Żydzi w Bangkoku
Katarzyna Andersz

Siedziba Chabadu w Bangkoku /fot. Chidusz 2015
Za fasadą biurowca jakby żywcem wyjętego z Warszawy lat siedemdziesiątych kwitnie żydowskie życie. Kilkaset osób pojawia się tu co tydzień na szabat, działa sklep koszerny i restauracja. Obok za nie więcej niż 40 zł można zamówić godzinny masaż, kupić świeże kokosy i – hit sezonu – dziergane na szydełku prześwitujące bluzki. Dwa światy raczej się nie przenikają, a gdyby zapytać ulicznych sprzedawców, z siedzibą jakiej organizacji sąsiadują, prawdopodobnie nie mieliby pojęcia. W Bangkoku łatwo jest być Żydem, bo nikt nie wie, kim Żyd jest.
Pośród chaosu neonów, tabliczek i niezliczonej ilości kabli elektrycznych wiszących nad ulicami w mieście, hebrajskie szyldy nieszczególnie rzucają się w oczy. Ot, kolejny element azjatyckiego bałaganu: w kiczowatym wydaniu, wypłowiałym kolorze i obcym alfabecie. Niektóre tabliczki zapraszają na masaż w „prywatnym pokoju”, ale większość po prostu reklamuje pensjonaty czy restauracje. „Szoszana”, gdzie wstępuję na zimną colę, jest jednym z takich miejsc. Mały lokal w bocznej uliczce, niespecjalnie ładny ani przyciągający wzrok. Większość nakrytych ceratą stolików jest zajęta przez izraelskich turystów. Ci, którzy przyszli bez towarzyszy, szybko zagadywani są przez innych samotnych. Jak przystało na miejsce będące namiastką Izraela w Azji, rozmowy nie są kurtuazyjną wymianą kilku zdań na zasadzie „Byłem już tam, też musisz zobaczyć to i to”. Dziewczyna – na oko około trzydziestoletnia – właśnie oznajmia sąsiadowi ze stolika obok, że nie zamierza nigdy mieć dzieci. Pomstują trochę na politykę, debatują o religii – klimat żywcem wyjęty z izraelskiej ulicy. Śniada cera, izraelskie rysy i nieco protekcjonalny ton, którym mężczyzna siedzący przed lokalem, pod podświetloną tablicą ze zdjęciami falafli i humusu, zwraca się do tajskich kelnerów, wskazują na jego menadżerską pozycję. Ten akurat nie jest zbyt rozmowny, ale udaje mi się dowiedzieć, że sam w Tajlandii jest już 13 lat, a miejsce, którym rzeczywiście zarządza, istnieje od 1982 roku i przez pierwsze lata było własnością miejscowej rodziny, która zorientowała się, że przyjeżdżającym licznie do Bangkoku Izraelczykom można zaoferować ich rodzimą kuchnię i zrobić na tym niezły interes.
W 1982 roku, kiedy tajsko-izraelska „Szoszana” otworzyła się w sercu Bangkoku, chabadników w Tajlandii jeszcze nie było, a liczba Izraelczyków, zwłaszcza młodych dziewcząt i chłopców, spędzających tu wakacje po obowiązkowej służbie w armii, rosła z roku na roku. Wakacje w Tajlandii spowszechniały i stały się niemal obowiązkowym elementem odreagowania wojska. Chabad zauważył tę potrzebę i w 1992 roku wysłał tu z misją swojego pierwszego emisariusza. Wystarczy jeden spacer po centrum Bangkoku, żeby zorientować się, że Izraelczycy wciąż kochają wakacje w Tajlandii, a hebrajski – po tajskim – jest chyba najczęściej słyszanym w Bangkoku językiem.
Beit Chabad w założeniu miał służyć młodym ludziom przemierzającym Azję z samym tylko plecakiem, oferować pomoc w obcym kraju, posiłek w szabat, nocleg w razie konieczności. Religijność nie jest tu nachalna, choć oczywiście to ona stanowi o charakterze miejsca. W siedzibie Chabadu, zlokalizowanej niedaleko słynnej Khao San Road, gdzie muzyka płynąca z barów jest tak głośna, że zamiast rozmawiać, trzeba do siebie krzyczeć, widok dziewczyn w szortach czy młodych chłopców bez kip na głowach nikogo nie szokuje. W holu na pierwszym piętrze młodzi ludzie (choć starsi podróżni, zwłaszcza w czasie świąt, też się tu pojawiają) zalegają na kanapach, korzystają z komputerów, kręcą się bez celu. W biblioteczce ułożonych jest trochę książek religijnych, można znaleźć tu też przewodniki turystyczne czy poradniki motywacyjne, które zostawiają goście. Na małych biurowych stolikach stoją dwa telefony – jeden do rozmów lokalnych, drugi do połączeń z Izraelem, oba bezpłatne. Teraz, kiedy bez problemu można porozumieć się za pomocą internetu (w Beit Chabad jest oczywiście ogólnodostępna sieć wi-fi), nie są zbyt często wykorzystywane, ale jeszcze 10 lat temu, kiedy zachodnie wybrzeże Tajlandii zostało uderzone przez falę tsunami, a część Izraelczyków ewakuowano do Bangkoku, wielu rodzinom czekającym na wieści o swoich bliskich na pewno oszczędziły zbędnych nerwów. Wśród samych chabadników pojawiają się głosy, że niesienie pomocy w nagłych przypadkach nie powinno być głównym zadaniem emisariuszy, a czymś pobocznym do działalności religijnej. Jednak nawet ja, w dniu, w którym odwiedzam Beit Chabad, mam okazję się przekonać, że Chabad, przez siatkę kontaktów, którą stworzył, często jest bardzo skuteczny w niesieniu pomocy, której nie mogą udzielić pracownicy placówek dyplomatycznych.

Z rabinem Nechemią Wilhelmem, który opiekuje się synagogą Or Menachem w Beit Chabad, jestem umówiona na godzinę 20.00. Piętnastominutowe spóźnienie w ogóle mnie nie dziwi, tym bardziej, że przez Whatsapp’a uprzedził mnie, że nie pojawi się na czas. Mija 20.30, a rabina nadal nie ma. W końcu energicznym krokiem wchodzi do holu i zaczyna przepraszać.
– Słyszałaś, co się stało? – pyta, zakładając pewnie, że ktoś już poinformował mnie o powodzie jego spóźnienia.
Kiwam głową przecząco, bo o niczym nie mam pojęcia.
– Zatonął prom z Krabi na Puket, izraelska dziewczynka zginęła. Wybuchł pożar, wszyscy się uratowali, tylko nie ona. Poszła do toalety, chyba nie mogła się stamtąd wydostać.
Naszą krótką rozmowę wielokrotnie jeszcze będą przerywać telefony do rabina, który pracownikom izraelskiej ambasady będzie udzielał informacji o tym, gdzie teraz jest rodzina dziewczynki, czy rabin z Puket jest już w drodze, kiedy będzie można dokładnie ustalić, co się stało. W kolejnych dniach gazety publikują zdjęcia płonącego statku i informują, że dla dwunastoletniej dziewczynki – Shani Maril z Modiinu – wakacje w Tajlandii były wycieczką z okazji jej bat micwy. W jednym z oświadczeń wydrukowanych w gazecie rodzina Shani dziękuje pracownikom Chabadu za udzieloną pomoc.

Czytaj dalej to: Żydzi w Bangkoku
Miesięcznik społeczności żydowskiej “Chidusz” ukazuje się od października 2013 roku we Wrocławiu.
Wersję drukowaną miesięcznika można zaprenumerować on line, dostępna jest również w CIŻ Cafe przy ul. Włodkowica 9 we Wrocławiu.
Serwis www.chidusz.com publikuje najważniejsze artykuły z danego miesiąca drukowanej wersji “Chiduszu” stanowiąc tym samym jego wersję online.
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com
