
Francesca Albanese, czyli anatomia farsy w błękitnej dekoracji
Anna Grabowska
I dlatego właśnie osoba o tak jawnie, obsesyjnie antyizraelskiej agendzie nie tylko została wpuszczona do instytucji, która powinna być neutralna, ale wręcz otrzymała stanowisko dające globalny megafon. Trudno nie widzieć w tym symbolu upadku, który dawno wyprzedził etap smutku i wszedł w stadium groteski. Albanese jest bowiem produktem środowiska, w którym ideologia zastąpiła analizę, a antysemityzm, ten wyrafinowany, przebrany w język praw człowieka, stał się przepustką do kariery.
Wychowana intelektualnie w klimacie włoskiej lewicy postkolonialnej, zbudowała całą swoją tożsamość na jednym aksjomacie: Izrael to kolonialny agresor, Palestyńczycy to wieczne ofiary, a Hamas to niewygodny szczegół, który można wymazać, bo nie pasuje do ornamentyki jej opowieści.
Ten schemat przeniosła do ONZ bez cienia wstydu. I właśnie dlatego przez całą karierę ani razu nie była w stanie wymówić wprost słowa “terroryzm” w odniesieniu do Hamasu. Nawet po 7 października, nawet po torturach, gwałtach, paleniu ludzi żywcem, po porwaniach dzieci, kobiet i starców – w jej ustach nie pojawiła się kategoria, którą świat cywilizowany uznał za oczywistą.
Zamiast terroryzmu były “wybuchy przemocy”, “reakcje uciskanych”, “konsekwencje okupacji”. Tak wygląda rzeczywistość, kiedy ideologia przejmuje miejsce sumienia. Jej raport dla ONZ, dokument, który samą konstrukcją przypominał bardziej akt oskarżenia niż analizę, stał się jednym z najbardziej skompromitowanych materiałów tej instytucji od lat. Nie było tam metodologii, nie było rzetelnej weryfikacji danych, nie było równowagi; były za to komunikaty struktur kontrolowanych przez Hamas, zdania pisane jak z podręcznika aktywizmu, jednostronność podniesiona do poziomu karykatury.
To nie był raport. To był manifest polityczny. I to manifest podpisany przez osobę, która nie spełniała elementarnych standardów bezstronności, ale w ONZ to nie problem. Bo ONZ od dawna zatrudnia ludzi, którzy nie tylko ignorują terroryzm, ale budują całą karierę na delegitymizacji jedynego państwa żydowskiego. Do tego stopnia, że państwa, które łamią prawa człowieka na skalę przemysłową, decydują o “naruszeniach praw człowieka” w Izraelu. Autokracje recenzują demokrację. Reżimy głosują nad rezolucjami dotyczącymi moralności. Dyktatorzy pouczają wolny świat. A błękitna dekoracja upiększa scenografię powagi.
W tym świecie Francesca Albanese jest objawieniem. Przez lata miała w ONZ zielone światło, a gdy jej wypowiedzi zaczęły wzbudzać międzynarodowe oburzenie – w tym otwarte potępienie ze strony USA – natychmiast wcieliła się w rolę ofiary. Opowiada w mediach, że jest “karana”, “atakowana”, “na celowniku”, że mocarstwa chcą ją uciszyć. Ani słowa o tym, że jej raporty były jednostronne. Ani słowa o tym, że powielała dane przekazywane przez organizację terrorystyczną. Ani słowa o tym, że sama używała narracji balansujących na granicy jawnego antysemityzmu.
Jej najnowsza książka kontynuuje tę autoprezentację: jest tam Francesca-męczennica, Francesca-niewygodna prawdomówczyni, Francesca-ofiara spisku. To nie jest literatura, moi Drodzy, to jest autoterapia połączona z autopromocją. Ani jednego rozdziału refleksji, ani jednego zdania o odpowiedzialności. Jedynie narracja o niesprawiedliwie uciszanej prorokini, która rzekomo płaci cenę za swoją “odwagę”. Z tą opowieścią ruszyła w trasę po Francji. I to nie byle jaką. Sciences Po, Paris 8, Lyon 2, Toulouse, wszędzie tam, gdzie grunt jest podatny, a antyizraelskie emocje buzują jak zakwaszone ciasto. Jej prelekcje to nie wykłady, lecz agitacja. Wchodzi na scenę i zaczyna od “kolonializmu”, przechodzi do „apartheidu”, kończy na “ludobójstwie”. Publiczność klaszcze, bo słyszy to, co chce usłyszeć. A tymczasem ani słowa o Hamasie. Ani słowa o masakrze z 7 października. Ani słowa o zakładnikach, których historia najwyraźniej ją nuży, tak jak w tamtej pamiętnej scenie z merostwa, gdzie, gdy tylko padła wzmianka o porwanych, przewróciła oczami, uniosła ręce i dała do zrozumienia, że temat jej przeszkadza. Ten gest był jej prawdziwym manifestem: selektywne współczucie, selektywna empatia, selektywna moralność.
Na spotkaniach we Francji towarzyszyli jej działacze BDS, wykładowcy budujący kariery na “dekolonizacji wiedzy”, przedstawiciele LFI, ugrupowania lewicy, które zrobiło z niej ikonę. Jej słowa pasują do ich programu jak klucz do zamka. Mélenchon potrzebuje “autorytetu ONZ”, by uwiarygodnić swoje obsesje – ona potrzebuje Mélenchona, by mieć publiczność. Symbioza doskonała. A kiedy do tej układanki dołożyć Gretę Thunberg, która w ostatnim roku przeistoczyła się w baryłkę paliwa dla najbardziej radykalnych haseł antyizraelskich, pełen obraz staje się jasny: tworzą trójkąt, który wzajemnie się napędza. Greta powtarza slogany, Albanese nadaje im pozór “międzynarodowej powagi”, LFI wnosi polityczną masę. Efekt? Eskalacja. Zawsze i wszędzie eskalacja. Nigdy odpowiedzialność. Do tego dochodzi klasyczna scena, która jest streszczeniem jej postawy w kilku sekundach: wspomniane spotkanie w merostwie, kiedy przy wzmiance o izraelskich zakładnikach podniosła oczy do góry, teatralnie uniosła ręce i odmówiła słuchania. Ten gest nie był wypadkiem przy pracy. To było odsłonięcie prawdziwej hierarchii współczucia. Zakładnicy bardzo przeszkadzają, burzą układ ról, w którym Izrael ma być wyłącznie oprawcą, a Palestyńczycy wyłącznie ofiarami. Jeśli rzeczywistość nie pasuje do szablonu, tym gorzej dla rzeczywistości.
I nie jest przypadkiem, że dziś Francesca Albanese stała się faktyczną personą non grata w wielu środowiskach międzynarodowych. To nie wynik prześladowania, jak sobie to wmawia w wywiadach, jeżdżąc po świecie i rozpaczliwie opowiadając, jaka jest biedna, jak bardzo ją “atakują” i jakie “okropne” sankcje na nią nałożono. Nie jest mi jej żal, ani trochę. To nie są żadne “represje” wobec niewinnej ekspertki. To jest czysta, podręcznikowa konsekwencja lat stronniczości, powtarzania komunikatów Hamasu, ignorowania faktów, unikania słowa “terroryzm”, rozdawania na lewo i prawo oskarżeń o “ludobójstwo” bez podstaw prawnych i bez elementarnej odpowiedzialności, jaka powinna obciążać osobę pełniącą mandat ONZ. Stany Zjednoczone nałożyły na nią oficjalne sankcje – pierwszy raz w historii, gdy amerykańska administracja tak jednoznacznie wskazała specjalnego sprawozdawcę ONZ jako osobę działającą nie w interesie praw człowieka, lecz w interesie politycznej wojny informacyjnej. I choć to jedyne formalne sankcje, faktem jest, że w wielu ciałach eksperckich, think tankach, komisjach międzynarodowych i organizacjach zajmujących się prawem humanitarnym jej nazwisko zaczęło działać jak sygnał ostrzegawczy. W dyplomacji nie trzeba oficjalnego zakazu wjazdu, żeby ktoś został odsunięty. Wystarcza utrata wiarygodności. A tę Albanese traciła przez lata, cegła po cegle, aż w końcu sama zamurowała sobie drogę powrotną. To nie świat ją wykluczył. To ona wykluczyła się sama, swoim językiem, swoją ideologią, swoją selektywną moralnością, swoim zawodowym fanatyzmem przebranym za prawo międzynarodowe.
W tle tego wszystkiego stoi ONZ – instytucja, która kiedyś miała być nadzieją, dziś jest błękitną dekoracją dla teatru, w którym większość aktorów łamie prawa człowieka, a reszta udaje, że tego nie widzi. Państwa, gdzie torturuje się opozycję, decydują o standardach demokracji. Kraje, gdzie kobiety nie mają praw, pouczają Izrael o etyce. Reżimy, które więżą dziennikarzy, głosują nad rezolucjami o “wolności słowa”. I w tym wszystkim – Albanese. Nie jako wyjątek, lecz jako logiczne dziecko tego systemu.
Ludzie wciąż powtarzają: “ONZ powiedziało”, “ONZ napisało w raporcie”, “ONZ uznało”. Mało kto zadaje sobie trud, by sprawdzić, kto konkretnie to pisał, z jakiego środowiska pochodzi, jakie ma poglądy, jakich słów używa, a jakich konsekwentnie unika. Mało kto zauważa, że większość krajów, które zasiadają w tej organizacji, nie spełnia nawet podstawowych standardów praw człowieka, a mimo to ich głos ma taką samą wagę jak głos państw demokratycznych. W efekcie raporty ONZ czytane są jak objawienie, choć w praktyce bywają produktem politycznych układów, nacisków i ideologicznych mód.
Francesca Albanese idealnie wpasowuje się w ten krajobraz. Jest twarzą systemu, który przestał udawać, że chodzi w nim o prawdę. Jej kariera jest możliwa tylko dlatego, że ONZ nie rozlicza swoich ludzi z intelektualnej uczciwości, tylko z lojalności wobec dominującej narracji. To nie ona “ciągnie ONZ w dół”. To ONZ ją wyniosło, bo dokładnie takiego głosu chciało słuchać i taki głos chciało pokazywać światu.
Francesca Albanese nie jest ofiarą prześladowania. Jest lustrem. Lustrem, w które ONZ panicznie boi się spojrzeć. Jest dowodem, że instytucja, która miała być sumieniem świata, sama zatrudnia ludzi, którzy z sumieniem nie mają nic wspólnego. I dowodem, że świat, który wciąż daje ONZ kredyt moralny, żyje w ułudzie. Bo jeśli symbolem tej organizacji staje się osoba, która unika słowa “terroryzm”, a z łatwością oskarża o ludobójstwo państwo broniące swoich obywateli – to znaczy, że problem nie leży w niej. Problem leży w systemie, który ją wyniósł. A jej krzyk o rzekomą “uciszanie przez mocarstwa”? To już nie tragedia. To komedia. Bo jeśli ktoś dziś ją “odsłania”, to nie rządy. To fakty, które przez lata ignorowała. I które wreszcie przestały się dawać zagłuszyć.
Źródła:
https://www.ohchr.org/en/special-procedures/sr-palestine
https://www.ohchr.org/…/a78207-situation-human-rights-opt
https://www.ohchr.org/…/report-situation-human-rights-opt
https://www.ohchr.org/…/us-sanctions-special-rapporteur…
https://www.state.gov/…/sanctioning-lawfare-that…
https://www.aljazeera.com/…/us-sanctions-un-expert…
https://www.icj.org/usa-israel-palestine-immediately…
https://www.reuters.com/…/there-are-no-red-lines…/
https://www.theguardian.com/…/francesca-albanese-un…
https://www.lemonde.fr/…/francesca-albanese-a-critical…
https://www.un.org/…/genocide-as-colonial-erasure…/
https://www.unwatch.org/francesca-albanese-u-s-sanctions…/
Anna Grabowska – urodzona i mieszkająca we Francji wspaniała syjonistka z solidnymi polskimi i żydowskimi korzeniami. Autorka udzieliła pozwolenia na publikację niektórych wpisów z jej Facebooka w „Listach z naszego sadu”.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com