Archive | December 2021

Legenda Piłsudskiego

Legenda Piłsudskiego

Legenda Piłsudskiego


Fragment okładki „Chiduszu” 10/2018 / Autorka: Edyta Marciniak

GDY BYŁA TAKA POTRZEBA, USPRAWIEDLIWIAŁ POGROMY Z LAT 1918-1920. GDY ZALEŻAŁO MU NA POMOCY STANÓW ZJEDNOCZONYCH, POTĘPIAŁ AGRESJĘ WOBEC ŻYDÓW. GDY ŻOŁNIERZE DOKONYWALI POGROMÓW, NIE WYSTĘPOWAŁ PRZECIWKO NIM, PONIEWAŻ ARMIA BYŁA KRUCHA, A ON NIE CHCIAŁ JEJ OSŁABIAĆ. BYŁY PRZECIEŻ WAŻNIEJSZE SPRAWY. CIĄŻYŁA NA NIM ŁATKA CZŁOWIEKA LEWICY I OBAWIAŁ SIĘ, ŻE KRYTYKA ANTYSEMITYZMU MOŻE DOPROWADZIĆ DO POGŁĘBIENIA TEGO WIZERUNKU. JEŚLI CHODZI O STOSUNEK DO LUDNOŚCI ŻYDOWSKIEJ, TO WYGRYWA POJEDYNEK Z DMOWSKIM, ALE GDY WEŹMIEMY W NAWIAS TEN HISTORYCZNY DWUPAK, OKAŻE SIĘ, ŻE OCENA LEGENDARNEGO HEROSA PRZYSPARZA SPORO KŁOPOTÓW.

Magdalena Wójcik: Zanim zapytam o stosunek Piłsudskiego do Żydów w momencie odzyskania niepodległości, może warto przyjrzeć się wzajemnym relacjom jeszcze sprzed 1918 roku? 

Prof. Jolanta Żyndul: Tak naprawdę tylko wąskie kręgi żydowskie znały działalność Piłsudskiego sprzed odzyskania niepodległości. Z jednej strony było to środowisko socjalistów żydowskich, zgrupowanych w Bundzie i Polskiej Partii Socjalistycznej. Piłsudski w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku pracował nad przyciągnięciem wileńskiego Bundu do Polskiej Partii Socjalistycznej, której naówczas szefował. Ten plan się jednak nie powiódł i Bund poszedł własną drogą. W PPS powstała natomiast sekcja żydowska, która prowadziła rozległą działalność aż do rewolucji 1905 roku.

Różne napięcia, choć pozbawione elementów antysemickich, zaważyły na tych relacjach. Prowadzone były negocjacje polityczne, ale nie przekładały się one na działania przeciwko społeczności żydowskiej. Wręcz przeciwnie, Piłsudski uważał, że akces działaczy żydowskich był podstawą sukcesu PPS, szczególnie na Kresach, gdzie Polaków było niewielu i współpraca z różnymi narodowymi grupami wydawała się niezbędna. W jednym z listów pisał nawet, że to on sprowadził z Londynu pierwsze czcionki żydowskie do maszyn drukarskich Bundu, żeby mogli zacząć drukować w jidysz. Był też autorem tekstu z 1903 roku przeciwko rozniecaniu waśni narodowościowych. Uważał, że antysemityzm szkodzi sprawie robotniczej i odzyskaniu niepodległości.

Drugie środowisko żydowskie, w którym był znany, to asymilująca się inteligencja żydowska w Galicji, która zgłosiła poważny akces do Legionów w czasie I wojny światowej.

Jak przyjęto Piłsudskiego po powrocie do Polski w listopadzie 1918 roku?

Wszyscy oczekiwali jego przyjazdu, gdyż Piłsudski odpowiadał społecznemu zapotrzebowaniu na przywódcę, otoczonego nimbem konspiracyjnej, a potem także wojskowej chwały. Warszawa oddała mu całą władzę niemal od razu. Dawne struktury, stworzone w czasie niemieckiej okupacji podczas I wojny światowej, były przestarzałe i przestały dobrze funkcjonować. Piłsudskiemu podporządkowały się także różne polskie gremia próbujące przejmować lokalną władzę. Istniały oczywiście środowiska, które kontestowały tę postać i cały porządek, który mógłby stworzyć, ale generalnie Piłsudski miał lud u stóp.

Żydzi też go tak traktowali?

Pamiętajmy, że sytuacja w kraju cały czas była bardzo niepewna i dynamiczna. W tamtym momencie Piłsudski wydawał się środowiskom żydowskim dobrym kandydatem na przywódcę, nieobciążonym zarzutem antysemityzmu. Wyłączając bundowców, dostał pełne poparcie ze strony partii żydowskich, które oczekiwały rozwiązania dwóch kwestii – zabezpieczenia praw politycznych i narodowych oraz zapobieżenia niebezpieczeństwom związanym z wybuchem antyżydowskiej przemocy.

Polska odzyskuje niepodległość i dochodzi do ogromnego, niespotykanego wcześniej wybuchu przemocy wobec Żydów. 

Opracowania historyczne na temat stosunków polsko-żydowskich zaczynają się niejednokrotnie dopiero od 1921 roku, ponieważ ten pierwszy okres niepodległości, od 1918 do 1920 roku, naznaczony był przemocą antyżydowską na skalę dotychczas w historii Polski niespotykaną.

Oczywiście wcześniej zdarzały się już pogromy Żydów – wystarczy wspomnieć ten warszawski w 1881 czy białostocki w 1906 roku. Jednak wybuch nastrojów antyżydowskich w 1918 roku przewyższył wszystko, co w stosunkach polsko-żydowskich miało do tej pory miejsce.

Dlaczego tak się działo?

Przyczyn jest wiele. Przede wszystkim trzeba pamiętać, że mówimy o okresie tuż po wojnie, w wielu miejscach trwały jeszcze bardzo krwawe walki, wciąż ginęli ludzie. Z jednej strony pogromy miały miejsce na wschodzie, w momencie gdy dana miejscowość przechodziła z rąk do rąk. Wojska polskie wkraczały do Lwowa, Wilna, Lidy, Mińska i dochodziło do pogromów. Z drugiej strony krwawe wystąpienia antyżydowskie zdarzały się też na terytorium kontrolowanym w pełni przez Polaków.
Często ich podłoże stanowiły kwestie ekonomiczne – tak było w małych miejscowościach Galicji, najpierw na przełomie października i listopada 1918, później także w kwietniu i maju 1919 roku. Ta druga fala była powiązana ze specyficzną rewolucją chłopską, która skierowana była przeciwko tzw. establishmentowi: władzom, Kościołowi, wojsku, a także Żydom, często uważanym przez chłopów za część warstwy panującej. Z kolei do pogromu w Strzyżowie posłużyły pogłoski o mordzie rytualnym. W innych miejscach chodziło o podejrzenia, że Żydzi ukrywali towary oraz stosowali praktyki lichwiarskie i paskarskie.

Dlaczego doszło do tej erupcji antysemityzmu akurat wtedy?

Niezwykle trudno odpowiedzieć na to pytanie. Frank Golczewski tłumaczył to euforią patriotyczną, która przetaczała się przez kraj w momencie odzyskania niepodległości i która wyładowywała się na tych, których postrzegano jako „obcych”.

Zatem na fali tej euforii musiano też atakować inne grupy „obcych”.

Z Ukraińcami toczyliśmy regularną wojnę, podobnie z Litwinami, z Czechosłowacją. Mieli oni swoje armie, więc niechęć wobec nich przybierała formę konfliktów zbrojnych. Inaczej było z Żydami.

Jak na to wszystko reagował Piłsudski?

Był on zarówno wodzem armii, jak i zwierzchnikiem państwa – stał na czele struktur cywilnych i wojskowych. Wydawałoby się więc, że to idealna osoba do kształtowania polityki wobec mniejszości.

Ale gdy wrócił z Magdeburga, w kwestii Żydów miał w głowie przede wszystkim projekt emancypacyjny, choć podczas jednego ze spotkań podkreślał, że po powrocie do Warszawy przeraził go rozmiar antysemityzmu.

Kiedy wprowadzono ordynację wyborczą pod koniec listopada 1918 roku, uznał, że kwestia równouprawnienia została załatwiona, bo Żydzi, na wzór państw zachodnich, otrzymali równe prawa wyborcze. I rzeczywiście, przy późniejszych pracach nad polską konstytucją nigdy nie zakwestionowano zasady równouprawnienia obywatelskiego Żydów ani likwidacji praw wyjątkowych. Ale gdy do Piłsudskiego zgłaszali się wówczas żydowscy politycy czy inni przedstawiciele społeczności żydowskiej, równouprawnienie nie było jedynym postulatem.

Czego dotyczyły pozostałe?

W tych pierwszych miesiącach Piłsudski przyjął bardzo wiele różnych delegacji. Już 12 listopada, czyli dwa dni po powrocie, odbyła się seria spotkań z przedstawicielami różnych opcji politycznych, także żydowskich. Spotkał się zarówno z syjonistami, ortodoksami, jak i przedstawicielami folkistów. Rozmowy dotyczyły kształtu przyszłego polskiego rządu, widać zatem, że żydowskie ugrupowania zostały potraktowane jako pełnoprawni członkowie polskiego spektrum politycznego. Ale projekty, które zgłaszali (zwłaszcza partie świeckie), daleko wykraczały poza wyobrażenia Piłsudskiego na temat ustroju Polski. To były przede wszystkim żądania autonomii narodowo-kulturowej, która w środowisku żydowskim była dyskutowana już od rewolucji 1905 roku. Wydaje się jednak, że Piłsudski tego rozwoju żydowskich ruchów świeckich nie zanotował. W jego wizji nie było miejsca na przyznanie jakiejkolwiek autonomii mniejszości żydowskiej.

Późniejsze spotkania dotyczyły już przede wszystkim reakcji, zapobiegania i przeciwdziałania pogromom. Pod koniec listopada do Warszawy przyjechała delegacja Żydów, aby interweniować w sprawie krwawych zajść w powiecie jędrzejowskim. Piłsudski odpowiedział im, że władza jest bardzo przychylnie usposobiona do Żydów. Było to 29 listopada, czyli w dzień, kiedy podpisał dekret o ordynacji wyborczej, więc czas teraźniejszy w jego wypowiedzi był w sumie usprawiedliwiony. Nie zmienia to jednak faktu, że nie takiej reakcji na pogromy oczekiwano.

Łatwo było dostać się do Piłsudskiego?

W pierwszych miesiącach tak. Dopiero od wiosny 1919 roku te audiencje odbywały się rzadziej i było o nie trudniej. W archiwum Kancelarii Cywilnej Naczelnika Państwa znajduje się wiele żydowskich próśb o spotkanie, jednak były one coraz częściej odrzucane.

Piłsudski spotykał się też z różnymi delegacjami żydowskimi podczas swoich podróży po kraju. Tam też wiodącym tematem była kwestia bezpieczeństwa.

Dawał gwarancje czy tylko wysłuchiwał próśb?

Musimy pamiętać, że sytuacja w Polsce była bardzo dynamiczna. Wojska polskie na jesieni 1918 roku cały czas toczyły walki w Galicji, potem ciężar przeniósł się na granicę północno-wschodnią. Z dokumentów wynika, że do Piłsudskiego spływały wiadomości o tym, co się dzieje. Lecz w jego wypowiedziach podczas spotkań z przedstawicielami żydowskimi widać było próbę usprawiedliwienia tej sytuacji. Mówił, że zajścia antyżydowskie w Galicji związane były z przejmowaniem władzy przez polskie struktury, że odbywały się one w politycznej próżni, gdy ustępowały władze austriackie, a polskie jeszcze nie były ustabilizowane. W końcu przypominał też argument nienawiści do żydowskich sprzedawców, którzy jako jedyni mieli odnieść korzyści z wojny. Twierdził, że w tak trudnych czasach, w tak chaotycznych warunkach trudno oczekiwać całkowitej sprawiedliwości. Chcecie mieć równouprawnienie nie tylko na papierze, ale i w rzeczywistości, to musicie je sobie wywalczyć – kwitował po żołniersku. Uważał też, że gdy władza polska się ustabilizuje, do tych zajść już nie będzie dochodziło. Jak wiemy, to nie zawsze była prawda. Na pewno nie doceniał też faktu, że kwestie antysemityzmu w Polsce coraz bardziej interesowały światową opinię.

Stąd wzięła się potrzeba stworzenia traktatu mniejszościowego?

Traktat mniejszościowy, nazywany też małym traktatem wersalskim, gwarantujący poszanowanie praw mniejszości religijnych, językowych i etnicznych w Polsce, został podpisany 28 czerwca 1919 roku. Był on więc wynikiem, a nie przyczyną tego, co wówczas działo się w kraju. Do Paryża dotarły informacje o pogromie lwowskim z listopada 1918 roku, potem także o kolejnych antyżydowskich wystąpieniach, a w odpowiedzi pojawiła się dyskusja o gwarancjach prawnych dla mniejszości. Nie był to jednak jedyny czynnik. Dyplomacji niemieckiej zależało na ochronie praw ludności niemieckiej, która miała znaleźć się pod polskim panowaniem. Te dwa czynniki zdecydowały o konieczności określenia ram współżycia narodowościowego na ziemiach polskich.

Latem 1919 roku do Polski przybyła amerykańska komisja pod przywództwem Henry’ego Morgenthaua.

Miała ona zbadać, w jaki sposób traktowani są Żydzi w Polsce. Piłsudski nie był tym zachwycony, uważał zresztą, że za granicą wyolbrzymia się kwestie przemocy wobec Żydów. Sam traktat mniejszościowy był dla niego próbą narzucenia Polsce pewnych standardów zachowań, które jego zdaniem były przestrzegane. Do Morgenthaua podchodził więc z dużym dystansem.

Ale zaznaczmy, że poza Ignacym Paderewskim, który zaprosił komisję amerykańską i był spiritus movens całej wizyty, ponieważ chciał pokazać Zachodowi, jak wygląda sytuacja w kraju, z przyjazdu Morgenthaua nikt nie był zadowolony. Władze polskie uważały, że to rodzaj działań narzuconych z zewnątrz, które uwłaczają niepodległemu państwu.

Morgenthau nie miał też dobrej prasy wśród Żydów, ponieważ reprezentował opcję asymilatorską. W związku z tym narodowe środowiska żydowskie obawiały się, że będzie on wyrazicielem opinii tej właśnie grupy.

Mimo to Piłsudski spotkał się z Morgenthauem kilka razy.

Mamy szczegółowe sprawozdanie ze spotkania, które odbyło się 2 sierpnia 1919 roku w Wilnie, dokąd Morgenthau udał się, aby zbadać kwestię kwietniowego pogromu. Piłsudski twierdził wcześniej, na przykład w liście do Paderewskiego z maja 1919 roku, że właściwie zapobiegł pogromowi, wkraczając z wojskiem do miasta. Była to nieprawda. Później w rozmowie z Morgenthauem utrzymywał, że w Wilnie Żydzi pomagali bolszewikom, a polscy chrześcijanie Polakom, i tak naprawdę to był rodzaj wojny domowej, którą polska armia – z nim na czele – zgasiła. Osobiście miał widzieć żydowskich mieszkańców Wilna atakujących żołnierzy. Wielu cywilów zostało aresztowanych i powinni byli zostać rozstrzelani, ale relatywnie niewielu z nich zabito. Piłsudski przekonywał, że niektórych błędów nie dało się uniknąć, jednak straty w jego rozumieniu były niewielkie.

Czyli zasadniczo wpisywał zajścia antyżydowskie w kontekst działań wojennych?

Przedstawiał je w sposób bardzo minimalizujący ich znaczenie. Piłsudski widział to wszystko jako odprysk wojennej przemocy. W pogromie we Lwowie zginęło siedemdziesięciu trzech Żydów, a ponad czterystu było rannych, natomiast podczas obrony miasta śmierć poniosło około czterystu pięćdziesięciu Polaków, a kolejnych tysiąc zostało rannych. Tragedia żydowska rozmywała się w ogólnym obrazie wojny. Piłsudski uważał, że stabilizacja państwa wszystko to uspokoi. Jednocześnie zwracał uwagę, że lwowscy Żydzi zachowali się nielojalnie względem Polski i wojska polskiego. Usprawiedliwiając pogrom, dodawał, że brały w nim udział różne szumowiny, od których ucierpieli nie tylko Żydzi.

Co więcej, podczas spotkania z syjonistami ze wschodniej Małopolski dziwił się, że w sytuacji, kiedy nowe polskie władze nie miały jeszcze możliwości utrzymać na odpowiednim poziomie porządku i bezpieczeństwa na tych terenach, nie doszło do większych strat.

Profesor Wacław Jędrzejewicz, pisząc w Kalendarium życia Józefa Piłsudskiego o jego kolejnych działaniach, notorycznie powtarzał, że zostały wydane rozkazy wojskowe, które miały ograniczyć wystąpienia antyżydowskie. Nie udało mi się jednak tych zarządzeń odnaleźć.

Wystąpienia antyżydowskie miały miejsce nie tylko na wschodzie.

Istnieje notatka z rozmowy Piłsudskiego z amerykańskim ambasadorem Hugh Gibsonem z końca maja 1919 roku, podczas której Marszałek mówił o niedawnych zajściach w Częstochowie, czyli na terenie nieobjętym działaniami wojennymi, z w miarę ustabilizowaną sytuacją wojskową i polityczną. Doszło tam wówczas do wystąpień antysemickich z udziałem wojska. I rzeczywiście była reakcja na te zajścia, są raporty, które mówią, że nastroje antysemickie nasilają się, że trzeba je ukrócić.

Według mnie to pokazuje, że stosunek Piłsudskiego do wystąpień antyżydowskich na Kresach, czyli tam, gdzie wciąż toczyły się walki z Ukraińcami czy bolszewikami, był inny niż stosunek do takich wydarzeń wewnątrz kraju, gdzie były one traktowane jako destabilizujące porządek w państwie. Na wschodzie natomiast – jako nieunikniona cena za zwycięstwa wojskowe.

Być może ostrzejsza reakcja na wydarzenia w centralnej Polsce związana była również z jakimiś wewnętrznymi roszadami i sporami – był to bowiem okres, kiedy Piłsudski obejmował władzę nad Armią Wielkopolską oraz nad Błękitną Armią Józefa Hallera, które na tych terenach były głównie obwiniane o antyżydowską przemoc.

Jak często Piłsudski wyjaśniał pogromy sympatią Żydów do bolszewików?

Piłsudski osobiście wysunął zarzut współpracy z bolszewikami w odniesieniu do pogromu w Wilnie. Ale pojawiał się on także w kontekście pogromów w Lidzie i Mińsku oraz wojskowego mordu w Pińsku 5 kwietnia 1919 roku. Dowódca oddziału wojska polskiego, zresztą pod wpływem donosu żołnierzy żydowskich, aresztował wówczas członków zebrania syjonistycznego pod zarzutem przygotowywania bolszewickiej konspiracji, a następnie trzydziestu pięciu z nich kazał rozstrzelać. Informacja o tym zdarzeniu bardzo szybko dotarła do Warszawy. Piłsudski w liście do dowódcy tego fragmentu frontu prosił o informację, co tam się wydarzyło. Chciał to wiedzieć, aby ustosunkować się do żydowskich zarzutów.

Później, podczas wojny polsko-bolszewickiej, jeszcze kilkakrotnie dawał świadectwo tego, że postrzega Żydów jako wrogo nastawionych do Polski. Podczas wyprawy kijowskiej i kontrofensywy sierpniowej w 1920 roku mówił jednak, że Żydzi nie wszędzie zachowali się źle. W jednych miejscowościach dzielnie stawili opór bolszewikom, a w innych, czasami zupełnie po sąsiedzku, miała miejsce zdrada stanu.

Panuje jednak przekonanie, że Piłsudski był postrzegany przez Żydów jako bohater.

Trudno jest go oceniać w kategoriach filo- czy antysemickich. Dla Żydów piłsudczycy na tle innych opcji politycznych z pewnością byli najlepszym wyborem. W ich programie nie było wątków antysemickich. Narodowa Demokracja z Dmowskim na czele, czyli druga opcja, która mogła wtedy zdobyć władzę w kraju i która wypadła bardzo dobrze w wyborach parlamentarnych w styczniu 1919 roku, dla Żydów była nie do przyjęcia. Krążyła zresztą czarna, endecka legenda o tym, że Piłsudski popiera Żydów, że z nimi współpracuje, a jego polityka jest prożydowska. Ale to była propaganda.

PRENUMERATA

Wobec kwestii żydowskiej Piłsudski miał tak naprawdę postawę neutralną i w późniejszym okresie rzadko się na ten temat wypowiadał. Rabin i działacz syjonistyczny Ozjasz Thon w swoich wspomnieniach pisał, że gdy po przewrocie majowym w 1926 roku Piłsudski był premierem i na posiedzeniu rządu stawiano jakieś sprawy żydowskie, to albo spychał je na koniec, albo w ogóle nie chciał brać udziału w dyskusji. Więc to nie był dla niego na pewno żaden priorytet.

Nie przeciwdziałano jednak tej pozytywnej ocenie Piłsudskiego przez Żydów, którzy wierzyli, że Piłsudski traktuje wszystkich bez różnicy. Niektóre działania jego kancelarii po 1926 roku celowo utwierdzały wizerunek Piłsudskiego jako człowieka mającego pozytywny stosunek do społeczności żydowskiej. W prasie ukazała się na przykład informacja, że kupił szekel od dwójki młodych syjonistów albo że spotkał się z żydowskim powstańcem 1863 roku, który do niego napisał. Zresztą bardzo dużo ludzi – nie tylko Żydów – pisało do niego listy z życzeniami i prośbami. Niektóre spośród tych żydowskich listów publikowane były w prasie, nierzadko z adnotacjami, że prośba została załatwiona. Z jednej strony nie mamy zbyt wielu ewidentnych dowodów na działania prożydowskie, ale z drugiej jego świta nie blokowała informacji na ten temat.

A co z plotką o żydowskim pochodzeniu żony Marszałka?

Nie była jeszcze wówczas tak mocno ugruntowana. Najczęściej odnosiła się do jego drugiej żony, Aleksandry Szczerbińskiej. Niektórzy twierdzili, że była córką Feliksa Perla. Z drugiej strony wielki zwolennik Piłsudskiego, lwowski Żyd Wiktor Chajes, w swoich dziennikach z okresu międzywojennego pisał, że ponoć „jego pierwsza żona jest Żydówką”. Warto podkreślić, że ta plotka funkcjonowała zarówno jako część czarnej legendy Piłsudskiego rozpowszechnionej wśród jego przeciwników w obozie narodowym, jak i białej legendy tworzonej w kręgach żydowskich. To wyjątkowo silny mit, który funkcjonuje zresztą do dziś i przypomina bardzo legendę Esterki, żony czy kochanki Kazimierza Wielkiego.

Można zatem powiedzieć, że wizerunek Piłsudskiego jako walczącego z antysemityzmem jest przesadzony?

Z pewnością nie można powiedzieć, żeby ostro wypowiadał się i zdecydowanie działał przeciwko antyżydowskiej przemocy po odzyskaniu niepodległości. Nie ma na to świadectw. Można raczej stwierdzić, że ją bagatelizował. Nie postrzegał tego problemu jako kluczowego dla istnienia państwa polskiego.

Dodatkowo wypowiedział traktat mniejszościowy w latach 30.

Właściwie cały jego obóz prezentował bardzo konsekwentną politykę wobec tego zobowiązania. Podczas spotkania z Morgenthauem Piłsudski zwracał uwagę głównie na artykuł 12. traktatu, w którym mowa była nie tyle o prawach, jakie Polska powinna zapewnić mniejszościom, ile o kontroli Ligi Narodów nad jego przestrzeganiem. W 1934 roku Polska zakwestionowała przede wszystkim ten właśnie artykuł – nie odmówiła przestrzegania postanowień, tylko wypowiedziała poddanie się międzynarodowej kontroli.

Choć powstawały różne projekty ograniczenia praw mniejszości żydowskiej, to w nowej konstytucji z 1935 roku żaden taki zapis się nie znalazł. Wszystko zostało uregulowane tak jak w konstytucji marcowej z 1921 roku. Nie widać więc ze strony piłsudczyków – do śmierci Marszałka – próby zmian tych przepisów.

Problemem było to, że sprawy mniejszości narodowych nieustannie pojawiały się na forum Ligi Narodów. Podkreślmy jednak, że nigdy nie została tam poruszona żadna sprawa żydowska – to były przede wszystkim przypadki związane z mniejszością niemiecką. Jednak ta kwestia nie miała już wówczas żadnego znaczenia, gdyż Niemcy wystąpiły z Ligi Narodów. Jej członkiem został natomiast Związek Radziecki, a w polskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych zrodziła się obawa, że będzie on stawiał na forum Ligi sprawy ukraińskie. Cała sprawa wypowiedzenia traktatu mniejszościowego w gruncie rzeczy w ogóle nie dotyczyła więc Żydów, tylko innych mniejszości.

PRZEKAŻ DAROWIZNĘ


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 



The Jewish Agency: A global Jewish enterprise or Israeli political patronage? – opinion

The Jewish Agency: A global Jewish enterprise or Israeli political patronage? – opinion

DAVID YAARI/JTA


The time has come to ask: Is the role of the Chair of the Jewish Agency to serve as a global Jewish leader, or merely to function as political patronage to solve domestic coalition challenges?

View of the Jewish Agency headquarters in Jerusalem, / (photo credit: YONATAN SINDEL/FLASH 90)

Perhaps one of the most important organizations designed to bridge between Israel and global Jewry is the Jewish Agency. Since its founding by the World Zionist Organization (WZO) in 1929 to settle Jewish immigrants in Israel, the Jewish Agency (JAFI) has evolved to have 50% control by diaspora Jewry with remaining 50% by the WZO.

In the past few months, the Jewish Agency has made headlines with an engaging race for the coveted role of its Chair. The position was supposed to have been filled during the JAFI Board of Governors’ meeting in October 2021. Foreign Minister and Alternate Prime Minister, Yair Lapid, rightly requested to delay the nomination to November 17th to give precedence to more pressing issues for the new coalition government.

But that deadline had come and gone and still this important role has not yet been filled. This begs two questions: 1) what is Israel’s view of its relationship and responsibility with global Jewry? and 2) Is the role of the Chair of JAFI to serve as a global Jewish leader or to function as political patronage to solve domestic coalition challenges?

These questions get further traction when one considers that the current Knesset has yet to convene its Aliyah, Absorption and Diaspora committee, nor has a chair for this committee been selected. Both need to be addressed posthaste.

Today, JAFI must not only contend with staying relevant to its audiences but also address how to engage new ones. World Jewry and Israel are facing a wider range of challenges. Around the world, Jewish youth are increasingly disconnected from their identities and from Israel, Zionism is under a frontal attack, and virulent and increasingly violent Anti-Semitic incidents are growing at an alarming rate. In this turbulent environment, a resurgent and confident Jewish Agency is needed to play a pivotal role in stewarding the Jewish future and to reconstitute the notion of peoplehood and Areivut (mutual responsibility).

Foreign Minister Yair Lapid at the Knesset, November 15, 2021. (credit: MARC ISRAEL SELLEM/THE JERUSALEM POST)

To be that steward, the national Zionist Institutions (JAFI among them) cannot continue with business as usual. They must evolve to reflect the Jewish people in all of its diversity. As Chair of the World Confederation of United Zionists, I continue to seek a more inclusive vision and representation to reflect our people’s glorious diversity within our Institutions.

The expanded diversity of candidates must become the norm. The mere fact that we are seeing strong female candidates points to a timely development. Alas, this trend has yet to reach the decision-making level.

Still, 80% of the JAFI selection committee are white men – as are ALL the leaders of our National Institutions. We cannot speak about engaging new audiences when our leadership does not embody that spirit.

To be perfectly clear, no candidate should be selected solely due to their gender or ethnicity, just as no one should be discriminated against on this basis. But the simple fact is that in almost 100 years of existence, there has NEVER been a female Chair of the Jewish Agency.

The old arguments, that not enough qualified women apply, are simply not relevant in this case. In my view, at least three very worthy female candidates have been put forth. One, Irina Nevzlin, has a record of leadership within ANU, the Jewish Peoplehood Museum; the second, Ruth Calderon, the founder of Alma, built a global home for Jewish culture; and the third, Fleur Hassan-Nahoum, is deputy mayor of Jerusalem and cofounder of the UAE-Israel business council. These are three incredibly competent, charismatic, and dynamic female leaders who each bring value and are more than qualified to lead the Jewish Agency as it undergoes the process of reinvigorating its mission and ranks.

As the JAFI selection committee continues its process, they have the opportunity to appoint a uniter, a bridge-builder, one who can represent the Jewish world in its diversity, one who can ensure the financial viability of the organization, one who can engage new cultures, communities and audiences, and one who can also tackle the pressing challenges facing the Jewish people.

I hope that members of the selection committee will recognize the historic opportunity before them. And I hope they will embrace the spirit of change and inclusion that the current Israeli government has promised. It is their time to step up and reprioritize the role of the Chair to lead the reimagination of the Jewish Agency. Rather than a convenient political appointee, it is time that the flagship Jewish organization selects a dynamic female global Jewish leader to usher in a new era of positive Zionist engagement.

If not now, when?


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


News From Israel- December 15, 2021

News From Israel- December 15, 2021


ILTV Israel News


 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Iran buduje bombę, a Biden robi dobrą minę do złej gry

Iran buduje bombę, a Biden robi dobrą minę do złej gry


Mitchell Bard
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


.

Jak informował “New York Times”, amerykańscy urzędnicy ostrzegli Izrael, że powtarzające się ataki cybernetyczne na nuklearne instalacje Iranu odnoszą skutek odwrotny od zamierzonego. Tymczasem administracja Bidena zbija bąki, a Iran zbliża się do nuklearnego progu. Raporty wskazują obecnie, że Iran może wyprodukować wystarczającą ilość paliwa rozszczepialnego do zbudowania bomby i że Irańczycy wielokrotnie powiedzieli, że nie będą prowadzić dyskusji o mocniejszej umowie, o której mówił Joe Biden, kiedy kandydował na urząd prezydenta. Niemniej Biden nie zrezygnował z ugłaskiwania mułłów w nadziei, że powrócą do starej umowy, której nigdy nie przestrzegali.

Niestety, kampania “maksymalnego nacisku” byłego prezydenta, Donalda Trumpa, zawiodła (może cztery dodatkowe lata odniosłyby skutek, ale nie jest to pewne z powodu braku międzynarodowej współpracy). Obecnie, idąc za precedensami ustanowionymi przez poprzednich prezydentów, Biden pozwala Iranowi i jego marionetkom na bezkarne atakowanie sił USA i ich sojuszników.  

Iran nie ma żadnej motywacji do zmiany polityki wobec pokazu słabości USA, podkreślonej przez chaotyczne wycofanie się z Afganistanu, które ośmieliło dżihadystów na całym świecie (a szczególnie mułłów w Iranie) do pokazywania, że ich oddanie swojej religijnej wierze jest silniejsze niż lojalność Ameryki wobec swoich sojuszników.

Rozważmy kilka reakcji na irańską agresję:

  • Biden wycofał poparcie dla prób Arabii Saudyjskiej zatrzymania napaści przez wspieranych przez Iran sił Hutich. Później Huti zdobyli szturmem ambasadę USA w Jemenie, a teraz zagrażają strategicznemu, bogatemu w ropę naftową miastu w pobliżu saudyjskiej granicy.
  • Biden chce przekazać broń libańskiej armii mimo ostrzeżeń Izraela, że wyląduje ona w rękach Hezbollahu i wzmocni kontrolę Iranu nad Libanem.
  • Biden nie zareagował na liczne prowokacje na morzu (włącznie z irańskimi siłami zbliżającymi się do okrętów USA), przechwytywanie statków sojuszników i ataki na statki będące własnością Izraela.
  • Biden pozwolił, by wspierane przez Iran ataki na bazy USA w Syrii i Iraku, uszły bezkarnie.

Jedyna dobrą wiadomością jest to, że Biden nie złagodził sankcji. W dodatku do utrzymania sankcji Trumpa narzucił kilka dodatkowych, zwłaszcza na poszczególne osoby i firmy, które produkują drony (co jest dość dziwne w świetle jego krytyki kampanii “maksymalnego nacisku” Trumpa). Była to widocznie jego idea ostrej odpowiedzi na irański atak na amerykańską bazę w Syrii. Niemniej, Irańczycy nadal mówią wyraźnie, że nie wrócą do starej umowy i nie zrobią niczego bez usunięcia sankcji. Pozostaje obawa, że Biden tak rozpaczliwie chce porozumienia, że w końcu zgodzi się.

Te obawy wzmacniają informacje o ewentualnym tymczasowym porozumieniu, przedstawianym przez Roberta Malley’a, jednego z tych ludzi, którzy pomogli w doprowadzeniu  świata do niebezpiecznej sytuacji, w jakiej znajduje się teraz, przez pchanie oryginalnego porozumienia z Iranem. Zgodnie z tym szalonym pomysłem, Stany Zjednoczone uwolnią miliardy dolarów zamrożonych aktywów irańskich, które, podobnie jak zapłata za oryginalną umowę, da Iranowi więcej funduszy na jego nikczemną działalność. W zamian oczekuje się tylko, że Iran zawiesi – nie cofnie – wzbogacanie uranu, które doprowadziło go bliżej do poziomu potrzebnego do zbudowania bomby. Nic dziwnego, że Izrael jest przeciwny temu pomysłowi.  

Choć uwaga słusznie koncentruje się na administracji Bidena, nie zapominajmy, że częścią przekrętu Obamy, by przepchnąć tę umowę, była obietnica, że jest tam klauzula powrotu sankcji, jeśli Iran złamie porozumienie. Europejscy sygnatariusze odmówili ponownego nałożenia sankcji, opierali się nawet nic nieznaczącemu potępieniu irańskich naruszeń i konsekwentnie szukali sposobów na obejście sankcji USA. Pozostałe strony umowy, Rosja i Chiny, nigdy nie przestały popierać Iranu.

Przy braku odpowiedzialności naszych sojuszników, to do Bidena należy podjęcie działań, by zatrzymać Iran przed zbudowaniem bomby, ale czy ktokolwiek wierzy, że jest on skłonny użyć niezbędnej do tego militarnej siły (która niekoniecznie musi być drugą operacją „Burza Pustynna”, jak twierdzą panikarze)? Mówi niejasno o “innych opcjach”, jeśli negocjacje zawiodą; jednak Irańczycy uważają, że te groźby są równie puste, jak pusta była retoryka Obamy, który powtarzał, że “wszystkie opcje są na stole”, szczególnie po wycofaniu naszych wojsk i wyposażenia z Bliskiego Wschodu i jego powtarzanych zapewnień, że jego priorytetem jest Azja.

Grożenie palcem nie jest polityką zagraniczną i nie przeraża Iranu, którego rzecznik sił zbrojnych powiedział: “Nie wycofamy się z zamiaru unicestwienia Izraela ani o milimetr. Chcemy zniszczyć syjonizm na świecie”.

W odróżnieniu od konfrontacyjnego podejścia byłego izraelskiego premiera, Benjamina Netanjahu, Naftali Bennett bardziej dyplomatycznie stara się nie antagonizować amerykańskiego prezydenta. Nie pozostawia jednak wątpliwości, że Izrael będzie bronił swoich interesów, jeśli Stany Zjednoczone nie dojdą do umowy, która uniemożliwi Iranowi zbudowanie bomby, produkcję pocisków balistycznych, sponsorowanie globalnego terroru i grożenie sąsiadom.

Obecnie amerykańska administracja wydaje się zdecydowana na działania sabotażowe. Nie, nie chodzi o sabotaż irańskiego program nuklearnego, ale sabotaż izraelskich akcji podejmowanych dla powstrzymania Iranu przed zdobyciem bomby. Pracownicy administracji Bidena puszczają przecieki informacji do “New York Timesa” (ulubionej gazety do umieszczania antyizraelskich treści) o izraelskich operacjach. Jednym z powodów może być pragnienie pokazania Irańczykom, że są zainteresowani negocjacjami w dobrej wierze i podobnie jak w 2015 roku, nie pozwolą Izraelowi na zepsucie szałowej imprezy.

Może być bardziej nikczemny powód, przed którym przestrzegałem, kiedy Biden tworzył swój zespół polityki zagranicznej. Niektóre z przecieków odzwierciedlają powrót zdyskredytowanego myślenia „arabistów”. Najlepszym przykładem był przeciek do “New York Timesa” z twierdzeniem, że atak dronów 20 października (z poduszczenia Iranu) na bazę USA w Syrii był odwetem za izraelskie uderzenia powietrzne celów irańskich w Syrii. Teza, że izraelskie działania stanowią zagrożenie dla amerykańskich żołnierzy w regionie, jest podstawowym tematem starań „arabistów” o podważenie stosunków USA-Izrael.  

Pamiętam raport departamentu obrony Obamy z 2010 roku z fałszywym twierdzeniem, że żołnierze są zagrożeni z powodu amerykańskiego poparcia dla Izraela. Twierdzili także: “Arabski gniew z powodu sprawy palestyńskiej ogranicza siłę i głębię partnerstwa USA z rządami i narodami”, który to pogląd jest nie tylko fałszywy, ale wyjaśnia, dlaczego trzeba było odsunięcia “arabistów” na boczny tor, by osiągnąć Porozumienia Abrahamowe.

Może warto przypomnieć, że to izraelski wywiad – raz jeszcze pokazując strategiczną wartość Izraela – uratował życie amerykańskich żołnierzy w syryjskiej bazie przez poinformowanie Stanów Zjednoczonych o zbliżającym się ataku wystarczająco wcześnie, by ewakuować żołnierzy.  

Co ciekawe, “New York Times” powiedział, że Pentagon nie chciał potwierdzić roli Iranu w tym ataku “częściowo, by uniknąć zniweczenia rozmów o wznowieniu umowy nuklearnej z Teheranem”. Bezpośredni atak na Stany Zjednoczone nie był dość poważnym wydarzeniem, by warto było o nim mówić, nie wspominając już o reakcji wykraczającej poza ogłoszenie sankcji przeciwko Irańczykom zajmującym się programem dronów.

Czy to miało pokazać, że Biden będzie bronił amerykańskich interesów w negocjacjach?

Krytycy podejmowania militarnej akcji przeciwko Iranowi mówią, że Stany Zjednoczone nie są w żadnym niebezpieczeństwie, nawet jeśli Iran zdobędzie broń jądrową. Jesteśmy zbyt daleko; nie zaatakują nas. Dlaczego ma nas obchodzić, że grupa arabskich szejkanatów, którzy pogarszają zmianę klimatyczną swoimi paliwami kopalnymi, jest w niebezpieczeństwie? A Żydzi? Wyłącznie przyprawiają nas o ból głowy. Jak pomyślimy, to dlaczego mielibyśmy dbać o Ukrainę, Tajwan lub cokolwiek innego. Czy jest jeszcze coś, o co warto walczyć? 


Mitchell Geoffrey Bard – Amerykański analityk polityki zagranicznej, redaktor i autor, który specjalizuje się w polityce USA – Bliski Wschód. Jest dyrektorem wykonawczym organizacji non-profit American-Israeli Cooperative Enterprise i dyrektorem Jewish Virtual Library.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


The Turn

The Turn


LIEL LEIBOVITZ


Merchandise lies in a looted souvenir and electronics shop near New York’s Times Square after a night of protests and vandalism over the death of George Floyd, June 2, 2020JOHN MOORE/GETTY IMAGES

When I saw the left give up everything I believe in, I changed politically. You can, too.

For many years—most of my politically cognizant life, in fact—I felt secure in my politics. Truth and justice, I believed, leaned leftward. If you were some version of a decent human being, you cared about those less fortunate than you, which meant that you supported a whole host of measures designed to even the playing field a little. Sometimes, these measures had unintended consequences (see under: Stalin, Josef), but that wasn’t reason enough to despair of the long march to equality. Besides, there was hardly an alternative: On the other end of the political transom lurked despicable creeps, right-wing orcs who either cared for nothing but their own petty financial interests or, worse, pined for benighted isms that preached prejudice and hate. We were on the right side of history. We were the people. We were the ones giving peace a chance. And, no matter the present, we were always the future.

This belief carried me through high school, and a brief stint in a socialist youth movement. It accelerated me in college, sending me anywhere from joint marches with Palestinians to a two-week hunger strike in Jerusalem trying (and failing) to lower tuition for underprivileged students. It pulled me to New York, to Columbia University, to more left-wing politics and activism and raging against Republicans whose agenda, especially in the 2000s, seemed like nothing more than greed and war.

And it wasn’t just an ideology, some abstract set of convictions that were accessible only through cracking open dusty old books. It was the animating spirit of life itself: The dinner parties I attended on the Upper West Side required dismissive comments on President Bush just as much as they did a bit of wine to make the evening bright, and there was no faster or surer way to signal to a new acquaintance that you were a kindred spirit than praising the latest Times editorial. It wasn’t performative, exactly. At least, it felt real enough, the reverent rites of a good group of people protecting itself against the bad guys.

I embraced my people, and my people embraced me. They gave me everything I had always imagined I wanted: a Ph.D. from an Ivy League university; a professorship at NYU, complete with a roomy office overlooking Washington Square Park; book deals; columns in smart little publications; invitations to the sort of soirees where you could find yourself seated next to Salman Rushdie or Susan Sontag or any number of the men and women you grew up reading and admiring. The list goes on. Life was good. I was grateful.

And then came The Turn. If you’ve lived through it yourself, you know that The Turn doesn’t happen overnight, that it isn’t easily distilled into one dramatic breakdown moment, that it happens hazily and over time—first a twitch, then a few more, stretching into a gnawing discomfort and then, eventually, a sense of panic.

You may be among the increasing numbers of people going through The Turn right now. Having lived through the turmoil of the last half decade—through the years of MAGA and antifa and rampant identity politics and, most dramatically, the global turmoil caused by COVID-19—more and more of us feel absolutely and irreparably politically homeless. Instinctively, we looked to the Democratic Party, the only home we and our parents and their parents before them had ever known or seriously considered. But what we saw there—and in the newspapers we used to read, and in the schools whose admission letters once made us so proud—was terrifying. However we tried to explain what was happening on “the left,” it was hard to convince ourselves that it was right, or that it was something we still truly believed in. That is what The Turn is about.

You might be living through The Turn if you ever found yourself feeling like free speech should stay free even if it offended some group or individual but now can’t admit it at dinner with friends because you are afraid of being thought a bigot. You are living through The Turn if you have questions about public health policies—including the effects of lockdowns and school closures on the poor and most vulnerable in our society—but can’t ask them out loud because you know you’ll be labeled an anti-vaxxer. You are living through The Turn if you think that burning down towns and looting stores isn’t the best way to promote social justice, but feel you can’t say so because you know you’ll be called a white supremacist. You are living through The Turn if you seethed watching a terrorist organization attack the world’s only Jewish state, but seethed silently because your colleagues were all on Twitter and Facebook sharing celebrity memes about ending Israeli apartheid while having little interest in American kids dying on the streets because of failed policies. If you’ve felt yourself unable to speak your mind, if you have a queasy feeling that your friends might disown you if you shared your most intimately held concerns, if you are feeling a bit breathless and a bit hopeless and entirely unsure what on earth is going on, I am sorry to inform you that The Turn is upon you.

The Turn hit me just a beat before it did you, so I know just how awful it feels. It’s been years now, but I still remember the time a dear friend and mentor took me to lunch and warned me, sternly and without any of the warmth you’d extend to someone you truly loved, to watch what I said about Israel. I still remember how confusing and painful it felt to know that my beliefs—beliefs, mind you, that, until very recently, were so obvious and banal and widely held on the left that they were hardly considered beliefs at all—now labeled me an outcast. The Turn brings with it the sort of pain most of us don’t feel as adults; you’d have to go all the way back to junior high, maybe, to recall a stabbing sensation quite as deep and confounding as watching your friends all turn on you and decide that you’re not worthy of their affection any more. It’s the kind of primal rejection that is devastating precisely because it forces you to rethink everything, not only your convictions about the world but also your idea of yourself, your values, and your priorities. We all want to be embraced. We all want the men and women we consider most swell to approve of us and confirm that we, too, are good and great. We all want the love and the laurels; The Turn takes both away.

But, having been there before, I have one important thing to tell you: If the left is going to make it “right wing” to simply be decent, then it’s OK to be right.

Why? Because, after 225 long and fruitful years of this terminology, “right” and “left” are now empty categories, meaning little more than “the blue team” and “the green team” in your summer camp’s color war. You don’t get to be “against the rich” if the richest people in the country fund your party in order to preserve their government-sponsored monopolies. You are not “a supporter of free speech” if you oppose free speech for people who disagree with you. You are not “for the people” if you pit most of them against each other based on the color of their skin, or force them out of their jobs because of personal choices related to their bodies. You are not “serious about economic inequality” when you happily order from Amazon without caring much for the devastating impact your purchases have on the small businesses that increasingly are either subjugated by Jeff Bezos’ behemoth or crushed by it altogether. You are not “for science” if you refuse to consider hypotheses that don’t conform to your political convictions and then try to ban critical thought and inquiry from the internet. You are not an “anti-racist” if you label—and sort!—people by race. You are not “against conformism” when you scare people out of voicing dissenting opinions.

When “the left” becomes the party of wealthy elites and state security agencies who preach racial division, state censorship, contempt for ordinary citizens and for the U.S. Constitution, and telling people what to do and think at every turn, then that’s the side you are on, if you are “on the left”—those are the policies and beliefs you stand for and have to defend. It doesn’t matter what good people “on the left” believed and did 60 or 70 years ago. Those people are dead now, mostly. They don’t define “the left” anymore than Abraham Lincoln defines the modern-day Republican Party or Jimi Hendrix defines Nickelback.

So look at the list of things supported by the left and ask yourself: Is that me? If the answer is yes, great. You’ve found a home. If the answer is no, don’t let yourself be defined by an empty word. Get out. And once you’re out, don’t let anyone else define you, either. Not being a left-wing racist or police state fan doesn’t make you a white supremacist or a Trump worshipper, either. Only small children, machines, and religious fanatics think in binaries.

Which isn’t to diminish the anger, hurt, and confusion you’re feeling just now. But it’s worth understanding that your story has a happy ending. The freedom you feel on the other side is so real it’s physical, like emerging from a long stretch underwater and taking that first deep breath in the cool afternoon air. None of it makes the lost friends or the lost career opportunities any less painful; but there’s no more potent source of renewable energy than liberty, and your capacity to reinvent—yourself, your group, your life—is greater than you realize.

So welcome to the right side, friend, and join us in laughing at all the idiotic name-calling that is applied, with increasing hysteria, to try and stop more and more normal Americans from joining our ranks. Fascists? Conspiracy theorists? Anti-science racist TERFs? Whatever. We have a better word to describe ourselves: free.


Liel Leibovitz is a senior writer for Tablet Magazine and a host of the Unorthodox podcast.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com