Archive | December 2023

Izraelscy Arabowie rozumieją: To Hamas jest dziś złoczyńcą

Matka żegna podczas pogrzebu Antonio Maciasa, zabitego w ataku Hamasu 7 października 2023 r. na festiwal muzyczny na południu Izraela. Tel-Awiw, 15 października 2023 r. (Fot. Francisco Seco / AP Photo)


Izraelscy Arabowie rozumieją: To Hamas jest dziś złoczyńcą

Marta Urzędowska


Tuż po ataku Hamasu arabscy obywatele Izraela dosłownie się ukryli. Bali się, jaka będzie reakcja Żydów, choć sami tym razem nie mieli wątpliwości, kto jest złoczyńcą – opowiada w rozmowie z “Wyborczą” Arik Rudnitzky, ekspert od relacji arabsko-żydowskich w Izraelu.

Marta Urzędowska: Jaka była pierwsza reakcja dwóch milionów arabskich obywateli Izraela na atak Hamasu z 7 października?

Arik Rudnitzky*: Pierwszą reakcją był kompletny szok. Ludzie nawet nie rozmawiali o tym, co się stało – oczywiście poza domem. Chociaż byli arabscy ochotnicy, którzy angażowali się, by pomóc żydowskiej społeczności, to ogólnie wyglądało to trochę tak, jakby Arabowie zaczęli się ukrywać – pozamykali swoje sklepy, przestali pojawiać się w pracy, po prostu siedzieli w domu. Tak jakby czuli, że potrzebna jest chwilowa segregacja.

Izraelskich Arabów dosłownie poraziła skala tych wydarzeń. Patrzyli na to, co się stało, z takim samym niedowierzaniem jak Żydzi. Nikt się tego nie spodziewał.

Poza tym byli załamani, bo wiedzieli, że po raz kolejny wypaczony został obraz islamu w oczach izraelskich Żydów i całego świata. No i od początku pojawił się strach – chociaż domyślali się, jaka będzie odpowiedź Izraela w Gazie, nie mogli być pewni, jaka będzie reakcja żydowskich obywateli tutaj, w Izraelu.

Jaka była ta reakcja?

– Wzrósł poziom nieufności wobec Arabów, podejrzliwości, lęku. Szczególnie w ciągu pierwszych tygodni było nerwowo, do tego oliwy do ognia dolewał Itamar Ben Gwir, minister, który odpowiada za bezpieczeństwo narodowe. Niemal natychmiast ostrzegł on, że na pewno dojdzie do przemocy między Arabami i Żydami, jak przy ostatniej wojnie Izraela z Hamasem w maju 2021 r.

Pomylił się, bo to była zupełnie inna historia. Wtedy od dłuższego już czasu trwały napięcia we Wschodniej Jerozolimie. Można było dyskutować, kto i czemu był winny.

Tym razem to był po prostu szok i nie było miejsca na dyskusje – Arabowie, tak jak Żydzi, od razu zrozumieli, co się stało, kto stoi za tym bezprecedensowym atakiem. Tym razem bardzo łatwo było ustalić, kto jest złoczyńcą – Hamas. Nikt nie miał wątpliwości, nieważne: Arab czy Żyd.

Po dwóch miesiącach sytuacja się uspokoiła?

– Życie powoli wraca do jakiejś namiastki normalności. Za dwa tygodnie ponownie otwieramy uczelnie, co oznacza, że młodzi Żydzi i Arabowie, studenci, znowu się zetkną. Mogą się pojawiać napięcia, ale wszyscy liczymy, że niedługo sytuacja zupełnie się uspokoi.

Warto podkreślić, że od początku – od ataku Hamasu do dziś – mimo toczącej się wojny arabscy obywatele Izraela wzorowo przestrzegają prawa, zachowują spokój. Było bardzo niewiele incydentów nie tylko przemocy, ale nawet publicznego deklarowania poparcia dla Hamasu. Policja w zaledwie stu przypadkach interweniowała w sprawie takich deklaracji, ale nawet nie wiem, czy ktoś stanął przed sądem.

Regularna działalność komercyjna ponownie ruszyła. Działają sklepy, ludzie normalnie pracują, a przecież 20 proc. Izraelczyków to Arabowie – pracują razem z Żydami w usługach, służbie zdrowia, w Izraelu nie da się utrzymywać segregacji. I całe szczęście.

Jak na relacje Arabów z Żydami wpływa wojna w Gazie?

– Napięcia na pewno są, ale nie stają się kwestią publiczną. Oczywiście, że sceny płynące z Gazy są bardzo trudne dla wielu izraelskich Arabów, którzy mają tam swoich bliskich, przyjaciół. Ale znowu – jest ogromna różnica między tym, co mieliśmy w maju 2021 r., a tym, co jest dzisiaj. Nawet patrząc na dramat cywilów w Gazie, na te ogromne zniszczenia, arabscy obywatele Izraela rozumieją, kto odpowiada za rozpętanie tej wojny, i nie tracą świadomości, że winny całego tego nieszczęścia pozostaje Hamas.

Sądzę, że Arabowie w Izraelu potrafią postawić grubą kreskę między swoją sympatią dla sprawy palestyńskiej a swoim codziennym życiem w Izraelu.

Arabowie i Żydzi żyją razem w Izraelu od dekad…

– Różnice są duże – język, rozumienie historii – ale istnieje wzajemny szacunek. Można powiedzieć, że jesteśmy jak dobrzy partnerzy w biznesie. W ostatnich latach udało się sporo osiągnąć – pamiętajmy, że arabska partia Mansura Abbasa weszła do rządu Naftalego Beneta i Yaira Lapida. Także w czasie pandemii w służbie zdrowia nie było żadnych różnic – w końcu aż 40 proc. personelu w służbie zdrowia stanowią Arabowie.

Powiedziałbym, że na co dzień na poziomie jednostek niemal nie ma napięć. Oczywiście pojawiają się, kiedy mamy kolejne rundy konfliktu, przy czym warto podkreślić, że od kilkunastu lat za każdym razem jest to wojna Izraela z Hamasem.

Izraelczycy, którzy pomagają mieszkańcom Gazy dotrzeć do izraelskich szpitali, są krytykowani. Mniej w was dziś współczucia?

– To smutne, ale zdecydowanie tak. To społeczeństwo, które przeszło wielką traumę. Ten atak był wydarzeniem historycznym, jednym z najważniejszych w naszej historii – na pewno najmroczniejszym od czasów Holocaustu.

Dziś nadal tę traumę czujemy, wśród izraelskich Żydów niewiele jest osób, które są gotowe współczuć czy choćby zrozumieć drugą stronę – Palestyńczyków. Nie można nikogo winić za to, co czuje, ale w naszych codziennych zachowaniach musimy okazać odpowiedzialność, nie zwiększać napięć, przecież musimy jakoś tu razem żyć.

Można dzisiaj rozmawiać o pokoju?

– To nie jest dobry moment. Nie czas, by rozmawiać o przyszłych porozumieniach Izraela z Palestyńczykami. Ludzie nie są gotowi słuchać takich propozycji, zajmuje ich dzisiaj wojna w Gazie, los naszych żołnierzy na linii frontu i porwanych przez Hamas zakładników czy wreszcie przyszłość kibuców w pobliżu Strefy Gazy.

Uważam, że po ataku, po wojnie będzie bardzo trudno wrócić do rozmów o pokoju. Nie wiem, czy kiedyś uda się wrócić do złotej ery lat 90., realnych rozmów o utworzeniu dwóch państw. Dzisiaj nawet nie wiadomo, o czym rozmawiać: no bo owszem, jest jedno państwo – Izrael, ale kto miałby stanąć na czele tego drugiego państwa? Autonomia Palestyńska, która rządzi, i to nieudolnie, Zachodnim Brzegiem? Kto ma rządzić w Gazie, skoro dzisiaj nikt nie wie, co będzie po wojnie? Na razie izraelska opinia publiczna interesuje się tylko unicestwieniem Hamasu, nie chce słuchać o żadnych inicjatywach pokojowych.

Rząd Beniamina Netanjahu pogarsza napięcia?

– Kiedy policja zgodziła się w ubiegłym tygodniu na marsz skrajnej prawicy przez muzułmańskie dzielnice Jerozolimy, to była – delikatnie mówiąc – niekoniecznie mądra decyzja. Mamy krótką pamięć – kiedy w 2021 r. we Wschodniej Jerozolimie były napięcia, Ben Gwir zorganizował taki sam marsz. Nie wiem, czy to stało się iskrą, która podpaliła wtedy beczkę prochu, ale na pewno był to jeden z czynników.

Władze zdecydowały się też rozdać broń – tysiące sztuk – osadnikom i mieszkańcom miast, gdzie mieszkają Żydzi i Arabowie. To już się stało, nic nie można na to poradzić. Teraz jedyne, co można zrobić, to jakoś to uporządkować, uregulować, przecież mamy dziś masę broni w rękach zwykłych obywateli.

Arabowie w Izraelu są dyskryminowani?

– Nie powiedziałbym, że to dyskryminacja, ale na pewno nasza demokracja ma wiele wad. Nie bez powodu w ostatnim roku mieliśmy tyle protestów, ludzie żądają zmian, wiedzą, że demokracja jest zagrożona. Nasze prawo o narodowości z 2018 r. na pewno nie stawia na pierwszym miejscu równości między Żydami i Arabami.

W ostatnich latach sytuacja się nie poprawia. Kiedy patrzymy na wynik wyborów i wpływy partii prawicowych, rozumiem, dlaczego istnieją obawy, że w Izraelu narasta dyskryminacja. Powiedziałbym, że w codziennym życiu praktycznie nie zdarzają się incydenty dyskryminacji, problemem jest prawo, rząd, nie zwykli ludzie, którzy dobrze się dogadują.

Czy jest szansa, że po ataku i wojnie obie strony zrozumieją, że coś musi się zmienić?

– Ostatecznie tak. Bo nie ma innej opcji, Palestyńczycy tu są i pozostaną tu na zawsze. Muszą powstać dwa państwa, jeśli Izrael ma pozostać żydowski i demokratyczny.


*Arik Rudnitzky – ekspert ds. stosunków międzynarodowych z Uniwersytetu w Tel Awiwie, szef Programu Konrada Adenauera ds. Współpracy Żydowsko-Arabskiej. Od dwudziestu lat bada kwestie dotyczące arabskiej społeczności w Izraelu, a także polityki izraelskiego rządu wobec arabskiej mniejszości.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


University of Pennsylvania and antisemitism: An open letter to Liz Magill – opinion

University of Pennsylvania and antisemitism: An open letter to Liz Magill – opinion

BARBARA SOFER


When defending the inclusion of noted antisemites at the Palestinian Writers Literary Festival at the University of Pennsylvania, Liz Magill crossed the line.
UNIVERSITY OF Pennsylvania campus. / (photo credit: Wikimedia Commons)

I loved attending the University of Pennsylvania, where I earned my bachelor’s degree in 1971. The university offered everything I’d dreamed of when I was attending a rural public school in Connecticut: intellectual, philosophical, and moral challenges within a framework of respect and tolerance. I am appreciative of that education which has empowered me throughout my life. Last year, I danced my way with pride up Locust Walk when my spirited classmates and I celebrated our postponed 50th-anniversary reunion.

An important reason that I decided to attend the University of Pennsylvania from among the universities that accepted me was the flexibility of the year abroad program. There was only one place I wanted to go: Israel. I could then test my impetuous high school decision to move to Israel and, at the same time, acquire a beginner’s ability to speak Hebrew.

From Jerusalem, I write to you now, these decades later.

My class’s campus experience was dominated by protests against the war in Vietnam, concern about university involvement in military industries, and overcoming racial barriers. I both participated in and covered tumultuous events for the Daily Pennsylvanian, our campus newspaper. What excellent preparation that was for life in Israel!

I felt secure as a Jew at Penn, and I wasn’t alone. The percentage of Jews reportedly rose to close to 30% at one point. That number has fallen at Penn to teens – as in other Ivy League universities.

Liz Magill, President, University of Pennsylvania, speaking at a House Committee on Education and the Workforce hearing on campus antisemitism at the U.S. Capitol, in Washington, D.C.  / Michael Brochstein/Sipa USA via AP

When I made that decision to move to Israel, I’d only spent a high school summer in Israel. Ironically, while hiking along the covered bridge of the water-abundant shores of Salmon River near Colchester, Connecticut, I experienced an epiphany in which I would be walking in the arid Israel Negev. 

I tried to wave the image away. But what excuse did I have for not moving to Israel, when the Jewish people had finally returned to the Promised Land after striving to do so for 2,000 years and losing six million in the Holocaust? 

In every prayer, we remember Jerusalem. At every wedding, we break a glass not for good luck but to remember Jerusalem. No matter how comfortable or downtrodden we have been, we cry out “Next year in Jerusalem” at the end of our Passover Seder and at the end of our Yom Kippur fast.

GROWING UP in Connecticut, I hadn’t experienced antisemitism. My immediate family hadn’t suffered persecution, not from the Nazis or in Arab countries where Jews were second-class citizens. I was young and healthy, Penn-educated, with parents who could afford to visit me – unlike my grandparents who left the pogroms of Eastern Europe to live in the United States.

On that Junior Year Abroad, I not only confirmed that it was my obligation to live in Israel – I fell in love with the country. I am still thrilled to be part of the ingathering of Jews from all over the world. I was already living in Israel to welcome my brethren – some actual cousins – when the gates of the Soviet Union opened, and when faithful Jews came home from Ethiopia. 

I explored archaeological sites with their ancient Jewish symbols and ritual baths. The Bible was the guidebook to rocky hill and dale. Trees hand-planted around the country turned into forests. Vintners discovered ancient wine presses where their new grapes flourished. How could I not be part of this?

My first apartment had an outdoor toilet. For years I had no telephone. But life moved forward fast. In our New Jersey-sized country, the cellphone was invented, changing communication throughout the world. The desert I saw in my epiphany bloomed. Israelis became champions in desalinating and reusing water while harnessing solar energy. Not only has the Israeli economy grown, but so has the Palestinian.

Despite near-daily terror attempts, transplanted kidneys and livers go back and forth between Jews and Arabs. Covering stories in my workday at Hadassah Medical Organization, I give eye-witness reports from the shock trauma unit after a terror attack where medical professionals with first names like Liat and Fatma, Meir and Osama use everything they have learned to save patients, whether they are the perpetrators or the victims.

LIKE NEARLY all robust democracies today, Israel is struggling with political division, questions of human rights, and conflicting visions of the future. My Israeli children and grandchildren, all of whom serve the country, are already involved in these contentious discussions and will help mold the future.

Damaging University of Pennsylvania’s name with antisemitism

I’m sure that when you took over the presidency of the university last year – with your own vision for Penn’s future – you couldn’t have imagined yourself in the midst of a controversy that has damaged the university’s good name, the safety, and the future of Jewish students.

Your unfortunate decision to grant a podium to the Palestine Writes Literary Festival has received wide media coverage. It was no secret that speakers who have nothing to do with Arabic literature but who are infamous Israel-bashers like Roger Waters and Marc Lamont Hill would appear. But the venom and libel that reportedly polluted the campus in the name of art was reminiscent of Joseph Goebbels. Our university was disgraced, our Jewish students and faculty endangered. There have already been attacks on the Hillel organization.

Much thought must have gone into crafting your response to the proposed festival. On one hand, you must have felt compelled to affirm the right to free speech. On the other hand, you must have struggled with the memory of the shameful record of prestigious European universities in not standing up for and protecting their Jewish students and professors, no matter how immense their contributions were to those institutions.

Your words: “While the [Palestinian Writes Literary] Festival will feature more than 100 speakers, many have raised deep concerns about several speakers who have a documented and troubling history of engaging in antisemitism by speaking and acting in ways that denigrate Jewish people. We unequivocally – and emphatically – condemn antisemitism as antithetical to our institutional values. 

“As a university, we also fiercely support the free exchange of ideas as central to our educational mission. This includes the expression of views that are controversial and even those that are incompatible with our institutional values.”

Embedded in that last sentence was the red line. It should never have been crossed.

You should have stood strong and insisted: “Not on my campus.” 


The writer is the Israel director of public relations and communications at Hadassah, the Women’s Zionist Organization of America. Her latest book is A Daughter of Many Mothers.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Szyderstwem na głupotę i chamstwo. Żydzi w Łodzi kpią z prowokacji Grzegorza Brauna

Szyderstwem na głupotę i chamstwo. Żydzi w Łodzi kpią z prowokacji Grzegorza Brauna

Tomasz Matusiak


Taki człowiek nie może nam zepsuć święta, choć to, co zrobił, jest rzeczywiście karygodne – mówi Józef Weininger, przewodniczący Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Łodzi. Tymczasem w sieci wiralem stała się “szósta świeca” – prześmiewcze nagranie z profilu łódzkiego rabina.
.

“Szósta świeca” – czyli gaśnica – pojawiła się jako rekwizyt w tańcu podczas świętowania Chanuki w Gminie Wyznaniowej Żydowskiej w Łodzi. Takie prześmiewcze nagranie zamieścił w mediach społecznościowych łódzki rabin Dawid Szychowski  jeszcze tego samego dnia, kiedy w Sejmie poseł Konfederacji Grzegorz Braun w antysemickim geście użył gaśnicy do zgaszenia świec chanukowych. Wideo błyskawicznie zdobywa popularność w mediach społecznościowych.

Antysemicki polski poseł Grzegorz Braun widziany chwilę po zgaszeniu menory chanukowej w polskim parlamencie. Zdjęcie: Zrzut ekranu

Grzegorz Braun nie zepsuł im Chanuki. “Niczego nie osiągnął”

Przewodniczący łódzkiej gminy wyznaniowej Józef Weininger przypomina, że to nie pierwsze kontrowersyjne zachowanie Grzegorza Brauna, jednego z liderów Konfederacji. – Nie dalej jak pół roku temu zachowywał się podobnie podczas wykładu o Holocauście, gdzie rozbił mikrofon – mówi Józef Weininger. – Wtedy nie poniósł żadnych konsekwencji. Jeśli ich nie poniesie, będzie się nadal tak zachowywał. Trzeba natomiast podziękować posłom za natychmiastową, zdecydowaną reakcję.

Przewodniczący uznaje zachowania posła Brauna za z premedytacją zaplanowaną prowokację – w bardzo ważnym dniu dla polskiego Sejmu, kiedy na Polskę zwrócone są oczy całej Europy i świata, także w bardzo ważnym dniu  dla wszystkich wyznawców judaizmu. – Przede wszystkim tę sytuację powinno ocenić te 27 tys. osób, które na tego człowieka głosowały w ostatnich wyborach – stwierdza Józef Weininger. – Jeśli ktoś miał dotąd wątpliwości, to Grzegorz Braun się właśnie w pełni obnażył, pokazał, kim jest.

Na pytanie o nagranie z profilu rabina przewodniczący gminy odpowiada: – Taki człowiek jak poseł Grzegorz Braun nie może nam zepsuć święta, choć to, co zrobił, jest rzeczywiście karygodne. Gdyby nam zepsuł Chanukę, osiągnąłby swój cel. Tymczasem żadnego celu nie osiągnął, zrobił tylko wstyd. Niestety także wstyd dla Polski.

Antysemityzm sączy się w komentarzach

Komentarze na Facebooku są różne – nic dziwnego, wszak jest ich przeszło 450 (na godz. 8.30 nazajutrz po zamieszczeniu filmiku). Zdecydowana większość chwali widocznych na nagraniu wyznawców judaizmu za dystans.

“Piękna odpowiedź na głupotę i rasizm Brauna, tak trzymajcie” – pisze pan Zbigniew.

“Super. Najlepszy sposób na oszołomów z prawej czy lewej strony. Dobry humor i dystans” – komentuje pan Jarosław.

Ale pojawiają się też pojedyncze głosy, że to śmianie się z poważnego problemu, jakim jest antysemityzm. Oczywiście antysemici też komentują post (głównie z tzw. troll kont), niektórzy jawnie łamią przy tym prawo, jak np. ktoś (konto “Denis Santi”), kto wstawił zdjęcie Hitlera z podpisem “Jude raus!” (zgłoszone). Znalazły się wśród nich także wpisy sugerujące, że Grzegorz Braun sam jest Żydem.


Tomasz MatusiakW łódzkiej redakcji “Gazety Wyborczej” od 2022 roku. Zajmuję się głównie polityką, sprawami sądowymi i służbami mundurowymi. Interesuje mnie też problematyka społeczna.

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Redaktor kuwejckiej gazety: Hamas powinien być ścigany sądownie za śmierć i zniszczenie, jakie ściągnął na Gazańczyków atakiem z 7 października

Redaktor gazety Ahmad Al-Dżarallah stwierdza w artykule w kuwejckiej gazecie „Al-Siyassa” z 26 listopada 2023 r., że atak terrorystyczny Hamasu z 7 października spowodował śmierć i katastrofę dla ludności Gazy, i wzywa do pociągnięcia jego przywódców do odpowiedzialności karnej. Pisze, że od 75 lat naród palestyński jest ofiarą arabskiej hipokryzji, fałszywych twierdzeń o zwycięstwie przywódców ruchu oporu i różnych oportunistów, którzy próbowali czerpać zyski z palestyńskiej krwi. Dodając, że obecne zawieszenie broni w Gazie [Siedmiodniowa przerwa w walkach armii izraelskiej z Hamasem w Gazie zakończyła się pierwszego grudnia o świcie, kiedy z Gazy wystrzelono salwę rakiet na Izrael – M.K.] odzwierciedla porażkę i uległość Hamasu – nawet jeśli jego przywódcy zachwalają to jako triumf i wyśmiewa siły osi oporu, na czele której stoi Iran, które nieustannie przechwalały się, że następna konfrontacja z Izraelem będzie wiązała się z „jednością frontów”, ale w chwili prawdy wszyscy ukryli się, aby ratować własną skórę. Al-Dżarallah zastanawia się, czy „eskapada” Hamasu z 7 października była warta śmierci tak wielu Palestyńczyków, zniszczenia Strefy Gazy i masowych wysiedleń, i stwierdza, że przywódcy Hamasu powinni stanąć za to przed sądem arabskim, „nie do pomyślenia jest bowiem, aby ktoś prowadził miliony ludzi na rzeź w imię wątpliwego programu”.


Redaktor kuwejckiej gazety: Hamas powinien być ścigany sądownie za śmierć i zniszczenie, jakie ściągnął na Gazańczyków atakiem z 7 października

Z materiałów MEMRI
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewsk


Poniżej znajdują się przetłumaczone fragmenty artykułu Al-Dżarallaha: [1]
***

Tak brzemienna sytuacja, jak ta, której doświadcza Gaza, jej mieszkańcy i wszyscy Palestyńczycy, wymaga szczerej dyskusji. Przez 75 lat naród palestyński był ofiarą arabskiej hipokryzji i uległości oraz fałszywych twierdzeń o zwycięstwie, którymi posługiwały się [różne organizacje oporu] do wzmocnienia swojej obecności politycznej, a przez przywódców [tych organizacji] do zdobycia większego bogactwa i życia w luksusie, podczas gdy miliony [Palestyńczyków] żyły w skrajnej biedzie w obozach dla uchodźców, pozbawione najbardziej podstawowych, naturalnych praw.

„Humanitarne zawieszenie broni” [w Gazie] to nic innego jak próba ujawnienia prawdy o tym, co Hamas zrobił 7 października oraz o ogromnym i przerażającym [zakresie] zabijania i niszczenia [w Gazie]. Po 50 dniach zabijania i niszczenia, Hamas skapitulował przed warunkami Izraela [zawieszenia broni], co było dla niego straszliwą porażką. Dlatego mamy nadzieję, że Isma’il Hanija, Chaled Masz’al i cała banda [przywódców Hamasu] nie powstanie teraz i nie ogłosi że to, co się wydarzyło, było boskim zwycięstwem, ale powtórzą to, co [sekretarz generalny Hezbollahu Hassan] Nasrallah powiedział po wojnie [z Izraelem] w 2006 roku, podczas której Liban został zniszczony i setki Libańczyków zginęły, a mianowicie: „Gdybym wiedział, że porwanie dwóch izraelskich żołnierzy sprowadzi na nas całą tę śmierć i zniszczenie, nie zrobilibyśmy tego”. [2]   

Wszystko, co przywódcy Hamasu mówią teraz o [swoich] osiągnięciach, jest bez znaczenia i nieistotne politycznie, zwłaszcza po tym, jak pojawił się Hanija, wyglądający jak zawsze elegancko, i wygłosił oświadczenia, w którym stwierdził: „My [Hamas] w dalszym ciągu jesteśmy tymi, którzy pociągają za sznurki i zawieszenie broni jest zwycięstwem narodu palestyńskiego”. Dlatego też z całą szczerością mówimy Hamasowi: jesteście [nie zwycięscy, ale] pokonani, podobnie jak Arabowie, ponieważ nie byli w stanie przywieźć ani jednej ciężarówki z pomocą [do Gazy] bez zgody Tel Awiwu i bez przeszukania [ciężarówki].

Mieliśmy nadzieję, że w świecie arabskim zwycięży rozsądek i będzie jakaś wizja, która zapobiegnie wykorzystywaniu krwi palestyńskiej przez każdego oportunistę. [Ale] kiedy nadeszła chwila prawdy, wszyscy [oportuniści] wśliznęli się do swoich kryjówek. Iran, który przez cztery dekady rzekomo nosił flagę wyzwolenia Palestyny i meczetu Al-Aksa – choć nie oddał ani jednego strzału [w kierunku Izraela] – 7 października uległ groźbom amerykańskim i izraelskim. To samo tyczy się Hezbollahu, który tym razem zachował się racjonalnie, po tym jak jego przywódcy zdali sobie sprawę, że ta fala jest dla nich za wysoka. Zamiast więc przechwalać się „jednością frontów” – [hasłem], które wciągnęło Palestyńczyków w sidła przeprowadzenia tego ataku [w pierwszej kolejności] – wykorzystali wojnę, aby zdobyć władzę polityczną w Libanie.

Huti, którzy próbowali rozszerzyć [zasięg] swojego terroryzmu za pomocą symbolicznych ataków [na Izrael], wpadli we własną pułapkę, podczas gdy [wspierane przez Iran] irackie bojówki zaangażowały się w eskapady, które Teheran obecnie wykorzystuje w swoich kontaktach z Waszyngtonem, aby otrzymać kolejne miliardy dolarów. Jeśli chodzi o Syrię, ona [też] zachowała się racjonalnie, bo nie jest w stanie wytrzymać konfrontacji z USA i z Izraelem.

Ta eskapada, którą [wojskowe skrzydło Hamasu] Brygady Izz Al-Din Al-Kassam przeprowadziły [7 października] bez konsultacji z kimkolwiek – czy była warta spowodowania śmierci 15 tysięcy niewinnych [Palestyńczyków], w tym 7 000 dzieci i 5000 kobiet, niszcząc 60% Strefy Gazy i wysiedlając 1,5 miliona ludzi z północy Strefy na południe?…

Jaka jest korzyść z tej zbrodni? Niektórzy mogą powiedzieć, że dzięki niej sprawa palestyńska ponownie znalazła się w centrum uwagi międzynarodowej i zyskała dla niej większe poparcie. Ale czy to wystarczy?

Czy nie jest tak, że wyborcy w Ameryce, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech i gdzie indziej na świecie są zajęci wyłącznie swoimi sprawami wewnętrznymi i poprawą swojego życia, i nie przejmują się tym, co dzieje się w innych krajach?

Przez 50 dni [wojny w Gazie] Chaled Masz’al i [pozostali] przywódcy Hamasu ukrywali się. W rzeczywistości wszyscy przywódcy tak zwanej osi oporu ukrywali się, bojąc się o własne głowy i próbowali czerpać korzyści z palestyńskiej krwi płynącej ulicami Gazy. W międzyczasie izraelska skrajna prawica zyskała na sile, a zbrojne ataki na Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu nasiliły się. Co więcej, Izraelczycy [teraz] stanowczo żądają wyeliminowania nie tylko Hamasu, ale wszystkich sił, które go wspierają. Oznacza to, że [sytuacja] po zawieszeniu broni nie będzie przypominać sytuacji przed nim i że tragedia będzie większa. Czy Hanija, Masz’al, [Jahja] Sinwar, [Muhammad Deif] i wszyscy inni [przywódcy Hamasu] rozumieją to?

Jeśli Arabowie mają jakąkolwiek realną wizję, osoby odpowiedzialne za tę eskapadę powinny zostać postawione przed trybunałem arabskim [składającym się] z przedstawicieli wszystkich krajów, ponieważ jest nie do pomyślenia, aby ktoś, w ogóle ktokolwiek, poprowadził miliony ludzi na rzeź w imię wątpliwego programu. Arabowie muszą choć raz działać zgodnie… ponieważ to, co wydarzyło się w Gazie, ma znacznie szerszy wymiar niż wszystkie ciasne względy. Czy Arabowie to zrozumieją?”



Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


College Presidents Are Lying About Free Speech

College Presidents Are Lying About Free Speech


JULIA SCHALETZKY


ORIGINAL IMAGES: KEVIN DIETSCH/GETTY IMAGES

I’ve been fighting for free speech at UC Berkeley. Here’s how our universities have gone wrong—and what can be done to fix them.

Pushback against antisemitic mobs at U.S. universities is often countered with cries of “It’s free speech!” But the sudden converts to the cause of free speech, like the presidents of Harvard, the University of Pennsylvania, and MIT, who testified before Congress last week about not being able to define calls for genocide of Jews as actionable due to First Amendment concerns, are not engaging in good-faith debate. Having been part of several free speech-focused campus organizations at UC Berkeley, I know the law is clear: The right to free speech does not extend to threats and inciting violence. Harassment, death threats, and exclusion based on religion are not permitted in educational settings as a civil rights issue. Title IX and Title IV protect the rights of students to participate in campus activities without fear of aggression or harassment.

The discussion around free speech by campus presidents is misleading because the issue is not the law itself. Rather, college administrators have been weaponizing the First Amendment when it suits them, and blatantly disregarding it when it doesn’t. When the Proud Boys were threatening to have a presence during a protest recently, Berkeley brought the FBI to campus, just in case. For the pro-Palestine protesters too busy to do their coursework, we are being asked to use our “discretion to administer grace and flexibility” for grading so that they don’t fail their classes.

The rule of law requires that laws are enforced equally against all, so that we are not governed by the whims of the powerful but by a shared set of norms and rules that apply equally. Unfortunately, in the self-governing world of academic institutions, the rule of law is easily abandoned by like-minded ideologues working together to bring about what they call “social change,” which apparently requires that one group’s idea of the good must monopolize the entire space and mission of the university.

The technique these activists use has become a familiar one: Concepts cloaked in aspirational language such as “inclusion and belonging” are applied only to a few selected groups, while being denied to others, such as Jews, but also biological women, moderates, and conservatives. It is sobering to see that after more than $25 million has been invested in such initiatives at Berkeley annually we have created campuses that are in fact less welcoming and less inclusive than they were 10 years ago.

In positions of power, the administrators who run our new temples of conformity do not hesitate to use their positions to advance their own views and force them upon others. This sorry state of affairs reflects a short-sighted kind of moral selfishness. The selective enforcement of rules based on viewpoints is a kind of intellectual nepotism that destroys the possibilities for the very discussion and debate that were supposed to form the core of a university education. The principle of fairness has been lost. Instead, one side is clearly preferred.

What can we learn from the case of Ameer Hasan Loggins, a lecturer educated at Berkeley (B.Sc./M.Sc. in African American studies, 2007), who thought it appropriate to ask all his Jewish students at Stanford to stand in a corner to be berated as oppressors and colonizers? Who taught him this line of thinking? How did a person with this kind of abusive, totalitarian mentality come to be an educator at one of America’s leading universities?

The discussion around free speech by campus presidents is misleading because the issue is not the law itself. Rather, college administrators have been weaponizing the First Amendment when it suits them, and blatantly disregarding it when it doesn’t.

Universities have become monocultures of progressive liberalism and groupthink, and are no longer able to appropriately respond to crisis or to safeguard the interests of groups that do not immediately and reflexively parrot the party line of the progressive political vertical. But why?

First, a change in values. Universities used to be institutions focused on generating knowledge and scholarship, and on educating students to become critical thinkers who could make up their own minds on issues of the day. While some still work toward this goal, a competing view has taken hold that sees the university itself as a tool that should be instrumentalized to achieve progressive political goals. This is a deeply problematic position that has not been discussed or challenged on a broader scale, in part because academia has become a political monoculture, and in part because the governance system that is supposed to prevent the rise of a self-governing, self-interested academic monoculture has broken down.

Second, the selective enforcement of policies and laws along partisan lines has transformed our universities from incubators of knowledge to factories for ideologues. Major universities do little to disguise this purpose to their students: Instead, they make a point of rewarding “correct” political beliefs and viewpoints while punishing wrong ones, often through highly selective enforcement of institutional rules. For left, progressive causes, such as the opposition to Israeli “apartheid” or support for Black Lives Matter, the limits of permitted conduct have been aggressively extended and a blind eye has been turned toward hate crime, physical violence, and the destruction of property. Protests are seen as virtuous; dissenters are cast as bigots.

For moderate or conservative causes, or even for those who are just questioning campus orthodoxy, as scholars used to delight in doing, the gavel of enforcement is brought down swiftly and aggressively, often in violation of institutional traditions and constitutional rights. As a result, more faculty are feeling compelled to self-censor than during McCarthyism.

American campuses have become hotbeds of left political authoritarianism, withholding resources, selectively enforcing policies, and extending the protection of free speech to only those whom they agree with. While many faculty might lament such practices in private, they see no way to publicly voice their concerns without the fear of retaliation from the administrative bureaucracy as well as from their peers. After all, the academic system is built on peer evaluation—for promotions, publications and funding, which drives faculty to “go along to get along,” particularly when viewpoints are clearly prescribed.

Third, ideological hiring practices have transformed American universities from homes for those who are intellectually curious to those who toe the party line, leaving students with a dearth of viewpoints. When conservative scholars retire out of the system, they tend to be replaced with ideologically vetted candidates committed to the right kind of social change. Entire departments have been transformed into something unrecognizable.

For students, “holistic” admissions without SAT metrics enable selection of freshmen according to views and commitments expressed in personal statements; there are tutors who will tell students exactly what issues to focus on in order to succeed. For staff, every job description includes mandated language stating that candidates that do not align with Berkeley “values” should not apply. For faculty, political litmus tests have been administered under the guise of DEI statements, although pushback against that is increasing. In addition, there is a rewriting of policies that redefine excellence for faculty hiring, giving search commissions more latitude to hire candidates with “lived experience” instead of academic qualifications.

Fourth, universities have become homes to activist gaslighting performed by specific administrative units and departments who see their job as generating and enforcing party-line thought. Under the guise of a forward-thinking investment in “diversity, equity and inclusion” and “critical social theory,” we have generated units that actively promote anti-Zionism, “anti-colonialism” and cast entire groups of university students and faculty as oppressors. Those units operate with little faculty involvement; instead, they perform their self-appointed functions in direct interaction with top campus leadership and release public statements on behalf of the university. Despite Berkeley students coming from all over the world, Palestine is the only territory with a dedicated chancellor’s advisory committee to make sure that the chancellor is always apprised of pro-Palestine viewpoints and demands. Critical thinkers are labeled bigots, and the questioning of orthodoxies—a key element of scientific inquiry—is suddenly no longer welcomed at institutions founded on allegiance to the scientific method.

American campuses have become hotbeds of left political authoritarianism, withholding resources, selectively enforcing policies, and extending the protection of free speech to only those whom they agree with.

Like a parent with a favorite child, it is not surprising that the favoritism that universities show to approved-of political viewpoints and the administrators, faculty, and students who hold them leads to a loss of trust and breeds resentment in the student body. A large number of students “mask” and are careful to not express their views, in order to not upset others, according to a recent poll conducted by the Foundation for Individual Rights and Expression. In turn, students on the “right side” of the political line are empowered to act like bullies. Seventy percent of Berkeley students stated that it is appropriate to “shout down” and heckle a campus speaker they don’t agree with. I would not be surprised if the constant need to self-censor is connected to the growing mental health crisis among students.

At the same time, improvement is possible. Antisemitism on campuses has woken up many to the fact that we have tolerated the erosion of free speech for far too long. The silent majority on campuses is beginning to wake up.

So what needs to happen to restore the institutional integrity of America’s universities?

First, universities need firm governance that will break the noxious spell of ideologues and restore open-minded teaching and research to its proper place at the top of our institutional priorities. Administrators must be directed to reverse policies and guidelines that enable ideology-based hiring at the expense of merit-based hiring. If 7 out of 10 new art professors have to sprinkle critical social theory terms across their application materials in order to get hired, that needs to raise an eyebrow, not be celebrated. Clear merit-based criteria have to be formulated and upheld.

Second, we need to audit campus processes determining resource allocation and policy enforcement to ensure that it is even-handed and nondiscriminatory. Campus leadership and administrators should be taught how to resist ideological capture. They must understand why it is not appropriate to force one’s viewpoint on others through the selective allocation of resources and enforcement of policies. An effort should be made to define the vision for a university for the 21st century: Are we supposed to be social activists, leveraging our power for the change we personally want to see, including the power to indoctrinate? Or are we educators who should educate students to be able to have productive discussions, be critical thinkers, and make up their own minds? Put differently, the question is which do we value more, conformity or autonomy?

Lastly, universities must ensure—like a fair parent—that when siblings fight, we can come to an even-handed solution instead of playing favorites. For now, the minimum we can do is rigorously apply Title IX and Title IV, as well as the code of student conduct to all students who generate a hostile learning environment for others, whether by calling for the genocide of Jews, making antisemitic statements, shutting down lectures, attacking classrooms and fellow students, or trying to silence viewpoints that they disagree with. If universities aren’t homes for free inquiry, or places where good citizenship and intellectually healthy habits of thought and behavior are cultivated and instilled in young minds, we risk losing the integrity of one of our greatest institutions and undermine the bedrock of democracy. It might then be worth considering whether we should continue asking parents and taxpayers to support them.


Dr. Julia Schaletzky is the Executive Director for the Center of Emerging and Neglected Diseases and professional faculty at the Haas School of Business at the University of California, Berkeley. She is a founding member of Heterodox Academy Berkeley and part of the Berkeley Initiative for Free Inquiry.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com