria November 29, 2021. Photo: EU Delegation in Vienna/Handout via REUTERS

Indirect US-Iranian talks on saving the 2015 Iran nuclear deal broke off until next week as European officials voiced dismay on Friday at sweeping demands by Iran’s new, hardline government.

The seventh round of talks in Vienna is the first with delegates sent by Iran’s anti-Western President Ebrahim Raisi on how to resuscitate the agreement under which Iran limited its nuclear program in return for relief from economic sanctions.

Raisi’s election in June caused a five-month hiatus in the talks, heightening suspicions among US and European officials that Iran is playing for time while advancing its nuclear program.

“Iran right now does not seem to be serious about doing what’s necessary to return to compliance, which is why we ended this round of talks in Vienna,” US Secretary of State Antony Blinken told the Reuters Next Conference.

“If the path to a return to compliance with the agreement turns out to be a dead-end, we will pursue other options,” he added, without elaborating.

Diplomats said the Iranian delegation had proposed sweeping changes to a text that was painstakingly negotiated in previous rounds and that European officials had said was 70-80% finished.

‘DISAPPOINTMENT AND CONCERN’

“Over five months ago, Iran interrupted negotiations. Since then, Iran has fast-forwarded its nuclear program. This week, it has back-tracked on diplomatic progress made,” senior officials from France, Britain and Germany said in a statement, adding that Iran was demanding “major changes” to the text.

It is “unclear how these new gaps can be closed in a realistic time frame,” they added.

The three European powers expressed “disappointment and concern” at Iran’s demands, some of which they said were incompatible with the deal’s terms or went beyond them.

The 2015 agreement imposed strict limits on Iran’s uranium enrichment activities, extending the time it would need to produce enough fissile material for a nuclear bomb, if it chose to, to at least a year from around two to three months. Most experts say that period is now shorter than before the deal.

Iran denies seeking nuclear weapons, saying it only wants to master nuclear technology for peaceful purposes.

In exchange for the nuclear restrictions, the 2015 deal struck by Iran and six major powers – Britain, China, France, Germany, Russia and the United States – lifted many US, European Union and UN sanctions on the Islamic Republic.

After more than two years of Iranian adherence to the core curbs, however, then-President Donald Trump pulled the United States out of the deal in 2018, calling it too soft on Tehran, and reimposed painful US economic sanctions on Tehran.

Tehran retaliated from 2019 by breaching many of the deal’s limits on enrichment and other restrictions, and advancing well beyond them. With the deal’s nuclear benefits now badly eroded, some Western officials say there is little time left before the foundation of the deal is damaged beyond repair.

French President Emmanuel Macron said he thought it likely the current round of talks would not succeed and appeared to look beyond them, hinting at involving more nations, such as Gulf Arab states, in a wider discussion if the Vienna talks fail.

“I think it’s very difficult to find an agreement if the Gulf countries, Israel, all those whose security is directly affected, don’t take part,” he told reporters in Dubai.

FIRM STANCE

Iranian nuclear negotiator Ali Bagheri Kani’s uncompromising stance is that since Washington left the deal, it should make the first move by lifting all sanctions imposed on Tehran since then, even those unrelated to Tehran’s nuclear activities.

Bagheri Kani told Reuters on Monday the United States and its Western allies also should offer guarantees to Iran that no new sanctions would be imposed on it in future.

However, he left the door ajar for more talks by saying European nations could propose their own drafts for discussion, Iranian state media reported.

Western negotiators take a return to the original deal as their base line, meaning if Iran wants sanctions relief beyond it, Tehran should accept more nuclear restrictions.

The talks, in which others shuttle between US and Iranian diplomats because Iran refuses to meet face-to-face with US officials, will resume midweek.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com