Palestyna, moja miłość

Palestyna, moja miłość

Andrzej Koraszewski



Czy oglądała Pani film „Hiroszima moja miłość?” Dziś powiedzielibyśmy o nim, że był dla mojego pokolenia kultowy. Ten film był punktem zwrotnym, a raczej jednym z pierwszych filmowych zapisów ukazujących dokonujące się wówczas zmiany w świadomości społecznej. Wcześniejszą radość ze zwycięstwa nad nazizmem, opowieść o heroizmie tej walki, zaczęła wypierać refleksja skupiona na okrucieństwie wojny jako takiej i na dostrzeganiu cierpień wroga. Dla wielu ludzi Hiroszima była symbolem cierpienia zadanego wyłącznie w ramach demonstracji siły.

Do dziś toczą się spory, na ile spuszczenie dwóch bomb atomowych na miasta japońskie było konieczne i co to znaczy konieczne.

Zdaniem amerykańskich wojskowych, te bomby zaoszczędziły znacznie więcej ludzkich istnień niż zabiły. Trudno to udowodnić. Pokolenie wchodzące wówczas w dorosłość nie chciało już słuchać o bohaterstwie, o cierpieniach zadanych przez nazistów, o nazistach będących wcieleniem zła. Pokoleniowa zmiana niosła odwieczny bunt przeciw rodzicom, który w tym momencie historycznym oznaczał odrzucenie dominującej narracji o wojnie. Tej przemianie towarzyszyła rewolucja obyczajowa związana z pigułką antykoncepcyjną. Wolna miłość stała się trochę mniej niebezpieczna, dzieci kwiaty ogłosiły, że wolą łóżko zamiast pola bitwy. Zdawało im się, że są niesłychanie wyjątkowe, ale prawdę mówiąc wszyscy wolą łóżko zamiast pola bitwy, ale przywódca stada pawianów bardzo się denerwuje, kiedy jego monopol na seks jest kwestionowany. Markiz de Sade ponoć twierdził, że rewolucja nie ma racji, bez powszechnej kopulacji. Nowemu spojrzeniu na Hiroszimę towarzyszyła seksualna orgia i liberalny stosunek do narkotyków.

Popełniłem błąd, otworzyłem zapowiedź tego filmu w Internecie. Były to migawki zdjęć z lektorem bredzącym jak Piekarski na mękach. Już sam głos lektora wywołuje u mnie bardzo silne reakcje negatywne. Jestem głęboko przekonany, że ten straszliwy obyczaj filmów z lektorem nie tylko niszczy sztukę filmową, powoduje głębokie i nieodwracalne szkody psychiczne. Czy nie ma Pani wrażenie jakby większość komentarzy w polskim Internecie pisana była przez ludzi mających umysły z lektorem? Płaskie, wyprane z jakiegokolwiek znaczenia i przyprawiające o mdłości.

Film „Hiroszima moja miłość” uderzał w wiele strun równocześnie. Przelotny, ale pełen wzajemnego szacunku związek ludzi z różnych kultur i o odmiennym kolorze skóry, z różnym doświadczeniem życiowym i różnymi traumatycznymi doświadczeniami. Wschodnioeuropejskie „dzieci kwiaty” były inne od tych amerykańskich i od tych francuskich. Też nas kusiła swoboda seksualna, ale warunki po temu były zdecydowanie trudniejsze. Też potępialiśmy rasizm, ale dla nas była to tylko teoria, dla nas problem rasizmu kojarzył się bardziej z antysemityzmem niż z odmiennym kolorem skóry, ten gatunek rasizmu spotykaliśmy w kościele, w szkole, w pociągu, na ulicy, a wielu również w domu rodzinnym.

Hiroszima była u nas symbolem używanym w państwowej antyamerykańskiej propagandzie, więc nasz stosunek do tej sprawy był mniej wyrazisty. Współczucie dla cierpień niemieckich nie występowało nawet śladowo. Z Hiroszimą było troszkę inaczej, ale chyba nie bardzo wiedzieliśmy jak. Francuski antyamerykanizm docierał słabo, a jak docierał budził mieszane uczucia.

Może się mylę, ale mam wrażenie, że ten film, „Hiroszima moja miłość”, był dla moich zachodnich rówieśników pierwszą lekcją poczucia winy z powodu zwycięstwa. Kiedy kończy się zapiekła nienawiść, pojawia się pytanie, o co oni się mordowali? Trzydzieści lat przed tym filmem ukazała się powieść niemieckiego pisarza, Ericha Marii Remarque’a, „Na Zachodzie bez zmian”. Wspaniały pacyfizm tej książki skłonił nazistów do zakazania jej sprzedaży, a sama książka była palona. Pisarz zbiegł do Szwajcarii, a w 1939 roku emigrował do Stanów. Mogę być w błędzie, ale mam wrażenie, że dla autorki scenariusza filmu „Hiroszima moja miłość” książka Remarque’a była inspiracją.

Wie Pani, dla mojego pokolenia Hiroszima była symbolem antyamerykańskim, nikogo nie obchodził japoński język, ani japońska kultura, Japonia nie była celem hippisowskich pielgrzymek. Niektórzy obawiali się japońskiego cudu gospodarczego, filmowcy wybierali się tam głównie w poszukiwaniu śladów amerykańskich zbrodni. Symbol Hiroszimy osiadł w nas tak głęboko, że rozmowa z japońskim inżynierem w początkach lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku była dla mnie niesamowitym wstrząsem. Byłem na przyjęciu w londyńskim przedstawicielstwie japońskiego ministerstwa finansów. Mnie interesowały reformy gospodarcze, to co nazywa się japońskim cudem gospodarczym. Mój rozmówca ostrożnie sondował ile wiem, wreszcie po dłuższej rozmowie powiedział, że nie da się tego wszystkiego zrozumieć bez przywołania Hiroszimy. „Te bomby – powiedział – zmieniły historię naszego narodu. Bez nich nie rozstalibyśmy się z nacjonalizmem”. Byłem w szoku. Wiele razy wracałem myślami do tej rozmowy. Przez dziesięciolecia badania konsekwentnie pokazują, że Japonia jest znacznie mniej antyamerykańska niż Francja, a nawet niż cała Europa Zachodnia. Oni, podobnie jak Niemcy, zbudowali swój dzisiejszy dobrobyt na klęsce. Te bomby były punktem zwrotnym, od nich zaczęła się ich nowa historia. Bombardowanie Drezna pociągnęło za sobą znacznie więcej ofiar niż Hiroszima. Hiroszima działa jednak silniej na naszą wyobraźnię.

Czy zauważyła Pani, że nikt nie zadaje pytania, czy wolno krytykować Amerykę? Wszyscy krytykujemy Amerykę, bo krytyka Mołdawii nie daje takiej satysfakcji. Papierkiem lakmusowym naszych czasów jest jednak stosunek do Izraela. Monoteiści i pacyfiści, masoni, humaniści, ateiści, wszelkiej maści aktywiści rozpoznają się po stosunku do Izraela, wielu jednak z wielu względów unika słowa Izrael i woli mówić „Palestyna moja miłość”.

Nasza amerykańska przyjaciółka jest kwakierką. Kwakrzy to bardzo ciekawa sekta chrześcijańska, długo dzierżyła palmę pierwszeństwa jako sekta najbardziej humanitarnych chrześcijan. Oni pierwsi zaczęli aktywnie zwalczali niewolnictwo i wiele ryzykowali dając schronienie zbiegłym niewolnikom. Zaciekli pacyfiści odmawiający walki z bronią w ręku, walczący z biedą przez zakładanie placówek uczciwego handlu. Wielu kwakrów dorobiło się majątku na uczciwości, a historia naszych marketów z tanimi towarami ma związek z ideą kwakierskich sieci sklepów, które nie dążą do maksymalizacji zysku. Nasza przyjaciółka założyła organizację „Kwakrzy na rzecz Izraela”, trochę trudno jej znieść to, że jej współwyznawcy stowarzyszyli się dziś z terrorystami. Oni tak tego nie ujmują, oni mówią tylko „Palestyna moja miłość”. Nie popierają Hamasu, popierają Fatah, zbierają pieniądze na szkoły kształcące terrorystów, stanowczo odmawiają zapoznania się z faktami, sądzą, że są wierni swojej tradycji.

Czy daje się to zrozumieć? Kiedy przyjechałem do Szwecji w latach siedemdziesiątych szwedzcy komuniści, podobnie jak nasz PSL, z trudem przekraczali pięcioprocentowy próg wyborczy, jednak wśród dziennikarzy poparcie dla komunistycznej partii wynosiło ponad 20 procent. Ciekawe zjawisko. Według przeprowadzonego latem 2015 roku sondażu trzy czwarte działaczy amerykańskiej Partii Demokratycznej mających wyższe wykształcenie i wysokie zarobki (grupa określana jako elita opiniotwórcza) uważa, że Izrael ma zbyt duży wpływ na amerykańską politykę zagraniczną, połowa sądzi, że jest to kraj rasistowski, prawie połowa jest przekonana, że Izrael nie dąży do pokoju ze swoimi sąsiadami. Tradycyjnie związani z demokratami kwakrzy nie mają wielkich szans, by usłyszeć cokolwiek innego. Nie oni jedni.

Chciałbym Pani opowiedzieć o wywiadzie pewnego Palestyńczyka dla amerykańskiej stacji telewizyjnej. Obserwuję wystąpienia tego Palestyńczyka od kilku lat, ale ten wywiad dla małej, religijnej telewizji kablowej nie wydaje się wymagać uzupełnień. Zapyta Pani dlaczego mamy przywiązywać jakąkolwiek wagę do wywiadu nadanego przez jakiś nikomu nieznany, a w dodatku religijny i z pewnością prawicowy kanał telewizyjny? Po pierwsze dlatego, że ten wywiad jest ciekawy, po drugie, dlatego, że warto zastanowić się dlaczego wielkie stacje telewizyjne tak bardzo unikają pokazywania muzułmańskich lewicowych liberałów?

Czy słyszała Pani nazwisko Mudara Zahrana? Urodzony w Jordanii Palestyńczyk, muzułmanin, mówi o sobie, że jest praktykującym ortodoksyjnym muzułmaninem, potomkiem uciekinierów ze wschodniej Jerozolimy. Jak opowiada w tym wywiadzie, jego dziadkowie posłuchali nawoływań arabskich przywódców, ostrzegających, że Żydzi będą „zarzynać Arabów jak owce” i zbiegli do Jordanii. Jego rodzina należała do jednej z bogatszych w Jerozolimie i odbudowała swoją pozycję w Ammanie. Mudar otrzymał solidne wykształcenie, dziś wielu ludzi nazywa go przywódcą palestyńskiej opozycji. Mieszka w Londynie, w Ammanie skazano go zaocznie na dożywotnie ciężkie roboty. Władze skonfiskowały również jego majątek. W oskarżeniu, wśród jego zbrodni, był grzech opublikowania kilku artykułów w prasie izraelskiej.

Jego grzechem pierworodnym jest mówienie „Palestyna moja miłość”. Mudar Zahran starannie definiuje, co rozumie przez słowo „Palestyna” – to cały obszar byłego mandatu Palestyńskiego, z którego Arabowie otrzymali 77 procent. Zahran powtarza za poprzednim królem swojego kraju: „Jordania to Palestyna, a Palestyna to Jordania”. Zdziwi się Pani, ale on uważa, że podział Mandatu Palestyńskiego był sprawiedliwy. Arabowie stanowili większość i dostali trzy czwarte terytorium. Żydzi dostali mniej niż jedną czwartą, ale Arabowie nie wyrazili na to zgody.

Mudar Zahran uważa, że to był największy błąd i największa tragedia Palestyńczyków, że od tamtego czasu Palestyńczycy walczą z niewłaściwym wrogiem. Wrogiem Palestyńczyków są arabskie dyktatury popychające Palestyńczyków do nieustającej wojny z Izraelem. Mówi, że nie kocha Izraela, ale nie może zamykać oczu na fakty. Widzi, że izraelscy Arabowie mają prawa, których Palestyńczycy nie mają w żadnym arabskim kraju. W Izraelu Palestyńczycy, którzy stanowią 20 procent społeczeństwa, mają 15 procent miejsc w parlamencie. W Jordanii, gdzie stanowią lwią większość, mają zaledwie 9 procent. W Izraelu nikt nie represjonuje innych wyznań, a mówienie o rasizmie w tym kraju jest absurdem. Rasizm i prawdziwy apartheid widzimy natomiast bardzo wyraźnie w krajach arabskich.

Zahran opisuje los Palestyńczyków w krajach arabskich, trzymani w obozach, bez prawa do opieki medycznej, wykształcenia, prawa swobodnego poruszania się, wykonywania wielu zawodów, a wreszcie mordowani jak to się dzieje obecnie w Syrii. Ten los Palestyńczyków nikogo na Zachodzie nie interesuje, tak jak nikogo nie interesuje prawdziwy obraz sytuacji Palestyńczyków w samym Izraelu. Dla wielu hasło „Palestyna moja miłość” jest hasłem „bij Żydów”. Złe zrozumienie, kto jest wrogiem Palestyńczyków, nie prowadzi do pokoju, wręcz przeciwnie, utrwala wojnę, utrwala tragedię Palestyńczyków, może jego zdaniem prowadzić nawet do trzeciej wojny światowej.

Palestyński dysydent próbuje nas ostrzec, próbuje nam powiedzieć, gdzie nasze rozumowanie jest błędne. Robi to za pośrednictwem małej, religijnej, prawicowej amerykańskiej stacji telewizyjnej.

Być może warto poświęcić kilkanaście minut na zapoznanie się z jego głosem i to nawet jeśli uważamy, że ostrzegający przed apokalipsą przesadzają. Przesadzony optymizm może bowiem okazać się śmiertelnie groźny. Nie warto opierać go na gołej jak święty turecki intuicji.

Czy mówi Pani czasami ‘Palestyna moja miłość”? Pani czytelnicy nie przestają nas zapewniać o swojej miłości do Palestyny i Palestyńczyków, kochają jednak tylko zbrodniarzy, dla których zabijanie Żydów jest religią. Zahran mówi „Palestyna moja miłość”, mówi to jednak nieco inaczej.

 


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com