Halbersztadt: Zagubieni w scenografii [rozmowa]

Halbersztadt: Zagubieni w scenografii [rozmowa]

pytają Waślicka i Żmijewski,


Fot. Ministry of Foreign Affairs of the Republic of Poland, cc, Flickr.com

Przeszkadza mi propaganda sukcesu wokół POLIN. To onieśmiela głosy krytyczne.

Zofia Waślicka i Artur Żmijewski: W pańskiej wizji Muzeum Historii Żydów Polskich ze swoją wystawą główną miało być aktywnym aktorem w tworzeniu na nowo relacji polsko-żydowskich. Czy wystawa jest efektywna w wypełnianiu tego zadania?

Jerzy Halbersztadt: Jest, ale w stopniu niezadowalającym. Nie tylko z perspektywy doświadczenia dzisiejszego zwiedzającego, ale też jeśli porównamy zrealizowaną wystawę z jej projektami, czyli z tym, jaka miała być. Rozpoznaję w tej wystawie wszystkie etapy prac projektowych, którymi kierowałem. Bardzo niewiele jest tu elementów czy wątków, które zostały dodane w ostatnich latach. Z jednej strony czuję się więc odpowiedzialny za treść tej wystawy, a z drugiej forma, w której różne plany zostały zrealizowane, często mnie rozczarowuje. Mam z tym niestety ogromny problem. I bardzo mi przeszkadza propaganda sukcesu wokół Muzeum POLIN i wystawy. Ona jest do pewnego stopnia zrozumiała w momencie otwarcia, ale też powoduje, że osoby mające problemy z tą wystawą, zabierają głos dość nieśmiało. I w Polsce, i za granicą. A muzeum w tej chwili nie słucha, nie reaguje na głosy krytyczne.

Skąd się to bierze?

Właściwie wszyscy rozsądni ludzie się zgadzają, że to jest bardzo ważna, bardzo potrzebna instytucja i wystawa. Oczywiście, że muzeum potrzebuje na starcie dobrego wizerunku, żeby stać się miejscem – w skali kraju i w skali międzynarodowej – w którym historia Żydów polskich jest punktem odniesienia dla współczesnych dyskusji. Jednak zawzięte milczenie o wszelkiego rodzaju problemach, które są w tej wystawie, prowadzi do tego, że muzeum i ta wystawa mogą zastygnąć w takiej formie, w jakiej się w tej chwili znajdują. Tymczasem potrzeba naprawdę bardzo dużego wysiłku, żeby uzupełniać wystawę i miejscami ją modyfikować.

Może te głosy krytyczne nie zmierzają do zepsucia wysiłku innych ludzi, ale mówią: „Właśnie formujecie się i jako instytucja, i jako muzeum, i chcemy, żebyście nas – strony społecznej – słuchali w tym formacyjnym okresie”. Nie chcemy być tylko widzami, którzy poruszają „interaktywnymi” gadżetami na wystawie.

Słuszną rzeczą jest wciąganie zwiedzających i partnerów w rozmowę. Moje wypowiedzi o muzeum widzę właśnie w tym planie formacyjnym – refleksji, która może doprowadzić do poprawienia obecnego stanu tej ekspozycji, ponieważ została ona ograniczona, zubożona i zniekształcona w stosunku do opracowanych zamierzeń. Najbardziej dotknęło to historii najnowszej, tzn. okresu po drugiej wojnie światowej, a szczególnie po 1989 roku. Wbrew zamierzeniom wystawa nie pokazuje przemian, jakie dokonały się w Polsce po 1989 roku. A są one ogromne i pozytywne, nie mówiąc o tym, że samo muzeum i walka o nie były bardzo ważną częścią tych przemian.

Otwarcie muzeum miało być momentem refleksji, spojrzeniem wstecz na ten ćwierćwiekowy okres. Te lata są jednak niemal wymazane z wystawy. Jeszcze bardziej bolesny jest brak galerii „Dziedzictwo”.

To galeria, która w pracach projektowych miała być rozwinięciem galerii powojennej. Masterplan z 2003 roku zakładał, że w galerii współczesnej wyjdziemy poza granice geograficzne dzisiejszej Polski i pokażemy dziedzictwo Żydów polskich w Izraelu, w USA oraz na terenach, które są częścią wielkiej historii opowiedzianej w tej wystawie, a które dzisiaj nie należą do Polski. Mówię o dawnych Kresach Wschodnich. Całość koncepcji galerii historycznych miała być przedłożona do zaakceptowania Radzie Muzeum jesienią 2010 roku i udało mi się do tego doprowadzić. A że „Dziedzictwo” nie było galerią historyczną, czekało na swoją kolej do opracowania. Po usunięciu mnie z muzeum prace te jednak nigdy nie zostały tak naprawdę podjęte. Uważam, że jest to galeria o absolutnie fundamentalnym znaczeniu. To byłby „łącznik”, który by sprawił, że dla Izraelczyków, Żydów amerykańskich, Żydów z krajów europejskich, Australii, Argentyny czy z RPA historia Żydów polskich stałaby się częścią ich własnej historii. Tylko we fragmentach wystawy – tam, gdzie np. pokazany jest rozwój chasydyzmu czy początki świeckiej kultury żydowskiej u schyłku XIX wieku i w okresie międzywojennym – żydowscy odwiedzający widzą „miejsca wspólne”. Ale to za mało.

Nie tworzy się poczucie ciągłości, nie widać szacunku i zainteresowania dla całej istniejącej w świecie tradycji Żydów polskich.

Było wiele powodów, dla których tak się stało, np. perturbacje organizacyjne, personalne, ograniczenia finansowe i trudności ze znalezieniem miejsca na tę prezentację. Ale też wymazanie współczesnego zakończenia historii Żydów polskich jest wynikiem tego, że dla tych, którzy tu w Polsce otwierali muzeum, mówienie o współczesności jest bardziej powodem do obaw, że „będą kłopoty”, niż wyzwaniem, któremu trzeba sprostać, by to muzeum miało swój sens. Z głosów, które do mnie docierają, wynika, że nawet Żydzi mieszkający dziś w Polsce z trudem odnajdują się w tej wystawie. Po to powołałem Helenę Datner i Stanisława Krajewskiego do pracy nad galerią powojenną, żeby szanowani reprezentanci społeczności żydowskiej w Polsce mieli szansę pokazania historii po drugiej wojnie światowej – z uwzględnieniem doświadczeń i sposobu myślenia Żydów z Polski. To, że ta opowieść historyczna się urywa i przechodzi w jakieś luźne uwagi kilku dość przypadkowo dobranych osób, jest udawaniem, że coś się zrobiło. W istocie rzeczy doszło do amputacji bardzo ważnej części muzeum. To musi być uzupełnione.

Czy to jest faktycznie muzeum narracyjne, jak to było pierwotnie planowane? Joanna Krakowska napisała, że muzeum nie ma własnej narracji, nie ma własnego głosu. Opowiada wszystko cytatami i w ten sposób pozbywa się odpowiedzialności za opowiedzenie swojej wersji historii.

W dużym stopniu się z tą krytyką zgadzam. Ale nadal jest to muzeum narracyjne, bo konstytutywną cechą muzeum narracyjnego jest wbudowanie elementów faktografii i ikonografii historycznej w pewną logicznie przedstawioną prezentację procesu historycznego. A także – chociaż to niestety w małym stopniu odnosi się do MHŻP – podporządkowanie oryginalnych obiektów, kopii czy rekonstrukcji wszelkiego rodzaju obiektów celom tej opowieści.

Chwilami w tej wystawie narracja zanika, zmienia się w ciąg dygresji. Tak jest np. w galerii średniowiecznej.

Treść odnosząca się do średniowiecza musi być w dużym stopniu zrekonstruowana czy domyślana z ułamków różnych źródeł i materiałów historycznych. Więc z natury rzeczy jest mniej narracyjna, mniej potoczysta. W mniejszym stopniu opowiada daną historię, a w większym sygnalizuje ją doborem wydarzeń czy ikonografią. Ale – w odniesieniu do całej wystawy, a więc i galerii początkowych – zgadzam z krytyczną opinią o wycofaniu tego, co my nazywaliśmy w czasie projektowania wystawy „museum voice”, i o zapełnieniu tej przestrzeni w przesadny sposób cytatami ze źródeł historycznych. Są ciekawe i ważne, ale jest to jednak rodzaj dezercji i chowania się przed odpowiedzialnością za własne słowa za zasłoną materiału historycznego. Do tego doszło radykalne zmniejszenie ilości oryginalnych obiektów prezentowanych na wystawie w stosunku do pierwotnych zamierzeń.

Czytaj dalej tu: Halbersztadt: Zagubieni w scenografii [rozmowa]


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com