wiosna w Jerozolimie 2015, co jest tutaj normalnością?
Matti Friedman
Pewnego dnia przed świtem na początku zeszłego roku obserwowałem śmieciarkę zbierającą odpadki w południowej Jerozolimie. Ekipa ciężarówki była arabsko-żydowska, podobnie jak śmieci. „Każdy je te same ziemniaki”, powiedział mi jeden z kierowników. Spędzenie czasu na śmieciarce wydawało się dobrym sposobem na wyciągniecie wniosków, które umykają większości obserwatorów. Poniżej sławnego obrazu miasta, zawsze znajdującego się na krawędzi, niepostrzeżenie pojawiła się pewnego rodzaju zgodność. Opisałem tutaj ten poranek.
Kilka miesięcy później nastąpiły wydarzenia z lata 2014 roku: zamordowanie trzech żydowskich nastolatków i zamordowanie palestyńskiego nastolatka porwanego z jerozolimskiej ulicy, a potem syreny zwiastujące ataki rakietowe i coraz więcej ataków. Najgorszy wytrysk prześladowań i wandalizmu jakie miasto widziało lat. Pisałem o coraz większej palestyńskiej obecności w żydowskich rejonach, robieniu zakupów, podróżach tramwajem do pracy z domu – co zniknęło w ciągu nocy. Cząstki miasta skurczyły się i wycofały do swoich dziur. Niektórzy przewidywali nową intifadę.
Tak się jednak nie stało na zawsze. Sprawy powoli wróciły do normalności, o ile przy opisywaniu Jerozolimy w ogóle można mówić o normalności. Wydarzenia z lata i jesieni 2014 roku wstrząsnęły jerozolimczykami. Minione fale nienawiści, a zwłaszcza lata 2000-2004 znaczone atakami zamachowców-samobójców, były ohydne, ale bardzo niewiele z tych zamachów wykonali mieszkańcy Jerozolimy. Tym razem żydowscy nastolatkowie bijący Palestyńczyków w centrum miasta byli miejscowi. Palestyńscy mężczyźni celowo rozjeżdżający samochodami przechodniów (czekających na tramwaj) również pochodzili z Jerozolimy. Obecność tych ekstremizmów została obnażona na naszych ulicach.
W tej przemocy tkwił jakiś pierwiastek bliskości i intymności, co tylko czyniło ją jeszcze gorszą. W październiku Moataz Hidżazi (z jerozolimskiej dzielnicy Abu Tor) podszedł do Jehudy Glicka (ten ostatni działa na rzecz umożliwienia Żydom modlenia się na Wzgórzu Świątynnym). Glick stał wtedy na ulicy niedaleko mojego domu. Hidżazi wyjął pistolet i strzelił do Glicka cztery razy twierdząc, że Glick zagraża świętym miejscom dla islamu. Jednak najpierw odezwał się do niego po imieniu i przeprosił go [za to co zamierzał zrobić] po hebrajsku. To mogło wyglądać jak sprzeczka sąsiedzka.
Więc jak zatem dzisiaj widzimy Jerozolimę? Czy wszystko zmierza do integracji czy rozpadu? Jak dla kogoś kto całe swoje dorosłe życie tutaj – nie w mieście wielkich idei takich jak „wybawienie” albo „pokój”, ale w mieście supermarketów i przedszkoli – i jak dla kogoś kto ani myśli wyjeżdżać, to dusza Jerozolimy interesuje mnie nie tylko z dziennikarskiego obowiązku. Rozmawianie o przeciętnych mieszkańcach Jerozolimy często przypomina pogadanki na temat ludzi zatrudnionych w ogrodach zoologicznych. Nikt nie przyjeżdża do zoo, żeby ich oglądać. Oni zasłaniają widok na lamparty. Ale codzienne życie jest bardzo ważne, a społeczna chemia miejsca jest istotna. Od lata starałem się bardziej uważnie przyglądać prawdziwemu miastu zarówno z bańki mydlanej mojej codziennej rutyny, jak i spoza niej. Od zeszłego miesiąca przemierzyłem Jerozolimę od północy na południe, zastanawiając się co odnajdę.
Mieszkam w Talpiot, cichym żydowskim rejonie niskich budynków, drzewek cyprysowych oraz dzieci w pobliżu strefy lekkiego przemysłu w południowej Jerozolimie.
Na krańcach miasta znajduje się obóz uchodźców Szuafat, który jest przeciwieństwem mojej dzielnicy pod niemal każdym względem. Tam dominują chaotyczny ruch samochodowy, wyboiste drogi, śmieci, a czasem młodociany diler narkotyków. Dzielnica leży w granicach administracyjnych Jerozolimy na papierze, ale nie w praktyce. To zbyt niebezpieczne miejsce dla miejskich śmieciarzy albo policji. Kiedy dekadę temu wybudowano barierę bezpieczeństwa, żeby zatrzymać palestyńskich terrorystów, to te tereny zostały odcięte od miasta za pomocą betonowego muru i można się tam dostać poprzez punkt kontrolny.
„Jeśli ktoś ma pieniądze, to wyjeżdża”, mówi Dżamil Sanduka, ojciec czworga dzieci oraz zawodowy łowca węży, który pokazywał mi swoją okolicę. „Mamy dużo nielegalnej broni, narkotyków, śmieci i żadnych dróg, usług, i przyszłości dla naszych dzieci”.
Sanduka manewrował swoim samochodem poprzez dziewczynki (w mundurkach w formie tunik) wylewające się na drogę z podstawówki prowadzonej przez ONZ – tam nie ma chodników. Minęliśmy meczet Abu Obeide, znak zwiastujący Festiwal Kultury Al-Filastin, słodycze Tawfiq, salony telefonów komórkowych. Równie dobrze moglibyśmy być w Kairze. Nie było tam najmniejszego śladu Izraela, żadnego napisu po hebrajsku. Panowało całkowite bezprawie. Śmieci były palone na pustych działkach i przy murze. Po chwili było ciężko zobrazować sobie resztę miasta znajdującego się tuż obok.
Po wybudowaniu bariery bezpieczeństwa Urząd Miasta stracił kontrolę nad osiedlem, mówi Sanduka, razem z 80 tysiącami Palestyńczyków, którzy są zameldowani w Jerozolimie, a znaleźli się poza nią. Jerozolima liczy 830 tys. mieszkańców, a tylko lekko ponad 1/3 to Palestyńczycy. „Oni nie chcą tutaj zainwestować nawet jednego szekla”, powiedział.
Minęliśmy nową atrakcję: budynek, w którym Ibrahim al-Akari mieszkał ponad sklepem handlującym używanymi oponami. Dnia 5 listopada al-Akari wyjechał z domu swoim białym vanem, przekroczył punkt kontrolny [checkpoint] i pojechał drogą numer 1, która jest jedną z głównych arterii tranzytowych Jerozolimy. Al-Akari gwałtownie skręcił w grupę ludzi blisko przystanku tramwajowego zabijając w ten sposób nastolatka, oficera policji oraz 60-letniego mężczyznę zanim został zastrzelony przez innego policjanta. Wg jego rodziny do tego czynu popchnęło go oglądanie telewizji, która pokazała jak izraelska policja wkroczyła do meczetu Al Aksa w celu uspokojenia zamieszek. W jego oczach była to profanacja. Wściekł się.
Izolacja i zaniedbanie sprawiły, że mieszkańcy znaleźli się pod niesamowitą presją, tak powiedział Sanduka, kiedy mijaliśmy dom al-Akariego. On wierzy, że w obozie jest co najmniej 2000 nielegalnych sztuk broni, a sam obóz jest coraz bardziej zarządzany przez kryminalistów. Sanduka widzi coraz więcej poparcia dla Hamasu w ostatnich dniach, a na Facebooku widać coraz więcej sympatii dla Państwa Islamskiego. On rozmawiał ze mną doskonałą hebrajszczyzną. Dekadę temu, wykorzystując prawo przyznane Palestyńczykom ze wschodniej Jerozolimy, Sanduka stał się obywatelem Izraela. Coraz więcej mieszkańców idzie w jego ślady, co ułatwia im pracę i poruszanie się. Izraelskiego obywatelstwa nie można już odebrać – w przeciwieństwie do prawa pobytu w Jerozolimie (posiada je większość jerozolimskich Palestyńczyków).
Spytałem czy jego sąsiedzi skłaniają się bardziej w stronę Hamasu czy Izraela. Sanduka wzruszył ramionami i powiedział, że ciągnie ich tam i tam. On nie miał na myśli tego, że jedni wolą Hamas, a inni Izrael, ale to, że ludzi może pociągać Hamas i Izrael jednocześnie. We wschodniej Jerozolimie można wystąpić o izraelskie obywatelstwo, uczyć się języka hebrajskiego oraz przyjąć pogląd, że Izrael jest chwilowym złem i rdzą na czystości islamskiego świata, a także pokojowo współdziałać z Izraelczykami każdego dnia.
Zwykle opisuje się miasto w sposób dualistyczny – wschód/zachód, izraelskie/palestyńskie, pokój/wojna. To nie jest zbyt pomocne, a zrozumienie spraw wymaga posiadania sprzecznych poglądów w swojej głowie jednocześnie.
Na przykład w listopadzie, kiedy dwóch Palestyńczyków z osiedla Dżabel Mukaber zamordowało czterech modlących się w synagodze oraz [broniącego ich druzyjskiego] policjanta, to ranni trafili do szpitala, gdzie byli operowani przez palestyńskiego chirurga z tego samego osiedla co napastnicy. Jehuda Glick, który został postrzelony w imię [proroka] Mahometa, przeżył dzięki lekarzom, a jednym z nich był lekarz ze wschodniej Jerozolimy, który nosił takie samo imię jak prorok islamu.
Osiedle nieopodal mnie, Sur Bacher, cechuje się silną obecnością Hamasu oraz centrum dla społeczności lokalnej, które zostało ufundowane przez Izrael. Centrum zostało zainaugurowane podczas ceremonii, na której palestyńskie dzieci w kefijach na głowach tańczyły na scenie udekorowanej flagami Izraela. Niektórzy mieszkańcy starali się spalić to centrum. Inni natomiast zadzwonili po jerozolimską straż pożarną. Jednym z mieszkańców jest lider Hamasu. Inny mieszkaniec, pobożny muzułmanin, kończy doktorat na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie poświęcony gramatyce języka hebrajskiego z czasów średniowiecznego żydowskiego mędrca Saadii Gaona.
Innymi słowy miasto jest skomplikowane. Ibrahim al-Akari dowiedziałby się tego, gdyby żył wystarczająco długo, by poznać tożsamość swoich ofiar. Z trzech zamordowanych przez niego ludzi tylko jedna osoba, nastolatek, była Żydem. Policjant był Druzem. A 60-latek był takim samym Palestyńczykiem jak on.
Jerozolimczycy są już tak przyzwyczajeni do osobliwych „kodów” miasta, że tylko niewielu z nas jeszcze je zauważa. Palestyńscy mieszkańcy jeżdżą pracować do Żydów, ale do żydowskich restauracji już nie chodzą. Żydzi nie wjeżdżają na tereny zamieszkane przez Arabów nawet żeby skrócić sobie drogę, ale Palestyńczycy podróżują miejskimi autobusami koloru zielonego, a wielu z kierowców tych autobusów to Palestyńczycy. Ale Żydzi nie podróżują biało-niebieskimi autobusami ze wschodniej Jerozolimy, które kursują po arabskich dzielnicach Jerozolimy i Zachodnim Brzegu. Na przykład z mojego domu w południowej Jerozolimie nie ma autobusu na Stare Miasto, więc trudno się tam dostać. Jest wiele wschodnio-jerozolimskich autobusów, które tam jeżdżą co parę minut i nie mam wątpliwości, że dojechałbym na Stare Miasto bez incydentu, ale nigdy tego nie robię.
Czytaj dalej tu: wiosna w Jerozolimie 2015…
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com