Wraca baba z wojny i mówi…
Paula Szewczyk

Partyzantki z oddziału Sidora Kowpaka, Armia Czerwona.
Nie żal jej było zastrzelić Niemca, ale po strzale do źrebaka miała wyrzuty sumienia. W czasie „tych dni” do spodni wkładała strzępy koszuli, ale maszerując i tak zostawiała za sobą krwawe ślady. Nigdy nie zjadła już na obiad kurczaka, bo za bardzo przypomniał jej ludzkie mięso. Na rosyjskich frontach II wojny światowej walczyło aż milion kobiet. Olsztyński teatr Jaracza wystawia sztukę na podstawie prozy Swietłany Aleksiejewicz i pyta, ile wojna ma w sobie z kobiety.
Ich udział w II wojnie światowej nie ogranicza się tylko do ról łączniczek. Całymi dniami gotowały hektolitry kaszy, prały dziesiątki mundurów czy męskich majtek, niektóre wstępowały do marynarki, kryły się w okopach, brały udział w walkach frontowych. To Swietłana Aleksijewicz zebrała głosy kobiet w jedno miejsce i sprawiła, że ich historie mogły zostać opowiedziane. Dziś po wydany w Polsce w 2010 roku tekst „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” sięga teatr im. Stefana Jaracza w Olsztynie, starając się nie tylko poszerzyć wyobrażenie o wojnie o kobiece spojrzenie, ale także zadać pytanie o to, jak po traumatycznych przeżyciach wrócić do codzienności.
Choć reżyser Krzysztof Popiołek podkreślił w rozmowie z newsweek.pl, że zależało mu na ukazaniu uniwersalizmu opowiadanych historii, nie da się ukryć, że pojawienie się w spektaklu samych kobiet wysyła ze sceny wyraźny komunikat – „Wojna…” w wydaniu olsztyńskiego teatru ma zdecydowanie sfeminizowany charakter. Tu czas historyczny II wojną światową jest dopiero na drugim planie, na pierwszy wysuwają się małe wojny poszczególnych kobiet, m.in. sanitariuszki noszącej amputowane nogi, słuchającej wyznań i ostatnich próśb dziesiątek umierających mężczyzn (grana przez Katarzynę Kropidłowską) czy żołnierki czołgającej się we frontowych błocie, która liczy, ilu Niemców udało się jej zabić (w tej roli Milena Gauer). Zestawienie ośmiu, pozornie niezwiązanych ze sobą opowieści, w Jaraczu scala się w jeden wspólny głos kobiecej zbiorowości. Sama Aleksijewicz uznawana jest za autorkę powieści zbiorowej, choć treść „Wojny” nie spodobała się krytykom – skończona jeszcze w 1983 roku książka, wywołała falę komunistycznego oburzenia z powodu dyskredytującego obrazu bohaterstwa kobiety radzieckiej.

Teatr im. Stefana Jaracza w Olsztynie, “Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, reżyseria Krzysztof Popiołek. Fot. Archiwum Teatru im. Stefana Jaracza.
I rzeczywiście na olsztyńskiej scenie heroizm miesza się z wątpliwościami, słabość z determinacją, walka z przeżywaniem spraw codziennych. Wojna ma swoje kolory, zapachy i dźwięki, żołnierze rozpoznawani są przez kobiety po kolorze włosów czy sylwetce, nie randze i stopniu. Spektakl Popiołka uzmysławia, że opowieść uzależniona jest od opowiadającego, a doniosłe historyczne momenty przybierają bardzo osobisty charakter. Najstarsza kobieta, w jej rolę wcieliła się Hanna Wolicka, widziała z pewnością o wiele więcej niż to, co decyduje się powiedzieć. Dla niej historia jest sprawą prywatną, wojną marzeń, nadziei i rozczarowań. „Na wojnie starzeje się dusza, potem już nigdy nie byłam młoda” powie przekonująco w jednym z kluczowych momentów.
Czytaj dalej tu: Wraca baba z wojny i mówi…
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com