Archive | June 2024

Izrael i wolny świat w rosnącym niebezpieczeństwie dzięki „pomocy” USA

Hamas nie tylko wykorzystuje swoich cywilów jako żywe tarcze, ale może być pierwszym rządem w historii, który chce widzieć śmierć własnej ludności, by obwiniać za ich śmierć inny kraj, Izrael. Tymczasem Izrael robi wszystko, co w jego mocy – poważnie ryzykując życie swoich żołnierzy – aby nie popełniać żadnych zbrodni przeciwko ludzkości ani nie dokonywać bombardowań na oślep, tak jak robi to Rosja w Ukrainie. Na zdjęciu: Mahmoud Abbas w objęciach niezbyt trzeźwego wiceprezydenta Bidena przed zachwyconym prezydentem Obamą. Zdjęcie: Wikipedia.)


Izrael i wolny świat w rosnącym niebezpieczeństwie dzięki „pomocy” USA


Guy Milliere
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


W zeszłym miesiącu opublikowano klip wideo pokazujący pojmanie pięciu żołnierek IDF przez terrorystów Hamasu wraz z całą brutalnością terrorystów, ich całkowicie widocznymi zamiarami zgwałcenia i wykorzystywania tych kobiet. Mimo to wideo jest znacznie mniej makabryczne niż inne obrazy przedstawiające morderstwa, tortury, gwałty i niezliczone akty barbarzyństwa Hamasu z 7 października 2023 r. Pokazują one, czym naprawdę jest Hamas.

Hamas istotnie szokował świat zachodni na kilka tygodni, ale Zachód szybko zapomniał. Demonstracje popierające Hamas rozpoczęły się dzień po masakrach, 8 października, zanim ciała ofiar ostygły, i objęły Stany Zjednoczone, Australię i Europę. Protestom towarzyszyła fala antysemityzmu niespotykana od czasów II wojny światowej.

Uwaga mediów głównego nurtu i zachodnich polityków szybko przeniosła się z zamordowanych, rannych i porwanych Izraelczyków na palestyńskich mieszkańców Strefy Gazy.

Benjamin Netanjahu masakrę 1200 jego obywateli i uprowadzenie 240 kolejnych – określił jako  „równoważne 29 razy 11 września w ciągu jednego dnia: 50 tysiącom Amerykanów wymordowanych – spalonych, okaleczonych, zgwałconych i ściętych – i 10 tysiącom Amerykanów wziętych jako zakładnicy, w tym matki i dzieci” – co zostało natychmiast potraktowane jako niedopuszczalne i nieuzasadnione.

Dziennikarze cytowali dane o ofiarach śmiertelnych podane przez “Ministerstwo Zdrowia w Gazie” pod zarządem Hamasu – i które Hamas wkrótce był zmuszony “poprawić” – jak gdyby nie pochodziły od grupy terrorystycznej.

Pomijano fakt, że Hamas używał ludzkich tarcz, umyślnie narażając życie własnych cywilów, by podnieść liczbę gazańskich ofiar – a do tej strategii przyznał się przywódca Hamasu, Jahja Sinwar.

“Wall Street Journal” cytował słowa Sinwara: “Mamy Izraelczyków dokładnie tam, gdzie chcieliśmy”. Ponadto nazwał ofiary śmiertelne w Gazie “niezbędną ofiarą”.

Zamiast tego, zgodnie z planem Sinwara, armię izraelską oskarżono o umyślne zabijanie kobiet i dzieci.

Cele wojenne Izraela przedstawiano jako niemożliwe do osiągnięcia, jakby chciano zachęcić Izraelczyków do zaprzestania obrony.

Po początkowym okazaniu wsparcia dla Izraela i dostarczeniu broni jego armii, Stany Zjednoczone po niechętnych pomrukach antyizraelskich działaczy Demokratów w Michigan, szybko przeszły w stronę otwartej wrogości wobec obrony Izraela.

Czołowi przywódcy europejscy w obliczu protestów ulicznych wyrazili wrogość wobec Izraela i zaczęli wysuwać pod jego adresem oszczercze oskarżenia. „Te dzieci, te kobiety, ci starcy są bombardowani i zabijani… nie ma ku temu powodu” – powiedział 11 listopada 2023 r. prezydent Francji Emmanuel Macron. Doskonale wiedział, podobnie jak świat, że Hamas jest odpowiedzialny za te śmierci. Postanowił tego nie mówić.

16 listopada przedstawiciel Unii Europejskiej ds. polityki zagranicznej Josep Borrell w skandaliczny sposób próbował ustanowić równoważność pomiędzy grupą terrorystyczną Hamas, która była agresorem, a izraelskimi siłami zbrojnymi próbującymi się przed nimi bronić. „Jeden horror nie usprawiedliwia innego horroru” – powiedział.

„Jesteśmy świadkami zabijania ludności cywilnej, które nie ma sobie równych i jest bezprecedensowe w jakimkolwiek konflikcie, odkąd jestem sekretarzem generalnym” – 21 listopada fałszywie zaintonował Sekretarz Generalny ONZ António Guterres. Unikał mówienia o ponad 34 tysiącach ofiar śmiertelnych wśród cywilów spowodowanych przez Rosję w inwazji na Ukrainę, setkach tysięcy ofiar śmiertelnych w wojnie w Syrii lub o trwającej wojnie domowej w Sudanie, w wyniku której zginęły także tysiące ludzi. Chciał atakować tylko jeden kraj: Izrael.

Wkrótce fałszywe oskarżenia wobec Izraela stały się jeszcze bardziej odrażające. 21 marca 2024 r. Sekretarz stanu USA Antony Blinken zasugerował, że Izrael może stać się „nie do odróżnienia” od Hamasu.

25 marca Macron jako pierwszy oskarżył Izrael o „zbrodnię wojenną”.

Borrell raz jeszcze oskarżył Izrael o używanie „głodu jako broni wojennej” choć nie mógł nie znać faktu, że w Gazie nie brakowało i nie brakuje żywności, a jedynie istnieje korupcja w jej dystrybucji. „Nic nie może usprawiedliwić zbiorowego karania ludności narodu palestyńskiego” – powiedział Guterres, wskazując oskarżycielskim palcem na Izrael zamiast na Hamas, który strzelał do próbujących brać pomoc cywilów, dla których była ona przeznaczona.

Stwierdzając, że ludność Gazy doświadcza „poważnego i ostrego braku bezpieczeństwa żywnościowego”, ale nie oskarżając Hamasu, Blinken podniósł bezpodstawne oskarżenie przeciwko Izraelowi. W niedawnym wywiadzie stwierdził, że „nie jest pewne”, czy Izrael popełnia zbrodnie wojenne, Biden zasugerował, że Izrael może popełniać zbrodnie wojenne.

Oskarżenia wysunięte przez prokuratora Międzynarodowego Trybunału Karnego Karima Khana przeciwko Netanjahu i izraelskiemu ministrowi obrony Joavowi Gallantowi również były całkowicie bezpodstawne. Zbrodnią wojenną jest stosowanie okrutnego traktowania, tortur lub umyślnych ataków na ludność cywilną. Działania Izraela nie mieszczą się w tych kategoriach. Zbrodnią przeciw ludzkości jest szeroko zakrojony atak skierowany przeciwko całej ludności cywilnej.

Hamas nie tylko wykorzystuje swoich cywilów jako żywe tarcze, ale może być pierwszym rządem w historii, który chce widzieć śmierć własnej ludności, by obwiniać za ich śmierć inny kraj, Izrael. Tymczasem Izrael robi wszystko, co w jego mocy – poważnie ryzykując życie swoich żołnierzy – aby nie popełniać żadnych zbrodni przeciwko ludzkości ani nie dokonywać bombardowań na oślep, tak jak robi to Rosja w Ukrainie.

„Izrael wprowadził więcej środków, aby zapobiec ofiarom cywilnym niż jakikolwiek inny naród w historii” – napisał John Spencer, kierownik badań nad miejskimi działaniami wojennymi w Modern War Institute at West Point. Dlaczego nikt tego nie zauważa?

Bezpodstawne są także żądania Nawafa Salama, przewodniczącego Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości, mówiącego, że „Izrael musi… natychmiast zaprzestać swojej ofensywy wojskowej” w imię „Konwencji o zapobieganiu i karaniu zbrodni ludobójstwa”. Ludobójstwo to celowe masowe zabijanie dużej liczby osób z określonego narodu lub grupy etnicznej w celu zniszczenia tego narodu lub grupy. Izrael nie popełnia żadnych ludobójczych działań; w rzeczywistości robi wszystko, co w jego mocy, z narażeniem życia swoich żołnierzy, aby tego nie zrobić.

Za tą masową nienawiścią do Żydów i jawnymi kłamstwami kryje się operacja propagandowa, która zyskuje na popularności od kilku dziesięcioleci.

Przez dziesięciolecia wiele krajów świata arabskiego chciało wymazać Izrael z mapy. Za każdym razem ponosili porażkę. Ich projekt polega na próbie zniszczenia państwa żydowskiego i zabicia każdego Żyda, jak wymaga tego Karta Hamasu z 1988 roku. Nikt w kraju zachodnim nie mógł go poprzeć bez narażenia się na oskarżenie o antysemityzm.

Radykalna zmiana nastąpiła jednak w 1964 roku. Powstała Organizacja Wyzwolenia Palestyny (OWP) i wymyślono mit „sprawy palestyńskiej”. Zuheir Mohsen (زهير محسن), czołowy członek OWP odpowiedzialny za masakrę w Damur, przyznał:

„Naród palestyński nie istnieje. Utworzenie państwa palestyńskiego jest jedynie środkiem do kontynuowania naszej walki przeciwko państwu Izrael o naszą jedność arabską. W rzeczywistości dzisiaj nie ma różnicy między Jordańczykami, Palestyńczykami, Syryjczykami i Libańczykami.

Tylko z powodów politycznych i taktycznych mówimy dzisiaj o istnieniu narodu palestyńskiego, ponieważ interesy narodowe Arabów wymagają, abyśmy postulowali istnienie odrębnego ‘narodu palestyńskiego’, aby przeciwstawić się syjonizmowi. Z powodów taktycznych Jordania, która jest suwerennym państwem z określonymi granicami, nie może zgłaszać roszczeń do Hajfy i Jaffy, podczas gdy jako Palestyńczyk mogę niewątpliwie żądać Hajfy, Jaffy, Beer-Szewy i Jerozolimy. Jednakże w momencie, gdy odzyskamy nasze prawo do całej Palestyny nie będziemy czekać ani minuty z zjednoczeniem Palestyny i Jordanii”.

[James Dorsey, ” Wij zijn alleen Palestijn om politieke reden “, Trouw, 31 marca 1977]

Według Iona Mihai Pacepy, który w latach 1972–1978 był zastępcą szefa rumuńskiego wywiadu zagranicznego i doradcą rumuńskiego dyktatora Nicolae Ceausescu, „walka o wyzwolenie narodowe” została w rzeczywistości sfabrykowana przez KGB Związku Radzieckiego. Pacepa powiedział:

  • „OWP i narracja palestyńska zostały wymyślone przez KGB, które miało zamiłowanie do organizacji ‘wyzwoleńczych’”.
  • „Po pierwsze, KGB zniszczyło oficjalne zapisy narodzin Arafata w Kairze i zastąpiło je fikcyjnymi dokumentami stwierdzającymi, że urodził się on w Jerozolimie, a zatem był Palestyńczykiem z urodzenia”.
  • „Według [radzieckiego przywódcy Jurija] Andropowa świat islamski był czekającą szalką Petriego, na której mogliśmy wyhodować zjadliwy szczep nienawiści do Ameryki, wyhodowany z bakterii myśli marksistowsko-leninowskiej. Islamski antysemityzm był głęboki… Musieliśmy tylko powtarzać nasz temat – że Stany Zjednoczone i Izrael są ‘faszystowskimi, imperialno-syjonistycznymi krajami’ finansowanymi przez bogatych Żydów. Islam miał obsesję na punkcie zapobiegania okupacji swojego terytorium przez niewiernych i był bardzo otwarty na naszą charakterystykę Kongresu Stanów Zjednoczonych jako drapieżnego organu syjonistycznego, którego celem jest przekształcenie świata w lenno żydowskie”.

Tak więc pojawił się „naród palestyński”. Izraela nie opisywano już jako małego państwa żydowskiego oblężonego przez znacznie większe, potężne kraje arabskie, przesycone nikczemnymi zamiarami. Izrael został nagle przedstawiony jako „imperialistyczna” potęga uciskająca mały, biedny naród i rzekomo kradnąca jego ziemię. Antyizraelskie akty terrorystyczne przedstawiano jako „opór”. Celem było uwieść Zachód; i Zachód szybko dał się uwieść. „Walka narodu palestyńskiego” szybko stała się świętą sprawą dla wielu partii i ruchów politycznych w Europie Zachodniej.

Egipt i Syria wraz ze swoimi dużymi armiami rozpoczęły wojnę przeciwko Izraelowi w 1973 roku. Była to dla Izraela ostatnia wojna konwencjonalna na dużą skalę. Następnie w centrum uwagi znalazła się Organizacja Wyzwolenia Palestyny (OWP). Ugrupowanie korzystające ze wsparcia Ligi Państw Arabskich i Organizacji Konferencji Islamskiej posługiwało się terroryzmem i prowadziło wojnę wpływów. „Sprawa palestyńska” zyskała na popularności.

Przywódcy Europy Zachodniej, a następnie niektórzy przywódcy amerykańscy, powiedzieli, że naród palestyński zasługuje na państwo. Izrael odmówił negocjacji z terrorystyczną OWP. Ale w końcu w 1993 roku, ulegając rosnącej presji, izraelski rząd pod przywództwem premiera Icchaka Rabina rozpoczął tajne negocjacje z OWP, w celu osiągnięcia porozumienia.

W 1993 roku podpisano Porozumienie z Oslo. Izrael uznał OWP za „prawowitego przedstawiciela” „narodu palestyńskiego” i zgodził się przekazać władzę nad częściami Zachodniego Brzegu i Strefy Gazy OWP, która stała się Autonomią Palestyńską (AP).

Rozpoczął się iluzoryczny „proces pokojowy”. W rzeczywistości był to proces wojenny. Obszary AP stały się bazą dla krwawych antyizraelskich ataków, których intensywność nie osłabła aż do momentu, gdy bariera bezpieczeństwa, rozpoczęta w 2002 r., została w większości ukończona w 2007 r.

Dwóch izraelskich premierów zaproponowało utworzenie państwa palestyńskiego: Ehud Barak w 2000 r., Ehud Olmert w 2008 r. Za każdym razem przywódcy Autonomii Palestyńskiej odmawiali, nawet bez kontroferty. W 2005 roku izraelski premier Ariel Szaron bezwarunkowo przekazał Strefę Gazy władzom palestyńskim w nadziei, że zbudują „Singapur nad Morzem Śródziemnym”. Dwa lata później Hamas siłą odsunął AP od władzy i przejął kontrolę nad Gazą.

Od 2009 r., z wyjątkiem 18 miesięcy od czerwca 2021 r. do listopada 2022 r., premierem Izraela jest Benjamin Netanjahu. Nazwany przez Andrew Robertsa „Churchillem Bliskiego Wschodu” najwyraźniej widzi, że Izrael nie ma „partnera do pokoju”. Netanjahu stwierdził, że jakiekolwiek wznowienie negocjacji z Autonomią Palestyńską musiałoby być uzależnione od uznania przez Palestyńczyków Izraela za państwo żydowskie, do czego AP nie wydaje się szczególnie chętna. Międzynarodowe próby wznowienia negocjacji nie doprowadziły donikąd.

W tym czasie AP z powodzeniem wykorzystywała instytucje międzynarodowe do delegitymizowania Izraela i rozpowszechniania skrajnie sfałszowanej wersji historii Bliskiego Wschodu. W 2011 r. „Palestyna” została członkiem UNESCO w 2011 r., mimo że AP w dalszym ciągu wspierała terroryzm, a więc jest grupą terrorystyczną. Ta nagroda za terroryzm była pierwszym przypadkiem, w którym grupa terrorystyczna uzyskała miejsce w organizacji rzekomo promującej pokój na świecie.

Rok później „Palestyna” otrzymała status „państwa obserwatora niebędącego członkiem” Organizacji Narodów Zjednoczonych: był to pierwszy raz, kiedy jednostka terrorystyczna uzyskała taki status.

Do 2012 roku Hamas przekształcił Strefę Gazy w kolejną jednostkę terrorystyczną.

W 2015 roku Autonomia Palestyńska została członkiem Międzynarodowego Trybunału Karnego (MTK) – po raz pierwszy jednostka terrorystyczna została przyjęta do instytucji powołanej do zwalczania zbrodni wojennych i zbrodni przeciw ludzkości, do których zalicza się nie tylko terroryzm, ale także wsparcie dla terroryzmu. Chociaż nie ma państwa palestyńskiego, AP dołączyła jednak do MTK pod nazwą „Państwo Palestyna”.

Współwinne są tak zwane organizacje praw człowieka a także media i tak zwane instytucje edukacyjne. 

Amerykańskie uniwersytety i uczelnie otrzymały datki, „które nie mają zarejestrowanej ani zgłoszonej daty wpływu”, obecnie szacowane na 22 miliardy dolarów. W grudniu 2023 r. w University World News podano

„Według doświadczonego księgowego zatrudnionego z rekomendacji międzynarodowej firmy księgowej KPMG, ponad 50% tej sumy pochodziło od autorytarnych i antydemokratycznych rządów Bliskiego Wschodu…”

Po otrzymaniu tych miliardów, na prawie wszystkich uniwersytetach w USA, historii Bliskiego Wschodu uczy się zgodnie z „sprawą palestyńską”. Nikt nie mówi, że ta „sprawa” została wymyślona w 1964 roku.

Mimo że Autonomia Palestyńska jest w dalszym ciągu jednostką terrorystyczną, jej prezydent Mahmoud Abbas, który kończy obecnie dziewiętnasty rok swojej czteroletniej kadencji, jest odbierany w świecie zachodnim jak legalny przywódca polityczny.

Chociaż przedstawiciele AP nigdy nie powiedzieli, że są gotowi żyć w pokoju z Izraelem, a nawet potwierdzili swoje poparcie dla okrucieństw popełnionych 7 października, większość przywódców na Zachodzie w dalszym ciągu upiera się, że chce, aby utworzenie państwa palestyńskiego powierzono Autonomii Palestyńskiej.

Administracja Bidena rzadko, jeśli w ogóle, krytykuje Autonomię Palestyńską lub Hamas i jego sponsorów, Katar i Iran.

Administracja Bidena pomija także fakt, że Autonomia Palestyńska – która płaci swoim obywatelom dożywotnie renty, jeśli mordują Żydów – nadal jest jednostką terrorystyczną i traktuje ją jak legalnego rozmówcę.

Trzy kraje europejskie, Hiszpania, Irlandia i Norwegia, postanowiły niedawno uznać „Państwo Palestyny” i dołączyły do 143 krajów, które już to uczyniły. Ponieważ Państwo Palestyna w rzeczywistości nie istnieje, decyzja o jego „uznaniu” nie spowoduje jego powstania. Wręcz przeciwnie, oświadczenie wzmocni wojownicze działania Autonomii Palestyńskiej i nieufność Izraelczyków. Izraelczycy wyraźnie widzieli, jak Palestyńczycy złamali oficjalne zawieszenie broni 7 października; morduj, gwałć, torturuj, porywaj i wszczynając niesprowokowaną wojnę; następnie złóż skargę do społeczności międzynarodowej, gdy Izraelczycy zachowają się na tyle nietaktownie, że podejmą walkę.

Jak na ironię, naleganie Europy, aby Izrael zaakceptował otwarcie kpiące nienawiścią, ludobójcze państwo u swoich drzwi, (co zrozumiałe), opóźni powstanie takiego państwa.

Te kraje w Europie nie będą musiały żyć z konsekwencjami takiego państwa obok nich. Co więcej, naleganie, aby Izrael walczył według zasad bardziej odpowiednich dla zabawy w chowanego niż dla walki, spowodowało, że wojna, która zakończyłaby się wiele tygodni temu, przeciąga się w nieskończoność. Co ważniejsze, ich postawa sprawiła, że ich prawdziwe motywacje stały się odrażająco podejrzane.

Gdyby Hiszpania, Irlandia czy Norwegia rzeczywiście sąsiadowały z Hamasem, ISIS lub Al-Kaidą, uznanie przez nie takiego państwa mogłoby nie nastąpić tak szybko i entuzjastycznie. Uznanie państwa terrorystycznego za rzekomo prawomocne po prostu opóźni narodziny tego państwa.

„Osobiście opowiadam się za utworzeniem państwa palestyńskiego w wyniku dołożenia wszelkich starań, aby położyć kres terroryzmowi, a nie jako nagrodę za nasilanie terroryzmu jako starannie skalkulowaną taktykę mającą na celu osiągnięcie państwowości” – napisał wielki prawnik Alan Dershowitz w The Case for Israel.

Pośpiech Hiszpanii, Irlandii i Norwegii może jedynie skłonić przywódców Hamasu i ich zwolenników do myślenia, że terroryzm działa i przynosi rezultaty. Poczekaj tylko, aż spróbują tego ponownie w Europie, zwłaszcza po tym, jak Iran będzie miał bombę nuklearną.

Niedawny sondaż pokazuje, że 71% Arabów palestyńskich w Gazie i na Zachodnim Brzegu popiera masakrę z 7 października. Gdyby wybory odbyły się dzisiaj na terytoriach rządzonych przez Autonomię Palestyńską i w Strefie Gazy, Hamas odniósłby triumfalne zwycięstwo.

Zrewidowana Karta Hamasu z 2017 r., rzekomo mniej antysemicka niż Karta Hamasu z 1988 r., stwierdza jednak, że twór syjonistyczny musi zostać zniszczony przez „zbrojny opór”. To rzekomo ma być poprawa.

Jeśli Hamasowi uda się przetrwać obecną wojnę – czego najwyraźniej chcą jego patroni, Katar, Iran i administracja Bidena – Hamas będzie mógł w dalszym ciągu organizować ataki terrorystyczne. W rzeczywistości funkcjonariusz Hamasu, Ghazi Hamad, zapowiedział że zrobi dokładnie to:

„Izrael to kraj, dla którego nie ma miejsca na naszej ziemi. Musimy usunąć ten kraj, ponieważ stanowi on katastrofę w zakresie bezpieczeństwa, militarną i polityczną dla narodu arabskiego i islamskiego i należy go wykończyć. Nie wstydzimy się tego powiedzieć, z całą siłą… Musimy dać Izraelowi nauczkę i będziemy to powtarzać. Potop Al-Aksa to tylko pierwszy raz i będzie drugi, trzeci, czwarty, ponieważ mamy determinację, zdecydowanie i zdolność do walki. Czy będziemy musieli zapłacić cenę? Tak, i jesteśmy gotowi ją zapłacić. Nazywa się nas narodem męczenników i jesteśmy dumni, że możemy poświęcić męczenników”.

Obecnie, pomimo nacisków, zdrad i prób destabilizacji, Netanjahu nie poddaje się i walczy. Nie wydaje się mieć złudzeń co do tego, co się stanie, jeśli po zakończeniu walk Hamas będzie mógł w dalszym ciągu stanowić zagrożenie terrorystyczne.

Tymczasem administracja Bidena w dalszym ciągu zdradza i zniesławia Izrael i najwyraźniej albo nie chce wywierać presji na Katar i Iran, by nakłoniły Hamas do złożenia broni, zwrotu zakładników i zaprzestania działań.

Hamad ujawnił w tym miesiącu, że Egipt i Katar nie wywarły żadnego nacisku na Hamas, żeby zaakceptował proponowane przez Bidena zawieszenie broni, oraz że doniesienia mediów o groźbach wydalenia przywódców Hamasu z Kataru są fałszywe.

Oczywiście Hamas, Katar i Iran nie chcą przestać; chcą, żeby społeczność międzynarodowa i Ameryka kazały Izraelowi zaprzestać walki – i dały im swobodę kontynuowania ataków.

Obecnie wydaje się, że Biden chce jak najszybszego zakończenia wojny, jakiegokolwiek zakończenia. Wojna najwyraźniej nie odpowiada programowi jego kampanii wyborczej. 31 maja przedstawił plan, fałszywie nazywając go „izraelskim”, który w rzeczywistości był planem Hamasu, Kataru i Egiptu, wzywający do całkowitego wycofania Izraela z Gazy, uwolnienia „pewnej liczby zakładników” (nie wszystkich) w zamian za uwolnienie przez Izrael setek palestyńskich terrorystów oraz pełne i całkowite zawieszenie broni.

Następnego dnia Netanjahu musiał wyjaśnić na X:

„Warunki zakończenia wojny przez Izrael nie uległy zmianie: zniszczenie potencjału wojskowego i rządzącego Hamasu, uwolnienie wszystkich zakładników i zapewnienie, że Gaza nie będzie już stanowić zagrożenia dla Izraela”.

3 czerwca rzecznik Departamentu Stanu USA Matthew Miller musiał przyznać, że plan był „prawie identyczny” z propozycjami Hamasu. 6 czerwca Hamas go odrzucił.

Determinacja Bidena, by zakończyć wojnę, nie pozwalając Izraelowi na zwycięstwo, nie słabnie. Jego ewidentny plan zwiększenia presji na Netanjahu i obalenia jego rządu jest w pełni realizowany. W tym tygodniu partia opozycyjna będąca częścią izraelskiego gabinetu wojennego złożyła rezygnację wraz ze swoim przywódcą i wezwała do „nowych wyborów”, podobno z powodu braku planu na dzień po zakończeniu wojny. Można się założyć, że taki plan istnieje, ale dzięki Bogu, Netanjahu wie, że lepiej o tym nie mówić, więc szakale ingerujące obecnie na Bliskim Wschodzie nie będą mogły zacząć wtrącać się także w to.

Izrael jest w poważnym niebezpieczeństwie ze strony Libanu, gdzie Iran chciałby, aby jeden z jego pozostałych pełnomocników, Hezbollah, dokończył to, czego Hamas nie mógł zrobić. Iran niewątpliwie widzi zamykające się okno możliwości ze strony administracji amerykańskiej, która uratowała go przed zubożeniem i nie stanowi w najmniejszym stopniu zagrożenia. Dąży także do zdobycia broni nuklearnej przed wyborami w USA. W tej chwili Izrael nie może już uważać Stanów Zjednoczonych, z ich dobrze finansowaną i bardzo zradykalizowaną bazę, która jest antyżydowska, antyizraelska i antyamerykańska, za wiarygodnego sojusznika.

Wybory w Ameryce zaplanowane na 5 listopada będą szczególnie istotne dla przyszłości Izraela i Bliskiego Wschodu, a także dla przetrwania Stanów Zjednoczonych w walce z takimi przeciwnikami, jak Rosja, Chiny, Iran i Korea Północna.

Są ludzie w administracji USA, którzy mówią, że nawet jeśli Hamas zostanie rozbity militarnie, Palestyńczycy nadal pozostaną zindoktrynowani. To samo można było powiedzieć po II wojnie światowej o ludności Niemiec i Japonii. Pewnie w Niemczech nadal są naziści, ale niewiele mogą zrobić. Po pokonaniu ISIS ideologia jego byłych członków prawdopodobnie pozostała ta sama, jednak nie stanowią już oni fizycznego zagrożenia.

Obecnie Biden próbuje „sprzedać” swój plan Hamasu, Kataru i Egiptu z powrotem Hamasowi poprzez naciski ONZ. Hamas, co nie było zaskoczeniem, po raz kolejny odmówił zaakceptowania własnego planu.

Hamas jest zainteresowany jedynie „trwałym zawieszeniem broni” przez Izrael, a nie chwilową pauzą. Dlaczego mieliby zgodzić się na przerwę, skoro widzą, jak cały świat atakuje Izrael? Widzą, że wszyscy zwalczają Izrael: wygląda na to, że Hamas wygrywa. Teraz według doniesień Stany Zjednoczone próbują zawrzeć odrębną umowę w sprawie uwolnienia pięciu amerykańskich zakładników, pozostawiając pozostałych 120 zakładników i Izrael na lodzie. Niektórzy uważają, że co najmniej jedna trzecia z nich została zabita. Byłby to ostateczny triumf: przyznanie przez USA agresorowi, grupie terrorystycznej Hamas, dużej nagrody za tę masakrę, by skłonić ją do spokoju przed listopadowymi wyborami.

Jeśli chodzi o Saudyjczyków, ostatnią rzeczą jakiej chcą, jest państwo palestyńskie. Po prostu nie mogą tego powiedzieć publicznie.

Administracja Trumpa wykonała największy krok w kierunku pokoju na Bliskim Wschodzie od dziesięcioleci: Porozumienia Abrahamowe. Przed wyborem Bidena oczekiwano, że Porozumienia Abrahamowe doprowadzą do podpisania kolejnych nowych traktatów pokojowych między Izraelem a krajami sunnickiego świata arabskiego.

Do 2021 roku reżim mułłów w Iranie został zduszony ekonomicznie i nie mógł już finansować Hamasu i Hezbollahu, a te dwie grupy terrorystyczne nie byłyby w stanie przeprowadzić ataku na Izrael. Przez cztery lata wrogowie Izraela byli w dużej mierze bezsilni i milczący. Przywrócenie tej polityki byłoby niezwykle pomocne dla Wolnego Świata, Stanów Zjednoczonych, a także        zindoktrynowanych, fatalnie rządzonych Palestyńczyków.


Guy Millière – Francuski eseista, profesor literatury francuskiej na uniwersytecie w Paryżu, autor 27 książek na temat Europy, Stanów Zjednoczonych i Bliskiego Wschodu.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Protesters block PA workers’ entry to Efrat

Protesters block PA workers’ entry to Efrat

JOSH HASTEN


“Following Oct. 7…we refuse to accept the notion that in order to build or run our town we need to hire people who support terrorism against us, or could themselves be a terror threat.”

.
A protest organized by B’yadaim Shelanu to prevent the entry of P.A. workers to Efrat in Gush Etzion, June 23, 2024. Credit: B’yadaim Shelanu.

Some 120 protesters gathered in the Gush Etzion town of Efrat on Sunday morning to prevent local building contractors from bringing Palestinian laborers into the community.

The protest, the third of its kind over the past several weeks, was organized by “B’yadaim Shelanu” (In Our Hands), an initiative launched by a dedicated group of Efrat women in December 2023. The group opposes the reinstatement of Arab workers from the Palestinian Authority in the wake of Hamas’s Oct. 7 massacre. 

According to Israeli intelligence, Arab workers from Gaza who had been allowed into southern Israeli kibbutzim aided Hamas’s attack, mapping out homes and passing detailed information to the terrorist group.

Before the war, 193,000 P.A. workers were employed throughout Israel, including 30,000 in Judea and Samaria. Today only around 8,000 P.A. workers are employed by Jewish businesses in Judea and Samaria, mainly in local industrial zones or construction sites.  

According to an Israeli security official, while communities can request that P.A. workers be brought in, residents cannot keep them out.

“If a community wants to bring in P.A. workers, they can approach their local security chief and ask him to put in a special request with the IDF regional commander who makes the decisions,” the official, who asked not to be identified, explained to JNS. However, he continued, the only way to stop them being brought in is to “block the entrance.”

In addition to the protests, B’yadaim Shelanu has been raising awareness among local residents with the slogan “Efrat is not returning to Oct. 6.” The group has also been voicing their security concerns to local municipal leaders and Knesset members.

Social media strategist and activist Malkah Fleisher, one of the movement’s founders, has lived in Efrat for around seven years.

“Following Oct. 7…we refuse to accept the notion that in order to build or run our town we need to hire people who support terrorism against us, or could themselves be a terror threat,” she told JNS.

She went on to state that “polls have shown that an overwhelming number of residents of the P.A. support the wanton rape, murder, mutilation and kidnapping of Jewish children, women and men.”

Due to this, “We came together, a group of wives and moms, to say something very simple: We will not stand for terror supporters coming into our town. We are a town that wants to be built by lovers of Israel…not by those who want us to fail and to die.”  

According to Fleisher, in the wake of the Oct. 7 massacre, P.A. workers were barred from Judea and Samaria communities for several months. However, the IDF then decided to relax this policy, starting with construction sites, she said.

“We refuse to ignore and forget the lessons of Oct. 7; We are going to stand strong and make sure that we do not accept the idea that we are dependent on a population that seeks our destruction. We demand that solutions be found that do not threaten the lives of our people just to save some money,” she said.

Business owner Stephanie Treger, who has been living in Efrat for nine years and is another of the movement’s founders, told JNS her group “will work tirelessly to prevent terror supporters from entering our streets. We will meet with every Knesset member and influencer to change the pre-Oct. 7 status quo and make sure our children are safe and our grandchildren can live peacefully.”    

She explained that Sunday’s protest succeeded because when the military grants permission for P.A. workers to enter a community, it sets a specific time for them to do so. In the case of Efrat on Sunday, that window was 6:30 a.m. to 7:30 a.m.

When the Jewish Israeli building contractor arrived and saw the protesters blocking the entrance, he decided to avoid confrontation, she said.

Lactation consultant Rachel Pearson, another B’yadaim Shelanu founder, has lived in Efrat for the past 15 years.

“After Oct. 7 we know P.A. Arabs cannot be trusted,” she told JNS. “We need to keep our children and families safe and we cannot go back to the way things were on Oct 6. We cannot bring them into our town, especially while we are at war with them. Our safety and our lives come before all else,” she added.

Efrat Mayor Dovi Shefler, who was elected this past March, has attended several of B’yadaim’s protests. He took to Facebook over the weekend to emphasize that the decision on whether or not to allow P.A. workers into Efrat was not up to him but “in the hands of the army.” 

He explained that these decisions would greatly impact “new building projects, cleanliness of the community, gardening and other community functions.”

One of the protesters, who asked not to be identified, told JNS that Shefler “is basically looking to the building contractors to come up with solutions, but won’t prevent them from bringing in P.A. Arabs as building is his top priority.”

The mayor claims that the workers will only be allowed into construction sites and not the community at large, “but this is a slippery slope and we must keep our families safe.” 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Israeli Hostage Naama Levy Turns 20 in Hamas Captivity

Israeli Hostage Naama Levy Turns 20 in Hamas Captivity

i24 News and Algemeiner Staff


Naama Levy – Courtesy of the family






Naama’s mother Ayelet Levy Shachar wrote a heart-wrenching letter to her daughter published in the New York Post.

“This is a letter no mother should ever have to write to her daughter. Today is your 20th birthday. You should be celebrating this occasion surrounded by friends and family. Instead, you are enduring your 260th day as a hostage in Gaza surrounded by terrorists,”

“Ever since your abduction, we have been working relentlessly and in every way possible to bring you home. Every day without you is a day without air. The uncertainty and dread I experience is suffocating, and each passing day that you are not with us feels like an eternity. We will not stop fighting for you until you are home.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Jak mówić o Żydach

Jak mówić o Żydach

JOANNA PODGÓRSKA [ 18 PAŹDZIERNIKA 2016 ]


Rekonstrukcja likwidacji getta w Będzinie. Występują tylko Niemcy i Żydzi. Polacy w wygodnej roli bezstronnych świadków. / Foto: Anna Musiałówna

Rozmowa z Elżbietą Janicką i Tomaszem Żukowskim o tym, jak filosemici wspierają antysemitów.

Dr Elżbieta Janicka i Dr Tomasz Żukowski / Foto: ©Leszek Zych/Polityka

Joanna Podgórska: – Co to jest przemoc filosemicka? Bo brzmi dziwnie.
Elżbieta Janicka: – Filosemityzm jest ekspresją uczuć pozytywnych. Tyle tylko, że obiektem tych uczuć są wyobrażenia filosemitów na temat Żydów. Struktura identyczna jak w antysemityzmie. Wyobrażenia filosemickie też nie są niewinne. Żyd wyobrażony musi dać się lubić. Nie może mówić rzeczy nieprzyjemnych czy zadawać niesympatycznych pytań. Najlepiej zaś, jeśli wystawi swoim miłośnikom wzorowe świadectwo moralności. Konkretnie chodzi o to, by zdjął z nich odpowiedzialność za antysemityzm i współodpowiedzialność za Zagładę.

Mamy tu do czynienia z wymuszeniem czy szantażem emocjonalnym. Na tym polega przemoc filosemicka. Pod tą osłoną antysemityzm, ale też inne formy przemocy i wykluczenia, trwają i reprodukują się w najlepsze. Filosemityzm manifestowany w Polsce chętnie i w dużej skali sprawia wrażenie, że dokonała się zmiana społeczna. To blokuje istotną zmianę, a wręcz likwiduje poczucie, że jest ona konieczna.

Tomasz Żukowski: – W naszych wydanych właśnie badaniach „Przemoc filosemicka? Nowe polskie narracje o Żydach po roku 2000” pytamy, dlaczego wiedza o faktach nie prowadzi do refleksji nad zjawiskiem dyskryminacji, słowem, dlaczego ciągle mamy jako społeczeństwo kłopot z przemocą wobec obcych. Zwykle mówi się w tym miejscu o skrajnej nacjonalistycznej prawicy. Okazuje się jednak, że mechanizmy wykluczenia, podporządkowywania mniejszości i kontroli jej wypowiedzi działają także w środowiskach liberalnych i postępowych. Tam, gdzie nikt nie neguje ustaleń Jana Tomasz Grossa i historyków mówiących o współudziale polskiego społeczeństwa w Zagładzie. Wzięliśmy na warsztat teksty kultury, które uznano za powód do dumy, dowód zmiany, porozumienia polsko-żydowskiego.

Co złego w zainteresowaniu kulturą żydowską?
EJ: Tylko co to za kultura żydowska, która po to, by zainteresować polską większość, musi być konstruowana w sposób bezpieczny i strawny, spełniający jej oczekiwania? Przede wszystkim nie może naruszać jej dobrego wizerunku. Większość musi zachować obie swoje korony: koronę Kazimierza Wielkiego i koronę cierniową Chrystusa Narodów. Chodzi o status dobroczyńcy i ofiary Żydów jednocześnie. Te wyobrażenia wywołują i legitymizują przemoc i wykluczenie. Żadne z nich nie zostało dotychczas skompromitowane i odrzucone w skali społecznej. A tkwią one w samym rdzeniu kultury dominującej. To nie żaden margines ani subkultura.

Widać to w analizowanych przez nas polskich opowieściach o tzw. wspólnej historii, które powstały po debacie jedwabieńskiej. Z pola widzenia usuwana jest istota relacji władzy większości nad mniejszością. Dominacja i podporządkowanie znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. W odniesieniu do Zagłady z pola widzenia znika miejsce większości dominującej w strukturze zbrodni. Nie widać, w jaki sposób i jak skutecznie uszczelniła ona machinę niemieckiej zbrodni. Czyli kręcimy się w kółko.

Wiedza rzeczowa zgromadzona przez ostatnich 15 lat jest ogromna i jeszcze do niedawna była całkowicie dozwolona. Pokazuje ona strukturalne umocowanie antysemityzmu w zbiorowej tożsamości. Pokazuje zrozumiałość zbrodni na Żydach. Pokazuje jej społeczno-kulturową prawomocność. Wynika stąd pilna konieczność przepracowania i odrzucenia toksycznych wzorów. Stosunek do uchodźców pokazał, że nie dokonała się żadna zmiana. Gross, który to zauważył, spotkał się z nagonką.

TŻ: Mniejszości – jako współobywatele – powinny mieć równe prawa. Móc mówić grupie dominującej, jak widzą jej zachowania w stosunku do siebie, co w związku z tym czują i co o nas myślą. Takich świadectw jest skądinąd dużo, ale kultura spycha je na margines. Interesowało nas, jakie warunki komunikacji w sferze publicznej narzuca mniejszości grupa dominująca, i to przy jednoczesnych deklaracjach jak najlepszych intencji. Co pozwala wypowiedzieć i jak zmusza do milczenia.

Jednym z przedmiotów waszej analizy jest świetnie przyjęty dokument Jolanty Dylewskiej „Po-lin. Okruchy pamięci”, opowiadający o przedwojennej koegzystencji Polaków i Żydów w małych miasteczkach.
TŻ: Idylliczny, nostalgiczny film. Tylko że ta nostalgia zakłamuje obraz, ukrywa coś ważnego. Wykorzystano dokumentalne nagrania, które kręcili żydowscy emigranci przyjeżdżający odwiedzać krewnych. Panuje atmosfera radości i święta. Realizatorzy potraktowali te taśmy jako głos kierowany do Polaków. Świadectwo dobrosąsiedzkich stosunków. Żydowscy bohaterowie zostali oddani we władzę polskiej narracji. Nie mówią nic niewygodnego. Nie próbują wejść w sferę publiczną zarezerwowaną dla Polaków, więc nie trzeba pytać o równouprawnienie i wykluczenie. Nie pojawia się kwestia wojennej wrogości, denuncjacji, rabunku ani ich związku z realiami II RP. Żyd potrzebny jest tylko po to, żeby stwierdzić, że mordowali Niemcy.

Akcja „Tęsknię za Tobą Żydzie” pozwala podobnie pominąć niewygodne pytania. Betlejewski zrobił warszawiakom zdjęcie na Dworcu Gdańskim, skąd wyjeżdżali Żydzi w 1968 r. „Gazeta Wyborcza” pisała o wydarzeniu pod nagłówkiem „Pokażmy, że tęsknimy”. Obok kadr z filmu Marii Zmarz-Koczanowicz przedstawiający dwóch żegnających się mężczyzn, w domyśle Żyda i Polaka rozdzielonych wyrokami historii. Tymczasem z filmu wynika, że marcowi emigranci czuli wokół siebie raczej mur niechęci, nikogo specjalnie nie obchodził ich wyjazd. Nie usłyszeli: zostań. Na filmie mówią o tym wprost. Akcja Betlejewskiego pozwala uczestnikom poczuć się tęskniącymi przyjaciółmi Żydów, ale bez pytania o udział w czystce etnicznej. Cała wina spada na paskudnych komunistów. My nie mamy z tym nie wspólnego. Pora uświadomić sobie, że mieliśmy i mamy.

Poddajecie analizie krytycznej także najwęższy dom na świecie, tzw. Dom Kereta w Warszawie. Co z nim nie tak?
EJ: Architekt wymyślił, by w szczelinie między budynkami przy ul. Żelaznej wybudować coś, co już na pierwszy rzut oka wydaje się miejscem dla pariasa, jeśli nie rekonstrukcją żydowskiej kryjówki. Nazwano to najwęższym domem świata i symbolicznie – bo nie naprawdę – podarowano „żydowskiemu pisarzowi z poczuciem humoru”. Nie zauważono, że jest to Izraelczyk. Padło na człowieka, którego rodzina przeszła w kryjówkach gehennę. Z molestowaniem seksualnym włącznie. Do tego „domu” i „daru” przypisano żądanie wdzięczności. Pisarz ma w zamian rozgłaszać na świecie chwałę Warszawy i Polski, dbać o wizerunek Polaków. Tym językiem posługuje się gazeta o niepodważalnych zasługach dla demokracji w Polsce. Pod własnym nazwiskiem ludzie wygłaszają wszystkie formuły wykluczenia, powtarzają upokarzające, przemocowe rytuały – z najlepszą wolą, czystym sumieniem i świetnie się przy tym bawiąc.

Filosemityzm w takim wydaniu jest ucieczką od odpowiedzialności?
TŻ: Tak, ale też czymś w rodzaju knebla. Zobaczmy, jaka jest stawka tej gry. Od 1942 r. dla Polaków jako grupy dominującej głównym problemem jest autowizerunek, utrzymanie przekonania o niewinności, a co za tym idzie: szlachetności. Gdy zaczyna się Zagłada, intelektualiści zanurzeni w patriotycznym paradygmacie widzą, co się dzieje, i przeżywają dysonans poznawczy. Energia tego dysonansu nie idzie jednak w krytykę kultury, refleksję, ale w obronę autowizerunku. Po Grossie historia się powtarza. My chcemy uświadomić czytelnikom, że to ślepy zaułek. Trzeba przejść od obrony autowizerunku do refleksji nad mechanizmami wykluczenia.

EJ: Wykluczenie jest produkowane przez tożsamość zbiorową, którą uparcie określa się w kategoriach etniczno-religijnych, mimo że akty założycielskie III RP stanowią inaczej. Mało tego, tożsamość traktowana jest jak wartość moralna, którą nie jest. Wizerunek, czyli tak zwana reputacja, trwa na szczycie hierarchii wartości. Nieważne, co się dzieje naprawdę, tylko jak to wygląda na obrazku. Jeśli „z daleka widok jest piękny”, to wszystko w porządku. A jeśli rzeczywistość nie pasuje do obrazka, tym gorzej dla rzeczywistości, co wraz z deklaracjami minister edukacji i prezesa IPN przybrało ostatnio formę agresji wobec faktów. Priorytet tożsamościowo-wizerunkowy tak modeluje naszą percepcję, czyli mentalność i emocjonalność, że realna krzywda traci swoją realność, jeśli dotyczy tych, których uczymy się postrzegać jako obcych i wrogich. A to tę krzywdę utrwala i pogłębia.

Rekonstrukcja likwidacji getta w Będzinie w zamierzeniu twórców miała być właśnie szkołą empatii. A do niej również podchodzicie krytycznie.
TŻ: Znów współczujemy tym, którzy giną bez naszego udziału. Wszystko rozgrywa się między Żydami a Niemcami, a polscy widzowie stoją odgrodzeni taśmą. Patrzą z pozycji świadka i utożsamiają własną postawę ze stosunkiem polskiego otoczenia do Zagłady. Żydzi idą w białych koszulach, a Żydówki w futrach. W rzeczywistości w 1943 r. futra już dawno im ukradziono lub musiały je sprzedać za bezcen. Polskie otoczenie – razem z hitlerowcami – pozbawiło Żydów wszelkich dóbr, zepchnęło do slumsów, ale tego na rekonstrukcji nie widać. Widzowie współczują.

Szanuję ich współczucie i wierzę, że może być impulsem do zmiany, ale póki co brak świadomości, że nie patrzymy na ofiary niemieckie, ale polsko-niemieckie. Mamy na to świadectwa. Gdy Rafał Betlejewski zrobił happening „Płonie stodoła”, ludziom się to bardzo nie spodobało. Białostocki profesor napisał do „Wyborczej”: „miło było (…) poczuć się częścią międzykulturowej polsko-żydowskiej wspólnoty pamiętania”. Może miło, ale takiej wspólnoty nie było i nie ma. Gdy dochodzimy do momentu, gdy trzeba powiedzieć: my staliśmy wokół tej stodoły, wybucha skandal. Rekonstrukcja w Będzinie nie stawia takich pytań. Mam wrażenie, że właśnie tego pragnie publiczność, ta wykształcona i liberalna. Akcję Betlejewskiego skwitowano frazesami o „niesmaku” i „szoku”. Efekt był taki sam: nie trzeba było jej przemyśleć.

EJ: Sytuację bezstronnego i bezsilnego świadka symbolizuje także rekonstrukcja gettowego mostu nad Chłodną w Warszawie. Figura świadka to parawan pozwalający nie widzieć istoty sprawy. Kilka kroków dalej dyżurowali szmalcownicy dybiący na Żydów próbujących ucieczki przez gmach sądów na Lesznie. I tak dzień w dzień. Przez cały okres istnienia getta.

Większość z około 600 gett na terenie okupowanej Polski posiadała ogrodzenia prowizoryczne albo w ogóle niczym nie była ogrodzona, a ludzie w środku żyli w tak samo ekstremalnych warunkach, jak gdyby byli za murami, które zresztą nie były szczelne. Sens tej informacji nie przebija się do świadomości. Czym jest w takim razie to współczucie, jeśli nie zasłoną dymną i formą narcyzmu? Inscenizacja i kontemplacja własnego współczucia zapewnia dobre samopoczucie, to pewne. Tylko że współczucie, które nie powoduje refleksji i zmiany, nie jest ofiarom do niczego potrzebne. Jest na nie poza tym za późno. Czas minął. Teraz pora na rewizję i rewolucję kultury. I nie mam tu na myśli obecnej rewolucji konserwatywnej, która jest de facto odrodzeniem narodowo-radykalnym.

TŻ: Stawianie siebie w pozycji współczujących świadków ma jeszcze jedną konsekwencję. Kiedy Żydzi zaczynają mówić, że może było nie tak, żywo doświadczane utożsamienie własnego współczucia z postawami Polaków w czasie wojny bardzo łatwo zamienia się w oskarżenie o niesprawiedliwe posądzenia i niewdzięczność. No bo do czego to podobne: my współczujemy, tyle dla nich zrobiliśmy, a oni…

Włącza się stereotyp niewdzięcznego Żyda?
EJ: Tak. Socjalizacja w Polsce kształtuje taki typ osobowości, że wszystko, co narusza etniczno-religijny narcyzm zbiorowy, nie dociera do świadomości i wrażliwości. A jeśli dociera, budzi agresję. Mówią o tym raporty organizacji pozarządowych, którymi Ministerstwo Edukacji nie interesuje się od lat, niezależnie od aktualnych barw politycznych.

TŻ: Pasikowski w „Pokłosiu” pokazał, że historia, którą opisujemy jako konflikt międzygrupowy, tak naprawdę rozgrywa się tylko między nami, wewnątrz grupy dominującej. We wspólnocie, w której wszyscy wszystko wiedzą i pamiętają, ale nikt o tym nie mówi. A gdy pojawia się ktoś, kto próbuje coś z tym zrobić, budzi agresję. Pasikowskiemu udało się opisać mechanizm, wyjaśnić, jak to działa. To grupa większościowa wytwarza obcego, żeby wyładować na nim agresję.

To zaczyna układać się w odpowiedź na pytanie, jak jest możliwy antysemityzm w kraju bez Żydów. Martwi zagrażają bardziej niż żywi?
TŻ: Zagrażają naszemu autowizerunkowi. Polska buduje swoją tożsamość na niewinnym cierpieniu, bohaterstwie i poczuciu bycia ofiarą. Trupy, które wypadają z szafy, stają się śmiertelnymi wrogami wspólnoty. Zagraża nam wyobrażony Żyd, który mówi: nie byliście idealni, a może nawet byliście po stronie zbrodniarzy. Nawet jak uda się tego upiora uciszyć, i tak nie da nam spokoju nasza własna pamięć.

Wolimy sobie filosemicko wyprodukować „dobrego Żyda”, który nas rozgrzeszy.
EJ: Dzięki czemu obok „dobrego Żyda” uzyskujemy „niewinnego Polaka”, który Żyda kocha i gości w kraju bez stosów, następnie zaś ratuje od niechybnej śmierci, która wcale nie byłaby taka niechybna, gdyby ręki do tego nie przyłożył. Ale za mówienie głośno o tym ostatnim będą groziły trzy lata więzienia.

Przystępując kilka lat temu do pracy nad książką o filosemickiej przemocy, widzieliśmy, że dzieje się coś złego, ale nie sądziliśmy, że wrócimy do poziomu zakłamania z roku 1943 czy 1968. Że po Jedwabnem stara opowieść nic nie straci na atrakcyjności. Ten regres nie nastąpił z dnia na dzień i nie spowodowała go jedna partia polityczna, a tym bardziej jakiś polityczny folklor czy plankton.

nadesłał: Leon Rozenbaum
Czy to, co dziś się dzieje wokół polityki historycznej, to odpowiedź na zagrożenie autowizerunku?

EJ: Tak. To efekt paniki wizerunkowej, która jest paniką moralną tak naprawdę. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie polski kontekst Zagłady. Od lat trwają usiłowania, podejmowane często ponad podziałami, by ten kontekst unieszkodliwić. Próbuje się tłumaczyć, że przemoc wobec Żydów była wynikiem anomii. Próbuje się dosztukować do Zagłady martyrologiczną symetrię metodą przerabiania na ludobójstwo kolejnych tragedii. Z Katyniem się nie udało, ale z Wołyniem już poszło gładko.

Próbuje się racjonalizacji opartej na micie żydokomuny. To pozwala wierzyć, że polskie postawy i zachowania w czasie Zagłady były częścią konfliktu międzygrupowego, a żydowska agresja była wcześniejsza i nie ustała wraz z wojną. Systemowej walki z antysemityzmem i edukacji antydyskryminacyjnej jak nie było, tak nie ma. Robi się za to coraz bardziej niebezpiecznie. Trudno patrzeć spokojnie na to, co jako kultura i społeczeństwo zrobiliśmy z naszą wolnością.

TŻ: Patriotyczna tożsamość nastawiona na obronę autowizerunku to pułapka, która nie pozwala na zmianę i realne rozwiązanie naszych problemów. Uniemożliwia autorefleksję i blokuje próby stworzenia egalitarnego społeczeństwa. Ten, kto zmienia swój świat, ma poczucie autonomii i sprawczości. Wie, kim jest i czego chce. O „polityce wstydu” nie bez powodu mówią ci, którzy niczego nie chcą zmienić. Problem w tym, że w tym zaklętym kręgu kręcimy się wszyscy, nie tylko nacjonalistyczna prawica. Pole symboliczne jest wspólne. Dopóki liberalne centrum nie uświadomi sobie tego, nic się nie zmieni. Żeby uchwycić problem, musimy zrezygnować z panicznej troski o autowizerunek. Inaczej będziemy bezsilni.

rozmawiała Joanna Podgórska

***

Dr Tomasz Żukowski, historyk literatury. Pracuje w Instytucie Badań Literackich PAN. Zajmuje się problemami dyskursu publicznego w Polsce. Interesuje się funkcjami obrazów Żyda i ich rolą w definiowaniu polskiej tożsamości oraz narracjami o PRL po 1989 r. Autor książki „Obrazy Chrystusa w twórczości Aleksandra Wata i Tadeusza Różewicza” (2014).

Dr Elżbieta Janicka, historyczka literatury, fotografka. Pracuje w Instytucie Slawistyki PAN. Bada wzory kultury, narracje oraz fantazmaty fundujące społeczno-kulturową prawomocność przemocy i wykluczenia. Autorka książek „Sztuka czy naród? Monografia pisarska Andrzeja Trzebińskiego” (2006) oraz „Festung Warschau” (2011).


Joanna Podgórska –  W POLITYCE od 1994 r., zajmuje się problematyką społeczną. Wyróżniona Okularami Równości przez pełnomocniczkę rządu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn nagrodą Fundacji Równości Hiacynt w kategorii Media oraz Nagrodą Współodczuwania, przyznawaną przez Klub Gaja za wrażliwość w opisywaniu sytuacji zwierząt. W 2010 r. zdobyła nagrodę Pióro Nadziei, przyznawaną przez Amnesty International, a w 2013 r. została laureatką konkursu Media Równych Szans. Debiutowała w warszawskim „Życiu Codziennym”.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Netanyahu is right to reject vassal-state etiquette

Netanyahu is right to reject vassal-state etiquette

JONATHAN S. TOBIN


The prime minister broke protocol by calling out the Biden administration for slow-walking arms shipments. Washington’s real goal, however, is appeasing Iran and toppling him.

.
Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu attends a ceremony at Nachalat Yitzhak cemetery in Tel Aviv for victims of the 1948 “Altalena” ship incident on June 18, 2024. Photo by Shaul Golan/POOL

As far as the White House and Democrats are concerned, Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu is doing it again. Similar to multiple occasions during the presidency of Barack Obama, Netanyahu is not playing by the rules Washington and the foreign-policy establishment believe are laid down to govern the behavior of client states.

Rather than assume the role of the loyal and pliant vassal to his nation’s superpower ally, there have been several times when Netanyahu has talked back in public to Obama and now President Joe Biden. Washington’s angry response to the video the prime minister released this week in which he spoke of the way the administration has been slow-walking arms deliveries made it clear that—assurances of goodwill from both sides notwithstanding—U.S.-Israel relations have reached a crisis point.

In the 49-second video posted on the YouTube page of the prime minister’s office on June 18, Netanyahu said the following:

“When Secretary Blinken was recently here in Israel, we had a candid conversation. I said I deeply appreciated the support the U.S. has given Israel from the beginning of the war. But I also said something else. I said it’s inconceivable that in the past few months, the administration has been withholding weapons and ammunition to Israel. Israel, America’s closest ally, fighting for its life, fighting against Iran and our other common enemies. Secretary Blinken assured me that the administration is working day and night to remove these bottlenecks. I certainly hope that’s the case. It should be the case. During World War II, Churchill told the United States, ‘Give us the tools, we’ll do the job.’ And I say, give us the tools and we’ll finish the job a lot faster.”

Washington’s anger

In reaction, Washington expressed shock and anger. According to U.S. officials, Netanyahu’s claims were both fictional and a sign of ingratitude after all that Biden had done for him and Israel since Oct. 7, and throughout the war against Hamas in the Gaza Strip. Their story is that despite Biden’s talk of potentially refusing to continue to send arms and ammunition to Israel if it doesn’t obey him and not attack the last Hamas strongholds in Rafah, there have been no such cutoffs. The only exception, they assert, is a review of whether the United States should send a special kind of 2,000-pound bomb that might cause too many civilian casualties in urban areas.

Beyond the details of the dispute, in which the administration claims it is guiltless, this has resurrected the charge that Netanyahu doesn’t know his proper place.

That’s the line we’re hearing from the American foreign-policy establishment and its leading media spokesman, New York Times columnist Thomas Friedman, who has recently accused Netanyahu of being the moral equivalent to Hamas senior leader Yahya Sinwar. He’s also called Netanyahu an extremist who is trying to destroy the alliance as well as an open supporter of former President Donald Trump (a point on which Trump doesn’t concur because Netanyahu congratulated Biden for winning the 2020 presidential election). It’s also echoed by the Israeli opposition, such as Haaretz columnist Alon Pinkas, whose latest anti-Bibi diatribe in that far-left newspaper bluntly described the prime minister as hostile to the United States.

Unlike other Israelis, like President Isaac Herzog, who has stuck to continual praise of Biden’s post-Oct. 7 aid with no mention of Washington’s unhelpful actions, Netanyahu differs. He has come to believe that while it remains crucial for any Israeli premier to stay as close to the Americans as possible, there are times when it’s necessary to break protocol and state the truth. Given the enormous help that the United States has given Israel over the past few decades, those who characterize the relationship as one between a great power and a client state aren’t wrong. That’s why the diplomats at the Israeli foreign ministry and those who share its mindset think that there is virtually no circumstance in which Jerusalem should openly challenge Washington.

Given the power imbalance between these two countries, there is a strong argument for this point of view. There’s also the danger that open opposition to the last two Democratic presidents is hastening the process by which support for Israel is rapidly becoming a partisan dispute between America’s two major parties. Although the Republicans have become a lockstep pro-Israel party and the Democrats are now, at best, deeply divided on the issue, that’s not a development any friend of the Jewish state should welcome.

Aid dies via the bureaucracy

As with Netanyahu’s past challenges to Obama, the prime minister is right to believe that those concerns must be set aside. Indeed, just as he was right to refuse to go along with Obama’s commitment to pushing Israel back to the 1967 borders and the appeasement of Iran, Biden’s arms shipment slowdown at a time when the Jewish state is fighting an existential conflict with Hamas, as well as facing the prospect of an even more frightful war with Hezbollah and its Iranian allies on its northern border, constitutes a fundamental breach in the alliance that cannot be allowed to go unchallenged.

The point here is that Washington is flatly lying about there being no slow-walking of arms to Israel or holdups.

As Michael Doran recently wrote in Tablet magazine, the Israelis have been aware since January that something has gone wrong in the pipeline by which arms and ammunition are sent to Israel. While Biden, Blinken and others in the administration are correct to claim that there has been no absolute cutoff, what they are doing is using the federal bureaucracy to slow down the flow to a standstill. Under normal circumstances, the bureaucratic logjam involved with shipments can involve the departments of State and Defense, the U.S. House and Senate, as well as arms manufacturers. However, when Washington deems it necessary to send arms expeditiously, the impediments can magically disappear just as quickly as they arise when the powers that be want to send a message to those waiting for American supplies.

Ukraine treated differently

Indeed, there is no better example of how an administration can manipulate this process than the contrast between the way Ukraine and Israel are currently being handled.

Ukraine has received more aid from the United States in the last two years than Israel has in decades. Their funding is less accountable, and unlike Israel, not all of it is spent in the United States. But Kyiv continues to publicly complain about not getting everything it wants from American taxpayers, who have sent them hundreds of billions of dollars. They’re also unhappy that Washington has placed some limits on their use. Biden is aware that it is madness to allow Ukrainian President Volodymyr Zelenskyy a blank check to fire them into Russia since doing so could start a nuclear war.

In spite of that, Ukraine gets priority over every other American ally, including Israel, and due to Biden’s insistence, there have been no bureaucratic logjams to slow the shipments down.

That’s not the case with Israel. Not only have American officials done everything to slow down and second-guess the effort to eradicate Hamas, but they are also openly pushing to end the war before the terrorists are completely defeated. As Doran also wrote, they’re equally concerned to prevent Israel from doing something to silence the nonstop firing on northern Israel from Hezbollah in Lebanon. Biden is determined at all costs to prevent a war that might involve Iran coming to the defense of its Lebanese auxiliaries, even if that means up to 200,000 Israelis continue to be refugees in their own country because they were forced to flee their homes. In other words, Biden is not only willing to let Hamas remain a genocidal threat to Israel but seems perfectly willing to allow parts of the Jewish state to be effectively depopulated in the north as well as the south.

Given the stakes of the current conflict, Netanyahu is not only right to speak out in an effort to shame the Americans to stop slow-walking arms deliveries. He is obligated to do so.

Pushing back pays dividends

The claim that Netanyahu’s outspokenness is damaging the alliance misses the point. Israel may be an American client state, but given the existential nature of the conflict that was reignited by the Hamas attacks of Oct. 7, it simply cannot afford to behave like a docile vassal.

Indeed, if there is anything that Netanyahu has learned in his long tenure as prime minister it is that those who always counsel caution and silence in the face of American betrayal don’t succeed. It is only by speaking up and making Israel’s case to the world, and most specifically, the American people, that it can maintain the alliance.

Obama seethed when in 2011—with him sitting right there—Netanyahu lectured him about the unacceptability of a forced Israeli retreat to the 1967 borders at a public White House media availability a day after that was the substance of a presidential speech. Later, the Obama White House depicted Netanyahu’s 2015 address to a joint meeting of Congress in which he urged Americans to reject the Iran nuclear deal as an unprecedented insult to the United States, the presidency and Obama personally. In both cases, Netanyahu’s behavior was denounced as destructive to the relationship and beyond the pale.

But he was right to understand that talking back to Obama strengthened dissent against policies aimed at undermining Israel and strengthening Iran, both in the United States and abroad.

By demonstrating a willingness to defend Israel’s vital strategic interests, even at the cost of being depicted as an extremist or the dispute being a function of his own partisan interests and personal animus for Obama, Netanyahu achieved real results. Given Obama’s determination to make it his signature foreign-policy accomplishment, he couldn’t stop the Iran deal from being adopted. But his speech emboldened the GOP to move further towards Israel. It also showed the Arab world that while Obama was leaving them to the tender mercies of the terror-funding Shi’ite tyrants of Tehran, they could count on a strong Israel as an ally against it. In retrospect, Netanyahu’s speech must be seen as the first step in developing the 2020 Abraham Accords.

Who is playing politics?

Biden came into office claiming that he would be different from Obama and keep disputes with Israel private. That changed once Netanyahu won the November 2022 Israeli elections and returned to the prime minister’s office. Since then, the hostility that Biden and the rest of the Obama alumni running American foreign policy have for Netanyahu has not been kept under wraps. The administration has not merely undermined the Jewish state but has openly conspired with the Israeli opposition, and even members of the military and intelligence establishment, in an effort to topple Netanyahu’s government both before and after Oct. 7.

At this point, Netanyahu has nothing to lose by not allowing Biden to get away with slowing down the flow of arms to pressure Israel to stand down at its borders on the north and south.

There are plenty of cogent criticisms to be made about Netanyahu, including those involving Oct. 7 happening on his watch and the dysfunctional nature of his governmental coalition. Regardless of how long Netanyahu lasts in office—and right now, it is not the prime minister but Biden who, in appeasing the anti-Israel intersectional left wing of the Democratic Party, is playing politics over the war—or what you think of his character, policies or tactics, he needs to use every form of leverage to counter U.S. pressure that could ensure victories for Hamas and Iran. With so many lives at stake, client-state etiquette should be the last of his concerns.


Jonathan S. Tobin is editor-in-chief of JNS (Jewish News Syndicate). Follow him @jonathans_tobin.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com