Ich bin ein nichtjüdischer Zionist

Ich bin ein nichtjüdischer Zionist

Andrzej Koraszewski


Chciałbym Pani zaproponować krótką podróż po kilku hasłach. Pół roku temu napisała Pani felieton pod tytułem „Jestem Charlie”. Zastanawiała się Pani jak można zabijać z okrzykiem „Bóg jest Wielki” na ustach. Pisała Pani również o „kilku” fanatykach. Kończyła Pani ten felieton stwierdzeniem, że „W takim dniu jak dziś nie wypada nie powiedzieć po prostu: Je suis Charlie. I am Charlie. Ana Charlie. Ani Charlie. Jestem Charlie.” Trudno się było nie zgodzić z Pani wnioskiem. Ten gest solidarności znaczył jednak bardzo mało.

Przez minione miesiące opublikowano tysiące artykułów, w których „Je suis Charlie” odmieniano przez wszystkie przypadki. Zdziwiło mnie, że w tych artykułach (a wiele z nich było autorstwa bardzo znanych dziennikarzy), nie znalazłem ani jednego wskazującego na genezę tego wyznania. Na długo zanim Pani się urodziła amerykański prezydent powiedział „Ich bin ein Berliner”.

Te słowa Johna Kennedy’ego wygłoszone 25 czerwca 1963 roku przed berlińskim ratuszem były deklaracją obrony wolności.

„Dwa tysiące lat temu – mówił Kennedy w tym przemówieniu – największą dumą było powiedzieć: civis Romanus sum (Jestem obywatelem rzymskim). Dzisiaj, w świecie wolności, największą dumą jest powiedzieć «Jestem berlińczykiem».”

Czy mam rację sądząc, że okrzyk, „Je suis Charlie” był głuchym, pogrobowym echem słów amerykańskiego prezydenta z ramienia Partii Demokratycznej? Kennedy raz jeszcze powiedział wtedy, że na agresję nie reaguje się podkuleniem ogona.

Dwa lata wcześniej Chruszczow zapowiedział, że Związek Radziecki zamierza podpisać traktat z Niemcami Wschodnimi i umożliwić aneksję Berlina Zachodniego. Kennedy odpowiedział, że jakikolwiek atak na Berlin będzie traktowany jak atak na USA. W sierpniu 1961 Berlin Zachodni został otoczony murem, zlikwidowano połączenie lądowe, na co Ameryka odpowiedziała mostem powietrznym organizując zaopatrzenie wielomilionowego miasta drogą lotniczą.

Kiedy Kennedy mówił „Jestem Berlińczykiem”, to nie były puste słowa, to były słowa człowieka, dla którego wolność ma fundamentalne znaczenie.

Mówiący „Je suis Charlie” starali się nie słyszeć innych okrzyków: „Wszyscy jesteśmy Hamasem”, czy „Żydzi do gazu”, niektórzy dokonywali cudów, żeby nie łączyć mordu z tymi, którzy zagrażają wolności, żeby przypadkiem nie połączyć mordu w paryskiej redakcji z mordem paryskich Żydów. Wielu próbowało wmówić sobie, że to tylko kilku fanatyków, że cała sprawa nie ma nic wspólnego z islamem.

Co oznaczało „Je suis Charlie”? Niektórzy sądzili że bronią wolności słowa, nie wolności człowieka, nie wartości demokracji, wolności rysowania karykatur. Ci broniący tylko wolności rysowania karykatur wydawali się nie pojmować jak bardzo sami stawali się karykaturą obrońców wolności, jak często ten gest był zaledwie gestem bezsilności i zagubienia.

Kennedy wiedział, że oddanie Berlina oznaczałoby otworzenie bram piekła, że każde ustępstwo oznaczać będzie dalsze żądania. Dlatego w tym samym przemówieniu powiedział:

Wszyscy wolni ludzie, gdziekolwiek żyją, są obywatelami Berlina, i tym samym ja, jako wolny człowiek, z dumą mówię «Jestem berlińczykiem»!”

Wiemy, że tych fragmentów jego przemówienia nie napisał mu żaden pomocnik, że wygłosił je spontanicznie. Nie wiemy, czy miał w pamięci zapewnienia Hitlera, że jego roszczenia do czeskich Sudetów są ostatnimi roszczeniami Niemiec. Wiemy, że ta stanowczość amerykańskiego prezydenta powstrzymała agresję. Wiedzieliśmy, że widzimy męża stanu i zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że jego słowa wpływają na losy świata i na nasze życie, że oddalają grozę wojny.

Myślenie przez analogię bywa zwodnicze. Iran, Hezbollah, Hamas głoszą zupełnie otwarcie, że dążą do zniszczenia Izraela i wymordowania jego mieszkańców. Abbas i ISIS prezentują tylko mapy swoich planowanych podbojów, jeszcze inni jak Katar czy Turcja ograniczają się do finansowania tych, którzy deklarują dążenie do zagłady mieszkańców Izraela. Jak zasadne jest pytanie, czy mamy do czynienia z garstką fanatyków, islamskim terroryzmem, czy z islamem, głoszącym, że pierwszym celem walki islamu z Zachodem jest zagłada mieszkańców Izraela? O tym mówią islamscy duchowni w Pakistanie, w Somalii, w Sudanie, w Teheranie oraz ci, którzy znajdują się bliżej granic Izraela. Niektórzy (bardzo nieliczni) muzułmanie mówią, że islam musi się zmienić, ale chwilowo islam reprezentują właśnie ci, którzy mówią to, a nie co innego.

Chciałbym Pani zadać bardzo osobiste pytanie – czy jest Pani syjonistką? Wiem, to wymaga definicji, więc najpierw ustalmy czym jest syjonizm.

Pani czytelnicy sądzą, że syjonizm to rasizm, albo imperializm, albo realizacja „Protokołów mędrców Syjonu”. Mam nadzieję, że nie traktuje ich Pani poważnie. Pamiętam jak w Jerozolimie zapytano Qantę Ahmed, brytyjską lekarkę, muzułmankę, która mieszka obecnie w Stanach Zjednoczonych, czy jest syjonistką. Qanta Ahmed odpowiedziała: „Jeśli rozumieć przez syjonizm prawo Żydów do własnej ojczyzny, to tak, jestem syjonistką”. Mam wrażenie, że to jest właściwa odpowiedź na pytanie o definicję syjonizmu – prawo Żydów do posiadania własnej ojczyzny. Nie oznacza to, że wszyscy Żydzi muszą tam mieszkać, ani że tylko Żydzi mogą tam mieszkać, oznacza, że jest miejsce na ziemi, które jest domem Żydów. Kiedy tak definiujemy słowo syjonizm, pada czasem kolejne podchwytliwe pytanie, czy tym domem Żydów musi być Palestyna, czy nie lepiej, żeby to był Górny Śląsk, albo Alzacja lub Krym? Mimo iż Żydzi przez dwa tysiąclecia podejmowali próby powrotu do swojej ojczyzny, były plany utworzenia domu Żydów w innych miejscach. Wiele rzeczy zadecydowało o przyzwoleniu świata na powrót Żydów do Izraela przemienionego w Palestynę. Pierwszym i najważniejszym był rozpad imperium osmańskiego oraz fakt, że ich dawna ojczyzna nigdy nie stała się siedzibą żadnego innego państwa. Dyskusje o tym, dlaczego tam, utraciły sens w momencie utworzenia Mandatu Palestyńskiego z myślą o utworzeniu tam domu Żydów.

Przyzwolenie świata było prawnie wiążące, ale nie było ani ochocze, ani pospieszne. Dotrzymanie słowa przychodziło światu z trudem nawet w obliczu Zagłady. Trudności budowania domu Żydów pokazywały wyraźnie, że w gruncie rzeczy świat akceptował Zagładę i ją wspierał. Syjonistów wśród wielkich tego świata (a więc tych, którzy uczciwie zgadzali się ze stwierdzeniem, że Żydzi mają takie samo prawo do swojej ojczyzny jak inne narody), można było policzyć na palcach. Również Żydzi w diasporze byli podzieleni i daleko nie wszyscy byli syjonistami. Nie ma w tym niczego dziwnego. Bardzo trudno zrozumieć, dlaczego człowiek, którego rodzina od dziesiątków pokoleń mieszkała w Polsce, współtworzyła gospodarkę i kulturę tego kraju, miał rezygnować ze swojej polskiej tożsamości. Niektórzy Żydzi w jednych krajach wierzyli, że kres fatalnym doświadczeniom z przeszłości położy komunizm, inni (w innych krajach) wierzyli w oświecenie i demokrację, a jeszcze inni nie wierzyli, że tradycja antysemityzmu wygaśnie i że mogą liczyć na pełne prawa obywatelskie gdziekolwiek poza miejscem, które będzie domem Żydów. Syjonizm oznaczał początkowo dążenie do utworzenia domu Żydów, a potem do obrony życia jego mieszkańców, przed tymi, którzy dążyli do ich wymordowania. Syjoniści różnili się w poglądach i różnią się nadal. Podstawowa definicja jest jedna.

Pytając, czy jest Pani syjonistką, pytam po prostu, czy zgadza się Pani ze stwierdzeniem, że Żydzi mają prawo do swojej ojczyzny? Tego prawa Brytyjczycy odmawiali im do 1948 roku (mimo decyzji Ligi Narodów i ONZ). Watykan odmawiał im do niedawna, do dziś odmawia im tego prawa praktycznie cały świat muzułmański. W dzisiejszym świecie zachodnim bardzo wielu ludzi w ten lub inny sposób wyraża przyzwolenie na likwidację Izraela i jego mieszkańców, przyzwolenie na kolejną zagładę.

Jest również na świecie całkiem sporo ludzi, którzy ani nie są Żydami, ani nie zamierzają przeprowadzać się do Izraela, a jednak są syjonistami. Czują się syjonistami tak, jak John Kennedy czuł się Berlińczykiem. Są tu nieliczni politycy, tacy jak premier Kanady, Stephen Harper, były premier Hiszpanii, José María Alfredo Aznar, zamordowany przez Bractwo Muzułmańskie prezydent Egiptu Anwar Sadat. Ta lista polityków jest dłuższa, ale szybko dojdziemy do przypadków wątpliwych.

Czy sądzi Pani, że kanclerz Merkel gotowa jest powiedzieć „Ich bin ein Zionist”? Nie robi tego. Ani ona, ani politycy z jej rządu nie wyłamują się z chóru potakiwaczy organizatorom otwartej nagonki na Izrael, nie protestują przeciwko finansowaniu organizacji terrorystycznych z budżetów państw demokratycznych, współdziałają przy wspieraniu systemów edukowania do nienawiści.

Politycy są łowcami głów. W pogoni za głosami wyborców porzucają racje moralne. Vox populi, vox Dei, a lud jest wierny religijnej i świeckiej tradycji nienawiści. Być może warto spojrzeć na zwykłych, szarych ludzi, którzy wbrew rodzinnej tradycji umieją się z tej tradycji wyłamać.

Zastanawiam się dlaczego urzekł mnie brytyjski muzułmanin, Kasim Hafeez, który mówi o sobie: „Jestem syjonistą, dumnym muzułmańskim syjonistą.” Kasim był na uniwersytecie antyizraelskim aktywistą. Wyrastał w środowisku brytyjskich muzułmanów, w pakistańskiej rodzinie, Hitler był idolem jego ojca. W świecie Kasima dostrzeganie czegokolwiek pozytywnego na temat Żydów było grzechem karanym odrzuceniem. Samego słowa „Izrael” nie wolno było używać, to był „syjonistyczny twór”, a muzułmańskim celem było jego zniszczenie.

Kasim opowiada, że przed ukończeniem osiemnastego roku życia jego mózg był kompletnie wyprany przez codzienną indoktrynację, przez codzienne słuchanie przemówień Nasrallaha, Bin Ladena, czytanie propagandowych stron globalnego dżihadu w Internecie, że nawet muzyka, której słuchał, była zaprawiona jadem nienawiści. Biegał na wiece, na których w centrum Londynu dumnie powiewały flagi Hezbollahu.

Kasim nie miał wątpliwości, nie widział powodów do wątpliwości, jak wspomina, nawet najbardziej umiarkowani duchowni odmawiali potępienia terroryzmu skierowanego przeciwko Izraelowi, więc Żydzi najwyraźniej na to zasługiwali.

Kasim miał poważny defekt, lubił czytać książki i któregoś dnia jego wzrok natrafił w księgarni na książkę „The Case for Israel”. Autor, Alan Dershowitz, to znany amerykański prawnik, ale Kasim nie miał zielonego pojęcia, kto taki ten Dershowitz, oburzył go tytuł i doszedł do wniosku, że to jakaś wściekła propaganda syjonizmu. Postanowił kupić książkę z zamiarem dekonstrukcji tych bzdur.

Czy używa Pani pojęcia „dekonstrukcja”? Słowo “dekonstrukcja” jest wypisane na sztandarach postmodernistów jak “Allahu Akbar” na sztandarach ISIS. Zdaniem jego twórcy, nie ma nic poza narracją. Francuski filozof, Jacques Derrida, prowadzi swój dżihad przeciw próbom ustalania, co jest prawdą. Kasim Hafeez opisując incydent w księgarni, kiedy zdecydował się na kupno książki, pisze o zamiarze jej „dekonstrukcji”. Używa tego słowa, prawdopodobnie nieświadomy ironii. Dekonstrukcja nie ma nic wspólnego z dociekaniem, gdzie jest prawda, w ostatecznym efekcie sprowadza się do stwierdzenia: wszystko co mówisz jest kłamstwem, moja narracja jest moją prawdą. (Większość postmodernistów to ateiści, którzy dotarli do mistycznego pojmowania prawdy w oparciu o objawienie swojej narracji.)

Wychowany w Londynie muzułmanin, Kasim Hafeez, z własnej religijnej tradycji otrzymywał głównie nienawiść do obcego, a z zachodniej dostał prezent w postaci postmodernizmu.

Opis jego przygody z lekturą książki Dershowitza, jest fascynujący również z powodu języka:

„Kiedy czytałem argumenty Dershowitza i dekonstrukcję licznych kłamstw, które uznawałem za niepodlegającą dyskusji prawdę, rozpaczliwie szukałem kontrargumentów, ale znajdowałem tylko pustą retorykę, w którą wierzyłem przez wiele lat. Miałem kryzys i od tego momentu zaczął się okres bezstronnych poszukiwań.”

Nie uważa Pani, że to fascynujące, muzułmanin, będący częścią zachodniego świata, który porzucił postmodernizm nie porzucając islamu?

Hafeez przyznaje, że był w szoku, nie wiedział w co ma wierzyć, zrozumiał, że wierzył ślepo w to, w co wierzyli inni i że nie ma teraz innego wyboru jak żmudne, samodzielne poszukiwania. Postanowił, że musi ten Izrael zobaczyć na własne oczy.

Z tym oglądaniem na własne oczy jest poważny kłopot. Tradycja religijna uczy nas o źdźble w oku bliźniego, doświadczenie uczy, że świadectwo własnych zmysłów może być mylące. Relacje naocznych świadków z Izraela są pełne sprzeczności. Kasim Hafeez pisze, że nie znalazł w Izraelu rasistowskiego państwa apartheidu, że oglądał egzystujące obok siebie synagogi, kościoły i meczety, współżycie Żydów i mniejszości mieszkających w domu Żydów, ich udział w gospodarce, w wojsku, w wymiarze sprawiedliwości. Izrael, który zobaczył nie był w żaden sposób podobny do obrazu złego, syjonistycznego tworu, który mu od dzieciństwa pokazywano.

Bywa Pani często w Izraelu i oczywiście pojawia się zasadnicze pytanie, czy Pani Izrael i Izrael Kasima Hafeeza to ten sam Izrael?

Kasim doszedł do wniosku, że został oszukany, a konfrontacja z rzeczywistością stawia go przed fundamentalną kwestią – co dalej?

„Wybór był oczywisty, musiałem opowiedzieć się za Izraelem, za tym maleńkim narodem, wolnym, demokratycznym, dokonującym ogromnych postępów w medycynie, badaniach i rozwoju, będącym ofiarą kłamstw i nienawiści, która omal mnie nie pochłonęła. To nie był wybór dotyczący religii ani polityki, chodziło o prawdę ”

Kasim Hafeez zapłacił wysoką cenę za ten wybór, stracił rodzinę i przyjaciół, został odrzucony, wręcz znienawidzony przez swoje środowisko. Odpowiada na to, że „Izrael to nie jest tylko problem Żydów, to problem wolności, praw człowieka i demokracji.”

Z londyńskiej społeczności młodych, studiujących muzułmanów stokrotnie więcej osób dołączyło do ISIS niż do jego grupy muzułmańskich syjonistów. I to jest właśnie ciekawe w demokracji, nie zawsze musimy być na kolanach przed większością, wręcz częściej podziw budzą idący własną drogą samotnicy.

Pisząc ten list do Pani odrywam się od lektury niesłychanej wręcz książki Stanisława Obirka „Polak katolik?”. Jest to opis wędrówek chrześcijańskiego humanisty. Ta droga zaczyna się w południowo-wschodniej Polsce, w rodzinie nie stroniącego od alkoholu spawacza w PGR. Geograficzny punkt wyjścia nie powie nic człowiekowi spoza naszej kultury – Narol, Bełżec, Lubaczów, Przemyśl. Dla krajowego czytelnika Przemyśl może się wiązać z antagonizmem polsko-ukraińskim, Bełżec z czasem Zagłady.

Profesor Obirek zajmuje się dziś bardziej antropologią niż teologią, w tej książce próbuje odpoznać materiał, z którego ulepiona jest jego tożsamość. Pisze, że jest kulturowym katolikiem i chrześcijańskim humanistą, w pełni świadomym, że zadecydowało o tym miejsce urodzenia. Domyśla się Pani, jak silnie obecna jest tu kwestia żydowska.

Ta książka jest opowieścią o wydobywaniu się z gliny, z której zostaliśmy stworzeni, jest również opowieścią o osobliwej wierności, która przez większość członków pierwotnej wspólnoty uważana jest za zdradę, mamy tu również utopijne marzenie o uczciwym dialogu międzyreligijnym. Odnoszę wrażenie, że między wierszami czai się pełna świadomość, że ten dialog istniał, istnieje i będzie istniał, ale stroni od instytucjonalnych związków, że toczy się między przychodzącymi z różnych stron humanistami, dla których w tym dialogu przestaje chodzić o religię czy politykę, a chodzi o prawdę i autentyczny szacunek dla drugiego człowieka.

Przeczytałem zaledwie jedną trzecią książki Stanisława Obirka, wystarczająco dużo, by wiedzieć, że jego reakcja na pytanie czy jest syjonistą nie tylko nie byłaby gniewna, czy zawierająca bezkresne zdumienie, jestem niemal pewien, że stanowiłaby ciekawe uzupełnienie mojej własnej, pozytywnej odpowiedzi na to pytanie.

Zapyta Pani dlaczego wybrałem język niemiecki dla oznajmienia, że jestem nieżydowskim syjonistą. To proste, ze względu na potrzebę przywołania tego, co kiedyś powiedział depczącym wolność radzieckim komunistom amerykański prezydent.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com